27.09.2010 dzień XI – Chengdu II

///27.09.2010 dzień XI – Chengdu II

27.09.2010 dzień XI – Chengdu II

Znów obudziliśmy się, jeszcze zanim słońce pomyślało, by to zrobić. I znów Nina wstała wcześniej i załatwiła nam śniadanie. Tym razem w hostelu, ale specjalnie o 6:45 zamawiała, żeby jak uruchomią o 7:00 kuchnię od razu się zabrali za robienie papu. O 7:30 wyjazd, więc powinniśmy się wyrobić. 7:00. 7:15… Nic. 7:20 – pierwsze jedzenie. Iwona jak zwykle czeka. Lipek zamówił sobie dodatkowe tosty i był bardzo zadowolony, bo przynieśli 3 czy 4. A Iwona dalej patrzy, jak jemy. W końcu, 7:30 Iwona dostała jedzenie. Wysypała pół solniczki na jajko i wgryzła się. Na to przybiega z krzykiem kucharka i wyrywa Iwonie z zębów jajko, sprzed nosa talerz i ucieka do kuchni. Mina Iwony bezcenna. Za chwilę przychodzi kucharka i Iwony jedzenie podaje jakimś Australijczykom. To posolone, nadgryzione. Iwona w zamian dostaje mały talerzyk z jajkiem. Oczywiście kucharka tłumaczyła, o co chodzi – ale w języku uznawanym przez wszystkich za średnio zrozumiały. Okazało się, że te tosty, co Lipek je to były Iwony. A został jeden biedny. W tym czasie już spóźnieni byliśmy. Przyszedł obsługant z hostelu i mówi, żebyśmy się zbierali i szli do busika. Pozamieniał się z bambusem na główki? Z talerzami? NIE! Czytaj z mych ust – NIE! Czekaliśmy na śniadanie 45 minut, to teraz wy poczekacie 3 minuty, aż zjemy. ZROZUMIAŁ? Nie do końca zrozumiał, bo coś bulgotał, ale jeszcze dodatkowa informacja, że nasze śniadanie nie było takie, jak zamówiliśmy i jeszcze biedny Lipek nie dostał tostów ( znaczy zjadł Iwony…) Iwona zjadła resztki które dostała i pobiegliśmy do busika.

Droga do pand była nudna. Godzina w korkach, w zasmrodzonym mieście nie nalezała do przyjemności. Szczególnie, że busiki przeznaczone są dla gnomów, ewentualnie krasnali ogrodowych i osoba o normalnym wzroście, by się zmieścić, musi zatykać sobie uszy kolanami. Wycieczkę organizował nasz hostel, wraz z siostrzanym, więc ludzi było ze 3 busiki albo i cztery. Dostaliśmy znaczki, by nas rozpoznać i powędrowaliśmy za przewodnikiem. Dobrze, że był w miarę wysoki, to łatwiej go było wypatrzeć w tłumie.

Byl bardzo wysoki. Co najmniej 1,90. Kraza sluchy, że to byl ten Malezyjczyk, z ktorym Nina spedzila poranek dzien wczesniej.

Podreptaliśmy niespiesznie przez teren ośrodka hodującego pandy, zaułkami i wąskimi ścieżkami. Dobrze, że mieliśmy przewodnika, to się nie zgubiliśmy. Najpierw oglądaliśmy pandy czerwone. Taki to bardziej borsuk czy zmutowany lis, niż panda. Coś ciamkały, więc były dość ruchliwe i zabawne. I ze dwa spały sobie na drzewie, całkiem przyjemnie komponując się z zielenią liści. Spędziliśmy tu kilka minut, potrzebnych na zrobienie miliona zdjęć telefonem… Albo innym żelazkiem. Podreptaliśmy wąskimi ścieżkami dalej. Oczom naszym ukazało się drzewo. Na drzewie zaś, mieszkały sobie, przytulone dwie pandy. Takie słodkie czarnobiałe misie. Następnie przeszliśmy ścieżką, przy ogrodzie przylegającym do budynku – na wybiegach były po jednej czy dwie pandy. Jedna nas rozbawiła maksymalnie – leżała do nas tyłem, na mostku z drewna rozkraczona i ze zwisająca głową, której nie widzieliśmy – wyglądała, jakby ktoś jej głowę odrąbał. W środku, najpierw zaprowadzono nas do ostatniego wybiegu – otwarty wybieg a na nim dwie pandy leniwie bawiące się. Wyglądało to jak zabawa dwóch kotów. Tylko jakiś milion razy wolniej. No tak powolnie i anemicznie się bawiły, że aż śmiesznie. Kolejne pandy właśnie rąbały ogromne ilości bambusa. Wyszliśmy i kontynuowaliśmy spacer wzdłuż kojców umieszczonych przy budynku. Pandy spały, albo leniwie się bawiły. Następnie powędrowaliśmy do pawilonu, gdzie idąc w kolejce, można było przez moment spojrzeć na młode pandy – z uwagi na to, że byliśmy na jesieni, mieliśmy to szczęście, że zobaczyliśmy je bardzo młode – niektóre jeszcze miesięczne. Takie małe potworki, smokopodobne. W restauracyjce obejrzeliśmy film o pandach, Lipek dowiedział się, że pandy są stymulowane elektrycznie i Mu się bardzo spodobało. Znaczy w celach rozrodczych. I nie żeby zaraz chciał się rozmnażać, szczególnie pod wpływem prądu, ale kto go tam wie. Wróciliśmy, spakowaliśmy się i wymeldowaliśmy z hostelu. Jako, że jeszcze sporo czasu do samolotu, to zostaliśmy na hotelowych sofach. No i jeszcze była jedna przyczyna – o 15:00 nasze dziewczątka miały się wykazać. Postanowiliśmy zasponsorować dziewczątkom naszym kurs gotowania. Nie to, żeby nie potrafiły, nie chciałbym nic takiego sugerować, nie nie, wcale! Kurs kuchni syczuańskiej, kosztował 100RMB na kobiałkę i zgodnie z Lipkiem uznaliśmy, że to jedne z najlepiej zainwestowanych pieniędzy w Chinach. Przyszła miła Chinka z hostelu i powiedziała, że będzie tłumaczką. Przyniesiono dziewczynom talerz z zielenina i czymś bliżej nieokreślonym, deskę i tasak, jak rzeźnicki.

Mi przypominal tasak Rzeznika z Diablo I (The Butcher, pierwszy boss).

I teraz kucharka pokazywała co robić, miła pani tłumaczyła, a nasze panie usiłowały powtórzyć ciosy tasakiem, zadawane bogu ducha winnym warzywom i tofu. Najzabawniej było chyba przy krojeniu bo na olej rzuca się imbir i czosnek, następnie papkę paprykowo jakąś tam, do tego tofu, posypuje się cukrem solą pieprzem syczuańskim i MSG. Co to to tajemnicze MSG, wyjaśnił nam dopiero wujek Google – tak jak Nina podejrzewała, był to glutaminian sodu – nasz ulubiony wzmacniacz smaku. Potem na talerz i odrobina szczypiorku posypać i jeszcze pieprzem syczuańskim. Nie do końca mi smakowało, za ostre dla mnie, acz reszcie w miarę pasowało. Szczególnie Lipkowi, który ma niewyparzoną gębę. Ryj, jak mówi Iwona. Drugą potrawą było cos z boczku – na polskie to podwójnie gotowany boczek jakiśtam, albo podobnie – w każdym razie podwójnie maltretowany boczek. Lipek napisze Wam, jaki to ten boczek.

A skad niby ja mam wiedziec jaki to boczek? Iwona na pewno ma to w swojej relacji to poda z calym przepisem :]. Warto jednak zaznaczyc, że boczek nie byl glownym skladnikiem, tylko dodatkiem. Tak naprawdę byla to gora zielonej cebuli z dodatkiem boczku i innych przypraw. O dziwo, dobre!

Do tego te same przyprawy, fura grubo krojonego szczypiorku, czosnek imbir i na talerz – to danie, nie dość, że szybkie, to jeszcze było rewelacyjnie smaczne. Dostaliśmy jeszcze ryż i poszliśmy skonsumować żony. Znaczy wyroby naszych żon. Oczywiście, żeby nie było niedopowiedzeń, każdy konsumował swoją zonę. Znaczy potrawę, którą jego kochająca żona upichciła. Cacuśnie. I do tego piwo. Aż chce się żyć.

Zebraliśmy się na samolot do Xi’An, taksówka czekała już na nas. Odprawa przebiegła bez problemów, oczywiście bilety także na tym lotnisku sami odebraliśmy z budki self check-in i podreptaliśmy do samolotu.

Nieprawda. Akurat tutaj nie moglismy tego zrobic w kiosku, tylko przy nadawaniu bagazu. Na marginesie to niezaleznie od tego jaki numer odprawy bagazowej wyswietla się przy naszym locie, zawsze odprawialismy się przy innym biurku. Moze dlatego, że kazde biurko odprawia wszystkie loty jak leci… Podobnie z odprawa osobista – ignorowalismy wszelkie napisy typu „Chineese only” i przechodzilismy bez klopotu. Tyle przynajmniej na lotach wewnatrzkrajowych.

Siedzieliśmy z gromadą chińczyków w poczekalni – pozajmowali nam miejsca łobuzy. W samoloci dostaliśmy mikroprzekąskę, ale na szczescie nie byliśmy głodni. I kolejny raz, nad Chinami były turbulencje – trzeba było siedzieć w pasach. Myślę, że oni specjalnie trzęsą tym samolotem, by chińczycy siedzieli w pasach, bo inaczej rozleźliby się po samolocie jak stonka i nikt by już ich nie znalazł. Xi’An zrobiła na nas wrażenie. Szkoda tylko, że złe. Powietrze było takie, że człowiek widział czym oddycha. Miliardy ciężarówek, ruch jak Warszawie na Marszałkowskiej – a to było prawie o północy…

Z drugiej strony to jedyne miasto, gdzie maja stare mury obronne (wysokie, dookola calej „starowki”). Fakt że pewnie odbudowane albo poprawione. Miasto ulozone w kwadraty, wiec latwo się poruszac i trudno zgubic.

Hostel nam się spodobal, przynajmniej z zewnątrz malownicze wejście, klimatyczne. Trasa  lotniska do hostelu koszowała nas 150 RMB (jak na razie najdrozej). W hostelu wyglądało fajnie – małe dziedzińce, klimat, sporo ludzi – acz recepcjonistka już zrobiła na nas średnie wrażenie. W każdym razie dostaliśmy karty do pokoju i poszliśmy. I było coraz gorzej. Zgiełk, ilość ludzi, łazienki, a na końcu mały pokój, spowodowały, że Lipek znów zaczął wygłaszać brzydkie wyrazy. Tu chciałbym nadmienić, że piszę, że Grześ jest taki niekulturalny, a o sobie nie piszę, co Grzesia bulwersuje, bo wygląda, jakbym ja był kulturalny a On był „burokiem” (© Iwona).  Ale nie jest to prawda. Ja tylko kompresuję wiązanki do rzadkich wybuchów elokwencji. Nina na głos zastanawiała się, gdzie jest nasz pokój – na to usłyszała odpowiedz „gdzieś tu, na końcu korytarza” od nieznajomego. Iwona dygnęła, podziękowała po angielsku i poszła do pokoju. Dopiero tam, tknęła ją myśl, że odpowiedz wygłoszona była w naszym ojczystym języku. Albowiem w hostelu nocowała grupa muzykantów, udających się na taki chiński Woodstock – „tylko większy” – ale to mnie nie dziwi, bo wszystko muszą mieć większe.

Porozmawialismy z Polakami, wymienilismy pare cennych uwag (tym razem to my uczylismy ich, jako że byli w Chinach chyba 3 czy 4 dzien), Iwona poszla się kapac i poszlismy spac. A hostel to niemal kombinat rozrywkowy – duzo gosci, wspolne lazienki i ubikacje „wschodnioazjatyckie”, knajpa oraz bar. Raczej imprezownia niż noclegownia ;-).

Zobacz też

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.

By |2010-09-27T09:24:24+00:00Wrzesień 27th, 2010|Chiny, Wyjazd|0 Comments

About the Author:

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator - z przymusu - szwędacz.

Leave A Comment