25.09.2010 dzien IX – Guilin III

///25.09.2010 dzien IX – Guilin III

25.09.2010 dzien IX – Guilin III

Kolejny dzień wstaliśmy, zanim wstało słońce. Dusze nasze opanował cień. W sercach naszych gościł smutek i przemożne pragnienie powrotu do łóżek. Niestety, Iwona była pozbawiona serca, i nie pozwoliła nam spać. Spakowaliśmy się, bo musieliśmy się wymeldować i zanieśliśmy bagaże do agencji turystycznej. Zostaliśmy zaprowadzeni na parking obok dworca, do busika. Poza nami, w busiku jechała jeszcze para z Wielkiej Brytanii i parka z Chin. Zapakowaliśmy się do środka i zanim wyjechaliśmy z miasta, większość z nas spała. Chińczycy prowadzą pojazdy tak, ze szkoda pisać – lepiej niż w Indiach, lecz niewiele… Wobec tego spaliśmy słodko, nieświadomi tego, co dzieje się za oknami. Ze względów czasowych, zwiedzić mieliśmy tylko jedna wioskę – mniejszą, lecz położoną wyżej, Dojazd do pierwszej zajął nam około 1,5h. Tam zobaczyliśmy natarczywe sprzedawczynie sprzętów różnych, posiadaczki włosów, których nigdy nie obcinają. Dobrze choć, że myją. Do busika usiłowało się ich wepchnąć jakiś tysiąc, wszelkimi szparami. Dobrze, że kobietka z biletami się dopchała.

E tam, było ich nie wiecej niż 10.

Zakupiliśmy bilety i pojechaliśmy w górę, do drugiej wioski. Droga wiodła krętymi drogami, gdzie auta mogły wyminąć się jedynie na zakręcie, przyciskając się z jednej strony do ściany skalnej, a z drugiej balansując nad przepaścią. Strasznie malownicze. Ogólnie pogoda ponownie była pod znakiem szczęśliwych majtek Lipka, czyli chmury, deszcz i temu podobne radości. W pewnym momencie widzieliśmy dwa wypadki – pewnie dlatego, że jechaliśmy w chmurach – widoczność była na 50 metrów. Dojechaliśmy jednak szczęśliwie. Wysiadłszy przy drugiej wiosce, znów zostaliśmy otoczeni przez tłum kobiet. Zapoznaliśmy się z mapą, i postanowiliśmy ruszać – mieliśmy tylko 4h do powrotu do busika. Widoki były piękne. Tarasy z ryżem były wyraźnie widoczne, wioski przez które szliśmy bardzo klimatyczne, acz nastawione wyraźnie na turystykę. Dziewczyny zainteresował świński łeb, który odrąbany w restauracji zachęcał do spożycia go w jakiejś potrawie. Poszliśmy w górki. Wąskimi ścieżkami, po mokrych kamieniach pięliśmy się w górę. Naszym oczom ukazywało się coraz więcej terenu. Oznakowanie tras, w języku cywilizacji zachodniej praktycznie nie występuje – dlatego do końca nie mieliśmy pewności, gdzie się znajdujemy. Dotarliśmy do grzbietu góry, z którego widać było góry i doliny z drugiej strony – widok zapierał dech w piersiach. Czas gonił, deszcz gonił, więc zebraliśmy się i zeszliśmy w dolinę z której przyszliśmy i w tym momencie Lipek stwierdził, ze w sumie nie doszliśmy do platformy widokowej.  Dzielił nas od niej naprawdę niewielki kawałek… wobec czego maniacy turystyki górskiej, mimo moich głośnych sprzeciwów, postanowili zwiedzić pozostałe dwie platformy. Nóżki moje biedne cierpiały gdy pięliśmy się w górę, ślizgając się na mokrej skale, a za każdym zakrętem miałem nadzieję, że to już koniec. W pewnym momencie maleńki buntownik tlący się we mnie dojrzał i wybuchł płomieniem – w związku z tym zbuntowałem się i postanowiliśmy nie wchodzić dalej – padało, były chmury i było nie fajnie – uznałem, że ze szczytu, znad chmur, będzie gówno widać. I zostaliśmy z Niną na niższej platformie. Też było ładnie. Lipki powędrowały w górę. Później twierdziły, że weszły na szczyt i że czekały pół godziny, aż się trochę przejaśni, ale nikt nie jest w stanie tego potwierdzić, a na zdjęciach szczytu nie widać. Pewnie poszli za kolejny zakręt i odpoczywali. My zaś zeszliśmy na dół, skorzystaliśmy z toalety lokalesowej i poszliśmy na parking. Tam siedzieliśmy i słuchaliśmy powrzaskiwań długowłosych kobiet.

Niestety (dla Adama) widoki z platformy byly fantastyczne mimo zalegajacych chmur i mgly. Co jakis czas biala masa przesuwala się i unosila, wiec udalo się prawie wszystko zobaczyc, choc kawalkami i na raty. Punkt, do ktorego doszlismy nazywal się „Thousand Layers to the Haeven” i tak wlasnie się czulismy :). Na gorze spotkalismy chinska pare mowiaca po angielsku, pogadalismy i porobilismy sobie nawzajem zdjecia. Bardzo z Iwona zalujemy, że nie mielismy wiecej czasu – spokojnie mozna tam spedzic caly dzien spacerujac po tarasach i punktach widokowych, a jest przeciez jeszcze druga wioska. Jest tak slicznie, że odwazylem się porownac to do Machu Picchu (maczupikczu) – o niebo latwiej dostepne a widoki rownie zachwycajace, choc klimat inny. Mimo zlej pogody to jak na razie to najladniejsze miejce w Chinach.

W drodze powrotnej ponownie spaliśmy. Gdy wróciliśmy do agencji, zabraliśmy bagaże i za chwilę przyjechała zamówiona taksówka i pojechaliśmy na lotnisko. Wszystko poszło bez przeszkód, lecz byliśmy trochę głodni – mieliśmy jednak nadzieję, że w samolocie dostaniemy taki wypaśny obiadek jak ostatnio. Myliliśmy się okropnie. Dwie byle bułeczki i przeterminowana herbata drastycznie zmieniła nasze zdanie na temat linii lotniczych China Southern…

Po analizie wydaje mi się, że data na opakowaniu jest tutaj data produkcji tak jak kiedys u nas. Alternatywa jest przeterminowanie wszystkich produktow w samolotach 😛

Na miejscu, na lotnisku w Chengdu czekała na nas kierownica, z kartka z naszym nazwiskiem i zawiozła nas do hostelu (ale wypas! Pierwszy raz ktos na mnie czekal na lotnisku z kartka. Jak na filmach 😉 ). Busik opłacił hostel – Changdu Lazy Bones Hostel – http://www.mixhostel.com/index_eng2.htm – REWELACYJNY – rzeczy za free cały tabun, bardzo przyjazna atmosfera, pomocna obsługa a pokoje też niczego sobie. Strasznie polecamy. Na następny dzień zamówiliśmy wycieczkę do Leshan – zobaczyć największego Buddę – i znów trza wcześnie wstać… Przerąbane.

Hostel pierwsza klasa. Fajne pokoje, kazde lozko ma zaslonke, lampke i kontakt, ogolnie czysto i miekko. Obsluga po prostu zajefajna!

Zobacz też

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.

By |2016-12-18T22:32:36+00:00Wrzesień 25th, 2010|Chiny, Wyjazd|0 Comments

About the Author:

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator - z przymusu - szwędacz.

Leave A Comment