02.10.2010 dzień XVI – Shao Lin

///02.10.2010 dzień XVI – Shao Lin

02.10.2010 dzień XVI – Shao Lin

Wstaliśmy skoro świt o 8:00. O 8:30 byliśmy na dole w recepcji. Nasza urocza Chinka zaproponowała nam, że za 50 RMB dostaniemy karty  wstępu do lokalnych przybytków. Wyrobienie sobie takiej karty kosztuje co prawda 150, ale to zdjęcia trzeba zrobić i to trwa i jak jest się dłużej to jest rozsądne, a że zdjęcia na tych kartach, co dostaliśmy, były średnio podobne, to nie problem. Dla nich każdy biały wygląda tak samo. W druga stronę działa to przecież na tej samej zasadzie. Najfajniejszą kartę dostał Lipek – na zdjęciu miał bujną fryzurę, jaka zapewne miał, ale przed 20 laty. Poszliśmy na autobus, zahaczając jeszcze po drodze przydrożny interes śniadaniowy – w zagłębieniu muru kobieta sklejała pierożki, a przy ulicy jej mąż smażył je na palenisku. Zakup został dokonany. Ninie tak zasmakowało, że dokupiła jeszcze pierożków, czym chyba wprawiła w ogromne szczęście właścicieli. Nie ze względu na zysk, ale na to, że obcym smakowało. Na dworzec autobusowy trafiliśmy bez problemu, busik już stał i był prawie pełen. Znaczy wszystkie miejsca siedzące miał zajęte, ale pani naganiaczka kazała wchodzić. Dostało mi się znów mikrokrzesełko. Wyglądało na jeszcze bardziej mikre niż te plastikowe, które zostało przy drodze w Guilin, więc nie byłem przekonany. Pani jednak była bardzo przekonana więc usiadłem. Wygodne było nieziemsko, jakby siedzieć ja szklanym garnku… po kilkuset metrach postanowiłem wstać, ale pani zaczęła gdakać po swojemu to ustąpiłem. Jednak gdy dopakowała jeszcze na jakimś przystanku lokalesów, postanowiłem przekazać jej, że mam ją w głębokim poważaniu – wstałem i nie zamierzałem siadać, mimo wyraźnych sugestii. Zrezygnowała i posadziła tam jakąś Chinkę. Gdy dojeżdżaliśmy do Shaolin, kazała nam kucnąć – znaczy się przewozili nielegalnie nadmiar turystów. Nie umknęło to uwagi służbie mundurowej, która zatrzymała busik. Upychaczka wdała się w pyskówke z policjantem, a wszystkich usiłowała wypchnąć z busa. Nie polubiłem jej, więc uznałem, że nie ruszam się, będzie miała nauczkę, by nie sadzać starych ludzi na karnym jeżyku. Jednak mimo gwałtownej wymiany zdań, szybko się znudziliśmy, gdyż nie dochodziło do rękoczynów, a tylko do darcia się, to odpuściliśmy sobie i podreptaliśmy raźnym truchtem do klasztoru. Przed bramą stały drużyny z proporcami, a gdy ich mijaliśmy akurat zbierali się i pomaszerowali za klasztorną bramę, wydając groźne bojowe okrzyki. Bramę przeszliśmy bez problemu, pani popatrzyła na nasze przepustki i bez problemu wpuściła za bramę.

Fajna sprawa z tymi zdjeciami na biletach – zupelnie inne facjaty, choc niewyrazne. Chinczycy widza biale twarze, niezrozumiale znaczki – machaja reka i puszczaja. Podobnie dzialaja legitymacje studenckie.

Za nią była pierwsza szkółka, gdzie dzieci trenowały kung-fu, skoki, a grupa dziewczynek ćwiczyła gwiazdy. Idąc dalej minęliśmy jeszcze kilka szkółek aż doszliśmy do miejsca, gdzie odbywają się przedstawienia. Akurat chyba jedno się skończyło, bo miejsc siedzących było sporo. Usiedliśmy i czekaliśmy. Zobaczyliśmy jeszcze próbę przedstawienia i po pół godzinie rozpoczęło się. Studenci biegali z różnymi rodzajami broni, grała muzyka, skakali, bili się, robili sztuki niemal magiczne. Najciekawsze było chyba, gdy jeden ze studentów przytknął sobie do brzucha miskę z uszkiem, poruszał mięśniami brzucha, zrobił podciśnienie w misce… i trzymała się jego brzucha. Następnie przez ucho w misce przewleczono kij i 2 „mnichów” podniosło go w górę. Bardzo widowiskowe. Inną rzeczą było przebicie gwoździem plexi i przebicie balonu po drugiej stronie. Potem bijatyki, skoki i na koniec wspólne ćwiczenie tai-chi. Komercja maksymalna, ciosy markowane, ale przyjemnie się oglądało. Później poszliśmy na kolejny pokaz, tym razem w salce – dość podobny, acz występował jeden taki gumiasty – potrafił zarzucić sobie nogę na szyję stojąc. No i element „zabawny” – na scenę zostały zaproszone 3 osoby i musiały naśladować ruchy „mnichów”. Cała sala ryczała ze śmiechu z nieporadności ochotników. Najlepszy dostał płytę DVD z filmem o Shaolin, a reszta mogła sobie taka kupić, chodziły panie sprzedające. Znaczy przerwa na reklamę. Porażka na całej linii. Potem znów skoki, pokazy i temu podobne. I koniec. I teraz można sobie zdjęcie z „mnichami” w pozycji bojowej zrobić. Acz trzeba im przyznać, że każdego potrafili w kilka sekund tak ustawić, że wyglądał groźnie, bojowo i profesjonalnie. Oczywiście za niewielka opłatą…

Komercja nie komercja, trzeba przyznac, że trzyma klimat. Ogromne zastepy uczniow w kolorowych przebrankach, kolekcje broni jak z filmow karate, wszystko to biega, macha, podskakuje. Pokazy calkiem fajne, choc mi osobiscie „magiczne sztuczki” nie przypadaja do gustu (przebijanie szyby tudziez plexi, lamanie metalowych sztab i lamanie grdyka wloczni) – chyba za duzo się naogladalem takich rzeczy w telewizji i domyslam się, że po prostu oszukuja ludzkie oko. Ogolnie Shao Lin jest fajny!

Do samego klasztoru nie weszliśmy. Nie dość, że tłum który ją szturmował przypominał promocje na schab w Tesco, to jeszcze zamiast 30RMB chcieli od nas 100. To niech się wypchają trocinami i tłuczonym szkłem. I dopchają biletem wstępu. Powędrowaliśmy do miejsca, gdzie są pochowani wielcy mistrzowie (Pagoda Forest – Las Stup)– fajne miejsce, z małymi kapliczkami, ale atmosfera pikniku nie do końca nam pasowała. Uwaliliśmy się nieopodal kolejki górskiej i odpoczywaliśmy obserwując toczące się fale chińskiej inwazji. Gdy się napatrzyliśmy/naodpoczywaliśmy, zdecydowaliśmy o tym, by wjechać na górę kolejką. Przed schodami sprzedawali bilety, po 60 w dwie strony, ale Lipka coś tknęło i zarządził spacerek do kolejki, by zobaczyć jak tam wygląda. Po wejściu na schody zobaczyliśmy sceny dantejskie. Tłum w kolejce tłoczył się falował, zakręcał. W pełnym słońcu, bez odrobiny cienia. A już przy samej kolejce dochodziło do rękoczynów, gdy ktoś usiłował się wepchnąć. Kolejka tak na oko na jakieś 2-3h. Natychmiast odechciało nam się oglądać Shaolin z góry. Za to Lipki wymyśliły nową atrakcję – odwiedzić jaskinię, odległą o zaledwie 4km. Jako, że pod górę, to postanowiłem sobie odpuścić. W moim wieku pod górę, to można najwyżej zostać wniesionym, albo na przykład by się w cieniu ułożyć z piwem w dłoni, z widokiem na Chinki. A tak, to niech sobie te kozice same biegną w górę. Z Niną postanowiliśmy na nich poczekać na dole. Chwilę później, uświadomiliśmy sobie, że zamiast bez sensu czekać, możemy skoczyć do banku wymienić kasę – wtedy jutro się dłużej pośpi. Lipki zaakceptowały pomysł i podreptaliśmy w stronę autobusu. Po drodze widzieliśmy jeszcze jakieś małe przedstawionka. Do banku trafiliśmy ekspresowo, pokazaliśmy 20 dolarów i 100RMB by wyjaśnić, że chcemy to zamienić, zawołany został obsługant i wypełniliśmy formularze, skserowano nam paszport i wykonano biurokratyczne czynności. Dostaliśmy numerek i poczekaliśmy chwilę. W kasie przez maszynkę do sprawdzania pieniędzy usilnie nie chciało 20$ przejść, drugi obsługant przyszedł, obmacał banknot, obmacał maszynkę, ale ta była bezlitosna. Wypluwała tylko ten banknot. Popatrzyli na nas pomyśleli ile problemów będą mieli z wyjaśnieniem tego nam i dali spokój maszynce. Wypłacili kasę bez problemów.

Na gore poszlismy pieszo 4km aby zobaczyc jaskinie, w ktorej wielki Damo medytowal 9 lat w jednej pozycji. Jak już mu się znudzilo, a na skale pozostal slad po jego ciele zszedl na dol i zalozyl klasztor Shao Lin. Wdrapalismy się na gore po tysiacu schodow w niecala godzine. Hm, jaskinia to bym tego nie nazwal, co najwyzej grota. W srodku postawili chyba jego posag, miejsca zostalo na jakies 3,5 Chinczyka. Kilkanascie dodatkowych metrow w gore i jestesmy przy 30 metrowym Buddzie widocznym z dolu. Widoki calkiem calkiem. Kolejne kilka metrow i zdobywamy mala pagode na szczycie, do zludzenia przypominajaca gazebo z Heroes of M&M – 2000 experience points bo było wysoko ;-). Droga na dol jakies 45 minut, powrot do hostelu bez problemow.

W hostelu spotkaliśmy się z Lipkami i poszliśmy na kolację. Tym razem do lokalu, gdzie ponoć jest menu z obrazkami. Po drodze zaliczyliśmy jeszcze uliczny koncert, na którym po chwili byliśmy ciekawszą rzeczą niż muzykanci. Knajpa była prawie pełna, ale niestety stolik się znalazł. Zamówiliśmy 3 potrawy, z czego dla mnie tylko jedna była jako tako zjadliwa, pod warunkiem, że wyjadałem samo mięsko, taki podpieczony boczek. Reszta w tej potrawie to czerwona i zielona papryczka chili. Za to Lipek był przeszczęśliwy – sapał, parskał, stękał, ale wciągał w siebie papryczki z wyrazem błogości w oczach. Ja się najadłem bardzo szybko i zabrałem się za studiowanie rozmówek polsko mandaryńskich. W hostelu zaś zabraliśmy się za rozpracowywanie lokalnej wódki, 50%. Taki bimber.

Mmm… Bimberek pierwsza klasa – nie wykrzywia pyska i milo rozgrzewa 😀 .

Zrobiło się wesoło, ale o 22:02 przyszła nasza ulubiona Chinka i poprosiła, żebyśmy byli trochę ciszej, bo się ludzie skarżą. A jak oni chrapią, to ja się nie skarżę. Skończyliśmy butelkę i poszliśmy do siebie spać.

 

Zobacz też

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.

By |2016-12-18T22:32:36+00:00Październik 2nd, 2010|Chiny, Wyjazd|0 Comments

About the Author:

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator - z przymusu - szwędacz.

Leave A Comment