23.09.2010 dzien VII – Guilin I

///23.09.2010 dzien VII – Guilin I

23.09.2010 dzien VII – Guilin I

Guilin dzień któryś.

Wstaliśmy jak Bóg przykazał i partia zezwoliła, o 12.

Partia jest jednoosobowa i nazywa się Nasz Interpersonalny Nieugiety Adwersarz ;-> .

Zwlekliśmy się i postanowiliśmy zobaczyć Jaskinię Trzcinowego Fleta. Albo fletu. Przy okazji w hostelu zarezerwowaliśmy wycieczke bambusowymi łodziami, na jutro. Z Lipkiem zdecydowaliśmy upolować lokalne zarcie pod hotelem, a dziewczyny weszły jeszcze do agencji turystycznej, dowiedziec się na temat tarasów ryżowych na pojutrze – bo w hotelu mieli tylko taką wycieczkę, która kończyła się za późno dla nas – nie zdążylibyśmy na samolot do Chengdu.

To nie do konca tak było – poszly porownac ceny na splyw rzeka Li bambusowymi lodziami a sprawa tarasow wyszla pozniej – ale to tylko gwoli scislosci i zgodnosci historycznej :).

Upolowaliśmy z knajpy pierożki na parze, Do tego w pudełeczku coś, co okazało się mleczkiem sojowym, a ja sobie jeszcze pakuneczek w liściach bambusa, czy czegokolwiek innego. Fajnie wyglądało. Dziewczątka dotarły do nas, lecz ciamkano było średnie.  A już świństwem pierwszej wody był ten pakunek – w liściach był rozgotowany ryż z kilkoma fasolkami. Moja rodzicielka mnie kiedyś pasła zupkami mlecznymi i traume mam do dziś – czytając to, niech wie, AK mnie skrzywdziła 😛 .

Obiektywnie nalezy stwierdzic, że zapakowany w lisc kleik ryzopodobny byl nad wyraz malo zjadliwy, a fakt traumatycznych przezyc Adama z dziecinstwa mial raczej drugorzedne znaczenie :).

Postanowilismy w agencji zarezerwować tarasy, zaproponowali nam lepsze ceny niż w agencji a ponadto zorganizowali impreze tak, że będziemy mieli godzinę zapasu na lotnisku… o ile nic się nie wykrzyczy.

Jest ryzyko jest zabawa :D. Tutaj jak z Chinczykiem cos ustalisz i zaklepiesz, to i tak do konca nie mozna być pewnym. Dodatkowo lokalny transport bywa pelen niespodzianek.

Już jesteśmy wprawieni w lokalnych autobusach, więc pojechaliśmy do jaskini autobusem Y3. W LP piszą, że trzeba wysiaść na ostatnim przystanku, jednak po jaskini są jeszcze trzy przystanki. Kierowca nam sam z siebie pokazał, że to właśnie tu chcemy wysiąść. Powędrowaliśmy kawalek w górę, kupiliśmy bilety i odczekaliśmy 15 minut na kolejna grupę. Mżyło paskudnie, z czego jedyny zadowolony to Lipek.

Jedynym minusem deszczu jest to, że w kapturze nie widac moich warkoczkow, co powoduje że robia mi tylko 2-3 zdjecia dziennie i mniej czikulinek się do mnie usmiecha ;).

Co prawda w jaskini deszcz nie przeszkadza, ale jednak zwiedzanie w deszczu jest średnie. W jaskini… Jaskinia jest świetna. Co prawda kiczowato podświetlona, ale to tu norma. W sumie to mi się podobało, widać lubię kicz. Jaskinię naprawde przyjemnie się oglądało, grała w tle muzyka, światełka świeciły, kolorki kolorowały, turyści zwiedzali a chińczycy się wydzierali. Jeden przez całą wycieczke przez telefon rozmawiał. W pewnym momencie, gdzie była formacja skalna kurtyny czy sceny teatralnej, przewodniczka śpiewała. A chińczyk szwargotał. Na szczęście zanim podszedłem to się zamknął, bo zaczynał działac mi na nerwy. Z ciekawostek – w jaskini są punkty robienia zdjęć za kase, a za dodatkową opłatą 5RMB można przejść do kolejnej komnaty, gdzie są ogromne żółwie – do jednego chińczycy przyklejali banknoty na szczęście.

UWAGA PRZERWA W RELACJI – przynieśli jedzonko w samolocie.

Wciamane. Mało! I paskudne.

Paskudne to malo powiedziane, zwlaszcza w porownaniu do posilku w poprzednim samolocie tych samych linii. Moze oczekiwania byly za duze a zoladki za puste?

Dobra, do rzeczy. Po wyjściu z jaskini była już chyba 16. Chcieliśmy iść na Szczyt Samotnego Piękna, czy czegoś takiego, ale zbliżający się zmierzch zmienił nasze plany i wybraliśmy park. W sumie Iwona pisze relacje analogowo i potem ma przepisywać, więc nie będę się zmuszał i pisał nazw, których nie pamiętam – Iwony zadaniem będzie poinformowanie czytaczy, co widzieliśmy. Pojechaliśmy autobusem Y3 z powrotem, dopadliśmy jakąś Chinkę (tylko bez skojarzen!) mówiącą we wspólnym, która powiedziała nam, gdzie się przesiąść i nawet z nami wysiadła i pokazala kolejny autobus.

Jedno trzeba Chinczykom oddac – staraja się być uczynni, nawet jak nie rozumieja co do nich gadamy. W wiekszosci. A jak już ktory gada mowa Szekspira (lub usiluje) to czuje się zobowiazany wrecz. Nie raz było tak, że zaczepiony tuchton wzruszal bezradnie ramionami, a z boku sam podchodzil inny (nawet turysta chinski) i wspomagal tlumaczeniem na angielski.

Dotarlismy do parku i postanowiliśmy iść od prawej. Ładny ten park, początek jest nawet na zdjęciach – górki, pagody…. Ścieżka zaczęła piąć się w górę. Aż dotarliśmy na szczyt. W sumie po drodze mineliśmy jakieś poetycko brzmiące miejsce, które mieliśmy zobaczyć, cos w stylu Swiatyni Swiszczacego Nietoperza, czy Jeziora Tęczowego Smoka, ale nie znaleźliśmy tego. Chińczycy wymyślają wspaniałe nazwy do chyba wszystkiego – i nazwa często jest lepsza od tego, co się widzi. W każdym razie na szczycie nie znaleźliśmy tego co szukaliśmy i zaczęliśmy drogę w dół, w narastających ciemnościach. Gdy zeszliśmy, było już prawie ciemno. Zobaczylismy jeszcze skałę wielbłąda i wróciliśmy do miasta.

Dziewczyny napaliły się na rybę w lokaleśnej knajpie polecanej przez LP – z mapą poszliśmy szukać jej i o dziwo nawet trafiliśmy. No w życiu byśmy bez LP tu nie weszli. Mordownia jakich mało. Ale byliśmy twardzi. Lokal maksymalnie obskurny, czasy świetności mający ze 40 lat temu, stoliki z  lokalesami, na stolikach maszynka gazowa. Weszliśmy, dostaliśmy stolik i ładne, oprawione menu. A w środku same znaczki. Na słowo Beer Fish, czyli ryba w piwie nie reagowały, więc w LP pokazaliśmy chińską nazwę. Na to była już reakcja. Zamówiliśmy jeszcze po piwie i czekaliśmy. Wszyscy w lokalu na nas patrzyli i zastanawiali się, co ci ludzie tu robią. My w sumie też, może poza Iwoną, która słysząc o rybie dostaje klapek na oczy i tłum chińczyków nie wygnałby jej z knajpy przed zjedzeniem rybki. Po jakimś czasie obsługa przyniosła wok, z rybą z warzywami i postawiła na kuchenkę kazową na naszym stoliku. Przy okazji, zamówilismy też ryż, żeby Lipkowi nie było smutno. Pierwszy kęs ryby spowodował, że obie nasze kobiety zaczęły machac pałeczkami jak wiatrak skrzydłami. Z Lipkiem udało nam się odrobinę uszczknąć, trochę rybki, jakiegoś pomidora i grzybka. Było rewelacyjne, ale niestety zanim zaczęliśmy jeść, okazało się, że nie ma już nic. Może przesadzam, ale tylko lekko.

Wcale nie przsadzasz. Zanim zorientowalem się, ktore czesci potrawy sa jadalne, polowy już nie było. Myslalem, że wspolne naczynie z potrawa na srodku to fajny pomysl, ale chyba nie z naszymi dziewczynami ktore machaja paleczkami z napedem atomowym. Nastepnym razem wezmiemy z Gadzetem osobne naczynie. I osobny stolik. Tak na wszelki wypadek ;-). Dobrze, że byl ryz w nadmiarze :]

W każdym razie ryby były 2, dość spore, a całość, sosik, pomidory, warzywa  – super. I zapłaciliśmy za to, razem z piwem 76. Sama ryba, na 4 osoby kosztowała 40 RMB czyli niecałe 20 pln. Wypas. Potem powędrowaliśmy do hostelu i udaliśmy się na spoczynek, gdyż następnego dnia czekały na nas bambusowe łodzie…

Koncze poprawki o 7:30 w mini vanie. Jestesmy od godziny w drodze (a poszlismy spac o pierwszej, bo rezerowalismy wycieczki i hostele), cudem najedzeni (Nina z poswieceniem zapoznala się z jakims Malezyjczykiem przed switem, a ten wskazal jej cos, co przypominalo piekarnie), poltorej godziny drogi przed nami. Powrot nie wiadomo o ktorej. Nie mozemy wymienic pieniedzy, bo wracamy od kilku dni za pozno by dotrzec do banku. Poza tym dziś i tak niedziela. Efekt – zwitek dolarow w kieszeni a nie stac nas na noclegi, wycieczki i jedzenie. Ech, wakacje.

🙂

Zobacz też

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.

By |2016-12-18T22:32:37+00:00Wrzesień 23rd, 2010|Chiny, Wyjazd|0 Comments

About the Author:

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator - z przymusu - szwędacz.

Leave A Comment