01.10.2010 dzień XV – Xi’An, ZhengZhou

///01.10.2010 dzień XV – Xi’An, ZhengZhou

01.10.2010 dzień XV – Xi’An, ZhengZhou

Dziś dzień wyjazdu z Xi’An. Naturystka, tfu – nasza turystka, Iwona nie mogła odpuścić, by nie zobaczyć kolejnego znanego zabytku, z którego słynie to miasto – Pagody Dzikiej Gęsi. Mi włączył się tryb strajkowy, pagód już widziałem dość, więc odpuściłem sobie to widowisko – i znów zaoszczędziłem parę RMB na napoje – herbatka jaśminowa słodzona miodem rządzi! Dlatego też opis tego przybytku znajdziecie albo jeśli Lipek się zlituje, albo w relacji Iwony i Niny. Dość, że wrócili o 11, nie do końca zadowoleni – na zewnątrz ponoć jeszcze jako tako, ale środek był tragiczny. Ale jak wspominałem, to już nie moja relacja.

Jako że pagoda byla w druga strone niż dworzec i centrum, bez wiekszych problemow dostalismy się do autobusu. Postanowilem wziac sprawy, a raczej minimape w swoje rece i prawie udalo mi się ustalic przystanek, na ktorym mamy wysiasc. W ostatniej chwili poradzilem się jednak jakiejs uroczej tuchtonki a ta kazala wysiasc przystanek dalej, za co jestesmy jej wdzieczni.
Przed pagoda, ktora widac z daleka, sa dosc duze planty, na ktore skladaja się ogromna fontanna, po ktorej niemal doslownie mozna chodzic, betonowe schody, latarnie, skwery, posagi oraz kramiki. Te ostatnie maja duzo pamiatek po rozsadnych cenach, ale trzeba się naszukac, aby nie kupic badziewia jakiegos. Planty sa o tyle istotne, że sa za darmo, w przeciwienstwie do pagody. Wejscie do parku ja okalajacego wymagalo wydania 50, a przed sama pagoda zazadano kolejnych 35 yuanow. To również jest istotne, bo przewodniki pisaly o odpowiednio 25 i 20 yuanach. Co wiecej, jedyna atrakcja pagody jest jej siedem pieter a konkretnie to ostatnie, z ktorego przy dobrej pogodzie roztacza się widok na cztery strony swiata i na fontanne. Nasza pogoda byla srednia, ale fontanna wygladala ladnie. Wnetrze pagody – pozny Gierek. Lamperia i bielone sciany. Z zewnatrz nasza dzika gaska nie wyglada najlepiej (przypomina postpeerelowski betonowy moloch, choc z bliska to wrazenie ustepuje na rzecz drobnych szczegolow), ale wierzcie lub nie w srodku jest duzo gorzej. Park ja otaczajacy natomiast jest ladnie utrzymany, ale kolejna swiatynia buddyjska, kilku mnichow, pare skwerkow i kilkunasto- (dziesiecio? Nie pamietam) -tonowy dzwon cuda swiata z tego nie czynia. Nie wiem, moze nam się Buddha przejadl, a moze chinskie daszki. Jedno jest pewne, za cokolwiek się Chinczyki nie wezma, to proby odnowienia zabytku masakruja wielowiekowe budowle w sposob dramatyczny.
Ach zapomnialbym, nie upilnowalem dziewczyn i te kupily sobie po dzwoneczku z czerwonymi fredzlami, a Nina poszla na calosc i wydala pieniadze urodzinowe na plyte CD z buddyjskim biadoleniem. Z litosci pomine jej cene, dosc powiedziec że na plycie sa 4 kawalki z czego Nine interesuje drugi, a przynajmniej tak jej wmowil pan sprzedawca. Gdyby takie ceny osiagaly utwory mp3 w necie, sklepy by już dawno splajtowaly.
Wrocilismy do hostelu bez wiekszych przygod, no moze tylko jedna – sniadaniem w mocno lokalnej knajpie. Zamawianie polegalo na pokazaniu paluchem co ma sasiad, a czasow swietnosci ten lokal chyba nigdy nie mial. Myslalem, że Adas bedzie zły, że popuscilem dziewczynom, a azjatycka zupka go ominela, ale trzeba przyznac że przyjal wszystko to dzielnie na klate bez mrugniecia okiem.

Ja zjadłem mufinkę bananową i coś bliżej nieokreślonego co mi zona kupiła – coś pośredniego między biszkoptową roladą z masą, a bułką cebulową. Oni zaś jedni w lokalnej knajpie zupki. O 12 wymeldowaliśmy się. Z radością opuszczaliśmy ten hostel – nie dość, że głośny, to jeszcze obsługa była mocno średnia – niby wszystko ok, ale dystans był wyraźny. W sumie chyba najgorsza ekipa ze wszystkich. Wyszliśmy z hostelu i weszliśmy w tłum. Jedna wielka chińska masa przewalała się po ulicach, nie było nawet metra kwadratowego bez człowieka. Na przystanku był jeszcze większy tłum – a jeszcze chwilę temu wydawało się, że jest to niewykonalne. Już wiem, czemu chińczycy są dość mali – jakby byli więksi, to by się wszyscy w tym kraju nie zmieścili… Każdy autobus pełen był skompresowanych do granic możliwości chińczyków. Z plecakami absolutnie nie byłoby możliwości dostać się do środka. W sumie bez nich także. Postanowiliśmy przebijać się przez tłum w stronę dworca – kawał drogi, ale miasto było tak zakorkowane, że była to jedyna rozsądna decyzja. Po jakimś kilometrze, Lipkowi udało się wypatrzeć autobus innej linii jadącej do dworca – i udało nam się wbić w niego prawie bez problemów.

Jak już pisalem – tego dnia wzialem mape w swoje rece ;). Gwoli uzupelnienia: przejscie kilometra nie oznacza spokojnego spaceru chodnikiem. To ciagle przeciskanie się przez hordy ludzi, ktorzy zalegaja na ulicach. Trzeba się przeciskac, wybierac droge, lawirowac, uwazac na plecak, odmawiac nagabywaczom, pilnowac się nawzajem. Zycie w Chinach nie jest proste… Na szczescie nie spotkalismy się z przypadkiem jawnego oszustwa, kradziezy czy napasci.

Następnie w korkach podążyliśmy tym pojazdem kołowym w stronę przeznaczenia. Oczywiście, nie dojechaliśmy do dworca – znów maksymalny korek spowodował, że kierowca zatrzymał autobus i wygonił wszystkich ze środka. Doszliśmy do dworca i bez problemu stanęliśmy w ogonku chińczyków pragnących znaleźć się w tym budynku. Oczywiście kontrola biletów przed wejściem, skanery, bajery. Pokazano nam drogę do pomieszczenia, w którym oczekiwało się na pociąg. Wielkie, jasne, z dużymi telewizorami na których leciał program propagandowy z przekazem podprogowym. Poczekalnia powoli zapełniała się. Na chwilę przed planowanym odjazdem była już wypełniona w 110%. Chińczycy stanęli w blokach startowych. 3…2..1.. POSZLI! Bramki zostały otwarte. Tłum zaczął wylewać się w korytarz prowadzący na peron. I kolejny raz sprawdziło się, że kochają tłum – szli jedną stroną, drugą można było ich wyprzedzić bez problemu. Zeszliśmy na peron i zobaczyliśmy pociąg widmo – już sam jego kształt był taki, że zdawało się, że ucieka i rwie się do przodu. Takie coś, o czym nawet PKP za 100 lat nie będzie śniło. Wsiedliśmy do wagonu 2 klasy. Wygodne siedzenia, numerowane, więc nie ma problemu ze znalezieniem miejsca. Rozłożyliśmy się w fotelach. Pociąg ruszył. 40km/h jechał przez miasto. Cisza, można rozmawiać nawet szeptem. Za miastem przyspieszył. 200km/h. Ale czad! Dalej cicho. No, w takich warunkach można jechać. Za oknem widzieliśmy kilka tras dla pociągów, w tym jeszcze przynajmniej jedną dla szybkiego pociągu. Rozmawiamy, śmiejemy się gdy niepostrzeżenie na wyświetlaczu pojawia się 300km/h. Lipek stwierdził, że właśnie wyprzedzamy Kubicę. Prędkość doszła do 350km/h… W pociągu, każdy wagon miał panią do sprzątania mopem i panią obsługantkę. Mopowanie odbywało się synchronicznie, w całym pociągu w jednym momencie panie chwytały za mopa i sprzątały. Podróż minęła dość szybko i wygodnie.

To tak jakby trzy swiaty. Przed dworcem ogromne tlumy ludzi, wielu brudnych i biednych, koczujacych a nawet spiacych. Granice wyznacza mundurowy wpuszczajacy na dworzec za okazaniem biletu. Tu ludzi nadal duzo, ale znacznie lepiej. Po wejsciu do poczekalni dla 1/2 klasy (soft/hard) czuje się, jakbym przez zasieki przedostal się na strone sojusznikow. Trzeci swiat to pociag – od wygladu zewnetrznego, poprzez wnetrze jak z nowoczesnego samolotu, a konczac na jego szybkosci, ktora wbija w ziemie.

Po wyjściu z pociągu leniwie powędrowaliśmy z tłumem w dół, do przejścia podziemnego. I tu nastąpiła zagwozdka. W lewo east exit, w prawo west exit. Albo odwrotnie. Ale nigdzie nie jest napisane, w która strone iść. Więc tłum się rozdzielił. Poszliśmy w prawo. Doszliśmy do jakichs bramek, przy których stała pani w mundurku i przez megafon się wydzierała. Oczywiście po ichniemu. Musieliśmy kupić bilety do Pekinu, więc potrzeba było nam kasy biletowej. A Ticket Office było akurat za drąca się panią, która dawała nam znaki, byśmy udali się pędem w drugą stronę. Została zignorowana, lecz w kasie biletowej nie było nikogo. Wobec tego faktu postanowiliśmy zgodzić się panią i udać w przeciwnym kierunku. Wyszliśmy na powietrze i dość szybko zlokalizowaliśmy kasy biletowe. Koło dworca są zawsze 2 wielkie tłumy – jeden przy kasach, a drugi przy wejściu na dworzec – a w okolicach jeszcze są całe tabuny okupujące każde płaskie miejsce, by sobie ukucnąć wśród ogromnych paczek. Na dworcu ze 30 kas. Przy części od pierwszego wejścia dziki tłum, przy drugim wejściu może ze 20% tego – a to to samo pomieszczenie, na kasach pisze dokładnie to samo – przeanalizowaliśmy znaczki dość dokładnie (nie zgodze się – na tych kasach pisze co innego. Poza tym nie uwierze, że Chinczycy ktorzy wszedzie probuja się przecisnac do przodu chocby nie dawalo to zadnego zysku stali w dluzszych kolejkach dla sportu. To, że w takich kasach sprzedaja bilety bialym moze miec kilka przyczyn, o ktorych kiedy indziej). Wobec tego stanęliśmy w kolejce, gdzie było może z 10 osób. Znaczy Iwona stanęła a Nina ją ubezpieczała. Niestety, na ten pociąg, który chcieliśmy nie było biletów, ale ponoć na pociąg o 18:06 były, ale tylko pierwsza klasa. 256RMB. 2 klasa – 213, więc różnica nieznaczna. Dziewczyny wyraziły zgodę, pani kasę wzięła i uciekła. Znaczy gdzieś poszła i zniknęła. Na szczęście wróciła i wydrukowała bilety. No, to nam ulżyło, wszystko układa się po naszej myśli, zadowoleni udaliśmy się szukać autobusu do DengFeng. Co może być w tym trudnego? Naprzeciw dworca kolejowego masz wsiąść w autobus do DengFeng i to cała filozofia. Aha. Jasne. W Chinach nic nie jest proste.

„W Chinach nic nie jest proste” – te swiete slowa proponuje wygrawerowac Arialem 32 Bold w kolorze czerwonym w kazdej glowie, w ktorej zakielkuje chec podrozy do Panstwa Srodka. Autobusem na dworzec, tam przesiadka. Gdzie drugi autobus? Na przeciw dworca. Nic prostszego. Tyle, ze dworzec ma szerokosc 500m, przed nim plac z dziesiatkami barierek, kolejek, kas, straganow i trylionem Chinczykow. Autobusow też dziesiatki, mundurowych kilka rodzaji. Napisy po ichniemu. Cos, co oceniasz na 5-10 minut (przesiadka) tu zajmuje pol godziny, jeśli masz odrobine szczescia to moze 20 minut. W Chinach nic nie jest proste ;).

Naprzeciw dworca kłębiły się tłumy, autobusów było tez ogrom. Tak więc koniec języka za przewodnika. Wsiądziecie w autobus 519 i będzie ok. A gdzie staje? A tam, do przodu, w lewo i jakoś tak w lewo. Tak tez poszliśmy. Za zakrętem zapytaliśmy, jak dostać się do DengFeng. A to w tamtą stronę pokazano nam kierunek, z którego przyszliśmy. Dopiero Lipek postanowił cos z tym zrobić i dorwał jakaś lokalną ślicznotkę i zapytał, czy mówi po angielsku. Mówiła, trochę. Zaprowadziła nas na dworzec autobusowy – dokładnie na początkek naszej wędrówki, obok miejsca, gdzie podano nam numer autobusu. W kasie biletowej zaś pani zaproponowała nam bilety… na jutro, gdyż na dziś nie było miejsc, a został tylko jeden autobus. Jakiś lokalny naganiacz nagonił nam jednak busika i Iwona wytargowała z 800 na 400 lokalnych pieniążków. I tak kupa kasy, ale po pierwsze alternatywą byłoby szukanie hotelu na jedna noc i płacenie za to pewnie więcej. Ponadto to jednak kawał drogi. Uznaliśmy, że to najdroższa taksówka w naszym życiu. Droga trwała prawie 2h. Obawialiśmy się, że człowiek nie wie gdzie nas wiezie, bo nie wyglądał na przekonanego, ale dostał wizytówkę hostelu z napisanym „Take me to” i chińskie krzaczki, więc mieliśmy nadzieje, że coś z tego wyjdzie. Zresztą, jakby nie wyszło, to nie dostałby kasy. Dotarliśmy do DengFeng, kierowca pokazuje mi na wizytówce, że jesteśmy przy Train Station, co jest 2 przecznice od hostelu. Twardo pokazuje mu na mapkę i na hostel. Tu jadę, widzisz? TU. Ustąpił bez specjalnych awantur, ale widać, że nie wiedział gdzie jechać. Zatrzymywał się i pytał, co powodowało w nas rosnąca nadzieję. Zdecydowanie wyglądało to pozytywniej, niż podczas podróży przez Indie. Nagle dojechaliśmy na miejsce, kierowca ucieszył się ogromnie. Nie byłem do końca przekonany, że dobrze trafiliśmy, ale gdy wszedłem i dopadła mnie gadatliwa Chinka, wiedziałem, że to tu. W przeciągu kilku sekund dowiedziałem się, że tak, mamy rezerwacje i że się spóźniliśmy i się martwiła o nas i że pada i żebyśmy wchodzili i że serdecznie zaprasza i że…. No jakby chiński klon mojej ukochanej żony. Wróciłem po resztę grupy i plecak a za mną wybiegło dziewczę z parasolem, byśmy nie mokli. Szok. Dostaliśmy 2 pokoje, w tym jeden „książęcy” przypadł nam, a drugi, z 2 dwuosobowymi łóżkami wzięły Lipki. Ogólnie hostel wygląda bardzo skromnie, ozdoby były zrobione bardzo prosto i biednie, kojarzyły się z koloniami letnimi, sanitariaty tak samo – ale pokoje były bardzo czyste i schludne. Na dodatek dowiedzieliśmy się, że łóżka są na podwyższeniach z cegieł, tak jak kiedyś Chińczycy sypiali, jest drewo by była odpowiednia energia i lampka tez dopasowana – naprawdę mimo skromnych warunków poczuliśmy się bardzo fajnie. Czas na kolację. Zeszliśmy na dół i zapytaliśmy gdzie można zjeść – została nam pokazana ręcznie narysowana mapka okolicy z zaznaczonym każdym sklepem i knajpką, z informacja co tam sprzedają. Kolejny szok. Trafiliśmy do jednej z pobliskich knajpek. Przy wejściu pani w stroju ludowym pociągnęła nas wgłab sali do stolika. A ten usyfiony, jak wszyscy diabli. Zresztą wszystkie usyfione, a większość zajęta. Przyszła pani z menu z robaczkami i kilkoma obrazkami i Iwona zaczęła wybierać. A to zieleninka, a to mięsko, a to krojona szyneczka wyglądająca jak szynka parmeńska. Domyśliliśmy się, że będzie to coś zupopodobnego, każdy z nas dostał mała kuchenkę spirytusową. Wybraliśmy wszystko, ale pani uparcie domagała się, żeby zamówić coś z pierwszej strony. Uparta była niesłychanie. Doszliśmy do wniosku, że to pewnie rodzaj zupki, więc wybraliśmy na chybi trafił. Wspólnymi siłami usiłowaliśmy panią przekonać, że chcemy jedzenie nieostre, ale mam wrażenie, że z naszego pokazywania zrozumiała, że Lipek w domu maltretuje Iwonę przez duszenie, aż jej oczy i język wychodzą, a nam zionie z pyska. Chyba w kalamburach byśmy nie osiągnęli tutaj zbyt wiele. Następnie przyszło do zamawiania piwa. Beer! Four! Four beer! Cztery załapała, ale nie mogła załapać czego cztery. Pokazywaliśmy na inny stolik, gdzie mieli piwo, Nina napisała beer na kartce, ale dopiero Iwona krzycząc „o tam poszło” i pokazując kelnerkę z piwem rozjaśniła sytuację. Zaczęły nadchodzić potrawy. Najpierw garnek zieleniny – kapusta pekińska, sałata, szałwia czy coś podobnego i inne zielone paskudztwa, które są dobre dla zwierząt, a nie dla normalnych przedstawicieli gatunku ludzkiego. Przyniesiono każdemu po garnuszku z zupą – coś podobnego do naszej pomidorowej, bardzo smaczne. Bulgało to sobie radośnie na kuchenkach spirytusowych, gdy donosili kolejne zamówione rzeczy – pokrojone bardzo cienko mięsko, grzyby, pulpeciki, tofu, orzeszki, makaron i masę innych rzeczy. Instrukcja obsługi dla opornych – najpierw wrzucało się do garnuszka pulpecika z grzybkiem, potem makaron, a na parę sekund przed planowanym jedzeniem mięsko i zieleninę. Potem wyciągało się na talerzyk i ciamkało z radością. Czynność powtarzało się dopóki były materiały lub w brzuszku pozostawał choć kawałek wolnego miejsca. Wyszliśmy napasieni jak bąki, acz Lipek twierdzi, że średnio mu smakowało. Ocenił smak na jakieś 6 a ekstremalność doznania na wysoką 9.

Wplyw na doznania mialo także sasiedztwo kilku podpitych autochtonow przy stoliku obok. Zachowywali się glosno, balaganili, a jeden uparcie spluwal pod stol ;-). Tuz przed zamknieciem restauracji, co nie nastepuje wcale zbyt pozno (ok. 22?), obsluga wynosi co zostalo z kuchni, rozsiada się gdzie popadnie i konsumuje przy pozostalych klientach. Z tego co zaobserwowalismy tutaj to norma, podobnie jak posilek wszystkich gospodarzy w lokalach rodzinnych.

Następnie grzecznie udaliśmy się na spoczynek.

Zobacz też

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.

By |2016-12-18T22:32:36+00:00Październik 1st, 2010|Chiny, Wyjazd|0 Comments

About the Author:

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator - z przymusu - szwędacz.

Leave A Comment