30.09.2008 New Delhi

/, Wyjazd/30.09.2008 New Delhi

30.09.2008 New Delhi

Przez małe okienka w samolocie widać miliardy małych światełek. Na ekranie LCD znaleźliśmy sobie widok z kamery samolotu, widać zbliżający się pas startowy. Znaczy dolecieliśmy. Jeszcze tylko chwila dzieli nas od tego magicznego miejsca. Wszystko jest jakieś takie zamglone. 1 w nocy, więc to nie może być mgła – to musi być ten osławiony smog. Samolot kołami dotyka pasa, rozlegają się oklaski. Wychodząc z samolotu oglądamy, jakie pobojowisko zostawili po sobie pasażerowie. Wchodzimy do rękawa i czujemy gorące wilgotne powietrze. Chyba nie jest tak źle, jak opisywali? Ale może to jeszcze nie to? Idziemy dalej. Pierwszy kontakt z biurokracją mieliśmy w samolocie. Jakaś ankieta do wypełnienia, numer paszportu, wizy, daty wystawienia, ważności, miejsce gdzie będziemy mieszkać… Idziemy z paszportem i tą kartką do urzędnika. Mamy natychmiast napisać, gdzie będziemy mieszkali w Indiach. I nie daje się wyjaśnić, że będziemy jeździli z miejsca na miejsce, że nie mamy zarezerwowanych hoteli. To nieważne, wpis musi być. Wpisujemy adres Vivek Hotel i urzędnik jest od razu szczęśliwszy. Możemy wreszcie iść po bagaże. Wyjeżdżają powoli, więc parami udajemy się zwiedzić Indyjskie WC. W sumie nawet czyste, ubikacje europejskie. Wszędzie w miarę czysto. Z relacji oczekiwaliśmy czegoś w rodzaju naszego warszawskiego dworca centralnego. Lipków bagaże wyjechały, więc czekamy na swoje. Podchodzi miły Hinduski urzędnik i pyta, czy nazywamy się jakoś tak, bo ma do tego kogoś wiadomość. Nie, nie nazywamy się tak. Bagaże przestają się pojawiać. Hindus podchodzi i mówi, że to już koniec bagaży, że to co wyjechało, to zostało zdjęte z pasa transmisyjnego i postawione na podłodze. Nie ma tam naszych bagaży… Ten sam urzędnik prowadzi nas do lady help-desku, wyjaśnia sprawę koledze. Tłumaczymy skąd przylecieliśmy, jakim samolotem, w jaki sposób. Dobrze, że Nina zatrzymała wszelkie świstki samolotowe, to ogromnie ułatwia sprawę. Przychodzi kolejny pracownik, tłumaczymy to samo ponownie. Ogólnie niby mówią po angielsku, ale jakoś w dziwny sposób… I znów kolejna osoba pyta o to samo. Nina nie wytrzymuje i mówi, naszemu uprzejmemu hindusowi, że jeszcze raz ktoś o to się zapyta, to wpadnie w szał i coś tej osobie zrobi. Nie kończy tego mówić, podchodzi kolejna osoba i zadaje to samo pytanie… Hindus serdecznie ubawiony mówi koledze, że teraz ta pani wpadnie na niego w szał i mu coś zrobi. Pan nagle znika. Wypełniamy tony papierów. Co było w bagażu, jak wyglądał. Plecak. Patrz mi na usta – plecak! Dostajemy zdjęcia różnych toreb podróżnych, pokazujemy na plecak. Plecak? Ale jak to? Ale może jednak torba na kółkach? Nie! PLECAK twoja mać! A jaki kolor. Niebiesko czarny i zielono czarny. A ile tego zielonego a ile czarnego? Że też mi do głowy nie przyszło zrobić zdjęcie wcześniej… byłoby łatwiej. A jakiej firmy ta torba? PLECAK! No to plecak. Aha. To teraz trzeba iść do bramki numer 1 z 4 papierkami po pieczątkę. Poszliśmy po pieczątkę. Bez słowa dostajemy pieczątki i wracamy. Sprawdzają dokładnie pieczątki, oddają nam 1 papierek i mówią, że pewnie jutro przyjdą bagaże. Ale będą dzwonić do hotelu.

Dooobrze… to teraz taksówkę do hotelu. Trzeba by prepaid taxi wykombinować. A! I kasę trzeba wymienić. Nie wychodząc jeszcze z lotniska, jest kantor Thomas Cook i banku Indii. Wybraliśmy bank, dostaliśmy kurs 45,9 za jednego dolara, wymieniliśmy 500$ i dostaliśmy 22950Rs. Uznaliśmy, że nie ma sensu wymieniać 1000$, bo to będzie ogrom lokalnej waluty, a ponadto dużo papierków.

Kawałek dalej są jakieś biura turystyczne itp. Szukamy wielkiego napisu prepaid taxi, ale nie widzimy. W końcu po prawej i lewej stronie głównej drogi w tych małych turystycznych biurach widzimy napis prepaid taxi. Hehe… spodziewaliśmy się czegoś innego. Ok., idziemy do lewego, podajemy adres i pytamy ile. 350Rs. W relacjach podobne ceny się przewijały, więc zadowoleni zgadzamy się. Podajemy panu 500Rs. Pan oddaje nam rozmienioną kasę i coś gulga po swojemu. Po chwili załapujemy, że komputer się zawiesił i mamy wyjść z lotniska i zaraz za drzwiami lotniska jest budka tej samej firmy i tam to załatwimy. Po chwili wahania wychodzimy z lotniska. Faktycznie jest parno, ale jakoś tak bez przesady. Oczekiwaliśmy, że nie wiem… walnie nas w głowę gorąco i smród, gdy tymczasem ciepło było, ale tego obiecanego smrodu jakoś nie było. Jakichś tabunów ludzi chcących wcisnąć nam taxi też nie było, może ze 4 osoby nas zaczepiły. Po prawej była faktycznie budka z takim samym napisem jak na lotnisku, więc przepchaliśmy się w tamtym kierunku. Po 15 minutach byliśmy szczęśliwymi posiadaczami drukowanego świstka, na którym było dużo znaczków, a najważniejszy to numer naszej taksówki. Na wprost wyjścia z lotniska, lekko na prawo znajduje się ich „postój” – taka bezładna kotłowanina dziwnych pojazdów to jest to. Zapytaliśmy jednego z przechadzających się taksówkarzy o numer taxówki, to znaleźli ją w 3 minuty. Nam zajęłoby to chyba dobę…

Zapakowaliśmy się do dziwnego pojazdu, coś jak skrzyżowanie motocykla z polonezem truckiem. Grzesiek z przodu, my z tyłu a na końcu bagaże. Ruszyliśmy. W sumie nie, nawet jeszcze nie ruszyliśmy, kiedy kierowca włączył klakson. Oparł się na nim, przejechał po wysokim krawężniku przepchał się o grubość lakieru między innymi pojazdami, i podjechał pod bramę lotniska. Pokazał naszą kartkę którą potem mu wyrwaliśmy i ruszyliśmy w nieznane. Strasznie zapylonymi ulicami przemykaliśmy w stronę centrum. Widać było budowę metra – nawet w nocy coś robili, ciężarówki jeździły, klaksony wyły. Ciężarówki jeździły bez świateł, kierunkowskazów, stopów. Nasz kierowca też jechał bez świateł, dość szybko pokonując szmat drogi. Nie były mu straszne nawet skrzyżowania z czerwonymi światłami. Wystarczyło zatrąbić, zwolnić lekko i przejechać bez strachu w sercu. Wjechaliśmy w ciemną uliczkę. Oho… pewnie zaraz się dowiemy, że nasz hotel się spalił. Coś zagadał. Angielski jego jest mocno średni. Aaa, nie wie gdzie nasz hotel. Kazaliśmy mu jechać na Main Bazaar, tam poszukamy. Jedziemy dalej, ciemna ulica, pełna prędkość. Nagle coś majaczy w mroku i chwile później uderzamy w leżący na ulicy sporej wielkości konar z gałęziami. Może z 7 metrów długi, wyższy od pojazdu. Odbijamy się od niego, albo on od nas, przelatujemy dalej. Zleciały się psy, ujadają i biegną za nami. Po jakimś kilometrze kierowca zatrzymuje się i wysiada. Odgina zderzak i wycieraczkę, łaskawie zapala światło i jedziemy dalej. My jakoś żyjemy, aczkolwiek Grzesiek lekko został podrapany, ale jest dzielny. Jesteśmy na Main Bazaar. No nie do końca tego się spodziewaliśmy. Uliczka zamglona, wszędzie na każdej płaskiej powierzchni śpiący ludzie, psy, krowy. Sterty śmieci i papierów. Gdzieniegdzie małe ogniska. Zabudowa też nie sprawia dobrego wrażenia. W Polsce bałbym się do takiej dzielnicy wejść za dnia, a tu będę mieszkał… Tak wygląda ta dzielnica za dnia – może to da Wam jakieś wyobrażenie

Wielki napis Vivek Hotel. To tu! Kierowca oczywiście przejechał. Wypakowujemy się i wchodzimy do środka. Tak, to to miejsce. Oddajemy kierowcy świstek prepaidowy i zaczynamy dyskusje hotelowe. Hej, macie wolne tanie pokoje? Mamy, po 600. Ejże! Na stronie macie za 400 najtańsze! Niemożliwe, na stronie najtańsze są za 600 twierdzi koleś. Wyciągam telefon z kopią strony i nagle przypomina się hindusowi, że jednak mają jakieś tańsze. Prowadzi nas do pokojów. Jeden za 350 drugi za 400. Nie wyglądają tak jak na zdjęciach ze strony. Z Niną, jako poszkodowani na bagażu, dostajemy lepszy, ten za 400, większy ładniejszy.

Lipki biorą pokój 401, za 350Rs. Rano Grzesiek pomstuje na niego jak tylko może. Nie wyspali się, a łazienka była średnich lotów. Grzyb, obłażący tynk gorąc w pokoju oraz hałasy nie pozwoliły im się wyspać.

Plusem Hotelu było jednak to, iż miał restaurację na dachu – rano było to wielce wygodne.

Oczywiście mieliśmy jeszcze wybór spać jak lokalesi, ale jakoś nie pociągało nas to. Dziwne…

 

Dowcip, który można zrozumieć, jak się przyjedzie do Indii:

Angielskie biuro poszukuje pracownika, zglosil sie francuz niemiec i hindus. Aby sprawdzic czy sie nadaja kazali im ulozyc zdanie ktore bedzie zawieralo nastepujace wyrazy: grin, pink, jeloł (jakby kto nie wiedział – green, pink, yellow – zielony, różowy, żółty). Na pierwszy ogien poszedl niemiec :
– When i wake up i se jeloł sun grin grass and pink sky.
nastepny byl francuz:
– When i wake up i wear my jeloł t-shit, pink sox and grin hat.
i ostatni hindus :
– When the phone grin grin i pink up and say jeloł.

 

Godzina 10. Chwila zastanowienia, gdzie jesteśmy. Otwarte oczy widzą kręcący się wentylator, mielący gorące powietrze. Przez głowę przechodzą różne myśli, jednak jest na tyle jasno, by zorientować się, że nie jesteśmy w więzieniu. Za mało krat. Fakt, przyjechaliśmy do hotelu, nadeszło przypomnienie. Hotelu w Indiach. Nadeszło wspomnienie, jak po wypełnieniu papierologii, zostało nam zrobione zdjęcie z jakimiś cyferkami na kartce. Jak na amerykańskim filmie, przestępcom. Ściany błagające o farbę. Prześcieradło, którego kolor może nazwać białym tylko osoba mająca poważne problemy ze wzrokiem. O łazience nie wspomnę nawet.

Tragedia, prawda?

A właśnie nie. Budzimy się zadowoleni z życia, wreszcie wyspani, wreszcie na miejscu. Czas najwyższy odwrócić złą passę. Wstaliśmy, zamkneliśmy naszą klitkę i poszliśmy na dach, do restauracji. Nawet ładnie, trochę zielono, czysto. Usiedliśmy zamówiliśmy Colę. 20Rs za butelkę. Jest wspaniale zimna. Czekamy na Lipków, znanych śpiochów. Po kilku minutach przychodzą. Następuje pewna konsternacja, co zamówić. Czy już ryzykować, czy jednak wybrać bezpieczniejsze potrawy?

No dobra, na śniadanie jeszcze nie ryzykujemy i zamawiamy z Niną po zestawie śniadaniowym po 70Rs

Lipki zamawiają śniadanie amerykańskie za 90 i hiszańskie za 85.

My dostajemy zdechłą bułkę, trochę dzemu i masła, oraz omlet. Lipki dostają to samo, z tą różnicą, że w omlecie jest albo coś mięsoodobnego, albo jakieś warzywa. Razem z napojami płacimy 385Rs. Niecałe 20PLN na 4 osoby. Całkiem milusio.

Najedliśmy się po nos. Teraz czas na dyskusję, co robimy. Alternatywy są dwie. Albo wynajmujemy jeepa z kierowcą i jeździmy w ten sposób, albo walczymy z pociągami, autobusami i innymi środkami komunikacji. Wygrywa opcja jeepa, ze względów czasowych – straciliśmy już jeden dzień w Amsterdamie, a teraz tracimy kolejny, na oczekiwanie na bagaże. Przy takim krótkim wyjeździe, nawet 2 dni to duża różnica. Cieszymy się jednak, że nie zamówiliśmy z Polski pociągów, gdyż takie opóźnienie kompletnie rozwaliłoby nasze plany. Mamy sprawdzone biuro turystyczne. Koleżanka Grześka tydzień wcześniej wróciła z Indii, jeździła wynajętym jeepem z agencji znajdującej się tu na miejscu w hotelu i była zadowolona. Dodatkowym plusem jest to, że agencję prowadzą dwaj „zamachowcy”. No to nie moja wina, że faceci w turbanach wyglądają mi na zamachowców więc tak zostali nazwani. Agencje prowadzą dwaj bracia, którzy są Sikhami. Gwarantuje to, że będą uczciwi… jak na Indie. Zeszliśmy na dół i weszliśmy do klimatyzowanego biura. Pokazaliśmy naszą planowaną trasę, do której zamachowiec odniósł się dość sceptycznie, z racji ograniczeń czasowych. Natychmiast jednak zaproponował alternatywną trasę, rozpisując ją na dni. Rozpisał ją o Rajastanu a kończąc na Varanasi, jednak nam zależało, żeby zobaczyć gathy na gangesie. Stwierdziliśmy, że zaczynamy tymi miejscowościami na których nam zależy, a na koniec zostawiając te, które możemy odpuścić. Przedyskutowawszy przez dłuższy czas nową wersję trasy, doszliśmy do pewnego porozumienia. Najgorsze było to, że zależało nam na Varanasi które było maksymalnie na wschodzie kraju i na Jaisalmerze z noclegiem na pustyni na zachodzie. Dodatkowo jako pewnik, chcieliśmy zobaczyć Khajuracho i Agrę.

Ustaliliśmy zatem, że nasza trasa będzie wyglądała następująco: Delhi – Varanasi – Khajuraho – Agra – Pushkar – Khuri – Jaisalmer -Jodhpur – Jaipur. Razem jakieś 4000km.

Przeszliśmy do negocjacji cenowych. Za samochód, bez klimatyzacji wyszło 720$. Jeep bez klimy to chyba 840$ ale już więcej miejsca. Za 900$ zaproponował nam jeepa z klimą. Oczywiście usiłowaliśmy się targować, ale jeszcze bez przekonania i nic z tego nie wyszło. W każdym 900$ płacimy za wynajem i to koniec naszych opłat – za paliwo, opłaty przy przekraczaniu stanów, za „autostrady” płaci kierowca. Niech będzie i tak. Zapłaciliśmy 600$ dostaliśmy pokwitowanie i radę, że jeśli chcemy jechać dziś do Red Fortu, to najlepiej nie rikszą, ale metrem. Od Vivka stacja metra jest jakieś 10 minut drogi, więc uznaliśmy, że to dobry pomysł.

Posmarowani olejkiem z filtrem SPV 30 wyszliśmy z hotelu…

Głęboki oddech. Czas wyjść z bezpiecznych murów hotelu w tajemnicze zaułki Delhi. Pamiętając relacje śmiałków, które czytaliśmy wcześniej, wiedzieliśmy mniej więcej czego się spodziewać. Czytać a przeżywać, to pewna różnica, więc delikatnie odwlekaliśmy wyjście. Jednak przecież przyjechaliśmy tu po coś, prawda? Drzwi stanęły otworem i wyszliśmy przed hotel, na gorące wilgotne powietrze.

Nie było tak źle. Oczywiście od razu hałas, tłok i ogrom ludzi spowodował pewne zagubienie, ale Nie było jednak tak źle, jak myśleliśmy. Spodziewaliśmy się dzikich tłumów biegnących w naszą stronę by bogatych białasów pozbawić ich dolarów. Owszem, z każdej strony ktoś nas zaczepiał, było to męczące, ale bez przesady. Skierowaliśmy się w stronę wyjścia z Main Bazaar, w stronę metra.

Zamachowcy poinformowali nas, że do metra jest jakieś 15 minut drogi, więc nie ma sensu brać rikszy, czy innego pojazdu. Tak więc szliśmy drogą, mijaliśmy stragany, zerkając na nie z zainteresowaniem. Oczywiście nie bezpośrednio, żeby jeszcze bardziej nie narażać się na nagabywanie. To, co od razu szokuje, to feeria barw. Są wszędzie – na ubraniach, na straganach wszędzie. W pewnym sensie dość mocno odcina się od szarości tła takiego jak budynki czy śmieci na ziemi. Tak jakby miało to stanowić kontrast, iskrę radości w życiu tych ludzi. Zaskakiwani byliśmy co chwilę. Byliśmy pod wrażeniem przewodów elektrycznych które lokalesi rozwieszają wszędzie. Przyzwyczajeni byliśmy, że na słupie są 4 przewody na izolatorach i widok takich słupów w Indiach nas dość mocno zdziwił.

Po dojściu do głównej ulicy skręciliśmy w lewo i po kilku minutach naszym oczom ukazał się budynek, przypominający starą fabrykę.

Nie wyglądało to optymistycznie. Po wejściu po schodach, trafiliśmy jednak do innego świata. Marmury, szkło, czystość zdecydowanie były zaskakujące, szczególnie patrząc na obskurny wygląd budynku. Kupiliśmy bilety za 25rs. Bilety, to takie małe żetony, które przytyka się do czytnika bramki na wejściu do metra, a wychodząc z budynku na bramce wrzuca się do środka. Z zaskoczeniem patrzyłem na zmywanie podłogi. Mianowicie jeden tubylec trzymal miotłe ze szmatą, a drugi go prowadził. Słyszałem o tym, że w Indiach często zatrudnia się ludzi do fikcyjnych prac, ale to było dziwne. Udaliśmy się na peron, który… był nad ziemią.

Ok, tylko w którą stronę jechać? Jak zwykle koniez języka za przewodnika i wydelegowaliśmy Iwonę, by za pomocą swojego uroku osobistego wyciągnęła od pana mundurowego tą informację. Nawet łatwo Jej poszło. Tak przy okazji, wojskowych było sporo. By wejśc na dworzec, trzeba było przejść przez bramkę z detektorem metalu oraz pokazać plecak. Prawda jednak jest taka, że nas o wiele mniej sprawdzali niż swoich współbraci.

Nadjechało metro. Uaaaa… cywilizacja! Usiłowaliśmy być kulturalni, odczekać aż wysiądą ludzie i wtedy wsiadać. Był to gruby błąd. Udało się to tylko Iwonie. Drzwi się zamknęły a my zostaliśmy z głupimi minami na peronie. Na migi pokazaliśmy jeszcze, że spotykamy się na następnej stacji.

Teraz już byliśmy sprytni. Ledwo nadjechał pociąg, ledwo się otworzyły drzwi, zaczeliśmy pchać się do środka, przepychając się z wychodzącymi. Udało się i znaleźliśmy się w klimatyzowanym wnętrzu. Ciche to metro, nie to co nasze. Na kolejnej stacji czekała Iwona, więc przeżyła, nikt Jej nie porwał. Przesiedliśmy się na drugą linie metra. Ogólnie stanowiliśmy całkiem niezłą ciekawostkę, wszystkie spojrzenia były na nas kierowane.

Wysiedliśmy i spotkało nas kolejne zaskoczenie. W pewnym sensie te zaskoczenia w takiej ilości już przestały być zaskakujące, ale jednak. Przed budynkiem stacji, koczowali ludzie. Spali nie tylko na trawnikach, ale też bezpośrednio na chodniku, pod nogami. I to nie był jeszcze wieczór, tylko środek dnia. W naszą stronę wyciągnęło się wiele rąk, prosząc o datek. Mimo, iż serce nakazywało dać choć monetę, wiedzieliśmy czym to się skończy. Nie opędzilibyśmy się od wyciągniętych rąk. Udało nam się dojść do głównej drogi. W tym miejscu pierwszy raz dał się czuć smród. Rozglądając się, dostrzegliśmy w jednym ze zniszczonych domów normalne wysypisko. Śmieci piętrzyły się powyżej głowy. Zresztą wystarczy spojrzeć na zdjęcie, po prawej stronie widać ilość śmieci.

Opis zamachowców był dokładny. Wyjść z metra, dojść do drogi, skręcić w prawo, dojść do większej drogi i iść w lewo. Na wprost wydać było w oddali Red Fort. Szliśmy ulicą i po prawej stronie zobaczyliśmy nabazgraną na naszym planie świątynię zamachowców. Znaczy Sikhów. Nie bardzo wiedzieliśmy jak się zachować. Wierni podchodzili, dotykali dłonią korytka z wodą przez które się wchodzi, czynili magiczne gesty. Ktoś złapał nas za ramię i zaprowadził do małego biura mieszczącego się po lewej stronie od wejścia. Myśleliśmy, że to kolejne biuro turystyczne, lecz nie, było to coś w rodzaju kancelarii parafialnej. Dostaliśmy broszury do czytania, na temat ich religii. Ogólnie sami o niej mówią „Sikh religion – open religion”. Po przeczytaniu, dostaliśmy pomarańczowe nakrycia głowy i byliśmy gotowi do oglądania. Czy chcecie przewodnika? Chwila konsternacji, pewnie znów nas chcą na kasę zrobić… Nie chyba nie chcemy… a ile to by kosztowało? Tu nastąpiła konsternacja z drugiej strony. Ależ za darmo! jeśli będziecie chcieli, to dacie dobrowolny datek, nic nie wymagamy!

Od lewej ja, zamachowiec, Grzesiek, Iwona i kolejny zamachowiec.

Zostawiwszy buty i skarpetki w kancelarii, podreptaliśmy gęsiego za przewodnikiem w turbanie. Weszliśmy mocząc stopy w korytku z wodą i przeszliśmy do innego świata. Przeszliśmy przez salę z modlącymi się i zostaliśmy zaprowadzeni… do kuchni.

Przed wyjazdem oglądaliśmy na Discovery program podróżniczy, jak ktoś był w Amritsarze, w Złotej świątyni. Momentalnie poczuliśmy się jak w takim programie, dziewczyny przysiadły do kobiet robiących ciabatki. Zasadą Sikhów jest to, że każdy może przyjść i zostanie nakarmiony. Wolontariusze pomagają robić jedzenie, zmywać, sprzątać. Dziewczyny zabrały się ochoczo za tworzenie jedzenia. Na początku nie wychodziło im, lecz z czasem doszły do wprawy. Mam ciche wrażenie, ze te pierwsze które ulepiły, zostały jeszcze raz zrobione, ale lepiej nie będę tego głośno mówił, coby po głowie nie oberwać.

Obeszliśmy wszelkie pomieszczenia kuchenne, zaglądaliśmy w gary, wąchaliśmy co tylko się dało.

Następnie przeszliśmy przez cały teren świątyni, do samego środka, gdzie prowadzone były modły. Teoretycznie powiedziano mi, żebym nie robił tam zdjęć, więc się powstrzymałem. Dziewczyny poszły dać na ofiarę, a w tym czasie nasz przewodnik zapytał mnie, czy chciałbym tu zrobić zdjęcie. No zaraz, to nie można czy można, niech się chłopak zdecyduje. Ale skoro pozwala, to protestować nie będę, tak wygląda wnętrze świątyni sikhijskiej.

Byliśmy naprawdę pod wrażeniem zarówno radości tych ludzi, serdeczności jak i klimatu jaki tu panował. Ciężko było wychodzić, ale jak zwiedzanie to zwiedzanie. Wyszliśmy, ubraliśmy buty i powędrowaliśmy w stronę Red Fortu.

Doszliśmy do szerokiej ulicy. O rany, do tej pory myśleliśmy, że widzieliśmy wszystko na temat poruszania się po drogach w Indiach. Myliliśmy się. Długą chwilę zabrało nam zapoznanie się ze specyfiką przejścia przez ulicę. Ogólnie były chyba 4 pasy w jedną stronę, wysepka i 4 pasy w drugą. Czterema pasami równolegle jechały 3 samochody, autobus, 1 motoriksza, 2 riksze i 3 motory.Nie do pomyślenia w Polsce. I to jeszcze przepychają się, trąbią, zmieniają pasy jak tylko chcą. Autochtoni jednak jakoś przechodzili, więc i my dokonaliśmy tej sztuki. Wystarczyła odrobina asertywności, odwagi oraz co ważne – nie patrzeć na zbliżające się pojazdy. Wyglądało to mniej więcej tak:

Ekscytujące, prawda?

Po drugiej stronie rozciągał się wspaniały widok na fort.

Spotkaliśmy tam parę z Kanady, która wyraźnie czekała na nas, byśmy zrobili im zdjęcie. Jednak chyba łatwiej białemu człowiekowi zaufać i dać swój sprzęt do ręki. Porozmawialiśmy sobie radośnie przez jakiś czas i poszliśmy w stronę wejścia do fortu. Zastanawialiśmy się nad wejściem do środka, ale po pierwsze opisy nas zniechęciły, bo niespecjalnie mieliśmy ochotę na zwiedzanie wystaw muzealnych, po drugie podobny fort mieliśmy zwiedzić w Agrze a po trzecie uznaliśmy, że 250Rs za zwiedzanie to za wiele. Usiedliśmy sobie przy fosie na murku i czytaliśmy informacje z przewodnika o forcie. W międzyczasie zajmowaliśmy się oglądaniem fajnych przedstawicielek indyjskiej płci pięknej.

Tfu, chciałem powiedzieć, że oczywiście zabytków, wymknęło mi się niechcący, przepraszam. Trzeba przyznać, że fort robi wrażenie.Wysokie mury, i jego wielkość naprawdę stanowi wyzwanie dla wyobraźni.

Z Czerwonego fortu, postanowiliśmy udać się do największego meczetu Indii. Znów musieliśmy przedzierać się przez tłoczną ulicę, lecz teraz poszło nam to o wiele sprawniej.

Do meczetu trzeba było przedzierać się przez kolejny bazar. Z coraz większą wprawą mijaliśmy zaczepiających nas ludzi. Wystarczyło iść z miną wskazującą na to, że wie się, gdzie się idzie i już tak natarczywie nie zaczepiali. Oczywiście nie byliśmy pewni gdzie idziemy, ale pozory sprawialiśmy idealnie. Zapytaliśmy jakiegoś mundurowego i uzyskaliśmy pewność. Prosto i w lewo, jak ulica prowadzi, potem będzie już widać. Na straganach było wszystko. Od warzyw, przez meble a skończywszy na motocyklach. Ogrom barw, zapachów, głosów. I jeszcze raz podkreślę, że nie było to nieprzyjemne. Nieprzyjemny zapach był tylko przez chwilę z publicznej toalety znajdującej się przy drodze, ale to w miarę naturalne.

W końcu doszliśmy przed bramy meczetu, przeszliśmy przez wykrywacz metalu ( wyłączony ) i weszliśmy na schody.

Niestety, musieliśmy poczekać do godziny 18, aby zostać wpuszczeni do środka. W międzyczasie prowadziliśmy dysputy na tematy religijne, polityczne i wszelkie inne, na które nie mamy za wielkiego pojęcia. Ja mogłem sobie spokojnie porobić zdjęcia, bez poganiania i syków, że chodzmy dalej, bo trzeba zwiedzać, a nie przyklejać się do wizjera i machać na prawo i lewo obiektywem.

Ze schodów mieliśmy świetny widok na Red Fort. To ten w tle, daleko. Mały i czerwony. Z bliska jest też czerwony, ale już nie mały.

Wybiła godzina, zakończyły się modły i muzułmanie wyszli z meczetu

No, nareszcie można wejść i zwiedzać! Oczywiście trzeba było pozbyć się butów. Nie wyglądało tam jednak na zbyt bezpieczne miejsce do pozostawienia ich, więc przywiązaliśmy je sobie do plecaków. Iwona została okryta koszulą nocną, by mogła wejść nie obrażając uczuć religijnych, a Grzesiek dostał seksowną spódniczkę. Co ciekawe, Nina miała podobną ilość odkrytych partii ciała co Iwona, a nie dostała tego jakże twarzowego stroju. Uiściliśmy opłatę za każdy posiadany aparat – nawet ten w plecaku! ( 200Rs) Grzesiek twierdzi, że wejście było za free, ale ja nie jestem o tym zbytnio przekonany.

Weszliśmy na duży dziedziniec, gdzie otoczył nas tłum dzieci, a dorośli zerkali na nas z daleka. Młodzież zaś wyciągnęła telefony komórkowe i bez zbytniego skrępowania robiła nam zdjęcia i nagrywała filmy z naszym udziałem. Normalnie jak gwiazdy bolywoodu. W sumie ktoś nawet Ninie powiedział, że wygląda jak jedna z gwiazd Bolywoodu, ale nie udało nam się ustalić która.

Obeszliśmy całość, przyglądając się uważnie wszystkiemu. Cały czas chodziły za nami dzieci, nie opuszczały nas na krok. Nina filmując panoramę miała problem, żeby za bardzo nie właziły w kadr, aczkolwiek nie dało się. Były za szybkie i za sprytne.

Za 50Rs można było wejść na minaret, wiec skwapliwie postanowiliśmy się tam wdrapać. Oczywiście, żeby było łatwiej, bilety kupowało się na lewo od wejścia do samego meczetu, a na prawo od wejścia na minaret, w odległości jakichś 100 metrów, pełna ergonomia. Oczywiście na minaret wchodzi się bez butów, żeby nie było. Najpierw kilka schodków w górę, na dach. Potem szybko tup tup biegniemy do przodu po gryzącym betonie do narożnej kopułki.

Tam, ryzykując upadek z 7 metrów idzie się wąskim gzymsem przy roku na następną prostą, gryzącym betonem do schodów. Kilkanaście schodów w górę. Każdy sięgający mi prawie do kolan. Kolejna ergonomia. Ciekawe, dlaczego budowali to takie niewygodne. Znów po jakimś dachu i dochodzimy do minaretu.

Teraz nasłuchujemy czy ktoś nie idzie z góry i biegiem do środka. Sił starcza na pierwszy milion schodów. Im wyżej tym ciężej. Gdzieś po połowie człowiek zaczyna wątpić, po co to robi. Z góry nadchodzą ludzie. Używając zdolności akrobatycznych, o które się nie podejrzewaliśmy, wymijamy się z nimi i wleczemy się w górę. Tak, postanawiam sobie, że do końca wycieczki nie będę się wspinał. Jedyne wycieczki będą niskopienne, najlepiej w stronę baru z napojami chłodzącymi. I kolejni schodzą, więc kolejne ciekawe figury robimy, aby się wyminąć. Już blisko szczyt, wreszcie widać światło. Wchodząc na galerię mijamy stopu lokalesów pilnujących, czy nikt nic nie kradnie, albo nie chce skakać. Mogliby je jednak częściej myć. Widok jednak szybko zaciera nieprzyjemne wspomnienia. Delhi jak na dłoni. I z tej wysokości nie wygląda na brudne. Aczkolwiek dalej wygląda jakby żyło tu jakieś półtorej miliarda istnień ludzkich.

Oglądamy zachód słońca z minaretu i zbiegamy w dół. Jest łatwiej, wystarczy pochylić się ku środkowi budynku, rozpędzić się a siła odśrodkowa robi swoje i zbiega się po radosnej spirali. Do momentu spotkania z osobami sunącymi w górę. Wtedy szybki podskok i lecimy dalej. Fascynujące.

Po zejściu, napotkaliśmy ekipę telewizji lokalnej kręcącą jakiś program, zapewne religijny. Znaczy religijny był do momentu, w którym się pojawiliśmy, gdyż od razu staliśmy się atrakcją i kamera skupiła się tylko na naszej skromnej gwiazdorskiej czwórce. Jeszcze idąc przez dziedziniec wyraźnie czuliśmy na swoich plecach oko kamery.Wychodząc, Grzesiek z Iwoną zostali złapani przez ciecia na bramie i oddając soje sexi stroje zostali zmuszeni do zostawienia także banknotu 50Rs. Wychodząc z meczetu pomstowaliśmy zarówno na styl wyciągnięcia od nas kasy, jak również jej ilość. Żałowaliśmy, że daliśmy tak skromny datek w świątyni Sikhijskiej, gdzie naprawdę było to o wiele przyjemniej zrobione i naszym zdaniem o wiele bardziej im się należało.

Szliśmy przez bazar pomstując na muzułmanów, kiedy naszym oczom ukazał się… barwny pochód!

Orkiestry grały, ludzie podrygiwali w takt. Święto, święto! Rozpoznaliśmy Wisznu, Ganeszę jadących w powozach. Po prostu klimat nie z tej ziemi. Ni z tąd, ni zowąd, w osiedlu biedy pojawia się kolorowy roztańczony i rozśpiewany korowód. Było to strasznie odrealnione.

Klimat był strasznie radosny. A mnie osobiście najbardziej rozbawiło, jak było zorganizowane oświetlenie. Mianowicie za każdą plandeką był rower z generatorem, który zasilał światełka. Nawet widać to na filmie

Przeczekaliśmy cały korowód i udaliśmy się w stronę metra. Szczęście trochę mącił autochton, który usiłował wskazywać nam drogę a którego nie można było się pozbyć. Przed samym budynkiem metra usiłował wyciągnąć od nas kasę, ale został zignorowany. Radzimy sobie z trafianiem do miejsc, z których wyszliśmy.

Wróciliśmy do hotelu i zorientowaliśmy się, ze nie jedliśmy obiadu. Ejże! tak być nie może, trzeba w takim razie coś zjeść na kolację dobrego. Wgramoliliśmy się na dach do restauracji i zamówiliśmy sobie dania. Zamówiliśmy sobie różne wariacje na temat kurczaka z pieca tandoori. Smaczne toto! Ja zamówiłem sobie lassi. Grzesiek stwierdził, że jestem odważny, ale przecież po to tu przyjechaliśmy. Lassi piłem już w Polsce, więc wiedziałem co zamawiam. Lipek posmakował napoju i oczy wyszły Mu z orbit. To było zwykłe sweet lassi, bez owoców, jednak wyraźnie zasmakowało. Oblizywał się jeszcze długą chwilę. To była Jego młość od pierwszego łyka.

Reszty kolacji opisywał nie będę, być może zmobilizuje to resztę obiboków, żeby coś napisać.

By | 2016-12-18T22:32:38+00:00 Wrzesień 30th, 2008|Indie, Wyjazd|0 Comments

About the Author:

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.

Leave A Comment