05.10.2008 Orcha

///05.10.2008 Orcha

05.10.2008 Orcha

Ok.
Mój kochany pamiętniczku, zaniedbałem Cię, wiem.
Kajam się straszliwie. Dlatego też dziś będzie wpis, słitaśne foty i filmidło.
A poważnie, to przepraszam za brak aktualizacji, ale mi się nie chce, a pomocników brak 🙂
Zaczynajmy. Aktualne wpisy będą krótsze ale mimo wszystko chciałbym to skończyć.

Wyjechaliśmy z Khajuraho w stronę Orchhy gdzieś koło 16 godziny. Sonu stwierdził, że jechać będziemy jakieś 2-3h. Miło i przyjemnie. Jedziemy, oglądamy zachód słońca. Dodatkowo oglądamy budowę czegoś jak silos czy coś… już na etapie budowy przypominał krzywą wierze w Pizie… Jedziemy. Jedziemy. Ciemno się robi wszędzie. Ruch spory, samochody, motory, rowery, piesi na drodze szerokości może z 4 metry. Oczywiście muzyka na full, dłoń na klakson i jedziemy przed siebie. Ciemno już od jakiegoś czasu… Nasz driver przegapił zjazd na Agrę i musi na drodze zawracać. To dopiero przeżycie. W tył, w przód, w tył… i tak z 5 minut. Nagle tylne koło spada z asfaltu. Wrzask, panika naszego kierowcy… Lipek z Niną zostali wysłani, by przytrzymać pojazd, by nie stoczył się. Ja olałem to. Niech się nauczy jeździć! I teraz konsternacja, co zrobić? spanikowany kierowiec nie wie, co ze sobą zrobić. Iwona zaproponowała, żeby może ręczny, gazu i skręcić koła, to wyjedziemy. No… to był foch maksymalny, jak BABA może znać się na tak skomplikowanych rzeczach, jak jazda samochodem… Nie używając ręcznego, przy pomocy Niny i Lipka, którzy pchali auto ze wszech sił, udało się uwolnić z pułapki. Gdy wsiedli do pojazdu, okazało się, że przepaść, w którą prawie wpadliśmy miała no z 7 cm… tragedia.

W każdym razie, Sonu miał focha i przestał się odzywać, tylko jeszcze bardziej podkręcił głośność muzyki. Około 23 dojechaliśmy na miejsce. Oczywiście, Sonu przez telefon załatwił nam nocleg. na miejscu okazało się, że po 1 to w pokojach, gdzie tak śmierdziało, że nie dało się wytrzymać a ponadto chcieli za to z 600Rs. No tego to już nie strawiłem, widać miałem dość Sonu, jego muzyki i całokształtu, stwierdziłem, że mamy go w (&^ i idziemy sami szukać. nasi backpakerzy zrobili niezła minę… nastąpiło pytanie, czy nie ma tańszych pomieszczeń. Znalazły się, chyba po 500 ale tragiczne. Tragiczne tragiczne! No może przesadzam, byłem uprzedzony do tego hotelu itp. Jeszcze targując się zamiast 300 powiedziałem 3000 co wszyscy skwitowali salwą śmiechu. Tym bardziej moja irytacja wzrosła, i stwierdziłem, że wynosimy się i idziemy czegoś poszukać. Rozdzieliliśmy się, Nina z Lipkiem poszli droga w stronę „centrum” a Iwona została ze mną, zapewne by bronic ludzi przed moją agresją. Po przejściu 30 metrów znaleźliśmy kolejny hotel i weszliśmy do niego. Pokoje ładne, czyste, za 300Rs. Klucze, były poupychane pod koc na jakiejś wersalce – dość zabawnie to wyglądało. Ustaliliśmy, że nam się podoba, ale musimy jeszcze obgadać z resztą. Wyszliśmy na ciemna ulicę i szliśmy w stronę, w która poszli Lipek i Nina. Zaczęliśmy się z tubylcami i ogólnie z Indiami oswajać, bo z uśmiechem odpowiadaliśmy na zaczepki i naprawdę miło było. Okazało się, że znaleźli hotel, także po 300RS – a że byliśmy blisko, postanowiliśmy obejrzeć  pokoje. Ładne czyste… ale jakieś robactwo – acz martwe. Więc właściciel zaczął wymiatać je z pokoju, widząc ogromne oczy dziewczyn. Postanowiliśmy tu zanocować.

225

Głodni byliśmy niemiłosiernie, więc Lipek dogadał się w knajpie naprzeciwko, że przyjdziemy. Co prawda akurat zamykali, ale chętnie nas przyjmą. Czekali bidulki jeszcze z godzinę, zanim załatwiliśmy wszystko z plecakami, biurokracje z meldunkiem i przyszliśmy. Knajpa była pietrowa, więc zaciągnięto nas na górę, na taras, podano menu i to, co mnie najbardziej ujęło, to to, jak postawiłem plecak z aparatem na podłogę… Własciciel poleciał gdzieś, wrócił z krzesłem i ostrożnie położył plecak na krzesełku. Szok.

O, nawet jest zdjęcie i nazwa – Open Sky Restaurant. Polecam z całego serca. Dostaliśmy menu i zaczęliśmy studiować. Nie pamiętam co zostało zamówione, jakieś lokalne papu, cola lassi itp. I w tym momencie restauracja opustoszała. Został tylko właściciel, a cała rodzina, a było tego z 8 sztuk, poleciała w miasto. Właściciel zabrał się za rozpalanie ognia a my siedzieliśmy wpatrzeni w gwiazdy, Iwona udawała nawet, że rozpoznaje je. Nawet nazwy fachowe podawała, pewnie licząc, że nie będziemy chcieli pokazać swojej ignorancji i przytakniemy. I pierwsza wróciła córa właściciela dzierżąc w dłoniach zimna colę. WOW. Następni przynosili jakieś jajka, zieleninę i wszystko co potrzebne do kolacji. Rewelacja – wiedzieliśmy, że nasza kolacja jest super świeża – kolejny szok. Jedzenie było bardzo smaczne – polecam. Nie ma tej restauracji w LP, ale… warto. Za to Lipek nastawił się na śniadanie w innej restauracji, gdzies pod jakimś drzewem – wedle LP genialna… Ale to już kolejny dzień.

Udaliśmy się na spoczynek… umęczeni ale jacyś tacy zadowoleni…

 

Reszta to początek relacji Lipka, nigdy nie dokończony:

jazda do Orchy początkowo odbywała się po tak samo koszmarnych drogach jak w stronę Kajuraho. zresztą logiczne. więc trzęsło nami nieziemsko i każdy po cichu miał nadzieję, że niedługo wyjedziemy na normalny asfalt bez kilkunastocentymetrowych dziur. z przyjemnych rzeczy po drodze widzieliśmy piękny zachód słońca. nietypowy dla nas bo bez chmur, słońce nie było tak pomarańczowo-krwistoczerwone jak w Polsce ale mimo wszystko wyglądał ślicznie. usiłowaliśmy zatrzymać się gdzieś i zrobić zdjęcie ale Adam nie za bardzo się czuł a mi i Iwonie nie wyszło nic ładnego. z komicznych rzeczy oczywiście zgubiliśmy się kilka razy i podczas zawracania jedno tylne koło obsunęło się z asfaltu na pobocze. nasz Sonu wpadł w taką panikę, kazał nam szukać cegły, żeby podłożyć pod koło samochodu. Lipek i ja wyskoczyliśmy w poszukiwaniu czegokolwiek po czym okazało się, że wcale nie grozi nam wpadnięcie do rowu, różnica poziomów wynosiła ok. 10cm. w związku z tym Iwona udzieliła przyjacielskiej rady naszemu kierownikowi, żeby po prostu ruszył z ręcznego. propozycja spotkała się nie dość, że z brakiem kompletnego zrozumienia to jeszcze Sonu obraził się, no bo jak tu kobieta będzie go pouczać jak się jeździ!. dla nas cała ta sytuacja była zabawna niestety nasz kierowca aż spocił się okropnie. niestraszne mu było wyprzedzać nie widząc czy nic nie jedzie z naprzeciwka, niestraszne wyprzedzanie na trzeciego czy czwartego, niestraszna jazda bez świateł nocą straszne okazało się wyjechanie z małego dołka.

z innych ciekawskich rzeczy przejeżdżaliśmy przez jedną, dwie wioski gdzie w poprzek drogi rozciągnięty był szlaban i gdzie trzeba było uiścić opłatę. nie wyglądało to na oficjalny punkt poboru jakiegokolwiek podatku. wiemy też, że nie była to granica między stanami więc podejrzewamy, że cała ta operacja była z lekka nielegalna, ale aby przejechać musieliśmy zapłacić haracz.

do Orchy dojechaliśmy wyjątkowo wcześnie biorać pod uwagę nasze kilka dni podróży. oczywiście po drodze Sonu, nie konsultując się z nami, zarezerwował nam hotel – Fort View. jego pewność, że zdecydujemy się na ten właśnie hotel była podbudowana tym, że polecali go w LP. pokoje, które nam pokazano nie odbiegały standardem od tych wcześniejszych, może były trochę większe. zażądano od nas, o ile pamięć mnie nie myli, 500Rs za 1 pokój. wiedzieliśmy, że powinno być taniej więc zaczeliśmy się targować. jednak ceny nie udało się ztargować a zyskaliśmy tylko tyle, że pokazano nam pokoje tańsze, które były bardzo małe,  śmierdziało w nich strasznie a ponadto jeden z nich nie miał europejskiego kibelka. pełni wiary w siebie, przecież jesteśmy już w Indiach kilka dni i żyjemy a nawet mamy się całkiem nieżle, postanowiliśmy poszukać tańszego hotelu na własną rękę. panowie z hotelu jak i Sonu byli z lekka oburzeni. zostawilismy bagaże w samochodzie, upewniliśmy się, że Sonu będzie tam na nas czekał a ponadto będzie również i spał w tym hotelu udaliśmy się „na miasto”. rozdzieliliśmy się – Adam i Iwona zaszli do następnego hotelu, ja i Lipek poszliśmy w poszukiwaniu hotelu, który był polecany w następnej kolejności po Fort View w naszej „bibli” czyli w LP. hotelu nie znaleźliśmy za to zdobyliśmy orientacje, w którą stronę do kolejnych ruin, które chcieliśmy zobaczyć oraz wypatrzyliśmy polecaną przez LP knajpkę. samo miasteczko było usłane ogromną ilością krowich kup. spotkaliśmy też Szwedów, z którymi zamieniliśmy kilka słów – mieszkali właśnie w Fort View i płacili za pokoje jakies 800Rs uważając, że to tanio. z lekkim niepokojem zaczeliśmy wracać bo uświadomiliśmy sobie, że nie umówiliśmy się konkretnie ani za ile się spotykamy, ani gdzie. jednak okazało się, że znaleźliśmy się bez wielkich problemów i mimo iż my nic nie znaleźliśmy Iwona i Adam mają całkiem fajne i czyste pokoje za 250rs. jednak wracając po bagaże zaczepił nas jeszcze jeden hotelarz. widać, że albo nie było jeszcze sezonu albo nie miał szczęścia bo bez wielkich ceregieli zgodził się na tą samą kwotę za to za większe pokoje. później dowiedziliśmy się, że przez pękniętą rurę miał potworne problemy i każde pieniądze były mu potrzebne – w sezonie jego pokoje chodziły za 800Rs. poszliśmy po bagaże, pan wymiatał ususzone owady z naszych pokoi, a po drodze umówiliśmy się z właścicielami kanajpki na przeciwko, że niedługo przyjdziemy do nich na kolację. niestety za nim nastapiło zakwaterowanie minęło sporo czasu jednak w knajpce cały czas na nas czekano. w rewanżu na jedzenie też trochę sobie poczekaliśmy. całość była smaczna choć bez rewelacji za to ujęło nas, że czekali nas i byli bardzo uprzejmi – przynieśli Adamowi krzesełko na plecak, strząsali z nas owady, które ciągnęły z powodu światła. ponieważ śniadanie postanowiliśmy zjeść w tej kanjpie, którą wypatrzyliśmy z Lipkiem pożegnaliśmy się coś mrucząc niezobowiązującego na temat śniadania. spać poszliśmy dosyć szybko bo kolejny dzień miał minąć na zwiedzaniu w słońcu. moja  przemiana materii zaczęła się odzywać i po chwili wahania zaczęłam brać tabletki przeciw biegunce.

 

 

ranek rozpoczął się kolejną tabletką i postanowieniem, że dziś nie piję lassi. wstaliśmy ok. 9, wymeldowaliśmy się przed 10, odnieśliśmy bagaże do samochodu i poszlismy na śniadanie. na śniadanie zamówiłam sobie jajecznicę, tosty i czarną herbatę. Iwona i Adam jedli jakieś musli z owocami natomiast Lipek zamówił sobie zestaw,na który składało się trochę jajecznicy, ze 2 tosy i płatki kukurydziane. całość nas rozśmieszyła ponieważ do płatków nie dostał niczego czym można byłoby je zalać. dodatkowo Lipek wyczytał o podobno przepysznym puddingu ryżowym, który warto w tym miejscu zamówić. skusił się nieboraczek i niestety nie było to tak pyszne jak twierdził LP, lub też może my ludzie z Polski nie przyzwyczajeni do luksusów puddingowych nie doceniliśmy jego smaku. ogólnie jedzenie było dobre, obsługa taka sobie – gdy chcieliśmy cos zamówić to musieliśmy wręćz szukać kogoś kto odebrałby od nas to zamówienie. być może rekomendacja lonelyplanetowa ich rozleniwiła.

słonko grzało niemiłosiernie aleprzeszliśmy przez mostek z żebrającymi staruszkami, zakupiliśmy bilety  i rozpoczęliśmy zwiedzanie pałacu Szachangina. oczywiście usiłowali się do nas przykleić przewodnicy ale jakoś ich zbyliśmy i poszliśmy dalej. początkowo wszystko wydawało nam się w strasznym stanie, ruiny w dodatku kompletnie niezadbane. jednak przyczepił sie do nas jakiś Indus, który koniecznie chciał nas oprowadzić zapewniając, że nie jest guide’m. po 3-krotnym upewnieniu się, że nie jest przewodnikiem ustaliliśmy między sobą, że jesli na koniec zażąda od nas kasę to sobie po prostu pójdziemy. nie-przewdonik pokazał nam kilka komnat z pięknymi malowidłami, opowiedział też kilka historii, otworzył kluczem jakieś drzwi i pokazał kolejne ładne lecz zzniszczone i nierestaurowane komnaty. oczywiście na koniec oczekiwał napiwku, usłyszał dziękuję i poszlismy zwiedzać dalej na własną rękę. marzyło nam się wejść na samą górę i po zabłądzeniu parę razy udało się. przedtem Lipek zaliczył jakąś skończoną ilość uderzeń czołem o zbyt niskie nadproża. słońce z każdą chwilą grzało mocniej. z częstymi postojami, zachęcaniem się nawzajem typu: „tyle zapłaciliśmy za zwiedzanie to trzeba to wyzwiedzać”, „no co Ty? na taką fajną wieżyczkę nie wejdziesz?” itp zobaczyliśmy większość zakamarków pałacu.  następnie wycieńczeni zahaczyliśmy o restaurację, która wyglądała na pieruńsko drogą. oczywiście taka była jednak z tego gorąca nie byliśmy głodni – zamówiliśmy colę oraz babska częśc skorzystała w kibelka typ „na narciarza”. kelnerzy kiedy zorientowali się, że nie będzie z nas mamony traktowali nas troche lekceważąco ale szczerze mówiąc było nam to obojętne. z pałacu Szachajgina z powrotem przez mostem i „centrum miasta” usiłowaliśmi trafic do…. za trafiliśmy

Zobacz też

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.

By |2016-12-18T22:32:37+00:00Październik 5th, 2008|Indie, Wyjazd|0 Comments

About the Author:

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator - z przymusu - szwędacz.

Leave A Comment