20.09.2010 dzień IV – Shanghai-Hangzhou

///20.09.2010 dzień IV – Shanghai-Hangzhou

20.09.2010 dzień IV – Shanghai-Hangzhou

jedliśmy w macdonaldzie. jak u nas.
Potem pojechaliśmy na stacje, pokazano nam, że mamy czekać w klimatyzowanym pomieszczeniu do podstawienia pociągu. Gdy czas nastał zawolano nas i resztę pasażerów i poszliśm na peron. Pominę, że stacja ma ze 4 piętra i wielkość 4 naszych centralnych… na peronie czekał na nas pocią wyglądający tak, że PKP planuje zakup takich na rok 2145…
wsiedliśmy i szukaliśm miejsc. na moim miejscu siedziała chinka z dzieckiem. nauczeni, że chińczycy siadają nie na swoich miejsach, pokazuje bilet, i mówię, że to moje miejsce. A ta do mnie po swojemu… jak czasem moja żona… ale zonę jednak łatwiej mi zrozumieć… Na angielski nie reagowała, więc uznalem, że równie dobrze mogę z nia dyskutować po polsku. Iwona ustaliła, że mam usiąść z Nina, na Jej miejscu, a Lipka tam wyślemy na chinkę. Zanim dotarl Lipek, chińczyk spod okna pogonił chinkę z dzieckiem i wózkiem, usiadł na miejsce gdzie ona siedziała, a Grześka puscił pod okno, gdzie okazało sie, że jest Jego miejsce. Ja sobie spokojnie przez drogę pisałem. 200km przejechaliśmy w 1:20 – miło.
Gdy wysiedliśmy na dworcu, opadli nas naganiacze z hotelami, ale my mieliśmy jeden upatrzony, acz nie zarezerwowany. Zaproponowano nam transport za 80rmb… postanowiliśmy pojechać autobusem – kosztowało nas to 3rmb za osobę, acz kazali nam za wcześnie 2 czy 3 przystanki. Więc musieliśmy z plecakami iść przy jeziorze ze 2 km…
gorąco, ogromna wilgoność… sauna.
Teraz jesteśmy w hostelu Hangzhou West Lake Youth House – http://www.westlakehostel.com/about-en.asp i na frazie całkiem fajnie wygląda. I Internet działa dobrze 🙂
Teraz zaraz bedziemy szli na rekonesans.
Trzymajcie się ciepło w zimnej Polsce 😛

20.09.2010 Hangzhou wieczór

Poleźliśmy pospacerować po zachodzie słońca. Lipek miał dzień złego Chińczyka – wszyscy mu podpadali.
Lipek:
A bo kurde wszyscy byli malymi wrednymi gnomami!

Już myślelismy, że będzie ok, gdy będąc „hardcorami” postanowilismy zjeść koło jednej z pagód w budce. Takiej nawet kulturalnie wyglądającej. Własciwie było kilka, jak podeszlismy, to wyległo towarzystwo i zaproponowało swoje usługi – wybralismy grupę, która najmniej sie darła.

Weszliśmy, zamówilismy – Nina kaczkę, Iwona rybę, ja bambusa z czymś zielonym, a Lipkowi zamówiłem jakieś coś zawinięte z dzemem do maczania.
Lipek:
Tu nalezy się w koncu male wyjasnienie – dlaczego wlasciwie Adam zamawia mi jedzenie? Otoz powodow jest kilka:
1. Moze to dziwne, ale nie lubie wybierac jedzenia. Zwlaszcza takiego, ktorego nie znam.
2. Z jednej strony chetnie sprobuje czegos nowego, z drugiej troche się boje 🙂
3. Adam mocno eksperymentowal w Indiach a jednoczesnie jego wybory byly szybkie i nieskomplikowane (czytaj: latwe w zamawianiu). W sumie wyszlo mu na dobre, czego pozazdroscilem.
Nie pamietam co mu obiecalem, ale zgodzil się wybierac dla mnie jedzenie. Czasami się odgraza, że zamowi mi cos okropnego jak go denerwuje 😉

Przynieśli nam coś… Nina dostała pokrojoną kaczkę, a własciwie szkielecik obciągnięty skorą, zimny, chyba wędzony. Moje było nawet nawet, bambus smaczny, a zielone posypane, pachniało jak kapusta kiszona, ale całkiem całkiem. Lipka papu, okazało się hmn… zwiniętym ciastem francuskim, chrupiącym, które maczało się w ketchupie… dziwne monotonne i takie sobie.
Lipek:
Mina Niny, gdy zobaczyla kaczke – bezcenna. Adas zapomnial napisac, że byla pokrojona na kawalki razem z kosciami. I nie wiadomo czym jeszcze. Nagralismy film, jak jadla pierwszy kawalek 😉

Za to, po godzinie oczekiwania, Iwona dalej nie dostała swojego papu… Rozumiem, że ciemno i rybę trudno złapać, ale bez przesady… Jakoś nie było odwaznych, by zapytać o to, a obsługa jadła swoje papu i nawet nie patrzyła w nasza stronę. Postanowiłem pokazać lokalesowi menu z obrazkami, pokazać rybę i zapytać, gdzie ją wciamało… Po podejściu do obsługanta, łobuz uciekł. Inny którego dopadłem, myślał, że chcę umyc ręce… fajnie, że ktoś tu zna angielski mniej, niż ja 🙂 W kazdym razie złapałem drugiego, pokazałem mu menu, a Ten twoerdzi, że nie ma… To chciałem pokazać mu obrazek na scianie… i drugi uciekł… Co prawda wczesniej pokazywał 90 lokalnych pieniędzy, więc ustalilismy, że to za 3 porcje i picie, to własnie 90 jest ok. Postanowilismy iść sobie daleko i szybko, jak tylko zapłacimy.
Lipek:
Oprocz ryby mial być też ryz. Też go nie było. To już czwarty dzien w Chinach, kiedy nie mozemy dostac ryzu. Zjadłbym ryż.

Potwierdzamy… jak nie ma lokalesów jedzących – nie wchodzić. Kategorycznie. Wieczorem spotkalismy Polke, mieszkającą wczesniej rok w chinach i stwierdziła, że pewnie po prostu nie mieli juz ryby, i uznali zamowienie, za niebyłe… bez powiadomienia nas… tacy są…

Następnie poszlismy na groblę Su Di – żeby zobaczyć 4 księzyce odbijajace sie z 3 pagód. HGW o co biega, bo jeszcze ktoś ściemniał, że to ksiezyc miał się odbijac w 4 jeziorach znajdujących sie na wyspie – jak to technicznie miałoby zadziałać? Nie pytajcie mnie. W kazdym razie grobla biegnie rzez całe jezioro, ze 3km, ma mostki i inne takie. Ciemno było więc wiele nie było widać, poza światłami miasta, drzewami i zakazem jazdy rowerów, ktory byl respektowany… wcale. Znaleźliśmy na grobli miejsce, z którego odpływają statki na rejs po jeziorze – taki był plan. Poszlismy dalej szukając tych księżyców. Na 2 mostku, zaproponowałem, że te światła na tle wyspy, to to, na co Lipek mający już marsowa minę i zmęczony, uprzejmymi słowy uzmysłowił mi, iż myle się. Przeslismy jeszcze z kilometr a tam nic. Ani księżyców ani końca grobli. Usiedliśmy w pagodzie i przy świetle latarki czytaliśmy nasza biblię (przewodnik Lonely Planet) i pascala (na który Lipek mówił brzydkie słowa, na k ch i inne takie 😛 ).
Lipek: Klamstwo i potwarz! Ja chcę tylko rytualnie spalic Pascala 😛
Tam dowiedzieliśmy się, że świecić maja się trzy małe dwumetrowe pagody, w ktorych zapalone sa lampki. Te z kolei rzucaja snopy światla, które odbijając sie, wyglądaja jak odbicie 4 księżyców. Tyle teorii. W praktyce widać z daleka światełka, być może światło miasta spowodowało, iż nie widać tego dobrze. W każdym razie okazało się, że miałem rację – i Lipek nie kasuj tego – miałem rację, a Ty się myliłeś! Szczekaj teraz! Aby dostrzec snopy światła, trzeba było użyć teleobiektywu…
Lipek:
Grrr… No dobra, hau hau. Zadowolony?

Posiedzieliśmy sobie w pagodzie, aż przysza chińska parka, mająca niecne zamiary i znacząco chrzakała w nasza stronę. Chcielismy byc twardzi, ale romatyczna muzyka ślepego grajka grającego opodal rzewne melodie  spowodowała u dziewczyn przypływ romantyzmu i postanowilismy wracać. Minutę pózniej pagodę opuscia parka… pewnie po konsumpcji 🙂
Lipek:
Otoz Chinczycy to bezwzgledny narod. W kazdej sytuacji sa w stanie bezceremonialnie wepchac się przed ciebie, wypchnac cie, przysiasc do dosc malej pagody. Nie chodzi tu tylko o bialych, robia tak na kazdym kroku. Robia to, na co my u nas mamy ochote, ale się wstydzimy 🙂 . Podejrzewam, że powoduje to ich ogromna ilosc – trzeba umiec walczyc o swoje. W tlumie. Na szczęście można się przyzwyczaić, a nawet zacząć używać :-].

W kazdym razie wrócilismy do hotelu tacy srednio zadowoleni, a Iwona głodna. Na tym koniec tego dnia,  paciorek, umyc sisiorek i spać.

A

Edycja literowek i drobne poprawki by Lipek

Zobacz też

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.

By |2010-09-20T09:33:31+00:00Wrzesień 20th, 2010|Chiny, Wyjazd|0 Comments

About the Author:

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator - z przymusu - szwędacz.

Leave A Comment