02.10.2008 Varanassi – dzień I

/, Wyjazd/02.10.2008 Varanassi – dzień I

02.10.2008 Varanassi – dzień I

Otwieram oczy. Żyje. Nie jest źle. Nina jest? Jest. Ok. Plecaki są? są. Kasa jest? jest. Można zacząć oddychać. Szybki prysznic dla otrzeźwienia i zrobienie kukiełki na paluchu Niny. Teraz trzeba śpiochów obudzić. Co dziwne, nie spali więc dość szybko się zebrali. Wczoraj jak się meldowaliśmy, pytaliśmy o restaurację i powiedziano nam, że jest tu.Ruszyliśmy więc na poszukiwanie.

67

Godzina wczesna, bo około 10 ale głód czuliśmy znaczny. Nauczeni doświadczeniem powędrowaliśmyn w górę, po schodach. W poprzednim hotelu też była restauracja na dachu. Weszlismy ze 3 piętra w górę, jakimś wąskim wyjściem na dach. Naszym oczom ukazał się… dach. Stolików brak. jakieś cegły nie cegły, worki. Hmn. Obeszliśmy cały dach, wszedłem  nawet na wierzyczkę – i nic. Pustka. jak okiem sięgnąć ani jednej restauracji na dachu. Zeszliśmy do recepcji zapytać, gdzie jest obiecane jedzenie. No przecież to tu, tu, no ja Was zaprowadzę. Pewnie w piwnicy pomyśleliśmy. Hindus wyprowadził nas z hotelu, z ciemnego zaułka, skręcił w lewo. przeszliśmy jakieś 300 metrów stresując się, gdy po 2 stronie drogi pokazał nam restaurację. A już zaczeliśmy się bać, że będzie gdzieś na drugi koniec miasta nas prowadzi. Weszliśmy na piętro i ukazała nam się całkiem sympatyczna restauracja. Powiem więcej – jak na lokalne warunki, wyglądała rewelacyjnie. Kamienne podłogi, czyste stoliki. To nas będzie nieźle kosztowało pomysleliśmy. Usiedliśmy jednak, gdyż głód dawał sie we znaki. Menu było czytelne, a potrawy w rozsądnych cenach. Jedynym problemem było to, że kompletnie nie wiedzieliśmy, co jest co. Nazwy dla nas były kompletnie obce. W każdym razie postanowiliśmy wylosować, co zjemy.

68

Ja dostałem parathe z sosami. Jeden jasny drugi czerwony. Jasny wyglądał na mdły, czerwony na ostry. Nic bardziej mylnego. Jasny był piekielnie ostry, za to czerwony był smaczny lekko ostrawy ale bez przesady.

70

Placek natomiast był z dość twardego ciasta, z orzechami, kokosem i innymi niezidentyfikowanymi rzeczami.

Iwona zamówiła sobie jakiegoś placka, którego podano Jej z kurdem – ichnim jogurtem.

69

Nina zamówiła sobie vegeburgera, który Jej rewelacyjnie smakował. Usmarowała się przy tym jak norka, ale szczęście na Jej twarzy było nieziemskie.

71

Dostaliśmy swoje porcje i zaczeliśmy je pałaszować, Lipek zaś czekał. I czekał. I czekał. Skończyła Mu się woda mineralna, cola gdy przyszedł pan, niosąc coś osobliwego na talerzu.

72

W pierwszej chwili pomyśleliśmy, że dostał 0,5kg chleba i sosy. Zanim otrząsneliśmy się z wrażenia, kelner przyniósł jeszcze jeden taki chlebek. Z Lipka uszło wszelkie powietrze. Jak On niby ma tyle zjeść. Dziubnął widelcem w chlebek i… nie napotkał oporu. Okazało się, że jest to placek, wypełniony powietrzem, sama skórka od chleba jakby. Jakby jeść skorupkę jajka. Było to na tyle twarde, że po oderwanu kawałka, nie zapadał sie w sobie. Jako sosik dostał coś z soczewicą, dość ostre, do tego kurd i cebulę.

update Nina:

dodam może jeszcze nazwę tej knajpki ponieważ wszystkie posiłki w Varanasi  jedliśmy własnie w tej restauracji  – Keshari Ruchikar Byanjan przy Dasashwamedh Road

a oto odnaleziony rachunek:

– woda mineralna – 15Rs (i tyle powinna kosztować!)

– banana lassi – 30Rs

– fruit lassi – 35 Rs

– burger wegetariański – 55Rs (moje danie)

– chola bhatura – 40Rs (danie Grześka)

– coconut utapam – 50Rs (danie Adama)

– plain curd – 25Rs (jogurt Iwony)

– stuffed besani – 25Rs (reszta dania Iwony)

Razem 428Rs (już z podatkiem)

Ogólnie jedzenie było bardzo smaczne. Czekając aż Lipek dokończy swój talerz obfitości, znaleźliśmy ten lokal w naszej biblii. Polecają go nawet, więc tym bardziej się ucieszyliśmy. Okazało się, że jest to jedna z bardziej znanych restauracji, ściśle wegetariańska. W sumie nie dotarło do nas, że żadna z potraw nie posiadała mięsa. O ile w domu posiłek bez mięsa to nazywa się deser i nie jest traktowany jako posiłek, tu byliśmy tym najedzeni. Postanowiliśmy o ile się da, żywić się jak tubylcy, starając się nie jeść mięsa.

Po zakończeniu posiłku kelner przyniósł nam dziwne naczynie.

73

Oczy nasze przybrały wielkość monet 5 złotych. Rozumiem, że to białe to cukier, a te ziarna to co? obrok dla konia? Nina chyba była najbardziej zdziwiona, bo kelner wziął Jej rękę, nasypał nasionek z pół łyżeczki, nasypał tyle samo cukru i pokazał, by włożyć do ust i „wymuldać”.  Po pewnych manewrach lingwistycznych, dowiedzieliśmy się, że tn obrok, to anyż. Zresztą w czasie muldania od razu to czuć.

Okazuje się, że stosuje się to tu do odświeżenia oddechu po posiłku, zamiast gumy do żucia. I wyobraźcie sobie – to działa!

Z racji lenistwa, nie będę wpisywał kwot jakie zapłaciliśmy – niech się inni zabiorą za dopisywanie, nie mogę przecież całej relacji sam napisać. W każdym razie zapłaciliśmy i poszliśmy szukać gangesu.

Wedle mapy, po wyjściu z knajpy, mieliśmy skierować się w lewo. Droga była taka, że były jakby dwa pasy dla ludzi. W jedną stronę szli ludzie, była barierka i w druga stronę szli. Mineliśmy nasz hotel i szliśmy dalej.

74

Przepychaliśmy się wśród ludzi, motorów rowerów, rikszy i wszystkiego co żyje. Przez większość czasu ja torowałem drogę ( może dlatego że mam największą masę a może dlatego, że reszta była jakaś zawstydzona? ) W każdym razie szliśmy raźno do przodu. Doszliśmy do rozwidlenia w kształcie litery Y. Wybraliśmy lewą odnogę, gdyż widać było jakby koniec domów, a może pustkę dalej – czyli może wreszcie rzeka?

75

Przeszliśmy ten kawaek i okazało się, że mieliśmy rację. To Ganges. Doszliśmy do kamiennych schodów, prwazących do czegoś, co miało kolor kawy. Właściwie kawy z mlekiem.

76

Zobaczyliśmy łodzie i zostaliśmy dosłownie zaatakowani przez tłum nagabywaczy. Mister, mam łódź, popłyń ze mną, tanio! Nie! popłyń ze mną, ja mam lepszą łódź! Kup kwiaty na pudźę! Kup widokówkę! KUP KUP KUP! Nie mam nogi, daj mi rupie! KUP KUP! Nie dało się rozmawiać ze sobą, zaczeliśmy ignorować te zaczepki, przesuneliśmy się najpierw w jedną stronę, a gdy okazało sie, że nie ma dalej przejścia, zaczeliśmy wracać. Sprawdziliśmy na mapie, bylismy na jednej z ghat. Zgodnie z zaleceniami, udaliśmy się w górę rzeki. Niestety daleko nie doszliśmy. Wysoki stan Gangesu nie pozwlił przechodzić przy rzece, tzreba było cofać się wgłąb miasta, iść labiryntem uliczek na azymut i mieć nadzieję, że wyjdzie się w dobrym miejscu. Tak też zrobiliśmy, Poprowadziłem towarzystwo zaułkami koło małych sklepików, straganów jadłodajni, gdzie może ze 2 klientów by się zmieściło. W pewnym momencie dostrzegliśmy namalowaną strzałkę we w miarę dobrą stronę. Oczywiście orientacyjnie. Przeszliśmy przez jakieś podwórko i zobaczylismy rzekę.

77

Iwona dopadła się do kotka i zaaferowana zeszła na brzeg. Pusto wszędzie. Cisza Stojąc tyłem do rzeki Iwona wygłosiła magiczną sentencję ” Jak fajnie, że nie ma tu takiego bydła ” co skwitowalismy gromkim śmiechem. Nie rozumiała o co nam chodzi, do chwili, kiedy się nie odwróciła.

78

W rzece, pasło stado krów. Właściwie bawołów. Zestawienie stwierdzenia o bydle, z widokiem kilkunastu krów obok spowodowało u nas wybuch śmiechu. Ale może to po prostu odreagowanie stresu?

Po chwili przyszedł właściciel stada i zaczął obmywać swoje podopieczne.

79

Patrząc na kolor wody, tak niekoniecznie byliśmy w stanie zrozumieć te czynności. Zaczeliśmy czytać naszą biblię i rozglądać się dookoła. Co jakiś czas mijali nas pielgrzymi, czasem ktoś schodził nad rzekę robić pranie czy brać kąpiel.

80

Bacznym okiem przyglądał nam się święty mąż, który chyba sprawdzał, czy nie naruszamy swoją obecnością zwyczajów. Pilnował nas bacznie, spoglądając na nas patrząc niby gdzieś w dal.

81

Do Lipków dopadł się naganiacz, właściciel łódki motorowej i wiosłowej. Rozmawiali z Nim z godzinę, wypytując o różne rzeczy, a on usiłując przekonać Ich do słuszności wyboru jego łodzi. Dużo ciekawostek się dowiedzieliśmy dzięki temu. W planach mieliśmy wynajęcie łodzi wiosłowej z samego rana, o 4 i wypłynięcie by zobaczyć wschód słońca, lecz nasz przewodnik zaproponował nam wieczorną wycieczkę. Wieczorem, zaraz po zachodzie słoca, jest pudźa, modlitwa wieczorna która jest widowiskowa. Przyszło więc nam do głowy, że popłyniemy na 2 wycieczki – poranną łodzią wiosłową oraz wieczorną, motorową.

82

Więc teraz nastąpiła kwestia ile za to zapłacimy. Więc za motorową, zapłacilibyśmy jakieś 900rs a za wiosłową 300. razem 1200. Nie chcieliśmy sie zgodzić, mówiąc, ze w naszej biblii jest napisane, że to jest tańsze. Oczywiście twierdził, że to z tamtego roku przewodnik, że ceny się zmieniły, że to, że tamto, że wysoka cena ropy. Nie mieliśmy serca o targowania się, więc zeszło do 1100 za całość no chyba, że będziemyz adowoleni, to damy 1200. Umówiliśmy się za godzinę na wypłynięcie łodzią motorową i poszliśmy napić się czegoś. W małej knajpce kupiliśmy zimną colę po 20rs za butelkę. Zostało jeszcze 30 minut, więc postanowiliśmy z Niną odwiedzić kafejkę internetową.

Po drodze spotkaliśmy szaloną krowę, ze świecącymi się oczami. W zaułku robiła niesamowite wrażenie.

83

W kafejce zapłaciliśmy 20rs za 30 minut za komputer. Łącze było mocno średnie, ale udało mi się nablogować kawałek, sprawdzić pocztę, gg, jabbera i inne temu podobne rzeczy, a także znaleźć artukuł na wirtualnej polsce pod tytułem ‚chamstwo poskich kierowców”. Ubawił nas do łez, szczególnie patrząc przez pryzmat kilkudiowego już pobytu w Indiach. To, co oni nazywali chamstwem, było przadną kulturą jazdy, nigdy tu nie stosowaną.

84

Wróciliśmy nad brzeg gdzie czekał nasz kapitan. Weszlismy na łódz i odpłynliśmy, najpierw w pod prąd.

85

Mijaliśmy powoli Varanassi. na brzegu pasły się bawoły,

86

ludzie siedzieli, odpoczywali, pracowali, modlili się. Ogólnie toczyło się życie.

Po jakimś czasie, dopłyneliśmy do ghatyy, gdzie palone są zwłoki. Akurat ta ghata przeznaczona jest dla biednych – można było kupić drewno na stos już za 3000rs. Było to jednak najgorsze drewno, które nie gwarantowało osiągnięcia nirvany – lepsze gatunki drzew kosztowały nawet 50000rs za stos palący sie 10-12h. Budynek obok, ten z kominami to krematorium elektryczne – dla kompetnie najuboższych – koszt sopielenia to 500rs – jakieś 25PLN. Jednak wiele osób woli wykupić spalenie na stosie. Często rodziny nie stać na tyle drewna, by spaliło się cał ciało, kupiją go tylko na np 4 godziny palenia. Po 4 godzinach stos jest rozgrzebywany, drewno zabierane a niedopalone ciało wrzucane do gangesu.

Do gangesu bez palenia wrzycane są też dzieci do lat 10, kobiety w ciąży, ukąszeni przez kobrę, święci mężowie sadu oraz chorzy na whiteskin ( bielactwo? nie udało nam się ustalić, co to za choroba ).

88

Na filmie też widać ghatę i krematorium.

Po spaleniu, członkowie najniższej kasty, niedotykalnych przeszukują popioły szukając kosztowności, stopionego złota itp. I tak wiem, ponoć nie ma już w Indiach kast. Taka jest wersja oficjalna. Prawda jest jednak zdecydowanie inna.

90

Następnie pipioły są wsypywane do rzeki.

92 94

95 96

Zaraz obok toczy się normalne życie. Obok płynących szczątków ludzkich kąpią się ludzie, myją się a nawet pobierają wodę do picia. Jak dla mnie to jest trochę ekstremalne, ale dla Nich gangest jest matką, świętą rzeką.

97

Podobno wioski za Varanassi chorują, dlatego też rząd postanowił coś zrobić. Zostały wybudowane 3 oczyszczalnie.

99

Wszystko byłoby dobrze, żeby one jeszcze dobrze działały. Być  może działają dobrze, ale za mało ich jest, by widzieć poprawę. Mieszkańcy jej nie widzą. Co więcej, czasami mają tak duży pobór prądu, że nie wystarcza go dla mieszkańców miasta. I nagle tak jak już w nocy mieliśmy przykład – prąd w całym mieście znika na kilka godzin.

100 101

Mijamy piękne budynki. Prawde powiedziawszy Varanassi wygląda, jakby było zbudowane na gruzach wcześniejszego miasta. Nasz kapitan to potwierdza. Miasto ma 3-3,5 tysiąca lat. Na miescu zburzonej budowli powstaje nowa, czasem bez czyszczenia placu po starej. Sprawia to wrażenie, jakby oglądało się przekrój skały, na dole najstarsze budowle, a nad nimi nowe…

104

I stało się. Natkneliśmy się na pierwsze zwłoki. Okazało się, ze były to rozkładające się zwłoki krowy. W pewnej odległości było już czuć fetor.  było to może z 50 metrów od miejsca, gdzie zostało poprzednie zdjęcie zrobione. A na nim widać, jak płynie sobie człowiek.

105

Chwilę dalej, jakby specjalnie dla kontrasu napotykamy kolejne piękne budowle.

106

Kawałek dalej widzimy jedną z oczyszczalni – to ten budynek po lewej stronie.

107

Kolejne ciało. Tym razem zwłoki psa płynące z prądem.

108

Kolejną rzeczą którą zobaczyliśmy był meczet. Został wybudowany na miejscu wcześniejszej świątynii, zburzonej przez muzułmanów jak tylko wkroczyli na te tereny. Aktualnie jakieś ugrupowanie terorystyczne ogłosiło, że za to meczet zostanie wysadzony w powietrze i panują tam nadzwyczajne środki ostrożności. Lepiej nie zbliżać się tam mając coś podobnego do broni czy maeriału wybuchowego.

110

W pewnej chwili, zaraz po zachodzie słońca, zaczął się delikatny deszcz i burza. Nie była ona duża, lecz zjawiska świetlne w takim miejscu robiły naprawdę „piorunujące” wrażenie. Dodatkowo nasz kapitan był burza strasznie spanikowany, obwinął się kurtką jakby to miało Mu uratować życie.

111 112

Niebo zrobiło się pomarańczowe i pojawiła się mgiełka. Prawie jak w bajkach dla dzieci. Teraz jeszcze powinien nadpłynąć statek piracki.

113

114

W międzyczasie zapadł zmrok. Płyneliśmy już ze 3 godziny, trochę w górę rzeki, w dół do mostu i znów w górę. Powoli zbliżał się czas Pudźy – wieczornej modlitwy. płyneliśmy więc pośpiesznie, by dotrzeć na czas i znaleźć ciekawe miejsce. Dostrzegliśmy w dali tłumy na brzegu. Oj, chyba nie będzie za wiele widać pomysleliśmy. Okazało się, że nasz kapitan zatrzymał łódkę nad brzegiem, przed miejscem gdzie była uroczystość. Zresztą bardzo dużo ludzi tak zrobiło. Mimo to i tak mieliśmy lepszy widok, niż gdybyśmy oglądali to z lądu.

116

Ogólnie patrząc z laickiego punktu widzenia, wygląda to tak, że wychodzi kilku kapłanów, gra muzyka, ludzie nucą, śwpiewają kiwają się, kapłani machają kadzidłami, świecami i innymi rzeczami. I tak przez godzinę. I tak więm, że głupio te zdania brzmiały i negatywnie, lecz wcale tak nie było. Ludzie byli szczęśliwi rozśpiewani, czuło się ich jedność. Jeśli religia doprowadza ludzi do szczęścia, to dlaczego miałoby to być negatywne?

Po łodziach biegały młode dziewczyny, sprzedając świeczki do puszczania w wodzie. Podobno takie świeczki puszczają kobiety starające się o potomstwo, o dobre rozwiązanie.

122 124

126 127

128 130

Następnie zostaliśmy przetransportowani na brzeg, daliśmy 700rs zadatku i umówiliśmy się na 6 rano dnia następnego. Ciemno już było mocno, wrzemykaliśmy wąskimi słabo oświetlonymi uliczkami miasta do hotelu.

Po drodze jednak stwierdziliśmy, że głód daje nam się we znaki. Postanowiliśmy owwiedzić znaną nam już restaurację. Jak pomyśleliśmy tak zrobiliśmy.

Lipki zamówiły sobie tali.

132

Danie to, to nic innego jak ryż z sosami i dodatkami, je się to ręką biorąc ryż w palce i maczając w sosie. Jest to jedno z typowych dań tego regionu. Tak naprawdę dostaje się kilka smaków na jednym talerzu.

133

Więc teraz od lewej: ryż, sos z fasolkami, bakłażan z pomidorem, ostry sos, średni sos, kurd i coś słodkiego. na środku nan i inne naleśniki. Mieliśmy zapisane dokładnie jak co się nazywa, jak Nina znajdzie, to mam nadzieje, że dopisze.

134

To zaś danie Niny. Ser w panierce, lekko ostry z frytkami. Niezły niezły, aczkolwiek frytki strasz nie słodkie.

135

Ja zaś postanowiłem zamówić sobie sałatkę owocową. Myślałem, że będzie to w jakimś sosie, jogurcie, bitej śmietanie czy czymś takim. Moje zdziwienie było doprawdy ogromne, gdy dostałem pokrojonego banana, jabłko melona i granata rozsypanego gdzieniegdzie. Ciekawostka.

update Nina:

odnaleziony rachunek:

– woda mineralna – 15Rs

– banana lassi – 30Rs

– fruit lassi 35Rs

– sweet lassi – 25Rs

– cold drink (znaczy się cola) – 15Rs

– punjabi thali  110Rs (danie  Iwony &Grześka)

– paneer cutlet chips – 65Rs (moje danie ze słodkimi frytkami, ale dostałam tez ketchup)

– fruit salad big – 60Rs (sałatka Adama, czy była big to niech on już się wypowie, aczkolwiek miska była spora 😉

Wróciliśmy do hotelu. Szybki prysznic i spać. W czasie, gdy byłem pod prysznicem, na ulicy przy hotelu nastąpił wybuch. Gdy wyjrzałem zza obłoków dymu zobaczyłem ludzi sprzątających wybitą szybę. Chwile później życie toczyło się nadal, normalnie, bez zakłóceń, jakby nigdy nic. Nie wiadomo co się stało, nazajutrz nie udało nam się dowiedzieć niczego.

By | 2016-12-18T22:32:37+00:00 Październik 2nd, 2008|Indie, Wyjazd|0 Comments

About the Author:

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.

Leave A Comment