24.09.2010 dzien VIII – Guilin II

///24.09.2010 dzien VIII – Guilin II

24.09.2010 dzien VIII – Guilin II

Wstaliśmy skoro świt, zjedliśmy śniadanie i zostaliśmy zapakowani przez typa w gajerku do busika. Lipki na gajerek mówią jakoś inaczej, ale nie wiem jak – nie po Polsku w każdym razie (gangol). Inny typ w dresie prowadził busika do miejscowości za Guilin, gdzie przekazał nas kolejnemu typowi, w zielonym mundurku. Bambusowe łódki okazały się plastikowymi, stylizowanymi na bambus, ale dało się przeżyć. Pogody już nie. Jako, że Lipek już od 3 dni nosił swoje szczęśliwe majtki z koniczynką, od 3 dni padało.

Szanowny przedmowca raczy mylic się z prawda nie bez udzialu swiadomosci wlasnej. Ja swoje gacie zmienilem dzien wczesniej, w zwiazku z czym deszcz byl spowodowany majtami Adasia, ktory po raz czwarty odwrocil je na druga strone.

Usiedliśmy narodzie, na bambusowe ławeczki, we 4 osoby na łódz, pod daszek – nawet nawet. Niestety, góry były zamglone, deszcz zacinał – średnie warunki do oglądania, ale alternatywy nie było. Mi nawet się widok zachmurzonych szczytów podobał, dodawał tajemniczości, ale zdaje się Lipek ma na ten temat odmienne zdanie, które w uprzejmych słowach zapewne wyjaśni.

Owszem. Pogoda byla delikatnie mowiac nienajlepsza i o ile same widoki byly nienajgorsze (pozostawialy wiele miejsca na wyobraznie 😉 ) to ze zdjec wyszlo wielkie brazowe cos.

Płyneliśmy łodzią, oglądaliśmy widoki – skały SA rewelacyjne – taki nasz przełom Pienin, doliną Dunajca, lecz o wiele wyższe. Ogólnie krajobrazy bajeczne; szkoda, że nie było widać więcej – ale i tak warto. Spływ trwał prawie 2h, kiedy zatrzymaliśmy się w przyrzecznej knajpce, na jakieś 30 minut. Mieliśmy tam coś zjeść, ale nie byliśmy głodni. Gdy wsiedliśmy do łodzi, okazało się, że koniec podróży jest oddalony o 15 minut. Tam nas wypakowano z łodzi i szef w zielonym usiłował się nas pozbyć do małych busików, ale się skończyły. Znaczy został jeden, ale naprawa młotkiem nie przynosiła pozytywnych rezultatów. Deszcz pada, busików nie ma, zima… Po 20 minutach podjechały busiki i zapakowaliśmy się do jednego. Zresztą słowo busik to za wiele – to taki motorek z budą na 12 osób. Ruszyliśmy wąską, błotnistą ścieżką, ścisnięci jak sardynki. Pikanterii dodaje fakt, że by jakoś się mieścić, siedzieliśmy na zamek błyskawiczny – udo Lipka, udo Niny, Udo Lipka, potem nie wiem, ale jakas Kamasutra i ja z Iwoną. Ma ciepłe kolana. Dobrze, że jechaliśmy maksymalnie 20 minut, bo ducha byśmy wyzionęli. Nasz kierowca, czyli nasz aktualny opiekun, przekazał nas „k#[email protected] w niebieskim” jak ochrzcił ja Lipek. Niewiasta ta była obsługantka autobusu, zapakowała nas do środka, lecz miejsca siedzące były zajęte. Nie stanowiło to jednak problemu – z bagażnika wyciągnęła krzesełka dla przedszkolaków – różowe i plastikowe i kazała nam usiąść między siedzeniami, na przejściu. Niestety biednemu Grzesiowi nie wystarczyło krzesełka i musiał stać, garbiąc się – autobusy w Chinach są przeznaczone dla osób o wzroście do 170cm max. Grześ gotował się. Bulgotała w nim nienawiść do małych biednych, bogu ducha winnych Chińczyków. Odgrażał się, że będzie robił im krzywdę fizyczną i duchową, a także przeklinał do 17 pokolenia wstecz. Pełen autobus w dalszym ciągu stał, a kobiecie w niebieskim udało się jeszcze 2 tuchtonów dopchnąć. Usiłowała pokazać, że mamy się cofnąć z tymi krzesełkami, ale po tekście Niny „chyba sobie kpisz” ustąpiła. Może nie zrozumiała, ale groźba w oczach wystarczyła. Nie dałoby się cofnąć nawet o centymetr. W końcu ruszyliśmy. Droga upływała przyjemnie, przerywana tylko niecenzuralnymi uwagami Lipka na temat lokalesów, ich organizacji i temu podobnych.

Opiekunka autobusu zdolala zatrzymac się po drodze z jakies 10 razy i dopchac kolejnych lokalesow. Jeden z nich wcisnal się między mnie a Nine i siedzenie, co minute wczesniej uznalbym za fizycznie niemozliwe.

Autobus malowniczo podskakiwał na wertepach i było wyraźnie miło. Na jednym z wertepów, przedszkolne krzesełko nie wytrzymało mojego radosnego podskoku i skapitulowało. Wylądowałem bezpiecznie na dolnej, miękkiej części pleców i mymłonie Czeszki siedzacej za mna. Ni plecom ani mymłonowi to mocno nie przeszkadzało, wiec wstałem i zacząłem się garbić obok Lipka. Łzy ze śmiechu leciały nam ciurkiem z oczu. Niestety, radość nie trwała długo – kilometr dalej autobus się zatrzymał i „k#[email protected] w niebieskim” wygoniła wszystkich białasów i część lokalesów. Pewnie nie spodobało się jej zniszczenie mienia ludu i partii. Lipek zakipiał i prawie wybuchł. Wściekły wysiadł z autobusu i ubierając kurtkę przyp&^&$ lokalesowi. Lokales po ciosie w szczękę, utrzymał pozycję stojącą, lecz niewiele brakowało by spadł z 2 metrowej skarpy. Wtedy byłby nokaut techniczny. Niestety, walka została przerwana i przeciwnicy zostali odesłani do innych narożników. Co prawda Lipek twierdził, że to był przypadek, ale przypadkiem trafić lokalesa w szczękę, to jednak mało prawdopodobne. Lokales jeszcze dłuższy czas wyglądał na zamroczonego kucając przy drodze koło swojego tobołka z dobytkiem, z reka na szczece. W tym czasie niebieska policzyła nas i… autobus odjechał. A, i mój taborecik poleciał w krzaki. Staliśmy jak buraki pastewne, przy drodze, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Niebieska zatrzymała jakiś busik i wepchnęła tam lokalnych. Po 20 minutach autobus powrócił pusty i wsiedliśmy do środka. Tym razem mieliśmy miejsca siedzące. Dojechaliśmy do Yangshuo. Polecielismy jak dzikie świnie do banku, by wymienić pieniądze, lecz jak to w opowieściach bywa – spóźniliśmy się 2 minuty. Znaczy byliśmy w innym przed zamknięciem, ale powiedziano nam, że kasę można wymienić tylko w Bank of China. A tam, trafiliśmy o 17:02 i pani olała nas radośnie.

Nie mam pojecia o co chodzi, ale normalne to nie jest. Prawie przy kazdym banku (a calkiem ich tu sporo) jest tabliczka „Exchange” że znaczkiem Yuana i strzaleczkami w dwie strony. W kazdym innym kraju oznaczaloby to wymiane waluty, ale nie tutaj. Po wejsciu do srodka jedyne co mozna wymienic to uprzejmosci polegajace na wzruszaniu ramionami i informacje, że wymiany waluty mozna dokonac w „Bank of China”. Nie pomaga wskazanie na opisana tabliczke i nazwe banku „Costam costam Bank of China” (kazdy się tak nazywa).

Nie pozostało nam nic innego, jak iść pozwiedzać. Yangshuo, w kawałku dla turystów, przypomina polskie Krupówki. Ta sama chińska tandeta, dużo ludzi, lans itp. Dziewczyny uparły się kupić wachlarze. Po pytaniu o cenę, dowiedzieliśmy się 140, więc wybuchliśmy śmiechem. W każdym razie, kupiliśmy je po 20 – a ja jestem przekonany, że o 50% przepłaciliśmy, ale że dziewczyny chciały, to mają. Następnie poszliśmy do knajpy – Cloud 9 Restaurant – gdzie najpierw dostaliśmy czekadełko – prażoną fasolę, a potem zamówiliśmy supersmaczne dania – wychodząc z restauracji, byliśmy napasieni a Lipka poziom szczęścia pierwszy raz w Chinach przekroczył 10%. Głaskał się po brzuchu mlaskał i ogólnie wykazywał niezwykłe jak na niego podniecenie i ruchliwość.

Przepyszne jedzenie. Wszyscy byli zadowoleni. Kurczak, zeberka, baklazany no i ryz z warzywami! Lokalne piwo dla kazdego, obzarci po sufit zaplacilismy ok. 70 PLN za 4 osoby. To jest zycie!

Wracaliśmy autobusem, który odjechał dopiero po zapełnieniu w 100% – co trochę trwało. Wróciliśmy do hotelu i poszliśmy spać jak grzeczne misie.

Zobacz też

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.

By |2016-12-18T22:32:37+00:00Wrzesień 24th, 2010|Chiny, Wyjazd|0 Comments

About the Author:

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator - z przymusu - szwędacz.

Leave A Comment