29.09.2010 dzień XIII – Xi’An II, Hua Shan

///29.09.2010 dzień XIII – Xi’An II, Hua Shan

29.09.2010 dzień XIII – Xi’An II, Hua Shan

2010_09_29_10_50_56_Adam

Hua Shan. Święta góra Taoizmu. Dla nas była miejscem, które chcieliśmy zobaczyć, ze względu na widoki a także na „najtrudniejszą ścieżkę trekkingową na świecie”. By dojechać do Hua Shan, musieliśmy wstać skoro świt i udać się autobusem na dworzec, skąd odchodził kolejny autobus, linii nr 1 do Hua Shan. Z uwagi na zbliżające się święto proklamowania Chińskiej Republiki Ludowej, od samego rana na ulicach panował tłok i ilość mieszkańców państwa środka drastycznie wzrosła. By dostać się do autobusu, trzeba było wykorzystywać wszystkie swe atuty – wzrost, masę oraz „nisko i łokciami”.  Autobus do Hua Shan jedzie około 2 godzin, ma do pokonania 100km. Po drodze widać budujące się autostrady, linie kolejowe, elektrownie… i systematycznie niszczone domy wysiedlonych mieszkańców, których część postanowiła pozostać i wyżłobiła sobie mieszkania w skałach. Z oknami, drzwiami… W Hua Shan, przesiadamy się do busika, wiozącego nas 8 km w górę, do wejścia na górę – acz droga przypomina trochę wejście na morskie oko – z racji ograniczonych zasobów czasu i chęci, woleliśmy zapłacić za busik prawie tyle, co za poprzednie 100km – 20RMB – a za dojazd do Hua Shan zapłaciliśmy po 22… Przy okazji, przed wejściem do busika, trzeba się zaopatrzyć w bilet wstępu w góry, za okrągłe 100 RMB… Zwiedzanie w Chinach nie jest tanie, o nie… Busiki wiozą nas do punktu, z którego staruje kolejka górska, a także ścieżka – obie te drogi prowadzą na wierzchołek północny – na wysokość trochę ponad 1600m – droga piesza w górę, to jakieś 4h – więc koszt kolejki – 150RMB byliśmy w stanie zaakceptować. Tu  moja uwaga – ceny zmieniają się chyba z miesiąca na miesiąc – w przewodnikach pisało jeszcze o 100RMB, tak samo mówili w hostelu – więc jadąc do Chin zwiedzać, trzeba być przygotowanym na dodatkowe wydatki, by nie musieć rezygnować z co ciekawszych rzeczy…

Ogolem wyprawa wyniosla 22(autobus)+20(busik)+100(wejscie)+150(kolejka)+30(o tym pozniej)+20(busik)+22(autobus) = 334RMB co daje okolo 157PLN. Dodatkowo rekawiczki jak ktos nie ma 2 i autobus z/do hostelu 2.

2010_09_29_11_07_21_Nina

Wjazd na górę

I tu nastąpiło coś, czego się nie spodziewaliśmy. Jadąc z Xi’An cały czas były niskie, deszczowe chmury. Gdy dojechaliśmy do stacji kolejki, okazało się, że świeci słońce! A już myśleliśmy, że nic nie zobaczymy… Wjechaliśmy kolejką – wagonik na 6 osób szybko wspinał się w górę. Nie dość, że szybko, to jeszcze nachylenie sięgało 45 stopni a odległość do ziemi była taka, że hoho. Bardzo wysoko. Jeśli ktoś ma jakiekolwiek problemy z wysokością, przestrzenią czy problemy zdrowotne – niech lepiej omija to miejsce szerokim łukiem. Dotarliśmy do szczytu północnego i ruszyliśmy na podbój góry. Rozdzieliliśmy się, gdyż Iwona z Lipkiem po górach biegają jak kozice, wspinają się po pionowych ścianach, trzymając się ich jak muchy, więc nie chcieliśmy opóźniać ich marszu. Szczególnie, jak zobaczyliśmy prawie pionowe podejścia, na których kłębił się tłum chińczyków. Umówiliśmy się, że musimy zjechać z gór przed 17 – przed ostatnim autobusem – i Lipki pognali w górę mając motorki w tyłkach, a my statecznym krokiem ruszyliśmy za nimi. Szczególnie, że na górze pojawiło się troche chmur i szczyty w nich tonęły. Co w takim razie z czegoś takiego można zobaczyć? Mgłę to ja mogę sobie oglądać równie dobrze koło swojego domu na polu, nie musząc biegać po skałach. Drogą pięła się cały czas w górę. Schodki, łańcuchy, barierki i miliard chińczyków. W klapkach, mokasynach i innych dziwnych rzeczach na nogach. Lalunie jak nad Morskim Okiem, niektóre w dresikach, niektóre w szpilkach. Spocone i umordowane , ale idące w górę, by nie sprawić zawodu swym partnerom, co chwilę zatrzymywały się i robiły słitaśne foty. Ilość zdjęć, które robią sobie sami chińczycy jest szokująca. Dokumentacja wspinaczki – co 10 schodów zdjęcie siebie nieba. Zdjęcie siebie i skały. Zdjęcie siebie i chmury. Zdjęcie siebie i schodka. Aaaaaa! I zatrzymują się nie patrząc, że tamują ruch. Na niektórych podejściach łańcuchy się dość mocno przydawały – Nina cieszyła się, że kupiła sobie u stóp góry rękawiczki – za 2RMB. Szliśmy we mgle w górę, aż doszliśmy do zlotej bramy, gdzie wisiało mnóstwo czerwonych wstążek i kłódek. Do tego miejsca dochodziła większość ludzi i zawracała. Godzina była jeszcze młoda, więc nie zatrzymując się długo, podreptaliśmy na szczyt centralny – było już dość blisko i tak naprawdę nie było tu już za wiele wdrapywania się – poszliśmy w lewo – idąc w prawo można się tez dostać na centralny szczyt, ale trzeba iść po długich i stromych schodach w górę – więc nasz wybór okazał się lepszy. Szczyt centralny (środkowy) znajduje się na wysokości 2042 m. n. p. m. – więc jest trzeci pod względem wysokości. Najwyższy jest Południowy, wznoszący się na wysokość 2160m. Na Szczycie centralnym znajduje się świątynia i punkt widokowy – i gdy tu doszliśmy, wyszło słońce! Widoki oszałamiały. Góry są naprawdę piękne, strzeliste, a przepaście głębokie. I najciekawsze jest WC – budki zawieszone nad 200 metrowym urwiskiem, z dziurami po środku, by wylatywało co ma wylatywać – załatwienie potrzeby w takim miejscu – bezcenne… szczególni gdy wtedy spojrzy się w dół. Posiedzieliśmy tu jakiś czas i udaliśmy się na dół – droga w dół była już łatwiejsza, acz trzeba mocno uważać, szczególnie na mokrych fragmentach szlaku. No i idąc w dół, po jakimś czasie czuje się drżenie łydek… a krok musi być pewny. Wracając dopiero w niektórych miejscach widzi się stromiznę szlaku – w pewnym miejscu prawie pionowe schody w dół – ani Nina ani ja nie pamiętaliśmy, byśmy pod coś takiego podchodzili, ale droga była jedna, więc musieliśmy – widać podchodziło się łatwiej niż schodziło. Prawda jest też taka, że i tak radziliśmy sobie lepiej niż większość chińczyków, którym zejście małego kawałka zajmowało bardzo długo. Nie mówię tu już o tych kozicach z lepkimi łapkami – tzn Lipkach, bo oni obiegli wszystkie szczyty i biegiem zbiegali do kolejki – Więc jakby Lipek usiłował coś zaprzeczać, to możecie mu nie wierzyć – to są mutanty i krzyżówki muchy z pająkiem. Nikt normalny tak po górach nie biega. Co widzieli na górze i co robili – niech Lipek napisze – a jest co opisywać.

Po pierwsze – my, w odroznieniu od Adama posiadamy cos takiego jak instynkt zdobywcy. Jeśli jest szczyt, to nalezy go zdobyc. Jeśli po drodze sa piekne widoki – fantastycznie. Jeśli nie, zatkne wirtualna flage i to mi musi wystarczyc. Tlumaczac Adamowi – mgla na szczycie w chinach jest inna niż ta u niego na polu, cokolwiek na ten temat mysli. Dodatkowo nawet zamglone szczyty moga być zapamietane na cale zycie (że przypomne Starorobocianski, wtajemniczeni wiedza o co chodzi).
Po drugie, nie biegamy po gorach jak kozice. Mamy slaba kondycje (efekt wieloletniego siedzenia przed komputerem itp.), szybko się meczymy i ogolnie jestesmy ciency jak dupa weza. Na dodatek zwykle swiadomie przeceniamy wlasne sily w efekcie zmuszajac się do nadludzkich wysilkow. Jako dowod – gdy idziemy w Tatry nigdy nie miescimy się w czasach z mapy, a wszyscy nas wyprzedzaja. W chinach to my wszystkich wyprzedzalismy, ale to inna historia a raczej efekt ich podejscia niedzielnego turysty.
Po trzecie i najwazniejsze – ponizej relacja Iwony z wejscia na 4 szczyty i kladke nad przepascia!

(…) Dosc szybko się rozdzielilismy, gdyz Nina z Adamem doszli do wniosku, że nie dadza rady przejsc calej zaplanowanej trasy, a my przez nich nie zdazymy. Przystalismy na to i ruszylismy do przodu. Po jakis 300m zamiatalismy już jezorami kamienie, bo schodki ostro piely się w gore i nasz brak kondycji szybko dal znac o sobie. Na szczescie po poczatkowym ostrym podejsciu zrobilo się troche lagodniej, a my zmotywowani dluga droga, checia dotarcia do slynnej kladki oraz ostatnim autobusem o 17 ruszylismy bez marudzenia do przodu. Pogoda się troche popsula, zamglilo się po maxie, wiec na szczyt centralny i wschodni dotarlismy co prawda, ale o widokach moglismy zapomniec. Niezle wygladalo jedno z dwoch na Hua Shan hardcorowych miejsc: dwa schodki, potem mgla i zwisajacy w ta zamglona przepasc lancuch. Poniewaz było to odbicie nieplanowane i nieposuwajace nas naprzod – darowalismy sobie. Po jakis 2,5h dotarlismy pod poludniowy szczyt i przesunelismy się w kierunku, gdzie prawdopodobnie ma być kladka, czyli „najniebezpieczniejszy szlak swiata” (bo calego masywu zdecydowanie nie mozna tak nazwac, bo wszedzie sa kamienne lub betonowe schody, porecze lub lancuchy, zadnych przepasci nieodgrodzonych, a w jednym miejscu schodo-drabina).
Doszlismy przez kolejna taoistyczna swiatynke do miejsca zagrodzonego barierka z gosciem i gosciowa siedzacymi przed zawieszonymi uprzezami do wspinaczki. Gadamy do nich czy to tu jest kladka, a on że tu się nie wchodzi, a ona że „pay”. Na pytanie „how much” uslyszelismy jakis belkot i oboje oddali się swoim czynnosciom: stukaniem na komorce i patrzeniem na wlasne obuwie. Hm… No w sumie rzadko tu zdazala się aż taka olewka. Na szczescie znalazla się jakas pomocna Chinka mowiaca po angielsku, w efekcie czego wyskoczylismy po 30 Yuanow na osobe i już po chwili gosciu zapinal nas w uprzeze (na ramiona, nie nogi!), pokazujac jak tego uzywac. Akurat zrobila się mgla, wiec wkurzalismy się, że nic nie widac. No dobra, jak wiec wyglada ten szlak? Caly ma moze troche ponad 100m, pierwszy odcinek jest pionowym zejsciem po metalowych klamrach (jak ktos chodzil po Orlej Perci to nic dziwnego), potem pare metrow stopni wykutych w pionowej skale, a dalej jest to, co na wiekszosci zdjec z tego szlaku, czyli ok. 50m pozioma kladka skladajaca się z 2 desek, przyczepiona do pionowego okolo 500m klifu. Robi wrazenie – fakt, zwlaszcza jak się na niej trzeba wyminac, bo szlak jest dwustronny. Na kladce zrobila się nagle piekna pogoda, mgla się rozeszla, slonce zaswiecilo i ogarnela mnie taka radosc, że jestem w tak niesamowitym miejscu, że gdyby nie fakt, iż kladka miala ok. 35cm szerokosci i wisiala wysoko, to zaczelabym chyba podskakiwac ;-). Ogolnie uczucie nie do opisania. Bylismy oboje zachwyceni, podekscytowani, porobilismy sobie zdjecia, nawet krotki filmik nakrecilismy i dzielilismy się wrazeniami że spogladania w dol przepasci pod stopy. Magiczna chwila. Jak ktos lubi tego typu adrenaline – polecam! Ale dla ludzi z lekiem wysokosci to musi być koszmar. Generalnie mi duzego poczucia bezpieczenstwa dodawala swiadomosc bycia przypieta. Koncowka i cel szlaku to kolejna mala kapliczka w grocie oraz stara sosna, rosnaca poziomo (jak na Sokolicy) nad przepascia, na ktorej – o zgrozo – byly poprzywieszane wstazki (wieszane tutaj masowo na szczescie), w takich miejscach, że nieprawdopodobnym wydawalo się, żeby ktos tam wszedl je zawiesic i nie spadl. Chwilke tam zamarudzilismy i poszlismy spowrotem kladka, stopniami i klamrami.
Dotarlismy do poludniowego, najwyzszego na Hua Shan szczytu (2155m), pogoda nadal nam sprzyjala (na kladce zdazyla się z 3 razy zmienic), widok stamtad byl rewelacyjny, dopiero stad moglismy docenic jak bardzo te gory sa malownicze. Szybko zaliczylismy szczyt zachodni, po ktorym zostalo nam 40 min. na zejscie. Prawie zbiegalismy wiec po schodkach, ktory po kladce wydawaly się teraz zupelnie lightowe i w efekcie, wyprzedzajac tabuny Chinczykow, tuz po 16 bylismy już przy kolejce linowej, gdzie czekali Nina z Adamem.

Zdążyliśmy na ostatni autobus, o 17 i wróciliśmy do Xi’An.

Hua Shan było jedną z najlepszych rzeczy, jaką widziałem w Chinach – naprawdę robi wrażenie i warto się tam wybrać!

 

 

2010_09_29_11_35_06_Lee

2010_09_29_12_09_50_Adam

2010_09_29_12_10_16_Adam

2010_09_29_12_20_10_Adam

2010_09_29_12_23_32_Lee

2010_09_29_12_50_30_Lee

2010_09_29_13_15_40_Adam

2010_09_29_13_29_48_Adam

2010_09_29_13_32_32_Lee

2010_09_29_13_42_44_Lee

2010_09_29_13_47_26_Lee

2010_09_29_13_48_58_Lee

2010_09_29_13_58_48_Adam

2010_09_29_14_02_10_Adam

2010_09_29_14_09_08_Lee

2010_09_29_14_25_02_Lee

2010_09_29_14_29_56_Adam

2010_09_29_14_30_04_Lee

2010_09_29_14_39_08_Adam

2010_09_29_14_45_24_Adam

2010_09_29_14_46_40_Lee

2010_09_29_14_48_34_Lee

2010_09_29_14_48_58_Lee

2010_09_29_14_49_42_Adam

2010_09_29_14_51_50_Adam

2010_09_29_14_58_10_Lee

2010_09_29_15_16_28_Adam

2010_09_29_15_22_24_Adam

2010_09_29_15_33_36_Adam

2010_09_29_15_37_36_Adam

2010_09_29_15_41_44_Adam

2010_09_29_15_45_38_Lee

2010_09_29_15_48_40_Adam

2010_09_29_11_23_06_Lee

2010_09_29_11_38_20_Adam

2010_09_29_12_11_12_Adam

2010_09_29_13_00_30_Lee

2010_09_29_13_31_38_Adam

2010_09_29_13_34_20_Lee

2010_09_29_13_45_56_Lee

2010_09_29_13_57_18_Lee

2010_09_29_14_05_54_Adam

2010_09_29_14_35_36_Adam

2010_09_29_14_35_54_Adam

2010_09_29_14_37_12_Adam

 

Zobacz też

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.

By |2017-10-07T22:14:01+00:00Wrzesień 29th, 2010|Chiny, Wyjazd|0 Comments

About the Author:

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator - z przymusu - szwędacz.

Leave A Comment