19.09.2010 – dzień III Shanghai – EXPO

/, Wyjazd/19.09.2010 – dzień III Shanghai – EXPO

19.09.2010 – dzień III Shanghai – EXPO

Żyjemy dalej.

Właśnie wróciliśmy z całodniowego zwiedzania Expo. Byliśmy w pawilonie polskim, holenderskim i chińskim. Oprowadzali nas Chinka z czildem i Chin z czildem – od Lipka z pracy. Bardzo fajnie, ale nogi mi się starły do kolan. Expo jest OGROMNE. Nie mam sił na więcej pisania – jutro wylatujemy do Hangzhou nad jezioro J

PS. Kupie mało używane nogi…

Dobra, nie dało się wysłać wczoraj, więc dziś jadąc do Hangzhou wypasionym pociągiem kurpiowska strzała, wyglądającym jak PKP za jakieś 1500 lat mogę dopisać różne rzeczy.

Dzień wcześniej Lipek ustalił z czikulinką Ani, że spotykamy się o 8:30. Znaczy przestawił to na 9, bo uznał, że nie jesteśmy w stanie wstać o 7. I tak kupiliśmy sniadanie dzień wczesniej, by w miarę się wyrobić. Pobieglismy do metra, wsiedliśmy, podjechaliśmy z jedną stacje i nagle światło w metrze wyłączyli i wszyscy wyszli. I pokazuja nam, żeby wyjść… Nauczeni doświadczeniem dnia pierwszego, kiedy po takim manewrze metro pojechało z nami w druga stronę, postanowiliśmy natychmiast wysiąść. I faktycznie, wagon zaczał być sprzątany i pojechał dalej bez ludzi, a my czekaliśmy na kolejny pociąg. Dlatego tez mieliśmy wymówkę, dlaczego się spóźniamy.

Wysiedliśmy na dworcu metra lotnisko jakieś tam, nie pudong tylko to drugie. Za barierkami czekala na nas Ani wraz z córką – jakkolwiek by się nie nazywała, jej Nickname był Mala Rybka. Przywitaliśmy się, daliśmy prezenty – Ani dostała srebrny z bursztynem, taki ladny nawet, czild dostał misia ubranego w polską flagę i puzzle z widokiem gdańska. Dziewczyny dostały w zamian wachlarze – naprawdę ładne! Mielismy się jeszcze spotkać ze specjalistą od Unixa z RA ( Lipkofirmy) Jud’em. Okazało się, że Jud jes wolontariuszem na EXPO, więc może nas oprowadzić. Ani została poinformowana, że możemy autobusem pojechac na Expo, więc poszliśmy na dworzec autobusowy. Pytała się o droge każdego napotkanego mundurowego, ale i tak okazało się, że wyszliśmy nie tam, gdzie trzeba. Trzeba było wracać na dół i przejść/przejechac do kolejnej stacji metra i tam zapakowac się w autobus. Postanowiliśmy przejść się – cały czas droga wiodła pod budynkiem lotniska – korytarzami długości ze 400m każdy, szliśmy jakies 15 minut – więc całkiem spory kawałek – to daje obraz ogromu budynku. Potem odczekaliśmy prawie godzinę na autobus i pojechaliśmy na EXPO – bilet na autobus, dla lokalesów 2Y, dla nas po 5Y. może dlatego, że więksi jesteśmy J.

Autobus przez Szanghaj jechał dobre 40 minut, obwodnicami, drogmami po 4 pasy… i innymi… Skrzyżowania były 3-4 poziomowe… Cywilizacja… Ale co się dziwic, 17mln mieszkańców, 10 linii metra.

Przed budynkami EXPO spotkaliśmy Jud też z dzieckiem. Jud, to nickname męski, żeby nie było. Dostaliśmy od Niego wejściówki na EXPO – na każdej było napisane 160Y… to jakieś 80 pln… kupa pieniędzy! Chcielismy im oddac, ale powiedzieli, że oni jakąś pule dostają, na rodzine czy jakoś tak, i mamy nie oddawac – nie jesteśmy za bardzo do tego przekonani, mamy bardziej wrażenie, że nawet jeśli tak jest, to musieli tych Ordzin kilka obrabować.

Na EXPO wchodzi dziennie jakieś 0,5mln ludzi. Przy okazji wiemy jak wygląda napis ludzia po chińsku – taki jak ludzik bez główki i rączek J.

Wchodzimy i zoonk – prezent dla meża Ani – żubrówka jest u nas w plecaku, a na wejściu kontrola – kompletnie nie pomyśleliśmy o tym. Dokładna kontrola – prześwietlenia, obmacywanie itp. Lipkowi kazali napic się wody, którą miał, a do Niny przyczepili się o wódkę. Nie wiedzieli co to jest. Wyjasniliśmy Ani, że to prezent dla Jej meża, że nie pomyśleliśmy itp. W pierwszej chwili tez nie załapała, co to jest – myślała, że jakiś specjalny olejek albo coś w tym guście. W każdym razie stanęło na tym, że nie wyrzucamy wódki, tylko Ani wyniosła ją i zostawiła w okolicznym sklepie.

I TERAZ COŚ, CO TRZEBA NAPISAC CAPSEM. IDZIEMY DO EXPO I MAŁA RYBKA WYRZUCIŁA MISIA ZA BARIERKI. ANI WRÓCIŁA SIĘ KAWAŁEK, MILICJANCI PRZEPUŚCILI JĄ ZA BARIERKI I PODBIEGŁA DO MISIA. PATRZYMY, A OBOK MISIA LEŻY 10Y – JAKIEŚ 5PLN. W PAPIERKU. MOWIMY, ŻE TAM LEŻĄ PIENĄDZE. COŚ ODPOWIEDZIAŁA I POSZŁA. GDY DO NAS WRÓCIŁA, MÓWIMY, ŻE TAM PIENIADZE LEZAŁY, CZEMU NIE WZIĘŁA. „TO NIE MOJE PIENIADZE PRZECIEŻ” ODPOWIEDZIAŁA. OPADŁY MAM SZCZĘKI I JESZCZE DŁUGO CIĄGNĘŁY SIĘ PO ZIEMI. DLA NIEJ BYŁO TO TAKIE NATURALNE, ŻE JAK NIE JEJ, TO NIE RUSZA.

W każdym razie Ani pobiegła z wódka, a my z Jud i 2 dzieciaków weszliśmy na teren EXPO. Lipek chciał nam zaimponować, i zaprosił nas na teren targów w Katowicach, że spory jest itp. Jakąś godzine później usłyszałem – „pamiętasz co Ci mówiłem o naszych targach? Tak? To zapomnij co mówiem. Nasze targi zmieszczą się w tym budynku co jest przed nami”

Przy automatach z napojami spotkaliśmy polaka, pomogliśmy z obsługa – Jego automat nie chciał przyjmować generałów – jak mówimy na ichnie banknoty, z uwagi na ich zawartość. Następnie gdy Ani przyszła, poszliśmy do sali widowiskowiej – futurystycznego spodka, w środku którego zmiesciłby się ten katowicki. Weszliśmy do środka, przespacerowaliśmy się na góre, by z tarasu widokowego biegnącego dookoła, oglądac panoramę. Nastepnie zapytali nas, czy jesteśmy głodni. Nie byliśmy, ale ustaliliśmy, że idziemy się czegos napić i jakies przekąski wciamać. Gorąc niemiłosierny, 33 stopnie. Zaprowadzili nas do starbucksa – my nawet w domu nie bywamy w takich lokalach, uwazając, że jest za drogi na normalnego ludzia… Ale nie dość,że nas zaprowadzili, mimo iż dla Nich pewnie było drożej, niż dla nas, to jeszcze chcieli za nas zapłacić! Makabra! Strasznie źle byśmy się z tego powodu czuli, więc udało nam się wynegocjować, że każdy kupuje sobie to, co chce – my kupiliśmy sobie frapuciono , z lodem, kawowe – mniam mniam i muf inki z blackberry i czekoladową, a Lipki frapuczino waniliowe, mufinkę i ciacho.. Oni 94, my 90Y. Posiedzieliśmy odpoczęliśmy i poszliśmy dalej

Dalej poszliśmy do eklektrycznego autobusu i pojechaliśmy w stronę europejskich pawilonów.

Tak samo tłoczno, przy wejściu do pawilonów ogromne kolejki – do polskiego stosunkowo niedługa – ponoć 40 minut oczekiwania – do chińskiego są limity po 30k dziennie, a np. do angielskiego kolejka jest na 3h. Stojąc w kolejce, słuchająć Chopina, Lipek stwierdził, że jest dumny, że tylu ludzi stoi w kolejce, czekając na wejście do naszego pawilonu, by zobaczyć coś o naszym kraju. Pawilon nie jest jakiś okazały, ale bardzo ładny – wygląda jak przykryty wycinanką łowicka – lepiej by się prezentował w innym miejscu, ale wciśnięty między szwajcarski z kolejką górską na szczycie, a futurystyczny niemiecki czy pokryty ycieraczkami trzcinowymi hiszpański, trochę ginie w tlumie. W koljce było fajnie, daszek, co chwilę spryskiwacze robiły wilgotną mgiełkę – miło i sympatycznie.

Wejście do pawilonu robi ogromne wrażenie – wycinanka w środku, korytarzyk w którym widać otworki z wycinanki, na całości delikatne prezentacje pór roku chyba J

Dalej nie jest już tak fajnie – dość duża sala, gdzie na projektorze wyświetlane są filmy – takie dość średnie – co prawda sporo osób to ogląda, ale… Nie jestem przekonany. I dopiero na końcu przy samym wyjściu na pseudoschodach siedzą ludzie i oglądają prezentację Bagiskiego.

Gorszego miejsca nie można było znaleźć – nie dość, że nie słychać żadnych dźwięków, to jeszcze nie wiedząc nic na temat olski, człowiek ogląda to jak mangę, anime czy inne takie. Nawet my mieliśmy problem by zdefiniowac czasem to, co widzimy. Przydałby się komentarz, albo bardziej konkretne napisy. Dodatkowo, brakowało nam jednak wzmianki o JPII, a wizja polski 2100 była dziwnie podobna, do widoku Szanghaju…

Na wyjsciu sklep z bursztynem – najmniejszy i najtańszy za 1000Y – jakieś 500pln… Ale zainteresowanie spore – przynajmniej ogladaniem. Po wyjściu miałem już dość, ale że Ani i Jud chcieli jeszcze oglądać, poszliśmy do brytyjskiego pawilonu – gdzie faktycznie kolejka zniechęciła Ich, lecz obok była Holandia – na wysokościach, zrobiony tak dość ciekawie… ale po przejsciu uznaliśmy, że nuda i nietajnie – nasze było dość średnie, ale to było o 3 nieba gorsze. Uwalilismy się pod budynkiem Holandii i odpoczywaliśmy. Przy okazji przypomniało mi się – czild Ani – to maksymalny łobuziak – wyglądająca jak kujon 6 letnia dziewczynka szokowała ilościa pomysłów na mikrosekundę – przewróciła lalkę o wysokości 1,8m, rzucała róznymi rzeczami, ogólnie – łobuziak J.Pod budynkiem Holandii, przewracała owieczki z kamienia czy czegoś. W Tym miejscu miałem już ochotę wracać do hotelu, czując, że nogi mam starte gdzies do kolan. Ale poszliśmy jeszcze do pawilonu Chińskiego, na dół można było wejść, tam były prezentacje ichnich dystryktów – w jednym budynku, że 30 chińskich pawilonów, jeden ładniejszy od drugiego. Najbardziej chyba ujęlo nas Gulin – Do lipka podszedł obsługant, pokazał na kucyki, stwierdził „wery nice!” Chwilę potem zapytał, czy można byłoby zrobić sobie z Nim zdjęcie. Zaraz po tym, zrobili nam wszystkim zdjęcie i jeszcze hostessa zrobiła sobie z nami zdjęcie – pokazali prezentacje odnośnie gulin, powiedzieliśmy, że wybieramy się tam – ucieszyli się strasznie, chcieli dać nam książeczkę z adresami restauracji, hotelami itp., ale nie znaleźli, to jeszcze nas dogonili, przeprosili, dali znaczki… naprawde miło. W tym momencie miałem już wszystkiego dosyć. Mogłem usiąść i wyłączyć się. Na szczęście powiedzieli, że jeszcze tylko jeden mikropawilon, papu i papa. Poszliśmy na pierożki – nie byłem głodny, mimo iż od rana zjadłem nic nie jadłem, ale dobra, zjem 2 pierożki. A, pierożki miały być z octem.

Weszliśmy do jadłodajni i z Lipkiem zostaliśmy z 2 małymi chińskimi dziećmi. Troche strach J Pierożki były gotowane na parze, w takich sitkach bambusowych, po 3 piętra. Na każdym pięterku 8 pierożków, pięterko 30Y. jedna osoba mogła kupić maksymalnie 3 pięterka – może wynikało to z tego, że to była samoobsługa – więc 9 pieterek kupowało 3 osoby. Do tego jeszcze po małym piwie. Kazało się tez, że zarówno Ani, jak i jud nie pija alkoholu – co gorsza mąż Ani też – ale żubrowkę dostaną Jej rodzice, więc jest ok.

Na małe spodeczki Ani nalała trochę octu balsamicznego i braliśmy pałeczkami pierożka, na miseczkę z octem, moczyło się i do ust. By nie kapało, pod spodem trzymało się łyżkę. Dało się jeść. Nawet dostałem od Ani pochwałę, że bardzo dobrze sobię radzę. Lipek powiedział Jej, że 2 raz w zyciu mam je w dłoniach. Kwestia do opanowania, to to, by pałeczka którą się porusza, lapała pieroga wyżej niż dolna – wtedy nie ma problemów. Musiałem się pochwalić, bo jak się człowiek nie zareklamuje, to kto go doceni? J

Pierożki były BARDZO SMACZNE – a z octem balsamicznym jeszcze bardziej. Następnie przegrupowaliśmy się do autobusu i do hotelu. Jesteśmy strasznie wdzięczni Ani i Jud’owi

2010_09_19_14_47_24_Adam

By | 2016-12-18T22:32:37+00:00 Wrzesień 19th, 2010|Chiny, Wyjazd|0 Comments

About the Author:

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator - z przymusu - szwędacz.

Leave A Comment