03.10.2008 Droga do Khajuraho

///03.10.2008 Droga do Khajuraho

03.10.2008 Droga do Khajuraho

Postanowiliśmy wyjechać o godzinie 12. Wydawałoby się, że była to optymalna godzina. Wszak do Khajuraho nie jest jakoś strasznie daleko, jakieś 250-300km. Normalnie możnaby liczyć jakieś 4, no maksymalnie 5 godzin. Jeszcze nie przyzwyczailiśmy się do tego, że w Indiach czas płynie zdecydowanie inaczej.

Na 12 umówiliśmy się z Sonu, że ruszamy. Około 11 byliśmy w hotelu, zaczeliśmy pakowanie i inne tego typu czynności. Przed 12 Grzesiek poszedł powiedzieć, że jesteśmy prawie gotowi. Niestety, nie odnalazł naszego kierowcy. Otrzymał za to informację, że pojechał załatwić coś z oponą. No fakt, jadąc tu, czasem się zatrzymywał i dziwnie na jedną z nich patrzył. Przemilcze, że miał2 dni na załatwienie tego i wybrał akurat ten moment, jak mieliśmy jechać. Ok, poczekamy. W końcu ile czasu można załatwiać sprawę z oponą, szczególnie, że pojechał z godzinę wcześniej. Z uwagi na to, że musieliśmy wymeldować się z hotelu do 12, spakowaliśmy się i wynieśliśmy.

174

Zeszliśmy na dół i czekaliśmy na schodach, koło garażu. Lipek zadzwonił do naszego szofera i uzyskał informację, ze za 15 minut będzie. Siedzieliśmy i oglądaliśmy życie zaułka, robaków i autochtonów. życie robaki i autochtoni obserwowali nas, tak więc była równowaga. 15 minut później wykonaliśmy kolejny telefon. Nie odbierał. Ciśnienie podniosło nam się dość mocno, z Niną wymyślaliśmy scenariusze, co byłoby gdyby pojechał sobie i nas zostawił. W końcu odebrał i powiedział, że zaraz będzie.

10 minut później… nic się nie zmieniło

Kolejną chwilę później też go nie było

Koło 13 Lipek zadzwonił i powiedział mu kilka uprzejmych słów, aczkolwiek moim zdaniem nie przedstawiały one naszego nastroju choćby w 10%.

10 chwil później wjechał do garażu, spędzając ze 3 chwilę na wykręcenie w uliczkę.

I co? nie, nie pojechaliśmy od razu, to byłoby za piękne, za proste. Tak się nie da. Sonu postanowił soczyć pod prysznic. W sumie nawet dobrze, bo nie bedzie nam wydzielał zapachów, ale już spóźnieni jesteśmy, mieliśmy godzinę temu odebrać ubranka z szycia i pojechać.

Ile czasu można brać prysznic? 5 minut? 10?

Błąd. Zobaczyliśmy naszego kierowcę po 30 minutach. I ani przepraszam ani pocałujcie mnie w dupe.

Ok, to teraz pojedziemy do dzielnicy z jedwabiem, zawieziesz nas tam.

„EEEeee, nie dojade tam, idzcie na piechotę, a ja poczekam w hotelu.”

Osz &*^% twoja mać „NO!” wyrwało się z czterech gardeł a i w oczach chyba mieliśmy morderstwo.

Myślę, że gdyby usiłował coś powiedzieć, zabralibyśmy mu kluczyki i sami byśmy pojechali. Łaskawie zapakował swój szanowny tyłek za kierownicę i pojechaliśmy. Ale ale… przecież nie może być łatwo, prawda? Pamiętacie jak 2 dni wcześniej, jak przyjechaliśmy, Sonu wjeżdżając w uliczkę nie mógł wykręcić przez poustawiane stoliki i jeden z nich zahaczył bokiem? Właśnie teraz dotarło do właściciela, że doznał niepowetowanej straty i musi ją odzyskać. Wywiązała się słowna awantura na gdakanie bulgotanie i machanie rękoma. Po jakichś 17 chwilach Sonu machnął ręką dał właścicielowi ze 20rs i pojechaliśmy. Oczywiście pokazaliśmy na mapie gdzie ma jechać. tak, zdecydowanie mapa to było egzotyczne stworzenie, bo oglądał ja chyba ze wszystkich stron. I oczywiście usiłował pojechać w przeciwną stronę. W końcu został dopilotowany na miejsce.

Pobiegliśmy po ubranka. Niesamowite, ale były gotowe. Co więcej, spodziewaliśmy się tandetnej roboty a to co dostaliśmy, zaskoczyło nas pozytywnie. Bardzo ładnie wykończone materiałem a co więcej – miało podszewkę! po prostu szok.

Iwony ubranie miało idealną wielkość, Niny jednak było za ciasne. W sumie nie całe tylko na piersiach. Sprzedawca przekonywał, że nie, że jest idealne, ale Nina nie była zadowolona. W związku z tym zaproponował że zaraz przerobią, trwać to ma maksymalnie 30 minut. W sumie stwierdziliśmy, że i tak zmarnowaliśmy ogrom czasu, więc nie ma co się śpieszyć, za jasnego nie dojedziemy na miejsce, a przynajmniej Nina będzie zadowolona. To poczekamy. Zapytaliśmy, gdzie moglibyśmy się napić czegoś w okolicy, bo pragnienie dawało nam się we znaki. Zostalismy zaprowadzeni na główną ulicę, prawie przy samochodzie były knajpki. Weszliśmy do pierwszej z brzegu. Oho… to była knajpa wyraźnie lokalesowa. Menu w języku angielskim szukali dość długo, lecz chcieliśmy tylko zimną colę. Dokłądnie 4 butelki. martwiliśmy się, że może nie mają lodówki i dostaniemy ciepłą, ale postanowilikśmy zaryzykować. Usiedliśmy przy kuchni i od razu zaczeliśmy obserwować otoczenie. Otoczenie obserwowało nas zresztą od dłuższego czasu. Otwarte usta i zatrzymane dłonie w połowie drogi z talerza do ust oraz nas trochę zdziwiły. No dobra, staliśmy się żywym cyrkiem. W sumie nam to nie przeszkadzało – wszak dla nas oni też byli ciekawostką, jednak przyzwyczajenie cywilizacyjne nie pozwalało nam aż tak się na nich gapić. Tak jak przypuszczaliśmy w kuchni nie zobaczylismy lodówki. Jednak po chwili z ulicy przybiegł chłopak, który przyjmował zamówienie. ta przy okazji chyba tylko on potrafił jako tako mówić po angielsku. Przybiegł z butelkami zimnej coli. Okazało się, że nawet jak czegoś z menu nie ma w restauracji, to bigną do sklepu czy innej restauracji i przynoszą, nieważne czy klient jest lokalny czy turysta. Świetna sprawa.

Wypiliśmy, zapłaciliśmy dokładnie tyle ile było w karcie ( 12rs za butelkę ), Nie minęło 15 minut od chwili, kiedy zniknęła nam z oczu Niny bluzką, a została przyniesiona. Już przerobiona i to tak, że praktycznie nie było śladu. Podziękowaliśmy i poszliśmy do samochodu. Naszego kierowcy nie było… co już nie było w sumie nowością.

Nagraliśmy za to jak wygląda ruch uliczny, na małej uliczce w Varanasi.

W końcu Sonu wrócił i pojechaliśmy. Cały czas żałowaliśmy, że nie poszliśmy zobaczyć płonących stosów od strony lądu, ale cóż poradzić, czasu się nie rozciągnie. Może następnym razem.

Droga była długa. I jakby ktoś chciał wiedzieć, nie była dobra. Była wąska, kręta i strasznie kiepsko oznakowana. Zaszło słońce i nastąpiły kompletne ciemności. Wsie i miasteczka przez które przejeżdżaliśmy w większości nie były oświetlone. Gdzieniegdzie paliły się małe ogienki. bardzo dziwne uczucie patrzeć, jak normalne życie, handel, toczą się w światłach reflektorów.

Trochę po 23 przejechaliśmy Satnę, najbliższe miejsce gdziem można dojechać pociągiem. Jakbyśmy pociągami jechali, to właśnie z tego miejsca kombinowalibyśmy transport dalej. Ostatnie 80km zajęło nam około 1,5 godziny. Wjechaliśmy do kompletnie martwego miasteczka. Brak samochodów, brak ludzi, brak świateł w oknach, jedynie latarnie co jakiś czas pokazywały, że to żywe miasto. Hotel, w którym Sonu chciał nas zakwaterować był już zamknięty na 4 spusty więc Sonu udał się na poszukiwania. Kilka bram obok, znalazł się hotel, całkiem ładnie wyglądający, gdzie otworzyli nam i zaproponowali pokoje. Wstępna cena jaką chcieli, to 500rs. Prawdę powiedziawszy dość drogo, ale hotel wyglądał naprawdę przyzwoicie. Wejścia do pokoi były z dużego, ładnego patio, z małym stawkiem ze złotymi rybkami. Wiedzieliśmy, że za wielkiego wyboru nie mamy, byliśmy zmęczeni, było późno i mieliśmy wszystkiego dość. Stargowaliśmy do 400Rs i wybraliśmy pokoje. W jednym był ogromny karaluch, ale miał jakieś inne plusy, dlatego dostał się Lipkom. Karalucha nie znaleźli, za to w chwili nieuwagi wkroczyła do ich pokoju ropucha. Przegnali ją do łazienki, zamkneli tam ją i poszli spać.

Ja przyznam się, ze padałem na twarz. Uznałem, że robię sobie dzień brudasa i nie myje się. Padłem na łóżko i zasypiałem. Nina poszła pod prysznic. Z objęć morfeusza wyrwał mnie krzyk. Okazało się, że ogromny karaluch łazi po saszetce z kosmetykami i natychmiast mam go zabrać, bo mi żonę połknie w całości, i nawet nie beknie. Nieprzytomny wstałem by ratować moje kochanie. Podły robal jednak się schował. Dostałem nakaz wyciągnięcia wszystkiego z saszetki i sprawdzenia, czy nie ma go w środku. Wyciągałem rzeczy i podawałem Ninie gdy nagle dotarło do mnie, że robię głupotę. Oczyma wyobraźni zobaczyłem, że nie zauważony przeze mnie robak schowany za pastę do zębów trafia do rąk Niny i co dzieje się później. Nie! tak być nie może. Odebrałem Jej rzeczy i kładłem na umywalkę.

179

Nie znalazłem robaka. Nina zarządziła, że trzeba wytrzepać saszetkę. Uczyniłem to i oczom mym okazał się robal w całej swojej okazałości. Ogromny był. No miał prawie centymetr… Myślę, że mógłby Ją połknąć, ale beknąć by jednak musiał…

Tego było dla mnie za wiele. Musiałem wejść pod prysznic i po tak traumatycznych przeżyciach się oczyścić. Potem, czując ulgę padłem na łóżko czując przyjemne zimne powiewy z wentylatora pod sufitem. jest to bardzo przyjemne, ale trzeba uważać – łatwo można się przeziębić!

180

Zobacz też

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.

By |2016-12-18T22:32:37+00:00Październik 3rd, 2008|Indie, Wyjazd|0 Comments

About the Author:

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator - z przymusu - szwędacz.

Leave A Comment