17.09.2010 Lot do Chin

Wstęp – Lot do Chin

Rozdział pierwszy

w którym czytelnik poznaje osoby dramatu, drobne perypetie i przeboje związane z wylotem i ogólnie przelotem a także o tym, że w samolotach KLM’u człek się może najeść.

– Czy ta taksówka wreszcie przyjedzie? – piekliła się Nina. – Przecież się spóźnimy! To niebywałe, nie możemy się spóźnić, nic nie wiemy, mamy tylko te drukowane bilety, nie wiemy jak droga na lotnisko, nie wiemy jak…

– CICHO KOBIETO! – zagrzmiał Lipek. – Nie wyjechaliśmy jeszcze a Ty już siejesz panikę. Usiądź na tyłku i czekaj.

– Ale…

– Nie ma żadnego ALE. Siedź!

Iwona grzebała w plecaku sprawdzając po raz siedemnasty, czy wszystko wzięła. Adam beztrosko sprawdził, czy zapakował pieniądze i kartę kredytową – wszak jak czegoś się zapomni, to zawsze kupić można. Lipek zaś dumał, jak wspaniale będzie za trzy i pół tygodnia, gdy już wróci do domu.

Adam zszedł na dół. Przecież taksówka powinna już być, a Lipki guzdrały się niemiłosiernie, zakładając kolejne majtki, koszule, kurtki, plecaki. Pod domem, tak jak się spodziewał, stała już taksówka. Schowana tak, że wypatrzeć mogło ją tylko oko sprawne i umysł wnikliwy. Podjechać pod okno, aby Nina mogła ją wypatrzeć wydawało się zbyt skomplikowanym zadaniem. Całą czwórka zapakowała się więc do auta i pomknęła ulicami stolicy w stronę Okęcia. Kierowca kluczył, by ominąć korki, dzielił się z pasażerami swoimi opiniami na temat budowniczych stolicy, ich inteligencji i prawości pochodzenia. Podobne zdanie miał o aktualnych planistach i wykonawcach remontów, którzy potrafili tak słodko zorganizować ruch w mieście, że przejazd z jednego końca miasta na drugi był traumatycznym przeżyciem i śnił się jeszcze długo. Aczkolwiek tym razem szczęście sprzyjało zuchwałym i już w niecałą godzinę grupa znalazła się na lotnisku. Do odlotu zostało hoho i jeszcze więcej czasu, więc Lipek triumfował:

– Widzisz? I po co gnaliśmy na złamanie karku? Po co wstawaliśmy skoro świt? Musimy Ninuś przez Twe fanaberie teraz tkwić na lotnisku, jak jacyś bezdomni.

– No ale przecież, jakby coś się stało, to mielibyśmy zapas – słabo broniła się Nina. – Zresztą mam Cię gdzieś, trzeba było spać dalej i samemu jechać!

Dwie godziny przed odlotem zebraliśmy się w sobie i stanęliśmy w kolejce, by oddać bagaż. Kolejka wiła się jak wąż, długa była jak droga do bogactwa a prędkość miała autobusu 511 w porannym szczycie. Czyli w miarę w miarę się przesuwało. Nina z Adamem mieli plecaki po niecałe 10 kg każdy. Lipki, ze względu na to, iż zabrali ze sobą dodatkowe „buty, dresy, piżamę, majtki termoaktywne, garnitur, smoking i płaszcz wyjściowy” mieścili się w okolicach 14 kg. Bohaterowie, po pozbyciu się bagażu, udali się do odpowiedniej bramki. Tam odbyły się standardowe zabawy w wyciąganie wszystkiego z kieszeni, pozbywanie się paska i wszystkiego co da się zdjąć, ale bez obmacywanek się nie obyło. W przypadku Adama piszczał uparcie zamek w spodniach, do odpinania nogawek. Lipek klął pod nosem i zarzekał się, że ostatni raz bierze pasek do podróży samolotem. Nina wyciągała laptopa i machała przed oczami celników. Iwona – Iwona po prostu zdjęła kangurzą torbę i przemaszerowała przez bramkę. Ogólnie przejście na drugą stronę nie sprawiło większych problemów, więc dla zabicia czasu zwiedzali sklepy, z zainteresowaniem oglądając o ile drożej może być na lotnisku to, co można kupić w normalny sklepie… za pół ceny. Okęcie udawało nowoczesny terminal pasażerski, więc bardzo szybko została znaleziona miejsce z napisem „Amsterdam 13:30″. Samolot który stał przy rękawie, wyglądał podobnie do tego, który usiłował lądować w Smoleńsku. Aczkolwiek trza mu przyznać, że posiadał więcej części. W środku okazał się boleśnie niewielki. Miejsca do siedzenia było tyle, że nogi drętwiały już na sam widok przestrzeni przeznaczonej na nie. Był to co prawda Boeing 737-400 ale nazwa jest bardziej dumna od tego, co w środku.188 miejsc dla pasażerów, ale przy 30 metrach długości samolotu i czterech fotelach w rzędzie, dawało miejsca do przewozu średniej wielkości gnomów, a nie osobników rasy ludzkiej. Ale nie było co marudzić.

– Lot do Amsterdamu, to nie wieczność, dwie godziny da się przeżyć – filozoficznie stwierdziła Nina, najmniejsza z całej ekipy. Znaczy taka, co najbardziej gnoma wielkością przypomina.

W samolocie poza napojami, dawano kanapeczki. No smaczne to było pieruńsko. I sok. I orzeszki. Żeby jeszcze można było te nogi rozprostować… Lot minął szybko i raźnym krokiem ekipa powstała ze swoich miejsc. Krew natychmiast wykorzystała okazję i dopłynęła do miejsc, w które w wcześniej nie mogła. Od razu człowiek czuje, że żyje. Jak boli, znaczy, że się żyje. Amsterdam – to lotnisko nie budziło dobrych wspomnień – dwa lata wcześniej cała czwórka spędziła tam noc, lecąc do Indii. To tu uciekł im samolot, to tu zapewne zapodziały się ich bagaże. Dlatego też Amsterdam nie jest najszczęśliwszym lotniskiem, acz dzięki tym wspomnieniom, nie trzeba było mapy, by dotrzeć do bramki wejściowej do kolejnego samolotu. Trzy godziny minęły szybko i zostali zapakowani do kolosa – do Szanghaju leciał bowiem Boeing 747-400 Combi.

– Lipek, słuchaj. To, że on jest combi, to znaczy, że jest dłuższy, czy że może leci z przyczepką – usiłował być zabawny Adam.

– Nie nie, zobacz, on tu na garbie jeszcze ma miejsca, na pięterku – wyjaśniła Nina.

– Aaaaa, to takie buty.

Miejsca w teorii trafiły się świetne – ostatni rząd, w środku – można było bezkarnie się rozkładać. Jedyny problem, to odległość, a raczej jej brak między siedzeniami. Poza tym ostatni rząd nie może do końca rozłożyć siedzonek… taka niespodzianka. Jeśli w poprzednim samolocie miejsca było na średniej wielkości gnoma, to w tym starczało tylko na małego skrzata. I to skrzata, który już do śmietany nasikał, bo takie są mniejsze. Jakieś biedne kobieciny z boku zaczepiły Adama, by coś zrobił.

– Umgh hr hry uhm, plis plis – poprosiła babcia wskazując swój plecaczek znajdujący się na półce.

– Eeeee? – elokwentnie zapytał Adam.

– Book. Ju Book. Mi. Not mi. Szi. – babcia pokazała najpierw na swoją książkę, a następnie na swoją koleżankę.

Adam okazał się mężczyzną w każdym calu. Wiele tych cali nie było, ale nie w tym rzecz. Usiłował ściągnąć plecak, lecz machanie łapkami i krzyki „book book” i gesty wkładania dłoni do worka lub sprawdzania płodności krów były aż nadto jasne. Wygrzebał książkę z przepastnego plecaka, natknąwszy się na jabłko, szalik, pończochy, coś lepkiego i długiego oraz sweterek. Panie okazało się były z Norwegii (Lipek ukradkiem sprawdził im paszporty) i wyglądały na kółko wzajemnej adoracji książki, lub sabat bibliotekarek. Takie miłe staruszki. W samolocie podawano napoje różnorakie, wina piwa soki, herbaty oraz jadła w brud. Brud w sumie też był, ale na podłodze, po jedzeniu, acz uczciwość kronikarska zmusza do napisania, że brud podłogowy czyniony przez chińczyków do pięt nie sięgał syfowi robionemu przez hindusów. Dziesięć godzin mijało szybko i przyjemnie. Nastał czas lądowania i Adam obudził się, zerknął na zegarek i zdechł – minęła dopiero godzina lotu. Bibliotekarki dalej czytały sagę o ludziach lodu, napoje były roznoszone, filmy leciały na ekranach. Druga godzina lotu. Trzecia… Koszmar trwał. Zamknąć oczy, zasnąć, przespać to. Soki trawienne wydzielały się leniwie, rozkładając składniki pokarmowe na substancje proste, przyswajalne przez organizm. Jedyną rzeczą, której człowiek był świadom, to czas. Mijający, upływający. Minuta wlokła się za minutą. Każda minuta składała się z wielkich jak ogry sekund, które wyskakiwały przed oczy, przedstawiały się, wykonywały utwór wokalny lub tańczyły i chowały się. O marnej zresztą choreografii. Sekunda za sekundą. Co jakiś czas, jakiś wredny chochlik przestawiał wskazówki zegarka o pięć minut w tył. Nienawiść do świata pulsowała w skroniach. Po piątej godzinie rozpoczęły się wędrówki ludów, po samolocie. Każdy przechodzący stawiał sobie za punkt honoru trącać ludzi w fotelach, usiłujących spać. Ja nie mogę spać, to wy też nie będziecie! Cierpcie i umierajcie! Piekło było o krok. Po 7 godzinach minęli piekło i posuwali się w głąb. Babcie bibliotekarki miały wielkie zęby i przekrwione oczy. Jedna z nich stanęła przy fotelu Adama i gdy tylko ktoś przechodził, trzaskała go swoją chudą rzycią w twarz.

– Don’t touch me, kurwa please!!!! – po ośmiu godzinach Adam nie wytrzymał i wydarł się na babcię.

Sabat zawrzał, ale mord w jego oczach spowodował, że schowały swe pazury, skuliły się za miotłami i umilkły spłoszone. Lipek odkrył zapasy batoników i napojów, którymi starał się częstować przyjaciół. Ostatnie dwie godziny gehenny upłynęły w miłej i przyjacielskiej atmosferze wzajemnego zrozumienia.

Szanghaj przywitał naszych wędrowców słońcem.

I po burzy czasem nadchodzi piękny dzień…


17.09.2010 Chiny - Shanghai - The Bund

Olaboga!
Jesteśmy! Zaraz otoczą nas całe masy małych skośnych brzydali( męskich) usiłujących wepchnąć nam kiepskiej jakości towary, bądź superhiperlasek, rodem z mangi (oby w wersji kobiecej)!
Niestety.

Tabun z samolotu grzecznie poczłapał do środka budynku lotniska, załatwić formalności. Podreptaliśmy i my. Trochę nam się powpychali przed nas, ale że wszyscy poza Niną jeszcze w miarę kojarzymy poprzedni ustrój, gdzie kolejki były czymś naturalnym, nie daliśmy sobie zbyt w kasze dmuchać. W każdym razie wylądowaliśmy gdzieś około połowy kolejki. W międzyczasie poza kolejką byli przepuszczani rożni ludzie, na zasadzie – strażnik chodził, pokazywał palcem i osoba z kolejki biegła z prędkością nadświetlną ominąć kolejkę i iść do okienka. Nas niestety nie wybrał. Albo stety, nie wiadomo. W każdym razie, stanęliśmy na żółtej linii, odgradzającej nas od państwa środka. A właściwie od kantorka z oficerem imigracyjnym. Całe życie chciałem do Chin wyemigrować normalnie…

Trafiło mi się pierwszemu iść. Oddałem paszport, żółtą karteczkę którą wypisywaliśmy w samolocie ( żółtą… ciekawe czemu, kolejna rzecz żółta…) Oczywiście miły uśmiech na twarzy, Hello My name is bla bla bla… Niestety pani nie była łasa na me wdzięki, co lekko zbiło mnie z tropu, lecz człowiek nie robi się młodszy i przystojniejszy, czas sobie uświadomić, że wszystko przemija…

Pani kazała popatrzeć w monitor. Popatrzyłem w monitor, a na monitorze był obraz z kamery. A, cfaniaki, zapisują moje dane biometryczne i potem po zdigitalizowaniu będę aktorem w jakich chińskich filmach! niedoczekanie! Wykonałem kilka grymasów, a pani chrząkała wyraźnie zadowolona. W międzyczasie Lipek trafił do innej budki i także dokonywał pląsów przed kamerą.
Na szczęście pani o nic więcej nie pytała, oddała paszport i pooooszli.

Z uwagi na to, że te podłe dusigrosze nie chciały jechać Maglevem ( 431km/h) twierdząc, że metrem będzie lepiej bliżej fajniej, to postanowiliśmy poszukać metra. Znaczy ja swoje 1,8 metra mam, ale metra jako kolejki podziemnej. No więc, dla niepoznaki, do metra, czyli kolejki podziemnej, trzeba było iść na pierwsze piętro. To w sumie dość logiczne, prawda? Potem pokonując liczne zakręty i przeszkody dotarliśmy do metra, które było na poziomie ziemi. Człowiek się przyzwyczaił, w Warszawie wszystkie linie metra są pod ziemią, więc tu od razu człowiek był zaskoczony…
Oczywiście spędziliśmy trochę czasu kupując bilet – gdyż tu najpierw wybiera się linię metra, a potem stację docelową.

Biada temu, kto nie sprawdzi wcześniej, jak to metro jeździ…

Plan metra

Instrukcja obsługi biletomatu w metrze
Instrukcja obsługi biletomatu w metrze

Co nas bardziej zaskoczyło? płotek oddzielający tory od peronu. Co jakiś czas miał przerwy, ale ogólnie by wypaść na tory, trzeba by się postarać.
Nadjechało Metro. No i w jakiś magiczny sposób zatrzymało się tak, że drzwi trafiły w te przerwy w płotku. Szaleństwo. Na kolejnych stacjach było jeszcze lepiej, całość była oddzielona taflą PCV i drzwi otwierały się, jak już metro stanęło i

otworzyło drzwi – absolutnie nie ma możliwości wypadku.

Sposób, w jaki trzeba wchodzić do wagonów metra

Wsiedliśmy, ludzi za dużo nie było, tak więc nawet miejsca siedzące mieliśmy. w Sumie miłe i fajne te Chiny. Metro ruszyło po szynach ospale. Znaczy tak gdzieś ze dwa razy tak szybko jak nasze metro.

Iwona i Grzesiek

Ninuś i Adaś

Opuściliśmy gościnne lotnisko i rozpoczęliśmy drogę w stronę centrum. Metro było napowietrzne, więc można było oglądać więcej niż tylko nornice, dżdżownice i inne krety.

Widok za oknem metra – w drodze z lotniska

Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy. Trafiliśmy pod ziemię. Znaczy żyjemy, ale wjechaliśmy pod ziemię. I skończyły się widoki. na szczęście pojawiło się spore grono współpasażerów, którzy oglądali nas, a my, w ramach odwetu, oglądaliśmy ich. W pewnej chwili wszyscy przygotowali się do wyjścia. Drzwi się otworzyły i wszyscy zaczęli ewakuację wagonika. Uznaliśmy, ze pewnie jakaś fabryka, czy coś, a przed nami jeszcze na tej linii z 10 przystanków jak nie lepiej, więc siedzimy dalej. Podeszła do nas jakaś staruszka i pokazuje, żebyśmy wyszli. jasne. My wstaniemy a ona nas podsiądzie. Co prawda wagonik opustoszał, ale jednak…
Coś zaczęliśmy mieć złe przeczucia. Zza szyby jacyś ludzie nam machali i po Chińsku coś pokrzykiwali gardłowo. Nie, nie, dziękuje, nie jestem głodny, nie chce zupki. Będą nas nagabywać, phi. Drzwi się zamknęły i metro pomknęło dalej.
Z tym, że nastąpił pewien zgrzyt. Metro pomknęło, ale z powrotem, w stronę lotniska. Po dokładnym zbadaniu planu metra, stacja na której właśnie byliśmy, oznaczona była dużym kołem. Teraz zrozumieliśmy, że to oznaczało, że powinniśmy się przesiąść – wysiąść z tego wagonika i udać się na tym samym peronie, ale po drugiej stronie, do drugiego. Tak wyjechaliśmy z tunelu, dojechaliśmy na stacje, wysiedliśmy, przeszliśmy na drugą stronę, poczekaliśmy na wagonik i pojechaliśmy. Na stacji nam pokazywali wyjście, ale już będąc światowcami, pokazaliśmy że wiemy, że ok. że dziękujemy. Znaczy, że wtedy nie chcieli nam sprzedać zupek chińskich, tylko chcieli nam pomóc. Ot, jaki uczynny naród. Przesiedliśmy się i pojechaliśmy dalej. Niestety Lipek doznał ataku głupawki.

Lipek z objawami głupawki turystycznej

Przesiedliśmy się jeszcze raz, tym razem do innej linii metra i już bez większych niespodzianek dojechaliśmy do stacji, przy której znajdował się hostel. Wychodząc, automat zżera bilety i dopiero wtedy wypuszcza z dworca, więc przydaje się pilnować bilet. Po wyjściu na powierzchnię pierwszym skojarzeniem było – o rany, znów jesteśmy w Indiach. Budynki w nie najlepszym stanie, masa brudnych motorów, ogromny ruch na drodze. jedyną różnica była hen w górze, nitka autostrady. Mieliśmy wydrukowaną mapkę jak dotrzeć z dworca do hostelu, ale od razu okazało się, że faktycznie Chińczycy z kartografią są na bakier… W każdym razie ustaliliśmy z grubsza kierunek i poszliśmy raźnym krokiem, spływając potem. Minęliśmy wielka klinikę walki z bezpłodnością, przeszliśmy jeszcze z pół kilometra i tknęło nas, że to miało być blisko.

Sen szalonego elektryka - mniej tego niż w Indiach, ale jednak dość często spotykany widok

Sen szalonego elektryka – mniej tego niż w Indiach, ale jednak dość często spotykany widok

Przeanalizowaliśmy mapkę i uznaliśmy, że ta mała uliczka pół kilometra wcześniej, to było miejsce, gdzie trzeba było skręcić. Pełni szczęścia i w permanentnie spoceni dotarliśmy do uliczki, skręciliśmy w nią i powlekliśmy się w dal. Minęła nas młoda europejska parka, od której się dowiedzieliśmy, że idziemy dobrze – 300 metrów dalej trafiliśmy na hostel. A nazwa jego brzmiała Blue Mountain HongQiao Youth Hostel

Algida

W recepcji powiedzieliśmy kim jesteśmy, dowiedzieliśmy się, że są zarezerwowane dla nas miejsca, ale niestety zmieniła się cena pokoju, za co przepraszają. No normalnie jak w Indiach. na same dzień dobry też chcieli nas &*^%^ z kasy. Już się bojowo nastawiliśmy, że do jasnej anielki zarezerwowaliśmy po takiej cenie i będziemy się awanturować ( tak, a co, popolaczkujemy sobie). Na szczęście zanim się zaczęliśmy awanturować, okazało się, że cena jest niższa. No, jak tak, to awanturować się nie będziemy, trzeba pokazać się z jak najlepszej strony, swoją ogładę, cywilizację itp. Dostaliśmy kartę do pokoju i raźno podreptaliśmy na górę. tam zalegliśmy na łóżkach, a w wolnych chwilach zwiedzaliśmy łazienkę, udając się pod prysznic, by zmyć z siebie pył codzienności. Mi najbardziej podołał się zapach mydła pod prysznic. Ech…

Śpiąca królewna. znaczy Lipek

Porządek w wersji alternatywnej. Ale jak widać, warunki noclegowe całkiem dobre

Ubikacja z łazienką. W porównaniu do warunków w Indiach, przeżyliśmy miłe rozczarowanie

Prysznic – nie tak źle, jak się spodziewaliśmy. I była gorąca woda!

Po pewnym czasie niestety zostaliśmy przez nasze cerbery płci żeńskiej doprowadzeni do przytomności, że dziś będziemy zwiedzać The Bund. Bezdyskusyjnie, teraz natychmiast. Co jak postanowiły, tak niestety uczyniliśmy. A świat mógłby być taki piękny, oglądany z objęć Morfeusza…

Podróż metrem mamy już opanowaną, więc nie było problemów. Dopiero po dotarciu na miejsce problemy wystąpiły. Problem był z naszymi szczekami, które po wyjściu z metra na powierzchnię, opadły nam i poturlały się radośnie w bok. Pierwsze co się rzuca w oczy, to wysokie, niebotyczne budynki, miliony kolorowych, świecących reklami i miliony Chińczyków przechadzające się deptakiem.

Po wyjściu z metra

My tu byli, czyli obowiązkowa fotka

Neony otaczają mnie…

Byliśmy oczarowani.  Wszędzie coś się działo. Człowiek miał problem, bo nie był w stanie patrzeć we wszystkie strony.

Zaraz po wyjściu z metra

 

Jeden z budynków

Przy okazji, dowiedzieliśmy się, że deptak nazywa się Nanjing Road, a The Bund to nabrzeże  – więc udaliśmy się w jego kierunku. Robiło się coraz ciemniej, a ludzi nie ubywało. Za to coraz bardziej było widać neony. Zastanawialiśmy się,  jak jest koszt oświetlenia czegoś takiego – ale po milionie dolarów nam się rachunki pomyliły.

Oczywiście trzeba było ustalić w którą stronę jest ten Bund i gdzie jesteśmy. Ustaliwszy, z której strony wieje wiatr, gdzie jest północ i takie tam ( od północnej strony mech rośnie, jakby ktoś nie wiedział…) zerkneliśmy w nasz Looney Planet na mapkę i uznaliśmy – TAM! w strone McDonalda!

McDonalds – a jak!

Szliśmy, mijaliśmy ludzi, morze ludzi.  Wtem do naszych uszu dobiegł dźwięk trzeszczącego na maksymalnej głośności magnetofonu. Po paru krokach, oczom naszym ukazał się następujący widok

Taniec na środku ulicy

Na środku chodnika, grupa ludzi tańczyła, w rytm dzwieków wydobywających się z plastikowej myśli chińskiej techniki magnetofonem zwanej. czasem dołączali do nich przechodnie i po jakimś czasie już cały tłumek tańczył. jakby nie patrzeć, dość oryginalne i egzotyczne dla nas zachowanie – w podobnej sytuacji na polskiej ulicy spotkaliby się z wrogimi spojrzeniami, ewentualnie marudzeniem, że przejść nie można.

Ulicami tego miasta mknę…

Ulica dość długa jest, więc idąc nią można się lekko zmęczyć, ale w końcu jesteśmy turystami, backpackersami i innymi takimi, więc niewygody mamy we krwi(albo powinniśmy). Dzielnie tupaliśmy do przodu chłonąc Chiny wszelkimi porami ciała. Na szczęście było już chłodniej, więc tymi samymi porami nie oddawaliśmy naszego europejaskiego klimatu za dużo…

The Bund

Tak… doszliśmy.

Na końcu Nanjing Road krzyżuje się z szeroką ulicą, którą jest właśnie Bund… 1,5 km nabrzeża, z oświetlonymi budynkami w kolonialnym klimacie.

The Bund – widok od strony rzeki

The Bund - widok od strony rzeki

The Bund – widok od strony rzeki

The Bund - widok od strony rzeki

The Bund – widok od strony rzeki

Po dojściu tam, nasze oczy zrobiły się wielkości banknotów 100Y… Do tej pory myśleliśmy, że było ciasno,  że widzieliśmy tłumy Chińczyków. Nie. Dopiero to, co kłębiło się w tym miejscu można określić mianem DUŻO. Wejść na schody wiodące na promenadę było wyzwaniem. Posiłkując się godnością osobistą (nisko i łokciami) udało nam się wejść na promenadę. ukazał nam się widok… nie, wróć. Ukazał nam się WIDOK:

Widok na Pudong
Widok na Pudong

Widok na Pudong

Widok na Pudong – Oriental Pearl Tower

Widok na Pudong

Widok na Pudong

Udało nam się po jakimś czasie dobić do barierek, żeby w kadr nie wchodziły tysiące chińskich główek, a zaręczam – nie było to łatwe. nasyciliśmy się widokiem i postanowiliśmy iść dalej. Po przejściu może z 70, może maksymalnie 100 metrów kolejne zaskoczenie. Tłum się skończył. Tłum kłębił się tylko na wyjściu z Nanjing Road  i w promieniu parudziesięciu metrów uniemożliwiał poruszanie, a dalej było, oczywiście jak na Chiny, względnie pusto. Po raz kolejny okazało się, że Chińczycy, to istoty stadne – gdy jeden się zatrzyma, za chwilę pojawia się tłum.

The Bund

Nagle krzyk pisk w naszych okolicach. Dwie nastoletnie Chinki dostrzegły fryzurę Lipka. Dwa warkoczyki spowodowały, że aż przysiadały z radości, szczęścia podniecenia i innych zachwytów. Zaczęły robić Grześkowi miliony zdjęć, z przodu, z profilu, z przodoprofilu, z przodolewegoprofilu z kucykiem, z przodoprawegoprofilu z kucykiem i takie tam. Niczego nieświadom Lipek oglądał sobie widok na Pudong w najlepsze, gdy jednak któreś z dziewczątek zebrało się na odwagę i poprosiło o możliwość zrobienia sobie zdjęcia z Nim. Szczęściem Grzesiowi się Chinka spodobała i raźno przystąpił do obłapiania… znaczy do pozowania z Nią, oczywiście Grzesiu, pozowania (wszak Iwona to może przeczytać i po co masz mieć w domu problemy…)

Lipek gwiazdą ekranu

Lipek z małym chińskim kłębkiem szczęścia

Posiedzieliśmy sobie na jednej z licznych ławeczek,  aż nagle dotarło do nas,  że ten dzwięk który słyszymy, to nie mruczenie kota… to burcza nam brzuchy… Głód pojawił się znienacka.

Jakieś światełka. Lipek postanowił je złapać. Zbierz je wszystkie…

Nienacek się nie pojawił. Postanowiliśmy wracać w stronę stacji metra. Tam coś się znajdzie. Po drodze spotkaliśmy jeszcze sesje zdjęciowe młodych par – dziewczątka ubrane w czerwień

Para młoda w czasie wieczornej sesji zdjęciowej

para młoda

Ponownie para młoda – tym razem widać więcej.

W sumie ze dwie czy trzy takie parki widzieliśmy – jak zwykle hurtem…

Wracając okazało się, że powoli wszystkie lokale są zamykane – a jeszcze wcześnie było. Chyba nawet 21 nie było… na nasze szczęście idąc drogą, nieustraszony tropiciel dzikiego pokarmu, czyli ja we własnej osobie, hen hen po drugiej stronie wypatrzyłem jadłodajnie. Znaczy Nina wypatrzyła inną, ale były tam kurze łapki i inne smakowite rzeczy, a jakoś nie było chętnego na sprawdzenie, czy i na jak długo jest to jadalne. Wielki neon z napisem YON HO zapraszał do środka. Weszliśmy. taki McDonalds, tylko wszystko po chińsku. No i nie było kanapek i innych rzeczy tylko chińskie dania.

Restauracja Yon Ho

Front restauracji Yon Ho. W tuchtońskim mniemaniu jest to fast food. W naszym – bardzo orientalny przybytek, idealny na pierwszy kontakt.

Dziewczyny, jako bardziej wybredne, wdały się w dyskusję z obsługą. Zresztą dyskusja nie była jakaś zaawansowana. Na wszelkie usiłowania zagadania, pani wskazywała na zeszyt, gdzie ktoś narysował chińskie znaczki a obok  – angielska nazwę. Więc dziewczyny zabrały się za studiowanie menu. Lipek zdał się na mnie z zakupem. Dylematu nie było jakiegoś wielkiego – poprosiłem żonę, żeby pokazała pani, że chcemy to duże w talerzu, co na plakacie wisiało i to drugie co wisiało obok – wyglądało najrozsądniej. No i mleko sojowe też byśmy chcieli. Po spełnieniu swojego obywatelskiego, męskiego obowiązku zdecydowania, co się zje, usiedliśmy z Lipkiem przy stoliku. Dziewczyny usiłowały jeszcze przez dobre pięć minut coś wybierać, ale w końcu pokazały palcem, pani pokręciła głową więc zdały się na panią. Znaczy wybrały coś, ale jakoś bez przekonania.

Mleko sojowe

No i dostaliśmy…

Lipek dostał coś łatwego na początek. Mięso, warzywa, sos. Łatwo zapoznał się z obsługą pałeczek i dał sobie radę.

Dziewczyny wybierając z menu po angielsku nie do końca wiedziały, co dostaną, Dostały zupę z pulpecikami. To oznacza, że tłumaczenie z chińskiego na angielski, które restauracja miała w zeszyciku, nie było do końca poprawne…

Nina z zupą. Wybrała łatwiejszą drogę – łyżeczką jak przedszkolak

Zupe jemy pałeczkami. Iwona pomagała sobie łyżką, ale daje sobie radę.

Zupa Adama w całej okazałości. Co chciałem to dostałem. To własnie jest zaleta pokazywania palcem i mówienia „To! to chcę!”

O dziwo było to nawet smaczne i nawet dało się zjeść pałeczkami. Tak tak. Zupę je się pałeczkami. Znaczy pałeczkami wybiera się kąski a potem wysiorbuje się zupkę. Kwestia przyzwyczajenia – można szybko się nauczyć. Szczególnie jak człowiek jest głodny…

Następnie jak grzeczne przedszkolaki po dobranocce pojechaliśmy do hostelu i poszliśmy spać…

Twardy jestem. Zjadłem zupę bez użycia łyżki. Wszystkie kawałki twarde łapie się pałeczkami, a zupę "wysiorbuje"

Twardy jestem. Zjadłem zupę bez użycia łyżki. Wszystkie kawałki twarde łapie się pałeczkami, a zupę „wysiorbuje”


17-18.09.2010 Shanghai - Notatka z drogi

Żyjemy.

Dolecieliśmy bez problemów. Wczoraj po zameldowaniu w hotelu, który jest nie dość, że czysty, to jeszcze fajny, pojechaliśmy oglądać Bund czy coś tam. Potem mnie poprawiać będą.
Naprawdę, magiczne miejsce… miliardy ludzi, świateł… takie nasze Krupówki *10^1341.

jak pisala Annie – the Bund.
Lipek

No i 10 linii metra.

A propos metra, instrukcje hotelu i koleżanki Chinki byly proste: po wylądowaniu idziecie do metra, linia nr 2, bez przesiadek wysiadacie na stacji Beixinjin. Nie można się zgubić… Nie? Mozna! W Szanghaju można. Siedzimy sobie, jedziemy grzecznie linia nr 2 na drugi koniec miasta… Ludzie wsiadaja i wysiadaja… Ale nagle wysiedli wszyscy. Jedna starsza Chinka nawet się wrocila i na migi pokazuje nam, że też mamy wysiąść. Ale gdzie tam, my przecież wiemy gdzie jedziemy! Nasza stacja jest za 20 przystanków. Po chwili wpadają tabuny nowych malych zoltych walczac na smierc i zycie o miejsca siedziace (doslownie!). My tymczasem spokojnie sobie siedzimy i obserwujemy ta walke z usmiechem na twarzy. Miny nam rzedna i to powaznie, gdy metro rusza. Jedzie… w druga strone! Do lotniska! Byla to stacja przesiadkowa, trzeba było zmienic na sasiedni tor… Na szczescie dalismy sobie szybko z tym rade i po chwili bylismy na wlasciwym kursie bogatsi o nowe doswiadczenia. Moral jest taki: zawsze miej się na bacznosci i nie daj się zwiesc pozorom ;-).
Lipek

Wczoraj byliśmy maksymalnie objedzeni po kolacji w samolocie, więc zjedliśmy dopiero wieczorem. Oczywiście w knajpie dla lokalesów. Co prawda w miarę w centrum, więc taka bardziej jak KFC, ale po angielsku ni w ząb, w zeszycie mieli zapisane tłumaczenia na angielski ale i tak dziewczyny zamówiły coś innego, niż dostały. Ja Lipkowi i sobie zamówiłem na prostej zasadzie – to na niebieskim tle, to wyżej dla mnie, to niżej dla Ciebie 😀 I wyszliśmy na tym dobrze. Ogólnie smakowało nam. A, i zamówiliśmy sobie do picia mleko sojowe, ale chyba taka nasza bawarka – herbata z mlekiem sojowym.

O 22 wrócilismy do hotelu.

Dziś rano zwlekliśmy się o 11 z hotelu i poszliśmy na lokalne zarcie. Zresztą nie ma co pisać, że lokalne, bo innego nie chcemy. Fajne, bo tam nawet nie było po angielsku 🙂 i na podobnej zasadzie zamówione. Dostałem zupe… No chyba zupę. Konsystencja była taka, jakby ktoś budyń polał 1/3 szklanki tłuszczu – ale smaczne ;-). Dziewczyny zamówiły sobie pierogi lokalne a Grześkowi zamówiem rosołek.

Potem pojechaliśmy do ogrodów YuYang. Fajne, mało miejsca, fajny koloryt… Takie w sumie bardziej jak japońskie, ale to może zboczenie z japońskich filmów. Nastepnie pojechaliśmy do centrum, wjechaliśmy na 88 piętro i ogladaliśmy Szanghaj. Fajnie, tylko jak na +- 40 pln za to, to lekko drogo… Ale co tam raz się ma wakacje…

Wracajac znaleźliśmy grilla na powietrzu i na patyczki nadziane różne cusie do jedzenia, owoce, ryby mięso… Lipki tam pozamawiały, my poszliśmy kawałek dalej i weszliśmy do knajpki gdzie dostaje się koszyczek i wybiera różne produkty. Potem podliczają to i gotują we wspólnym garnku i dają w misce.

Oczywiście z pałeczkami, żeby nie było. Koloryt maksymalny – w takiej typowej lokalnej knajpie, gdzie białego nie widzieli chyba od dawna 🙂 no i po piwie na łebka.

Smaczne było wszystko.

A i Pałeczkami nawet ja się nauczyłem jeść. Da się jeść, nawet zupę. Znaczy makaron i inne takie pałeczkami a wodę się siorbie.

Jutro jedziemy z 2 lokalesami na Expo – zobaczymy.

Aaaa i sami kupiliśmy bilety na pociąg do Hangzhou – dało się, choc uwierzcie nie było proste.

Ps. Chińczyków jest jakieś 100 miliardów. I wszyscy Tu!

Ps2. Przeprowadzam się tu – Chinki są fajne 😀

Ps3. Lipek wyrywa wszystkie Chinki na warkoczyki!

edycja Lipek – korekta literówek i drobne poprawki.
Lipek

2010_09_17_19_04_40_Adam


18.09.2010 Chiny - Shanghai - Ogrody Yuyuan i Pudong

Dzień II Ogrody Yuyuan i Pudong

Dziś rano zwlekliśmy się o 11 z hotelu i poszliśmy na lokalne zarcie. Zresztą nie ma co pisać, że lokalne, bo innego nie chcemy. Fajne, bo tam nawet nie było po angielsku :-) i na podobnej zasadzie zamówione. Dostałem zupę… No chyba zupę. Konsystencja była taka, jakby ktoś budyń polał 1/3 szklanki tłuszczu do tego dodał jakieś skwareczki i szczypiorek – ale smaczne ;-) .Przynajmniej mniej więcej. No może smaczne to lekka przesada, zjadliwe i egzotyczne, to na 100% .

Budyń polany tłuszczem, skwareczki i szczypiorek. Nie jest to śniadanie kontynentalne

Moje śniadanie. Sukces, bo nie usiłowało uciekać z miseczki.

Dziewczyny zamówiły sobie pierogi lokalne. Nie były w stanie dogadać się z obsługą, więc nie wiedziały, ile zamówiły, nie wiedziały do końca co zamówiły. I własnie przecież o to chodzi. W rezultacie, dostały jeden talerz z ośmioma pierożkami, pałeczki i miseczkę do maczania z dziwnym sojowo-sezamowym sosem. Pierożki smakowały, ale jednak stwierdziły, że cztery pierożki na 2 cycki (albo jedną głowę) to trochę mało.

Pierożek pierożek, nadziałem go na rożek..

Porcja pierożków na dwie kobiety

Porcja pierożków na dwie kobiety

Grześkowi zamówiem rosołek. Wyglądał w sumie najbezpieczniej, a skoro mi zaufał, nie chciałem pokładanego we mnie zaufania zawieść.

Rosołek z pierożkami. W sumie Lipka śniadanie było chyba najsmaczniejsze.

Napasieni egzotycznym jedzeniem, zebraliśmy się w stronę metra. Plan był prosty. OgrodyYuyuan. Łatwiej zaplanować niż zrobić, ale skoro jest metro, są mapki, to w sumie po ustaleniu w którą stronę jechać metrem (opinie były różne) wyszliśmy na powierzchnię ziemi. I tu nastała pewna zgryzota i problem. W która stronę iść. Po ustaleniu północy po mchu na budynku (a może była to pozycja słońca? nie pamiętam) i wykręceniu przewodnika do góry nogami zapadła decyzja, by udać się za tłumem Chińczyków. Po drodze spotkaliśmy danie obiadowe, to znaczy kota dokarmianego przez turystów. Oznaczałoby to, że jednak koty mogą swobodnie biegać po ulicach i nie są od razy łapane i na miejscu jedzone. kamień z serca, bo jednak i Lipki i my jesteśmy w posiadaniu kotów, więc jednak to jakaś ulga… (jesteśmy w posiadaniu kota, gdyż nie posiada się kota, tylko kot łaskawie zezwala na przebywanie w swoim towarzystwie…)

II śniadanko

Wystraszone II śniadanko.

Wystraszone II śniadanko.

Poszliśmy dalej, idąc za tłumem, ulegając jego falowaniu i zastanawiając się, czy słońce zabije nas przed dotarciem do celu, czy już na miejscu. W sumie po wyjściu z metra droga była cały czas prosto. na pierwszych światłach już było widać po prawej stronie “stare miasto” – i tam należało skręcić. Tak więc jakby ktoś tam chciał trafić, to już teraz będzie miał łatwiej, niż my.

O, przy tym budynku idąc od metra skręcamy w prawo, idziemy ze 300 metrów i zagłębiamy się w uliczki „starego miasta” – i jesteśmy przy ogrodach Yuyuan

Przedzierając się przez wąskie i pełne ludzi uliczki trafiamy na wejście do ogrodów Yuyuan. Wejście 40Y od osoby, kolejka nawet niewielka, jak na chińskie standardy, w kolejce kilka europejsko wyglądających osób. Kupujemy bilety i wchodzimy do środka przez bramę.

Okienko z biletami do ogrodów

W wejściu już był tłok, gdyż wszyscy musieli sobie zrobić zdjęcie w wejściu, zdjęcie z kamieniem, zdjęcie z palcami w V, zdjęcie z palcami w V podniesionymi do góry zdjęcie z… AAArgh… dziewuchy bezczelnie przepchały się do kamienia i zarządały tam zdjęcia. Oni mogą, to my też chcemy! natychmiast robić fotkę! Raz!

Zdjęcie przy kamieniu. W sumie nie wiem jak to zrobiłem, że tak pusto jest, chyba Lipek ludzi odganiał.

Błądziliśmy dość długo wąskimi alejkami między pawilonami. Od razu taka uwaga. Ogród w chińskiej wersji nie wygląda jak to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Alejki nie są chodniczkami jak się przyzwyczailiśmy, tylko otoczonymi murem połączeniami między budynkami, gdzieniegdzie wychodzi się tylko na otwarta przestrzeń, gdzie równie wiele jest zieleni, jak kamieni…

Pagódka nad wódką

Gdzieniegdzie pojawiają się okna, by podziwiać szalejącą roślinność

Kamienne mostki, kamień, kamień, głazy. Ogród…

Tak właśnie wyglądają ogrodowe alejki

A tak dziewczątka usiłowały się przepychać. I widać, że od razu zrobił się zator

Dwaj „mistrzowie” wschodnich sztuk walki pozowali do zdjęć

Mostek z zakrętami

Wizyta w muzeum

Meble wyglądają genialnie. Ale nie wiadomo, jak z wygodą.

Altanka, by w zadumie spędzić najcieplejsze godziny dnia

Iwona nie chciała naśladować ostatniego znaku… Ciekaw jestem czemu.

Ponownie łamany mostek

W razie klęski głodu, będzie co jeść

Wejście do ogrodów. Jam jest na zdjęciu nawet.

Sławna herbaciarnia ma mostku 9 zakrętów

Ta sama herbaciarnia, od przodu

Widok od wejścia do najsławniejszej herbaciarni

Czas przepchnąć się w kierunku metra

W metrze

Otwieracz do butelek

Wieża telewizyjna, pod słońce

Pod tym budynkiem jest stacja metra

Prawie jak Warszawa…

Pudong

RE-WE-LA-CYJ-NE soki

Widok z 88 piętra

Widok do “studni” – robi wrażenie…

Widok z 88 piętra

Fajne, mało miejsca, fajny koloryt… Takie w sumie bardziej jak japońskie, ale to może zboczenie z japońskich filmów. Nastepnie pojechaliśmy do centrum, wjechaliśmy na 88 piętro i ogladaliśmy Szanghaj. Fajnie, tylko jak na +- 40 pln za to, to lekko drogo… Ale co tam raz się ma wakacje… Wracajac znaleźliśmy grilla na powietrzu i na patyczki nadziane różne cusie do jedzenia, owoce, ryby mięso… Lipki tam pozamawiały, my poszliśmy kawałek dalej i weszliśmy do knajpki gdzie dostaje się koszyczek i wybiera różne produkty. Potem podliczają to i gotują we wspólnym garnku i dają w misce. Oczywiście z pałeczkami, żeby nie było. Koloryt maksymalny – w takiej typowej lokalnej knajpie, gdzie białego nie widzieli chyba od dawna :-) no i po piwie na łebka. Smaczne było wszystko. A i Pałeczkami nawet ja się nauczyłem jeść. Da się jeść, nawet zupę. Znaczy makaron i inne takie pałeczkami a wodę się siorbie. Jutro jedziemy z 2 lokalesami na Expo – zobaczymy. Aaaa i sami kupiliśmy bilety na pociąg do Hangzhou – dało się, choc uwierzcie nie było proste. Ps. Chińczyków jest jakieś 100 miliardów. I wszyscy Tu! Ps2. Przeprowadzam się tu – Chinki są fajne :-DPs3. Lipek wyrywa wszystkie Chinki na warkoczyki!

Żarełko





Żarełko II – nocne polaków rozmowy