22.09.2010 dzien VI Hangzhou III

///22.09.2010 dzien VI Hangzhou III

22.09.2010 dzien VI Hangzhou III

Wstaliśmy skoro świt, o 9. Zjedliśmy śniadanie i podreptaliśmy do pagody. Świątynia była zbudowana w 2002 roku, na ruinach starej, sprzed 1,5k lat, która rozsypała się kolo 1920.

A, byłbym zapomniał. Sprawdziliśmy prognozę pogody na najbliższe dni – przynajmniej 5 dni deszczu – i tu i w Guilin – to nie jest dobra prognoza, choć Grześ twierdzi inaczej.

To bardzo dobra prognoza. Po wczorajszym dniu wole po stokroc deszcz niż upal 40 stopni.

Na razie jest całkiem ok. Chłodno – ze 20 stopni i tylko delikatnie  czasem coś pokropi. Ruszyliśmy do pagody i po kilku chwilach dotarliśmy. Kupiliśmy bilety i oczom naszym ukazały się schody…. Ruchome. Wypas! Nie trza się męczyć. Wjechaliśmy, weszliśmy do pagody… a tam w niej, na dole, ruiny starej. Ładnie to wygląda. Windą można wjechać na górę i z góry podziwiać okolice. Deszczyk coraz bardziej dawał się we znaki. Widok na zamglone wzgórza zdecydowanie był ciekawy. Wyzwiedzaliśmy się za 40RMB i postanowiliśmy pojechać do świątyni z posągami buddy – jak Lipek będzie robił korektę, to wpisze jak się nazywała.
Lingyin Si – Swiatynia Schronienia Duszy
Pojechaliśmy oczywiście autobusem. Wysiedliśmy i padało już konkretnie, więc założyliśmy kurtki i powędrowaliśmy w stronę gór. Zobaczyliśmy „skałę, która przyleciała z daleka” – coś jak nasz Szczeliniec, ale ciekawszy, bo pełen jaskiń, wąwozów, jarów itp. – oczywiście o wiele mniejszy. Zapakowaliśmy się kawałek w górę, w las jak dżungla – z lianami zwisającymi z drzew i ogólnie naprawdę bardzo ładny – jednak pomni relacji które czytaliśmy, nie było sensu pchać się na szczyt – szczególnie przy takiej pogodzie. Poszliśmy w stronę ogrodu i strumienia, ale kompletnie nie jest to warte 15 straconych minut.
15? Lazilismy tam w kolko co najmniej 30 😉
Weszliśmy na szlak, którym miliony chińczyków szły i dotarliśmy do posągów śmiejącego się buddy, wykutych z skale. Takie nawet fajne, przyjemnie się oglądało. Dotarliśmy do buddyjskiej świątyni i tam znów kasa biletowa i kolejna płatność – ale tu naprawdę warto zapłacić te 30RMB. Kompleks składa się z kilku świątyń, położonych coraz wyżej, na zboczu góry, z jednej przechodzi się do kolejnej itd. Przed świątyniami buddyści odmawiają modły, palą kadzidełka itp. – naprawdę klimat jest. No i już trochę mniej Chińczyków w środku – tylko mała grupa około pół miliona. Posągi Buddy naprawdę spore, pokryte zlotem, robią wrażenie. Acz chyba największe wrażenie sprawiła na nas budowla, o kształcie swastyki w której były naturalnej wielkości figury, przedstawiające różne ludzkie typy – była figura tłusta, figura z lustrem, ze zwierzami, władcza, groźna itp. – był ich ogrom i żadna się nie powtarzała. I tak naprawdę dopiero Lipek załapał, że w środku chodzimy po swastyce. A swastyka tu, podobnie jak w Indiach, jest symbolem szczęścia – u nas zaś przez Hitlera, jej wizerunek jest wypaczony.

Figur było naprawdę sporo, chyba kazda inna (trudno sprawdzic kilkaset!). Niestety nie wiemy, co to było (posagi Buddy?) bo przewodniki kloca się lub milcza na ten temat.

Chcieliśmy jeszcze jechać do muzeum herbaty, ale była już 16, a muzeum do 16:30 jest czynne – więc po walce o zdobycie taxi, poddaliśmy się i postanowiliśmy jechać do centrum na kolację. Ogólnie walka o taxi była krwawa – Chińczycy WPIERDALAJĄ się bez pardonu – zawsze  wszędzie wlezie przed Ciebie taki mały i będzie chciał  przed tobą usiąść, załapać się na taxi, cokolwiek. Nawet jak stoisz i coś czytasz, stanie między ciebie a tablicę. W każdym razie okazało się, że taxi nas tam nie zabierze, zaczęło robić się późno więc wsiedliśmy do autobusu Y1 i pojechaliśmy do centrum. Kobiety wymyśliły sobie jakaś knajpę z LP – i uparcie jej szukaliśmy, co trochę zajęło – porównywanie chińskich napisów z mapy z napisami na ścianach nie jest zbyt szybkie. W każdym razie chyba znaleźliśmy knajpę, zaprowadzili nas na góre i dali menu. Z obrazkami. Z 15 stron. Zdecydowaliśmy się i zamówiliśmy – z tym, że jak zwykle pokazując co chcemy, plus tekst z rozmówek – ‘poproszę trochę ryżu” – jak to po ichniemu, to niech Lipek wklika, nich się wykazuje a nie tylko do mnie podpina.

Niewdziecznik. Tyle bledow robi, a ja musze to potem poprawiac. A ryz, a raczej jego chinskie znaczki najlepiej pokazac kelnerce prosto w rozmowkach 🙂

Jedzenie… najpierw Iwona dostała zamówionego kurczaka żebraka. Ta…  wyobraźcie sobie coś ptakopodobnego, wielkości gołebia, patrzącego na was z talerz pełnymi wyrzutu oczkami. Iwona okazała się bez serca i bezlitośnie kurczaczkowi ten łepek z oczkami urwała jednym brutalnym ruchem.  Następnie dotarła moja zupa – w teorii miała być z krewetkami, ale mięsko w środku nie wyglądało na krewetkowe – bardziej na wołowinę. No i była konsystencji kisielu, dość rzadkiego, pływały tam jakieś listki i ścięte białko. Dało się zjeść, acz bez rewelacji. Iwony „kuuuu-ciak” też bez rewelacji, ale w miarę. Lipek, by dostać wreszcie ryż, zamówił sobie ryżowe kuleczki. Dostał je i okazały się faktycznie ryżowe. Pod delikatną otoczką z ryżu, skrywało się nadzienie nugatowo czekoladowe, takie może trochę jak chałwa. Słodkie. Całość posypana szczypiorkiem i czymś niezidentyfikowanym. Słonym! Za to Nina dostała OGROMNY kociołek z mięskiem z czymś niezidentyfikowanym – pomiędzy wodorostem a poskręcanym bambusem. OOOOOOOSTRĄ. I mimo żyłek twardo ciamała, jak dzika. Za to, plus colę, zapłaciliśmy 141RMB – sporo, acz to wychodzi jakieś 70PLN na 4 osoby, co w Polsce nie jest kwotą wygórowaną za posiłek. Wychodząc, kolejka do lokalu była już dość długa. Znaczy udało nam się.

Dopiero w knajpie skapowalismy się, że w tego typu lokalach nie zamawia się dla poszczegolnych osob, tylko na srodek stolu. Kazdy ma swoje paleczki i naczynka i nabiera sobie że srodka z poszczegolnych wspolnych naczyn. Ciekawe. Wygladalismy pewnie jak buraki, gdy kazdy bral te wspolne naczynia pod swój nos 😀

W każdym razie nie byliśmy zbyt zadowoleni z kolacji, w lokalu z LP – postanowiliśmy następnym razem zdać się na siebie i lokalne knajpko-grille. Do hotelu wróciliśmy piechotą, co było Lipka pomysłem, a ja pewnie przez to dostanę burchelka na stópce. Biedna mała chora stópka! W hotelu okazało się, że jest dumpling party – kleją pierożki, i jedzą je. Mogliśmy wrócić, przynajmniej najedlibyśmy się czegoś smacznego. Kierowca busa na lotnisko już na nas czekał, więc odebraliśmy bagaż i wychodząc z hotelu zostaliśmy napadnięci przez obsługę hostelu z talerzami pierogów – bardzo miłe – zjedliśmy na spróbowanie, smaczne były i pojechaliśmy na lotnisko.  Jechaliśmy z 30 minut, zapłaciliśmy 120RMB. Lotnisko takie prowincjonalne, takie wielkości 1,5 naszego Okęcia.

Z nudow i ciekawosci zaczalem uczyc się chinskich znakow na lotnisku. Potrafie już kilka rozpoznac i nawet niektore ich zestawienia maja sens ;-).

Bez problemu odebraliśmy bilety, zdaliśmy bagaże i poszliśmy do samolotu. Kulturalny ładny samolot. Właśnie siedzimy na przedzie, dostaliśmy tyle żarcia, że ho ho, albo i lepiej – makaronik, bułeczki i inne takie – polecamy linie China Southlines czy jakoś tak. Najciekawsze, że odlot miał być 22:50 – o 22:20 poproszono nas o wyłączenie urządzeń i samolot zaczął kołować – 22:35 był już w powietrzu – 15 minut przed czasem – czy to po prostu wszyscy pasażerowie się pojawili spowodowało wcześniejszy odlot, czy co, nie wiemy, ale przynajmniej wcześniej będziemy na miejscu, w Guilin.

Dobranoc.
Ja też dobranoc. Przez tego bloga nie mogę wstac rano i na mnie krzycza (po slasku po mnie :] ).

A

Zobacz też

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.

By |2016-12-18T22:32:37+00:00Wrzesień 22nd, 2010|Chiny, Wyjazd|0 Comments

About the Author:

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator - z przymusu - szwędacz.

Leave A Comment