03.10.2008 Varanassi – dzień II

/, Wyjazd/03.10.2008 Varanassi – dzień II

03.10.2008 Varanassi – dzień II

Obudziliśmy się przed świtem. Ciężko się wstawało, nie powiem. Właściwie świt, to za wiele powiedziane. Było tak szaro, ale nie ciemno, a do jasnego brakowało jeszcze dość sporo. Umyliśmy jedno oko i ze trzy zęby i Sprawdziliśmy, czy Lipki żyją. O dziwo, nawet wstali. Szybko wyszliśmy z hotelu mijając śpiącego recepcjonistę w brudnej podkoszulce na ramiączkach. I to jeszcze takiej siatkowanej. Okaz sexu. Udaliśmy się do gathy, gdzie byliśmy umówieni z naszym transportem. Idąc, mijaliśmy już spore ilości ludzi. Pluliśmy sobie w brodę, że daliśmy się namówić, by spotkać się o 6 a nie o 5. Gdy doszliśmy do gangesu, kończyły się poranne modlitwy.

136

Powoli zbierali się do powrotu do swoich świątyń, gasili swoje ognie, pakowali kielichy. Pluliśmy sobie w brodę strasznie. W sumie lepiej, że sobie, niż na kogoś mielibyśmy pluć, mogłoby to nie być zbyt dobrze postrzegane. Wszędzie gdzie okiem sięgnąć, oczywiście na brzegu, rozkładały się małe stoliki z różnościami. Najwięcej chyba było kwiatów.

138

Dodatkowo jakieś liście, kokosy, świeczki i insze inszości. Istny targ. Aczkolwiek większość rzeczy jest dla pielgrzymów,czy to do składania ofiar, czy też obmywania się.  Tłum ludzi, zarówno sprzedających, jak i pielgrzymów zajmował cały brzeg. W wodzie na kilku poziomach byli ludzie, myli się, modlili, medytowali. W oddali dostrzegliśmy naszego wczorajszego kapitana na łódce. Po chwili udało mu się dopłynąć do brzegu na tyle, byśmy mogli spokojnie wejść na pokład. Nie było to proste, o nie. Najpierw przebić się między ludźmi, następnie wejść prawie do wody i wskoczyć do łódki. Plus był taki, że rano jakoś mniej natarczywi byli, bardziej swoimi sprawami zainteresowani. Odpłyneliśmy kawałek od brzegu, zrobiło się ciszej. Po wodzie gdzieniegdzie przepływały kwiaty i świeczki.

137

Po gangesie w obie strony pływały łodzie, łódki, barki i wszystko inne, co tylko można sobie wyobrazić, zapełnione turystami i pielgrzymami. I w sumie nie było głośno. Ciszę jedynie co jakiś czas mącił głos motoru w łodziach, ale nie przeszkadzał. Zaczynało być już w miarę jasno.

139

140

Płyneliśmy jakiś czas w milczeniu, rozglądając się uważnie. Zastanawiające jest, że tym ludziom nie przeszkadza to, jak wygląda ta woda

142

Wiem, że Ganges jest „Matką”, ale w naszej kulturze nikt przy zdrowych zmysłach nie zamoczyłby się w takiej błotnistej cieczy. Co kraj to obyczaj, mieli czas przyzwyczaić się do tego, że tak to wygląda.

143

Pojawiło się słońce. W sumie pojawiło się, jest dobrym określeniem. Aczkolwiek jeszcze lepszym, byłoby przedarło się przez mgły. Okazało się, że jest już dość wysoko na niebie. Mijająca nas na łodziach wycieczka z Buthanu oddawała się modłom.

145

Podpłyneliśmy bliżej brzegu. Faktycznie, po malowidłach było widać, że poziom rzeki jest zdecydowanie wyższy niż zwykle. Część malowideł była cała skryta pod wodą, część wystawała w połowie

144

Im bliżej brzegu, tym więcej brudu w wodzie było widać. W sumie chyba jednym z zabawniejszych widoków, był klapek płynący dziarsko z prądem. Z odległości wyglądał jak mały parostatek.

146

Dokładnie kawałek dalej, była kolejna gatha. W dalszym ciągu trwały poranne obrzędy. Ludzie w ubraniach zanurzali się w nurt rzeki. Nieprzebrane tłumy zbierały się nad brzegiem.

148

149

Przy brzegu zacumowane były łodzie. W niektórych z nich, pod kołdrami spali ludzie. Oficjalnie, to zwykli mieszkańcy, a nieoficjalnie – niedotykalni – wykonujący najgorsze zajęcia, najbrudniejsze, najbiedniejsi. Wszystko oficjalnie jest ładnie, ale to co widać, jednak przeczy temu. Zresztą w sumie nie jest to dziwne, nie da się jednym dekretem przekreślić całych wieków kultury i tradycji.

150

Dopływamy dalej. Wśród łodzi, niedaleko jednej z gath napotykamy ciało zawinięte w całun. Nasz kapitan stwierdza, iż jest to dziecko. Osoby o słabych nerwach lepiej niech nie oglądają zbliżenia tego zdjęcia, dobrze radzę. Widok zwłok w takim stanie, wśród śmieci, resztek gnijących kwiatów naprawdę robi wrażenie. Prawda jest też taka, że bardziej teraz, z perspektywy czasu ten widok działa na wyobraźnię. Na miejscu wydawało się to prawie naturalne. Makabryczne, ale takie jest tamtejsze życie.

151

Dosłownie 10, może 15 metrów dalej toczyło się normalne życie. W wodzie stali ludzie, kilka osób nawet pływało. Wszędzie panował nastrój z jednej strony podniosły, a z innej radosny. Płynące zwłoki są normalną rzeczą, naturalną. Tylko dla nas widok ludzi, pijących wodę 15 metrów od zwłok był w pewnym sensie szokiem.

152

Kolejny kawałek drogi w dół rzeki spotykamy świętego męża medytującego na schodach. Wracając, dalej tkwił w tej samej pozycji, obojętny na otoczenie, prawie bez ruchu.

153

155

156

157

Jadąc do Indii zastanawialiśmy się nad tym, żeby w hotelu skorzystać z usług pralniczych. Nie jest to wcale drogie, koszt to jakieś 10Rs za sztukę ubrania. Problem jednak jest taki, iż nie są to normalne pralnie, a przynajmniej nie w tym mieście. Osoby zajmujące się tym biorą ubrania i idą z nimi nad ganges i w nim piorą. Żeby było ciekawiej, nie używają wcale proszku czy innych wymyślonych przez współczesną cywilizację magicznych rzeczy. Wynik jest rewelacyjny  -wszelkie plamy znikają, jakby ich nie było. A dokonują to za pomocą tarcia kamieniem. Trą, aż cały brud zniknie. Ubranie wtedy mamy czyste, ale kilka takich prań i możemy się ze swoimi ciuchami pożegnać. Na zdjęciu i filmie widać wyprane hotelowe prześcieradła. Są rozkładane na kamieniach, wiec nie ma co się dziwić, że wyglądają jak wyglądają. Tak więc, gdy traficie do hotelu i zobaczycie szare prześcieradło, nie myślcie, że jest ono brudne ( co też jest możliwe i prawdopodobne ) lecz może być ono któryś raz prane i zbliżać się do końca dni swoich.

158

161

Ponownie dość szokujący obrazek – przy jednej z barek widzimy zwłoki noworodka, być może płodu.

160

Powoli dopływamy do gathy, gdzie palone są zwłoki. Wcześniej jednak widać pozostałości po porannych uroczystościach, jeszcze nie uprzątnięte.

162

W tle zaś, widać kolejnego świętego męża. Tłumaczy coś dzieciom. Podobno jest nauczycielem wśród najbiedniejszych. Przepływając obok, zostajemy zaskoczeni faktem, że jest on „białym człowiekiem” prawdopodobnie europejczykiem. Nie jest to odosobniony przypadek, w Indiach pozostaje spora rzesza europejczyków, którzy przybywają tu w poszukiwaniu siebie, wiary i innych metafizycznych doznań i zostają, niejednokrotnie niosąc pomoc mieszkańcom, lub nauczając.

163

W miejscu, gdzie jeszcze wczoraj wieczorem były płonące stosy, dziś były tylko kupy popiołu. W nich niedotykalni grzebali, by znaleźć resztki wytopionych kosztowności oraz zbierali, by wysypać prochy do rzeki.

164

165

W tym miejscu zawróciliśmy i nasz wioślarz miał spory problem, by płynąć pod prąd. Sporej siły to wymagało ale perspektywa zarobku dodawała sił. Kapitan zaproponował, że zaprowadzi nas do znajomej fabryki jedwabiu. W tym miejscu ciśnienie mi się podniosło, bo osobiście miałem dość naciągania, ale Iwonie oczy rozszerzyły się z radości i przekonała nas, by udać się z nim. Przecież nic nie musimy kupować. Jasne. Jak usłyszycie takie propozycje, to grzecznie powiedzcie takiej osobie, by sobie kogoś innego poszukała. W każdym razie jednak postanowiliśmy zobaczyć, jak wygląda fabryka jedwabiu.

Słońce już było wysoko, mgła znikła i zniknął cały taki całun okrywający miasto. Bez niego, okazało się miastem naprawdę radosnych kolorów.

166

167

Zeszliśmy na stały ląd. Od razu odmiana. Nasz kapitan poprowadził nas wąskimi uliczkami miasta, w kierunku dzielnicy kupców jedwabiu i zakładów tkackich. Po drodze z racji naszego zawodu, zainteresowało nas graffiti na ścianie

168

Stwierdziliśmy, że w sumie moglibyśmy iść się czegoś nauczyć. Wszak Indie słyną z niezłych specjalistów IT. Przynajmniej w działach helpdesku.

Doszliśmy do naszej fabryczki. Kapitan załomotał w drzwi, gdzie zaspany właściciel wyburczał po swojemu „czego tu?”

Po wymianie kilku zdań, geście wyciągniętej dłoni od właściciela warsztatu, nasz przewodnik oznajmił nam, ze z oglądania fabryczek nici, bo dziś jest zupełnym przypadkiem święto muzułmanów i nie pracują dziś. No po prostu szok, chwile wcześniej nie wiedział o tym? Pierwszy raz w tym kraju jest? W nagrodę jednak, postanowił zaprowadzić nas do sklepu z jedwabiem. Zapewne nie był on prowadzony przez muzułmanina i dlatego działał. Powiedzieliśmy, że nie tak się umawialiśmy i jak tak, to nie idziemy do sklepu. Jak sami będziemy chcieli, to sobie jakiś znajdziemy, pełno ich tu po drodze. Nagle, no zupełnie jak grom z jasnego nieba przewodnik sobie przypomniał, że jeszcze jest jeden warsztat który może nam pokazać. Przeszliśmy jeszcze ładny kawałek. Na pocieszenie jednak, przechodziliśmy w miejscu gdzie kobiety prasowały ubrania. Tak drogi czytelniku, zgadza się… prasowały takimi żelazkami na duszę…

Warsztat okazał się klitką 2×2 metry. Nawet nie miałem chęci zaglądania tam ani wyciągnięcia aparatu.

176

Sklep… jeśli ktoś jest przyzwyczajony do galerii handlowych czy innych hipermarketów, poczułby się rozczarowany. W domu były wyodrębnione 2 pokoje, usłane materiałem, z poduszkami. Wchodzi się do takiego miejsca bez butów i rozsiada się, a sprzedawca przynosi kolejne materiały. Na początku pokazywane są średniej i gorszej jakości materiały, aby wysondować klienta. Jak się pozna, to niedobrze, Trzeba będzie pokazać lepsze, albo zejść z ceny. Zresztą taki zwyczaj, trzeba się targować.

Jak dla mnie osobiście, to strasznie te wszelkie materiały pstrokate. Od kolorów bolały oczy. I to jakich kolorów. kanarkowołososiowy, krwistoczerwony z zielonym takim, że łzy z oczu ciekły. W sumie ładnie to wyglądało… ale na hinduskach. Pasowało.

Nastąpiło rytualne udowodnienie, że jest to jedwab. Polega to na oberwaniu nitki podpaleniu i zaprezentowaniu, że śmierdzi spalonymi włosami. Im czystszy jedwab tym bardziej śmierdzi i tym mniej zwęglonej materii zostaje. Pierwsze materiały nie podeszły nam, kolejne też. Podłogę zaściełała już warstwa 40 cm różnych tkanin. Przynieśli materiały na ślubne ubiory. No ładne, ale…

W końcu zaprezentowali materiał na sari. Na filmie Iwona w zwojach materiału.

Dziewczynom materiał się spodobał. Sprzedawca następnie zaczął przynosić ubiory. Niestety miały one takie kolory, że dziewczyny zrezygnowały. W tym momencie padła propozycja, że skoro ten czarny materiał się nam podoba, to uszyją z niego bluzki. Z takiego materiału całego, który ma 7m, spokojnie da się zrobić 2.

178

Rozpoczęły się targi. W każdym razie początek był od 2500rs za materiał + jakiś kosmos za uszycie. Zakończyły się zdaje się na 1500rs i 250 za uszycie każdej z bluzek. Warunek – muszą się wyrobić w ciągu 2h, bo za tyle czasu planowaliśmy wyjazd. Dobiliśmy targu i udaliśmy się do hotelu i na śniadanie.

169

170

Grzesiek znów dostał jakieś dmuchane jedzenie, ja zaś zamówiłem sobie takiego placka. Mam nadzieję, że Nina znajdzie rachunki i wpisze koszt śniadania i nazwy potraw.

update Nina:

rachunek odnaleziony a na nim:

– cold drink – 30 Rs (zaczynamy wciągać się w picie coli)

– minerla water – 15Rs (stała pozycja chyba na każdym naszym rachunku)

– sweet lassi – 25Rs (Grzesiek pozazdrościł Adamowi)

– fruit lassi – 35Rs

– baranasi breakfast – 45 Rs (dla Iwony i Adama)

– continental breakfast – 60rs (dla mnie)

– rawa spl. dosa – 60Rs (śniadanie Grześka- był to placek z jakąs bliżej nieokreśloną zawartością w środku)

Jeszcze chciałbym pokazać, jak wyglądał wystrój hotelu:

171

172

173

Ciąg dalszy, w najbliższej przyszłości, mam nadzieję nastąpi.

A

By | 2016-12-18T22:32:37+00:00 Październik 3rd, 2008|Indie, Wyjazd|0 Comments

About the Author:

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.

Leave A Comment