2012.03.24 Mexico DF – Tulum

///2012.03.24 Mexico DF – Tulum

2012.03.24 Mexico DF – Tulum

Przed siebie, byle dalej! | 2012.03.24 Mexico DF – Tulum

Poszliśmy spać 2-3, obudziliśmy się około 6. Sami z siebie. Czy to jest ten słynny Jet Lag? Jeśli tak, to mi pasuje, nie trzeba odsypiać, można od razu zwiedzać. Co prawda pobudka ustawiona była na 7, ale zużyliśmy trochę Martowego internetu by pozdrowić rodziny, przyjaciół, znajomych i kochanki/kochanków. Doprowadziliśmy się do porządku, zrobiliśmy sobie make up i inne czynności przygotowawcze do dobrego rozpoczęcia dnia i pojawiła się Marta. Chwilę poplotkowaliśmy, pojawił się też Gabriel i udaliśmy się na polowanie na śniadanie. Meksyk jeszcze odsypiał piątkowe szaleństwa, więc kawałek przeszliśmy zanim udało nam się kupić bliżej nieokreślone pożywienie. Dostaliśmy je w reklamówce, z bramy obok restauracji. Zaciągnęliśmy oporny pokarm do domu, gdzie Marta znów doprowadziła ten pokarm do postaci jadalnej, na ciepło.

Miejsce na Michałożarłową relację (jednak Mu się nie chce, wiec będą tylko zdjęcia, opis będzie w końcowej wersji – albo i nie…) Ogólnie ponoć jedliśmy coś, co nazywa się tamales.

Tu kupowaliśmy

Niny na słodko

Nasze, na ostro

Przerewelacyjny napój mleczny o smaku ananasa i czegoś tam ;>

(Nina: Gabriel poczęstował nas smakowym mlekiem. Wypiliśmy początkowo z grzeczności a następnie z pyszności). Następnie zamówioną taksówką zostaliśmy zawiezieni na lotnisko. Sami, laboga. Wymieniliśmy kasę zieloną, na lokalną (kurs 12,3 za dolara, czyli złotówka to jakieś 3,9 pesos) (Nina: wymiana polegała na tym ,że ja wymieniałam kasę i byłam obstawiana przez dwóch hombres)(Adam z wielkimi cojones?) i znaleźliśmy sami z siebie, gdzie nadać bagaże na samolot. Lecimy ichnimi tanimi liniami, Volaris. Kolejka do nadania bagaży nie była jakaś ogromna, ale tempo obsługi było straszliwe. W sumie to może nie jest wina obsługi, a klientów, którzy mieli paczek więcej, niż sami ważyli i podchodzili małymi grupami po 10 osób… Plusem było to, że co jakiś czas chodziła obsługa i pytała, czy ktoś nie jest na lot do … bo wtedy taka osoba miała pierwszeństwo. Nas obsłużono błyskawicznie, może w 4 minuty ze wszystkim. (Nina: pewnie dlatego, że nie uskutecznialiśmy żadnej rozmowy – tylko rezerwacja + paszporty. Klik, klik, pytanie „to wszystkie wasze bagaże???” ,”tak”, klik, klik, „tam wasza bramka, tu wasze miejsca, adios!”) Polecieliśmy do bramki, bo już nadchodził czas boardingu. (Nina: przejście przez bramkę zaowocowało obejrzeniem mojego plecaka oraz obejrzeniem i przekartkowaniem przewodników). Przed samolotem stała już kolejka. No tak, standard, od 20 minut boarding, a jeszcze nic się nie ruszyło. Za czas jakiś coś się ruszyło, ale jak zwykle fascynujące było patrzenie jaki jest system wpuszczania do samolotu. Niestety znów nie załapaliśmy, jak to się dzieje.

W samolocie zostałem ogłuszony. Ludzie wchodzili, siadali. Szli na koniec. Siadali. Wracali. Siadali. AAAAAA! Zajmowali innym miejsce. Przepychali się. AAA!!! Jak w tramwaju! (Nina: na szczęście stewardesy ogarniały, o co chodzi. Ciekawostką był film o bezpieczeństwie, zapinaniu pasów, kamizelek ratunkowych i tym podobnych, w którym główną rolę grały meksykańskie dzieciaki. Filmik zrobiony z dużym poczuciem humoru, oglądałam z przyjemnością). Do picia wzięliśmy sobie z Michałem po piwie, chipsy do tego i jakoś dało się te 2 godziny przeżyć. Podejście do lądowania było ciekawe. Wiał wiatr, turbulencje szarpały samolotem, ale takiego miękkiego lądowania to chyba w życiu nie miałem. Ekstraklasa. (Nina: no fakt, lekkie turbulencje były ale nic, żeby się zachwycać)

Po wyjściu z samolotu dostaliśmy cios w twarz mokrą gorącą ścierą. Gorąc i duża wilgotność.

Na lotnisku kupiliśmy bilety na autobus ADO do Playa del Carmen za jakieś 114$ Autobus z klimą (17 stopni, masakra) (Nina: a oprócz tego obejrzeliśmy koniec filmu „Książę Persji, Piaski czasu” i początek „Avatara” w wersji hiszpańskiej. Wiemy już, że perro! Oznacza biegnij!)

Po godzinie dojechaliśmy do Playa del Carmen – dość dużego miasta, jak na moje potrzeby. Na dworcu przesiedliśmy się na kolejny autobus, klasy 2 już, bez Klimy i TV, za 32 peso, do Tulum. (Nina: oczywiście, że była Klima. Tyle tylko, że chłodziła do 20 stopni a nie jak w ADO do 17)

Mimo teoretycznie 2 klasy, jechało się całkiem przyjemnie. Zatrzymaliśmy się na dworcu i postanowiliśmy zerknąć do hostelu Weary Traveler. Doszliśmy prawie do końca miasta, bo posłuchałem się mojej żony. Okazało się, że po wyjściu z dworca, trzeba iść jakieś 150 metrów w prawo, a moja żona zapamiętała to drugie prawo ;> . W każdym razie weszliśmy jeszcze do jakiegoś hostelu, chcieli tam 500 peso za 3 osoby. Nina uparła się jednak na tego Travelera – bo tam miał być internet i takie tam. (Nina: takie tam to: darmowy Internet, śniadanie gratis i shuttle bus na plażę a ponadto backpackerska atmosfera. Uważam, że wartości dodane dają nam oszczędność ok.200 pesos dziennie, nie mówiąc już o czasie, który poświęcalibyśmy na poszukanie smacznego śniadania oraz transportu na plażę)

Na szczęście szybko naprawiliśmy błąd, wróciliśmy z dworca, poszliśmy w prawo i … o, 150 metrów dalej był hostel. Dostaliśmy pokój za 450 peso, jakieś opłaty za depozyt i inne dziwne rzeczy. (Nina: rabat chyba 15% za opłacenie 4 noclegów z góry, 5% rabatu od recepcjonisty oraz depozyt za prześcieradła w kwocie 100 pesos/1szt)

W hostelu postanowiliśmy zjeść kolację. Mają świetny patent – kupiliśmy u nich hamburgera i dwa steki. Do tego po 2 piwa w zestawie – hamburger 65 peso, steki 90. I teraz dostaje się mięcho, bułki i idzie się na grilla gazowego i samemu wykonuje jedzenie. Mamy dostęp do w pełni wyposażonej ogrodowej kuchni, z przyprawami. Do tego dostajemy jakieś sałatki, puree z czosnkiem – ile się chce (Nina: w pojemniczkach jest sałata, cebula, pomidory, cukinia i pyszne puree. A do tego stoją gotowe sosy, ketchup i musztarda). Świetna sprawa. Michał upichcił steki i hamburgera Ninie, wciągnęliśmy sałatkę, zapiliśmy piwami i .. udaliśmy się na spoczynek. Nina była takim stanie, że zombie przy Niej byłby okazem życia i energii. Tak więc pozbawieni Jej jakże cennych uwag także udaliśmy się spać. Około19…

Zobacz też

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.

By |2018-10-27T17:02:46+00:00Marzec 24th, 2012|Meksyk, Wyjazd|0 Comments

About the Author:

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator - z przymusu - szwędacz.

Leave A Comment