21.09.2010-dzień-V-Hangzhou dzień II

///21.09.2010-dzień-V-Hangzhou dzień II

21.09.2010-dzień-V-Hangzhou dzień II

Łubudubu, łubu dubu niech nam żyje, prezes naszego klubu! Taki był poranek, godzina 6 czy 7. Werble, trąbki, przemarsz wojsk. Nie było nic widać, ale brzmiało, jakby walił się świat, i to zaraz obok. Obudziło wszystkich, poza Iwoną, która później nie chciała nam wierzyć. Po godzinie przestało się wydzierać, więc udało się nam zasnąć. I ten moment, Nina wymyśliła sobie, że przejdzie się na śniadanie. Otwieramy oczy, a tu nie ma Jej. Konsternacja itp… na szczęście zostawiła kartkę, że jest na dole, i czeka.
Lipek:
Warto dodac, że dzien wczesniej wieczorem Nina przestala się odzywac. Rano katem oka widzialem, jak się pakuje, ubiera, bierze aparat i cichaczem wychodzi. A kartke znalezlismy po 15 minutach.

Zeszliśmy na śniadanie, wzięliśmy sobie kontynentalne, a ja sałatkę owocową. Wszystko ok – banan, jabłko polane sokiem pomarańczowym… i do tego pomidorki koktajlowe… Ciekawostka. I wyszła jeszcze jedna rzecz – pierwszą noc spędziliśmy we 4 w dormitorium, ale dziś musieliśmy przenieść się do innych pokojów, bo ten był zajęty – były tylko do wyboru jedynka, w której mogły spać 2 osoby i po 1 miejscu w różnych dormitoriach.
Lipek:
Oczywiscie dzien wczesniej bylismy pewni, że dostaniemy jedynke + dwojke. Rano nikt z obslugi o tym nie pamietal.

Nie mając wyjścia, zgodziliśmy się, a poranek postanowiliśmy poświęcić na pranie. 10RMB za pralkę 6,5kg, ale niestety suszarka była nieczynna, więc trza było samemu wieszać.

Ruszyliśmy koło 12. Poszliśmy na groblę. Po drodze zaczepili nas kolesie w małych łodziach – pierwszy chciał 240, drugi już tylko 160 – ale prawdopodobnie tylko na wyspę… w jedną stronę, ale kto to wie? Bo poza chińskim, innych języków ni w ząb. Zresztą wszędzie tak tu jest. Poszliśmy na groblę i tam kupiliśmy bilety za 45RMB i popłynęliśmy małą łódką na wyspę.
Lipek: ja uwazam, że lodka byla srednia, ale nie bede się klocil z Warmiakiem :] . W kazdym razie wchodzilo ze 30 osob.
Wyspa ma kształt okręgu, w środku są cztery jeziorka, symetrycznie rozdzielone groblami, a na środku wyspy, pomiędzy jeziorkami jest kolejna wyspa. Jedno z ładniejszych miejsc, jakie oglądaliśmy – aczkolwiek wedle prognozy miało być 36 stopni, a było ponad 40. Lipek rozpłynął się i miał dość.
Lipek:
To byl jeden z najcieplejszych dni w moim zyciu. Kurde tak goraco chyba nawet w Indiach nie było. Nie pomoglo zanurzenie glowy w jeziorze. Ten skwar rozlozyl mnie na lopatki…

Zwiedzaliśmy wyspę, załapaliśmy się na lody – dziewczyny dostały sorbetowe, a mi trafił się z granatu w mleku sojowym. Dziwne w smaku. Następnie popłynęliśmy do końca grobli, na małą wysepkę. Weszliśmy w jakieś ruinki i podrałowaliśmy na górę. Zdobyliśmy ją, weszliśmy na punkt widokowy. Widok był zachwycający – na okoliczne drzewa. Lipek będąc na skraju wytrzymałości skwitował to tylko „ja pierdole”. Zeszliśmy troche, odwiedziliśmy pomnik będący niedaleko szczytu, i zeszliśmy na dół. Tam na jeziorze całe tabuny rośliny były, o kwiatostanach takich, jak można u nas do suszonych cusiów kupić. Na zdjęciach jest, więc nie będę tłumaczył. Czytacze muszą wykazać się albo wyobraźnia, albo inteligencja. Nie wykluczam oczywiście posiadania obu tych rzeczy. Iwona ciągnęła nas do jaskini jakiegoś tam smoka. Lipek padał na twarz, nas nogi bolały, że hoho. W sumie ciężko było zadecydowac. Postanowiłem stanąć na wysokości zadania, żeby nie mówili cały czas, że jestem pasożytem, i uznałem, że trzeba podjąć decyzję. Przestudiowałem Lonely Planet i okazało się, że to nie jaskinia… w sumie smok się zgadzał, ale wystawał mu tylko łeb ze strumyka. A po prostu cały park nazywa się Cośtam Dragon Park Cave… Ale że miała tam być jakaś świątynia, udaliśmy się pod górę. I tu moja zła decyzja – postanowiłem nie iść przez hotel, gdzie uznałem, że można zgubić drogę, tylko innym wejściem, kawałek dalej. Po dłuższym czasie zaczęliśmy się niepokoić. Zeszliśmy w stronę jednej z bram, lecz policjant stanowczym gestem, poruszając się jak robot, pokazał, że wejście tu dozwolonym nie jest, a nawet zbliżanie się nie będzie fajne. Odchodząc uznaliśmy, że dobrze, że pokazał a nie strzelał od razu 😛 . Ale z innej strony zabicie białego to pewnie dużo papierów do wypełnienia. Poszliśmy dalej. Brama wejściowa, ładna piękna, weszliśmy. Pokazuję mapę, na mapie chińskie robaczki, i następuje konsternacja. Pięć osób przygląda się mapie, dyskutuje… Dopiero po chwili jedno dziewczę mówi do mnie bzz bzz zz bzz bzz zzzz eeee zzz oo! Ta… ja Ciebie dobra kobieto też, dwa razy. W końcu namalowała górkę, pokazała na mnie, namalowała kropkę. Pokazała na mapę, na nazwę świątyni i pokazała kropkę z drugiej strony góry. AAAAA MAĆ! Ok, można dostać się tam autobusem K81 – ale już mieliśmy dość i postanowiliśmy wrócić do hostelu. Wracając zobaczyliśmy mapę, gdzie jak byk było namalowane, że przez tą bramę można dojść do świątyni, jest ścieżka… więc nie wiem… może uznali, patrząc na Lipka, że nie damy rady się wspiąć. Ustailiśmy z lokalesami, że musimy jechać autobusem Y9. Siedzimy dobre 30 minut, a autobus dupa, inne w tym K81 ze 3 były a tego nie. Lipek przesunął swe zwłoki w stronę planu i nagle znów usłyszeliśmy z jego ust uprzejme, soczyste polskie słowa. Y9 jeździ do 20 minut temu. Zaczęliśmy zastanawiać się nad taksówką, gdy podjechał Y9 – turystyczny, objazdowy autobus – musiał się bidulek spóźnić. 5RMB za osobę. Dojechaliśmy do hostelu. Lipki spały w jedynce, a Nina w dormitorium miała dwójkę polaków – jechali już chyba 40 dni, koleją transsyberyjską i ogólnie tak hardcorowo. Zjedliśmy na kolacje fajne potrawy, smaczne, ale BEZ RYŻU, co Lipek ponownie skwitował słowem w Niemczech oznaczającym zakręt. Chiny, my już piaty dzień, a jeszcze ryżu nie jedliśmy. Za to dostaliśmy frytki  – 15RMB – ale ogromny talerz – głupio zrobiliśmy, bo każdy z nas miał talerz frytek i jeszcze chińskie papu – najedliśmy się jak świnie. Potem pogadaliśmy z Polakami i poszliśmy spać. Mi trafiło się trzech francuzów. Przyszli o 1 w nocy, ale cicho kulturalnie i grzecznie.
Lipek:
Nie jest tajemnica, że Adam liczyl na trzy mlode Chinki. Zapewne niekulturalne i niegrzeczne.
Zjadlbym ryz.
Zła karma.

Zobacz też

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.

By |2016-12-18T22:32:37+00:00Wrzesień 21st, 2010|Chiny, Wyjazd|0 Comments

About the Author:

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator - z przymusu - szwędacz.

Leave A Comment