Chiny 2010

Home/Byliśmy/Chiny 2010
Chiny 2010 2016-12-18T22:32:28+00:00

17.09.2010 Lot do Chin

Wstęp – Lot do Chin

Rozdział pierwszy

w którym czytelnik poznaje osoby dramatu, drobne perypetie i przeboje związane z wylotem i ogólnie przelotem a także o tym, że w samolotach KLM’u człek się może najeść.

– Czy ta taksówka wreszcie przyjedzie? – piekliła się Nina. – Przecież się spóźnimy! To niebywałe, nie możemy się spóźnić, nic nie wiemy, mamy tylko te drukowane bilety, nie wiemy jak droga na lotnisko, nie wiemy jak…

– CICHO KOBIETO! – zagrzmiał Lipek. – Nie wyjechaliśmy jeszcze a Ty już siejesz panikę. Usiądź na tyłku i czekaj.

– Ale…

– Nie ma żadnego ALE. Siedź!

Iwona grzebała w plecaku sprawdzając po raz siedemnasty, czy wszystko wzięła. Adam beztrosko sprawdził, czy zapakował pieniądze i kartę kredytową – wszak jak czegoś się zapomni, to zawsze kupić można. Lipek zaś dumał, jak wspaniale będzie za trzy i pół tygodnia, gdy już wróci do domu.

Adam zszedł na dół. Przecież taksówka powinna już być, a Lipki guzdrały się niemiłosiernie, zakładając kolejne majtki, koszule, kurtki, plecaki. Pod domem, tak jak się spodziewał, stała już taksówka. Schowana tak, że wypatrzeć mogło ją tylko oko sprawne i umysł wnikliwy. Podjechać pod okno, aby Nina mogła ją wypatrzeć wydawało się zbyt skomplikowanym zadaniem. Całą czwórka zapakowała się więc do auta i pomknęła ulicami stolicy w stronę Okęcia. Kierowca kluczył, by ominąć korki, dzielił się z pasażerami swoimi opiniami na temat budowniczych stolicy, ich inteligencji i prawości pochodzenia. Podobne zdanie miał o aktualnych planistach i wykonawcach remontów, którzy potrafili tak słodko zorganizować ruch w mieście, że przejazd z jednego końca miasta na drugi był traumatycznym przeżyciem i śnił się jeszcze długo. Aczkolwiek tym razem szczęście sprzyjało zuchwałym i już w niecałą godzinę grupa znalazła się na lotnisku. Do odlotu zostało hoho i jeszcze więcej czasu, więc Lipek triumfował:

– Widzisz? I po co gnaliśmy na złamanie karku? Po co wstawaliśmy skoro świt? Musimy Ninuś przez Twe fanaberie teraz tkwić na lotnisku, jak jacyś bezdomni.

– No ale przecież, jakby coś się stało, to mielibyśmy zapas – słabo broniła się Nina. – Zresztą mam Cię gdzieś, trzeba było spać dalej i samemu jechać!

Dwie godziny przed odlotem zebraliśmy się w sobie i stanęliśmy w kolejce, by oddać bagaż. Kolejka wiła się jak wąż, długa była jak droga do bogactwa a prędkość miała autobusu 511 w porannym szczycie. Czyli w miarę w miarę się przesuwało. Nina z Adamem mieli plecaki po niecałe 10 kg każdy. Lipki, ze względu na to, iż zabrali ze sobą dodatkowe „buty, dresy, piżamę, majtki termoaktywne, garnitur, smoking i płaszcz wyjściowy” mieścili się w okolicach 14 kg. Bohaterowie, po pozbyciu się bagażu, udali się do odpowiedniej bramki. Tam odbyły się standardowe zabawy w wyciąganie wszystkiego z kieszeni, pozbywanie się paska i wszystkiego co da się zdjąć, ale bez obmacywanek się nie obyło. W przypadku Adama piszczał uparcie zamek w spodniach, do odpinania nogawek. Lipek klął pod nosem i zarzekał się, że ostatni raz bierze pasek do podróży samolotem. Nina wyciągała laptopa i machała przed oczami celników. Iwona – Iwona po prostu zdjęła kangurzą torbę i przemaszerowała przez bramkę. Ogólnie przejście na drugą stronę nie sprawiło większych problemów, więc dla zabicia czasu zwiedzali sklepy, z zainteresowaniem oglądając o ile drożej może być na lotnisku to, co można kupić w normalny sklepie… za pół ceny. Okęcie udawało nowoczesny terminal pasażerski, więc bardzo szybko została znaleziona miejsce z napisem „Amsterdam 13:30″. Samolot który stał przy rękawie, wyglądał podobnie do tego, który usiłował lądować w Smoleńsku. Aczkolwiek trza mu przyznać, że posiadał więcej części. W środku okazał się boleśnie niewielki. Miejsca do siedzenia było tyle, że nogi drętwiały już na sam widok przestrzeni przeznaczonej na nie. Był to co prawda Boeing 737-400 ale nazwa jest bardziej dumna od tego, co w środku.188 miejsc dla pasażerów, ale przy 30 metrach długości samolotu i czterech fotelach w rzędzie, dawało miejsca do przewozu średniej wielkości gnomów, a nie osobników rasy ludzkiej. Ale nie było co marudzić.

– Lot do Amsterdamu, to nie wieczność, dwie godziny da się przeżyć – filozoficznie stwierdziła Nina, najmniejsza z całej ekipy. Znaczy taka, co najbardziej gnoma wielkością przypomina.

W samolocie poza napojami, dawano kanapeczki. No smaczne to było pieruńsko. I sok. I orzeszki. Żeby jeszcze można było te nogi rozprostować… Lot minął szybko i raźnym krokiem ekipa powstała ze swoich miejsc. Krew natychmiast wykorzystała okazję i dopłynęła do miejsc, w które w wcześniej nie mogła. Od razu człowiek czuje, że żyje. Jak boli, znaczy, że się żyje. Amsterdam – to lotnisko nie budziło dobrych wspomnień – dwa lata wcześniej cała czwórka spędziła tam noc, lecąc do Indii. To tu uciekł im samolot, to tu zapewne zapodziały się ich bagaże. Dlatego też Amsterdam nie jest najszczęśliwszym lotniskiem, acz dzięki tym wspomnieniom, nie trzeba było mapy, by dotrzeć do bramki wejściowej do kolejnego samolotu. Trzy godziny minęły szybko i zostali zapakowani do kolosa – do Szanghaju leciał bowiem Boeing 747-400 Combi.

– Lipek, słuchaj. To, że on jest combi, to znaczy, że jest dłuższy, czy że może leci z przyczepką – usiłował być zabawny Adam.

– Nie nie, zobacz, on tu na garbie jeszcze ma miejsca, na pięterku – wyjaśniła Nina.

– Aaaaa, to takie buty.

Miejsca w teorii trafiły się świetne – ostatni rząd, w środku – można było bezkarnie się rozkładać. Jedyny problem, to odległość, a raczej jej brak między siedzeniami. Poza tym ostatni rząd nie może do końca rozłożyć siedzonek… taka niespodzianka. Jeśli w poprzednim samolocie miejsca było na średniej wielkości gnoma, to w tym starczało tylko na małego skrzata. I to skrzata, który już do śmietany nasikał, bo takie są mniejsze. Jakieś biedne kobieciny z boku zaczepiły Adama, by coś zrobił.

– Umgh hr hry uhm, plis plis – poprosiła babcia wskazując swój plecaczek znajdujący się na półce.

– Eeeee? – elokwentnie zapytał Adam.

– Book. Ju Book. Mi. Not mi. Szi. – babcia pokazała najpierw na swoją książkę, a następnie na swoją koleżankę.

Adam okazał się mężczyzną w każdym calu. Wiele tych cali nie było, ale nie w tym rzecz. Usiłował ściągnąć plecak, lecz machanie łapkami i krzyki „book book” i gesty wkładania dłoni do worka lub sprawdzania płodności krów były aż nadto jasne. Wygrzebał książkę z przepastnego plecaka, natknąwszy się na jabłko, szalik, pończochy, coś lepkiego i długiego oraz sweterek. Panie okazało się były z Norwegii (Lipek ukradkiem sprawdził im paszporty) i wyglądały na kółko wzajemnej adoracji książki, lub sabat bibliotekarek. Takie miłe staruszki. W samolocie podawano napoje różnorakie, wina piwa soki, herbaty oraz jadła w brud. Brud w sumie też był, ale na podłodze, po jedzeniu, acz uczciwość kronikarska zmusza do napisania, że brud podłogowy czyniony przez chińczyków do pięt nie sięgał syfowi robionemu przez hindusów. Dziesięć godzin mijało szybko i przyjemnie. Nastał czas lądowania i Adam obudził się, zerknął na zegarek i zdechł – minęła dopiero godzina lotu. Bibliotekarki dalej czytały sagę o ludziach lodu, napoje były roznoszone, filmy leciały na ekranach. Druga godzina lotu. Trzecia… Koszmar trwał. Zamknąć oczy, zasnąć, przespać to. Soki trawienne wydzielały się leniwie, rozkładając składniki pokarmowe na substancje proste, przyswajalne przez organizm. Jedyną rzeczą, której człowiek był świadom, to czas. Mijający, upływający. Minuta wlokła się za minutą. Każda minuta składała się z wielkich jak ogry sekund, które wyskakiwały przed oczy, przedstawiały się, wykonywały utwór wokalny lub tańczyły i chowały się. O marnej zresztą choreografii. Sekunda za sekundą. Co jakiś czas, jakiś wredny chochlik przestawiał wskazówki zegarka o pięć minut w tył. Nienawiść do świata pulsowała w skroniach. Po piątej godzinie rozpoczęły się wędrówki ludów, po samolocie. Każdy przechodzący stawiał sobie za punkt honoru trącać ludzi w fotelach, usiłujących spać. Ja nie mogę spać, to wy też nie będziecie! Cierpcie i umierajcie! Piekło było o krok. Po 7 godzinach minęli piekło i posuwali się w głąb. Babcie bibliotekarki miały wielkie zęby i przekrwione oczy. Jedna z nich stanęła przy fotelu Adama i gdy tylko ktoś przechodził, trzaskała go swoją chudą rzycią w twarz.

– Don’t touch me, kurwa please!!!! – po ośmiu godzinach Adam nie wytrzymał i wydarł się na babcię.

Sabat zawrzał, ale mord w jego oczach spowodował, że schowały swe pazury, skuliły się za miotłami i umilkły spłoszone. Lipek odkrył zapasy batoników i napojów, którymi starał się częstować przyjaciół. Ostatnie dwie godziny gehenny upłynęły w miłej i przyjacielskiej atmosferze wzajemnego zrozumienia.

Szanghaj przywitał naszych wędrowców słońcem.

I po burzy czasem nadchodzi piękny dzień…


17.09.2010 Chiny - Shanghai - The Bund

Olaboga!
Jesteśmy! Zaraz otoczą nas całe masy małych skośnych brzydali( męskich) usiłujących wepchnąć nam kiepskiej jakości towary, bądź superhiperlasek, rodem z mangi (oby w wersji kobiecej)!
Niestety.

Tabun z samolotu grzecznie poczłapał do środka budynku lotniska, załatwić formalności. Podreptaliśmy i my. Trochę nam się powpychali przed nas, ale że wszyscy poza Niną jeszcze w miarę kojarzymy poprzedni ustrój, gdzie kolejki były czymś naturalnym, nie daliśmy sobie zbyt w kasze dmuchać. W każdym razie wylądowaliśmy gdzieś około połowy kolejki. W międzyczasie poza kolejką byli przepuszczani rożni ludzie, na zasadzie – strażnik chodził, pokazywał palcem i osoba z kolejki biegła z prędkością nadświetlną ominąć kolejkę i iść do okienka. Nas niestety nie wybrał. Albo stety, nie wiadomo. W każdym razie, stanęliśmy na żółtej linii, odgradzającej nas od państwa środka. A właściwie od kantorka z oficerem imigracyjnym. Całe życie chciałem do Chin wyemigrować normalnie…

Trafiło mi się pierwszemu iść. Oddałem paszport, żółtą karteczkę którą wypisywaliśmy w samolocie ( żółtą… ciekawe czemu, kolejna rzecz żółta…) Oczywiście miły uśmiech na twarzy, Hello My name is bla bla bla… Niestety pani nie była łasa na me wdzięki, co lekko zbiło mnie z tropu, lecz człowiek nie robi się młodszy i przystojniejszy, czas sobie uświadomić, że wszystko przemija…

Pani kazała popatrzeć w monitor. Popatrzyłem w monitor, a na monitorze był obraz z kamery. A, cfaniaki, zapisują moje dane biometryczne i potem po zdigitalizowaniu będę aktorem w jakich chińskich filmach! niedoczekanie! Wykonałem kilka grymasów, a pani chrząkała wyraźnie zadowolona. W międzyczasie Lipek trafił do innej budki i także dokonywał pląsów przed kamerą.
Na szczęście pani o nic więcej nie pytała, oddała paszport i pooooszli.

Z uwagi na to, że te podłe dusigrosze nie chciały jechać Maglevem ( 431km/h) twierdząc, że metrem będzie lepiej bliżej fajniej, to postanowiliśmy poszukać metra. Znaczy ja swoje 1,8 metra mam, ale metra jako kolejki podziemnej. No więc, dla niepoznaki, do metra, czyli kolejki podziemnej, trzeba było iść na pierwsze piętro. To w sumie dość logiczne, prawda? Potem pokonując liczne zakręty i przeszkody dotarliśmy do metra, które było na poziomie ziemi. Człowiek się przyzwyczaił, w Warszawie wszystkie linie metra są pod ziemią, więc tu od razu człowiek był zaskoczony…
Oczywiście spędziliśmy trochę czasu kupując bilet – gdyż tu najpierw wybiera się linię metra, a potem stację docelową.

Biada temu, kto nie sprawdzi wcześniej, jak to metro jeździ…

Plan metra

Instrukcja obsługi biletomatu w metrze
Instrukcja obsługi biletomatu w metrze

Co nas bardziej zaskoczyło? płotek oddzielający tory od peronu. Co jakiś czas miał przerwy, ale ogólnie by wypaść na tory, trzeba by się postarać.
Nadjechało Metro. No i w jakiś magiczny sposób zatrzymało się tak, że drzwi trafiły w te przerwy w płotku. Szaleństwo. Na kolejnych stacjach było jeszcze lepiej, całość była oddzielona taflą PCV i drzwi otwierały się, jak już metro stanęło i

otworzyło drzwi – absolutnie nie ma możliwości wypadku.

Sposób, w jaki trzeba wchodzić do wagonów metra

Wsiedliśmy, ludzi za dużo nie było, tak więc nawet miejsca siedzące mieliśmy. w Sumie miłe i fajne te Chiny. Metro ruszyło po szynach ospale. Znaczy tak gdzieś ze dwa razy tak szybko jak nasze metro.

Iwona i Grzesiek

Ninuś i Adaś

Opuściliśmy gościnne lotnisko i rozpoczęliśmy drogę w stronę centrum. Metro było napowietrzne, więc można było oglądać więcej niż tylko nornice, dżdżownice i inne krety.

Widok za oknem metra – w drodze z lotniska

Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy. Trafiliśmy pod ziemię. Znaczy żyjemy, ale wjechaliśmy pod ziemię. I skończyły się widoki. na szczęście pojawiło się spore grono współpasażerów, którzy oglądali nas, a my, w ramach odwetu, oglądaliśmy ich. W pewnej chwili wszyscy przygotowali się do wyjścia. Drzwi się otworzyły i wszyscy zaczęli ewakuację wagonika. Uznaliśmy, ze pewnie jakaś fabryka, czy coś, a przed nami jeszcze na tej linii z 10 przystanków jak nie lepiej, więc siedzimy dalej. Podeszła do nas jakaś staruszka i pokazuje, żebyśmy wyszli. jasne. My wstaniemy a ona nas podsiądzie. Co prawda wagonik opustoszał, ale jednak…
Coś zaczęliśmy mieć złe przeczucia. Zza szyby jacyś ludzie nam machali i po Chińsku coś pokrzykiwali gardłowo. Nie, nie, dziękuje, nie jestem głodny, nie chce zupki. Będą nas nagabywać, phi. Drzwi się zamknęły i metro pomknęło dalej.
Z tym, że nastąpił pewien zgrzyt. Metro pomknęło, ale z powrotem, w stronę lotniska. Po dokładnym zbadaniu planu metra, stacja na której właśnie byliśmy, oznaczona była dużym kołem. Teraz zrozumieliśmy, że to oznaczało, że powinniśmy się przesiąść – wysiąść z tego wagonika i udać się na tym samym peronie, ale po drugiej stronie, do drugiego. Tak wyjechaliśmy z tunelu, dojechaliśmy na stacje, wysiedliśmy, przeszliśmy na drugą stronę, poczekaliśmy na wagonik i pojechaliśmy. Na stacji nam pokazywali wyjście, ale już będąc światowcami, pokazaliśmy że wiemy, że ok. że dziękujemy. Znaczy, że wtedy nie chcieli nam sprzedać zupek chińskich, tylko chcieli nam pomóc. Ot, jaki uczynny naród. Przesiedliśmy się i pojechaliśmy dalej. Niestety Lipek doznał ataku głupawki.

Lipek z objawami głupawki turystycznej

Przesiedliśmy się jeszcze raz, tym razem do innej linii metra i już bez większych niespodzianek dojechaliśmy do stacji, przy której znajdował się hostel. Wychodząc, automat zżera bilety i dopiero wtedy wypuszcza z dworca, więc przydaje się pilnować bilet. Po wyjściu na powierzchnię pierwszym skojarzeniem było – o rany, znów jesteśmy w Indiach. Budynki w nie najlepszym stanie, masa brudnych motorów, ogromny ruch na drodze. jedyną różnica była hen w górze, nitka autostrady. Mieliśmy wydrukowaną mapkę jak dotrzeć z dworca do hostelu, ale od razu okazało się, że faktycznie Chińczycy z kartografią są na bakier… W każdym razie ustaliliśmy z grubsza kierunek i poszliśmy raźnym krokiem, spływając potem. Minęliśmy wielka klinikę walki z bezpłodnością, przeszliśmy jeszcze z pół kilometra i tknęło nas, że to miało być blisko.

Sen szalonego elektryka - mniej tego niż w Indiach, ale jednak dość często spotykany widok

Sen szalonego elektryka – mniej tego niż w Indiach, ale jednak dość często spotykany widok

Przeanalizowaliśmy mapkę i uznaliśmy, że ta mała uliczka pół kilometra wcześniej, to było miejsce, gdzie trzeba było skręcić. Pełni szczęścia i w permanentnie spoceni dotarliśmy do uliczki, skręciliśmy w nią i powlekliśmy się w dal. Minęła nas młoda europejska parka, od której się dowiedzieliśmy, że idziemy dobrze – 300 metrów dalej trafiliśmy na hostel. A nazwa jego brzmiała Blue Mountain HongQiao Youth Hostel

Algida

W recepcji powiedzieliśmy kim jesteśmy, dowiedzieliśmy się, że są zarezerwowane dla nas miejsca, ale niestety zmieniła się cena pokoju, za co przepraszają. No normalnie jak w Indiach. na same dzień dobry też chcieli nas &*^%^ z kasy. Już się bojowo nastawiliśmy, że do jasnej anielki zarezerwowaliśmy po takiej cenie i będziemy się awanturować ( tak, a co, popolaczkujemy sobie). Na szczęście zanim się zaczęliśmy awanturować, okazało się, że cena jest niższa. No, jak tak, to awanturować się nie będziemy, trzeba pokazać się z jak najlepszej strony, swoją ogładę, cywilizację itp. Dostaliśmy kartę do pokoju i raźno podreptaliśmy na górę. tam zalegliśmy na łóżkach, a w wolnych chwilach zwiedzaliśmy łazienkę, udając się pod prysznic, by zmyć z siebie pył codzienności. Mi najbardziej podołał się zapach mydła pod prysznic. Ech…

Śpiąca królewna. znaczy Lipek

Porządek w wersji alternatywnej. Ale jak widać, warunki noclegowe całkiem dobre

Ubikacja z łazienką. W porównaniu do warunków w Indiach, przeżyliśmy miłe rozczarowanie

Prysznic – nie tak źle, jak się spodziewaliśmy. I była gorąca woda!

Po pewnym czasie niestety zostaliśmy przez nasze cerbery płci żeńskiej doprowadzeni do przytomności, że dziś będziemy zwiedzać The Bund. Bezdyskusyjnie, teraz natychmiast. Co jak postanowiły, tak niestety uczyniliśmy. A świat mógłby być taki piękny, oglądany z objęć Morfeusza…

Podróż metrem mamy już opanowaną, więc nie było problemów. Dopiero po dotarciu na miejsce problemy wystąpiły. Problem był z naszymi szczekami, które po wyjściu z metra na powierzchnię, opadły nam i poturlały się radośnie w bok. Pierwsze co się rzuca w oczy, to wysokie, niebotyczne budynki, miliony kolorowych, świecących reklami i miliony Chińczyków przechadzające się deptakiem.

Po wyjściu z metra

My tu byli, czyli obowiązkowa fotka

Neony otaczają mnie…

Byliśmy oczarowani.  Wszędzie coś się działo. Człowiek miał problem, bo nie był w stanie patrzeć we wszystkie strony.

Zaraz po wyjściu z metra

 

Jeden z budynków

Przy okazji, dowiedzieliśmy się, że deptak nazywa się Nanjing Road, a The Bund to nabrzeże  – więc udaliśmy się w jego kierunku. Robiło się coraz ciemniej, a ludzi nie ubywało. Za to coraz bardziej było widać neony. Zastanawialiśmy się,  jak jest koszt oświetlenia czegoś takiego – ale po milionie dolarów nam się rachunki pomyliły.

Oczywiście trzeba było ustalić w którą stronę jest ten Bund i gdzie jesteśmy. Ustaliwszy, z której strony wieje wiatr, gdzie jest północ i takie tam ( od północnej strony mech rośnie, jakby ktoś nie wiedział…) zerkneliśmy w nasz Looney Planet na mapkę i uznaliśmy – TAM! w strone McDonalda!

McDonalds – a jak!

Szliśmy, mijaliśmy ludzi, morze ludzi.  Wtem do naszych uszu dobiegł dźwięk trzeszczącego na maksymalnej głośności magnetofonu. Po paru krokach, oczom naszym ukazał się następujący widok

Taniec na środku ulicy

Na środku chodnika, grupa ludzi tańczyła, w rytm dzwieków wydobywających się z plastikowej myśli chińskiej techniki magnetofonem zwanej. czasem dołączali do nich przechodnie i po jakimś czasie już cały tłumek tańczył. jakby nie patrzeć, dość oryginalne i egzotyczne dla nas zachowanie – w podobnej sytuacji na polskiej ulicy spotkaliby się z wrogimi spojrzeniami, ewentualnie marudzeniem, że przejść nie można.

Ulicami tego miasta mknę…

Ulica dość długa jest, więc idąc nią można się lekko zmęczyć, ale w końcu jesteśmy turystami, backpackersami i innymi takimi, więc niewygody mamy we krwi(albo powinniśmy). Dzielnie tupaliśmy do przodu chłonąc Chiny wszelkimi porami ciała. Na szczęście było już chłodniej, więc tymi samymi porami nie oddawaliśmy naszego europejaskiego klimatu za dużo…

The Bund

Tak… doszliśmy.

Na końcu Nanjing Road krzyżuje się z szeroką ulicą, którą jest właśnie Bund… 1,5 km nabrzeża, z oświetlonymi budynkami w kolonialnym klimacie.

The Bund – widok od strony rzeki

The Bund - widok od strony rzeki

The Bund – widok od strony rzeki

The Bund - widok od strony rzeki

The Bund – widok od strony rzeki

Po dojściu tam, nasze oczy zrobiły się wielkości banknotów 100Y… Do tej pory myśleliśmy, że było ciasno,  że widzieliśmy tłumy Chińczyków. Nie. Dopiero to, co kłębiło się w tym miejscu można określić mianem DUŻO. Wejść na schody wiodące na promenadę było wyzwaniem. Posiłkując się godnością osobistą (nisko i łokciami) udało nam się wejść na promenadę. ukazał nam się widok… nie, wróć. Ukazał nam się WIDOK:

Widok na Pudong
Widok na Pudong

Widok na Pudong

Widok na Pudong – Oriental Pearl Tower

Widok na Pudong

Widok na Pudong

Udało nam się po jakimś czasie dobić do barierek, żeby w kadr nie wchodziły tysiące chińskich główek, a zaręczam – nie było to łatwe. nasyciliśmy się widokiem i postanowiliśmy iść dalej. Po przejściu może z 70, może maksymalnie 100 metrów kolejne zaskoczenie. Tłum się skończył. Tłum kłębił się tylko na wyjściu z Nanjing Road  i w promieniu parudziesięciu metrów uniemożliwiał poruszanie, a dalej było, oczywiście jak na Chiny, względnie pusto. Po raz kolejny okazało się, że Chińczycy, to istoty stadne – gdy jeden się zatrzyma, za chwilę pojawia się tłum.

The Bund

Nagle krzyk pisk w naszych okolicach. Dwie nastoletnie Chinki dostrzegły fryzurę Lipka. Dwa warkoczyki spowodowały, że aż przysiadały z radości, szczęścia podniecenia i innych zachwytów. Zaczęły robić Grześkowi miliony zdjęć, z przodu, z profilu, z przodoprofilu, z przodolewegoprofilu z kucykiem, z przodoprawegoprofilu z kucykiem i takie tam. Niczego nieświadom Lipek oglądał sobie widok na Pudong w najlepsze, gdy jednak któreś z dziewczątek zebrało się na odwagę i poprosiło o możliwość zrobienia sobie zdjęcia z Nim. Szczęściem Grzesiowi się Chinka spodobała i raźno przystąpił do obłapiania… znaczy do pozowania z Nią, oczywiście Grzesiu, pozowania (wszak Iwona to może przeczytać i po co masz mieć w domu problemy…)

Lipek gwiazdą ekranu

Lipek z małym chińskim kłębkiem szczęścia

Posiedzieliśmy sobie na jednej z licznych ławeczek,  aż nagle dotarło do nas,  że ten dzwięk który słyszymy, to nie mruczenie kota… to burcza nam brzuchy… Głód pojawił się znienacka.

Jakieś światełka. Lipek postanowił je złapać. Zbierz je wszystkie…

Nienacek się nie pojawił. Postanowiliśmy wracać w stronę stacji metra. Tam coś się znajdzie. Po drodze spotkaliśmy jeszcze sesje zdjęciowe młodych par – dziewczątka ubrane w czerwień

Para młoda w czasie wieczornej sesji zdjęciowej

para młoda

Ponownie para młoda – tym razem widać więcej.

W sumie ze dwie czy trzy takie parki widzieliśmy – jak zwykle hurtem…

Wracając okazało się, że powoli wszystkie lokale są zamykane – a jeszcze wcześnie było. Chyba nawet 21 nie było… na nasze szczęście idąc drogą, nieustraszony tropiciel dzikiego pokarmu, czyli ja we własnej osobie, hen hen po drugiej stronie wypatrzyłem jadłodajnie. Znaczy Nina wypatrzyła inną, ale były tam kurze łapki i inne smakowite rzeczy, a jakoś nie było chętnego na sprawdzenie, czy i na jak długo jest to jadalne. Wielki neon z napisem YON HO zapraszał do środka. Weszliśmy. taki McDonalds, tylko wszystko po chińsku. No i nie było kanapek i innych rzeczy tylko chińskie dania.

Restauracja Yon Ho

Front restauracji Yon Ho. W tuchtońskim mniemaniu jest to fast food. W naszym – bardzo orientalny przybytek, idealny na pierwszy kontakt.

Dziewczyny, jako bardziej wybredne, wdały się w dyskusję z obsługą. Zresztą dyskusja nie była jakaś zaawansowana. Na wszelkie usiłowania zagadania, pani wskazywała na zeszyt, gdzie ktoś narysował chińskie znaczki a obok  – angielska nazwę. Więc dziewczyny zabrały się za studiowanie menu. Lipek zdał się na mnie z zakupem. Dylematu nie było jakiegoś wielkiego – poprosiłem żonę, żeby pokazała pani, że chcemy to duże w talerzu, co na plakacie wisiało i to drugie co wisiało obok – wyglądało najrozsądniej. No i mleko sojowe też byśmy chcieli. Po spełnieniu swojego obywatelskiego, męskiego obowiązku zdecydowania, co się zje, usiedliśmy z Lipkiem przy stoliku. Dziewczyny usiłowały jeszcze przez dobre pięć minut coś wybierać, ale w końcu pokazały palcem, pani pokręciła głową więc zdały się na panią. Znaczy wybrały coś, ale jakoś bez przekonania.

Mleko sojowe

No i dostaliśmy…

Lipek dostał coś łatwego na początek. Mięso, warzywa, sos. Łatwo zapoznał się z obsługą pałeczek i dał sobie radę.

Dziewczyny wybierając z menu po angielsku nie do końca wiedziały, co dostaną, Dostały zupę z pulpecikami. To oznacza, że tłumaczenie z chińskiego na angielski, które restauracja miała w zeszyciku, nie było do końca poprawne…

Nina z zupą. Wybrała łatwiejszą drogę – łyżeczką jak przedszkolak

Zupe jemy pałeczkami. Iwona pomagała sobie łyżką, ale daje sobie radę.

Zupa Adama w całej okazałości. Co chciałem to dostałem. To własnie jest zaleta pokazywania palcem i mówienia „To! to chcę!”

O dziwo było to nawet smaczne i nawet dało się zjeść pałeczkami. Tak tak. Zupę je się pałeczkami. Znaczy pałeczkami wybiera się kąski a potem wysiorbuje się zupkę. Kwestia przyzwyczajenia – można szybko się nauczyć. Szczególnie jak człowiek jest głodny…

Następnie jak grzeczne przedszkolaki po dobranocce pojechaliśmy do hostelu i poszliśmy spać…

Twardy jestem. Zjadłem zupę bez użycia łyżki. Wszystkie kawałki twarde łapie się pałeczkami, a zupę "wysiorbuje"

Twardy jestem. Zjadłem zupę bez użycia łyżki. Wszystkie kawałki twarde łapie się pałeczkami, a zupę „wysiorbuje”


17-18.09.2010 Shanghai - Notatka z drogi

Żyjemy.

Dolecieliśmy bez problemów. Wczoraj po zameldowaniu w hotelu, który jest nie dość, że czysty, to jeszcze fajny, pojechaliśmy oglądać Bund czy coś tam. Potem mnie poprawiać będą.
Naprawdę, magiczne miejsce… miliardy ludzi, świateł… takie nasze Krupówki *10^1341.

jak pisala Annie – the Bund.
Lipek

No i 10 linii metra.

A propos metra, instrukcje hotelu i koleżanki Chinki byly proste: po wylądowaniu idziecie do metra, linia nr 2, bez przesiadek wysiadacie na stacji Beixinjin. Nie można się zgubić… Nie? Mozna! W Szanghaju można. Siedzimy sobie, jedziemy grzecznie linia nr 2 na drugi koniec miasta… Ludzie wsiadaja i wysiadaja… Ale nagle wysiedli wszyscy. Jedna starsza Chinka nawet się wrocila i na migi pokazuje nam, że też mamy wysiąść. Ale gdzie tam, my przecież wiemy gdzie jedziemy! Nasza stacja jest za 20 przystanków. Po chwili wpadają tabuny nowych malych zoltych walczac na smierc i zycie o miejsca siedziace (doslownie!). My tymczasem spokojnie sobie siedzimy i obserwujemy ta walke z usmiechem na twarzy. Miny nam rzedna i to powaznie, gdy metro rusza. Jedzie… w druga strone! Do lotniska! Byla to stacja przesiadkowa, trzeba było zmienic na sasiedni tor… Na szczescie dalismy sobie szybko z tym rade i po chwili bylismy na wlasciwym kursie bogatsi o nowe doswiadczenia. Moral jest taki: zawsze miej się na bacznosci i nie daj się zwiesc pozorom ;-).
Lipek

Wczoraj byliśmy maksymalnie objedzeni po kolacji w samolocie, więc zjedliśmy dopiero wieczorem. Oczywiście w knajpie dla lokalesów. Co prawda w miarę w centrum, więc taka bardziej jak KFC, ale po angielsku ni w ząb, w zeszycie mieli zapisane tłumaczenia na angielski ale i tak dziewczyny zamówiły coś innego, niż dostały. Ja Lipkowi i sobie zamówiłem na prostej zasadzie – to na niebieskim tle, to wyżej dla mnie, to niżej dla Ciebie 😀 I wyszliśmy na tym dobrze. Ogólnie smakowało nam. A, i zamówiliśmy sobie do picia mleko sojowe, ale chyba taka nasza bawarka – herbata z mlekiem sojowym.

O 22 wrócilismy do hotelu.

Dziś rano zwlekliśmy się o 11 z hotelu i poszliśmy na lokalne zarcie. Zresztą nie ma co pisać, że lokalne, bo innego nie chcemy. Fajne, bo tam nawet nie było po angielsku 🙂 i na podobnej zasadzie zamówione. Dostałem zupe… No chyba zupę. Konsystencja była taka, jakby ktoś budyń polał 1/3 szklanki tłuszczu – ale smaczne ;-). Dziewczyny zamówiły sobie pierogi lokalne a Grześkowi zamówiem rosołek.

Potem pojechaliśmy do ogrodów YuYang. Fajne, mało miejsca, fajny koloryt… Takie w sumie bardziej jak japońskie, ale to może zboczenie z japońskich filmów. Nastepnie pojechaliśmy do centrum, wjechaliśmy na 88 piętro i ogladaliśmy Szanghaj. Fajnie, tylko jak na +- 40 pln za to, to lekko drogo… Ale co tam raz się ma wakacje…

Wracajac znaleźliśmy grilla na powietrzu i na patyczki nadziane różne cusie do jedzenia, owoce, ryby mięso… Lipki tam pozamawiały, my poszliśmy kawałek dalej i weszliśmy do knajpki gdzie dostaje się koszyczek i wybiera różne produkty. Potem podliczają to i gotują we wspólnym garnku i dają w misce.

Oczywiście z pałeczkami, żeby nie było. Koloryt maksymalny – w takiej typowej lokalnej knajpie, gdzie białego nie widzieli chyba od dawna 🙂 no i po piwie na łebka.

Smaczne było wszystko.

A i Pałeczkami nawet ja się nauczyłem jeść. Da się jeść, nawet zupę. Znaczy makaron i inne takie pałeczkami a wodę się siorbie.

Jutro jedziemy z 2 lokalesami na Expo – zobaczymy.

Aaaa i sami kupiliśmy bilety na pociąg do Hangzhou – dało się, choc uwierzcie nie było proste.

Ps. Chińczyków jest jakieś 100 miliardów. I wszyscy Tu!

Ps2. Przeprowadzam się tu – Chinki są fajne 😀

Ps3. Lipek wyrywa wszystkie Chinki na warkoczyki!

edycja Lipek – korekta literówek i drobne poprawki.
Lipek

2010_09_17_19_04_40_Adam


18.09.2010 Chiny - Shanghai - Ogrody Yuyuan i Pudong

Dzień II Ogrody Yuyuan i Pudong

Dziś rano zwlekliśmy się o 11 z hotelu i poszliśmy na lokalne zarcie. Zresztą nie ma co pisać, że lokalne, bo innego nie chcemy. Fajne, bo tam nawet nie było po angielsku :-) i na podobnej zasadzie zamówione. Dostałem zupę… No chyba zupę. Konsystencja była taka, jakby ktoś budyń polał 1/3 szklanki tłuszczu do tego dodał jakieś skwareczki i szczypiorek – ale smaczne ;-) .Przynajmniej mniej więcej. No może smaczne to lekka przesada, zjadliwe i egzotyczne, to na 100% .

Budyń polany tłuszczem, skwareczki i szczypiorek. Nie jest to śniadanie kontynentalne

Moje śniadanie. Sukces, bo nie usiłowało uciekać z miseczki.

Dziewczyny zamówiły sobie pierogi lokalne. Nie były w stanie dogadać się z obsługą, więc nie wiedziały, ile zamówiły, nie wiedziały do końca co zamówiły. I własnie przecież o to chodzi. W rezultacie, dostały jeden talerz z ośmioma pierożkami, pałeczki i miseczkę do maczania z dziwnym sojowo-sezamowym sosem. Pierożki smakowały, ale jednak stwierdziły, że cztery pierożki na 2 cycki (albo jedną głowę) to trochę mało.

Pierożek pierożek, nadziałem go na rożek..

Porcja pierożków na dwie kobiety

Porcja pierożków na dwie kobiety

Grześkowi zamówiem rosołek. Wyglądał w sumie najbezpieczniej, a skoro mi zaufał, nie chciałem pokładanego we mnie zaufania zawieść.

Rosołek z pierożkami. W sumie Lipka śniadanie było chyba najsmaczniejsze.

Napasieni egzotycznym jedzeniem, zebraliśmy się w stronę metra. Plan był prosty. OgrodyYuyuan. Łatwiej zaplanować niż zrobić, ale skoro jest metro, są mapki, to w sumie po ustaleniu w którą stronę jechać metrem (opinie były różne) wyszliśmy na powierzchnię ziemi. I tu nastała pewna zgryzota i problem. W która stronę iść. Po ustaleniu północy po mchu na budynku (a może była to pozycja słońca? nie pamiętam) i wykręceniu przewodnika do góry nogami zapadła decyzja, by udać się za tłumem Chińczyków. Po drodze spotkaliśmy danie obiadowe, to znaczy kota dokarmianego przez turystów. Oznaczałoby to, że jednak koty mogą swobodnie biegać po ulicach i nie są od razy łapane i na miejscu jedzone. kamień z serca, bo jednak i Lipki i my jesteśmy w posiadaniu kotów, więc jednak to jakaś ulga… (jesteśmy w posiadaniu kota, gdyż nie posiada się kota, tylko kot łaskawie zezwala na przebywanie w swoim towarzystwie…)

II śniadanko

Wystraszone II śniadanko.

Wystraszone II śniadanko.

Poszliśmy dalej, idąc za tłumem, ulegając jego falowaniu i zastanawiając się, czy słońce zabije nas przed dotarciem do celu, czy już na miejscu. W sumie po wyjściu z metra droga była cały czas prosto. na pierwszych światłach już było widać po prawej stronie “stare miasto” – i tam należało skręcić. Tak więc jakby ktoś tam chciał trafić, to już teraz będzie miał łatwiej, niż my.

O, przy tym budynku idąc od metra skręcamy w prawo, idziemy ze 300 metrów i zagłębiamy się w uliczki „starego miasta” – i jesteśmy przy ogrodach Yuyuan

Przedzierając się przez wąskie i pełne ludzi uliczki trafiamy na wejście do ogrodów Yuyuan. Wejście 40Y od osoby, kolejka nawet niewielka, jak na chińskie standardy, w kolejce kilka europejsko wyglądających osób. Kupujemy bilety i wchodzimy do środka przez bramę.

Okienko z biletami do ogrodów

W wejściu już był tłok, gdyż wszyscy musieli sobie zrobić zdjęcie w wejściu, zdjęcie z kamieniem, zdjęcie z palcami w V, zdjęcie z palcami w V podniesionymi do góry zdjęcie z… AAArgh… dziewuchy bezczelnie przepchały się do kamienia i zarządały tam zdjęcia. Oni mogą, to my też chcemy! natychmiast robić fotkę! Raz!

Zdjęcie przy kamieniu. W sumie nie wiem jak to zrobiłem, że tak pusto jest, chyba Lipek ludzi odganiał.

Błądziliśmy dość długo wąskimi alejkami między pawilonami. Od razu taka uwaga. Ogród w chińskiej wersji nie wygląda jak to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Alejki nie są chodniczkami jak się przyzwyczailiśmy, tylko otoczonymi murem połączeniami między budynkami, gdzieniegdzie wychodzi się tylko na otwarta przestrzeń, gdzie równie wiele jest zieleni, jak kamieni…

Pagódka nad wódką

Gdzieniegdzie pojawiają się okna, by podziwiać szalejącą roślinność

Kamienne mostki, kamień, kamień, głazy. Ogród…

Tak właśnie wyglądają ogrodowe alejki

A tak dziewczątka usiłowały się przepychać. I widać, że od razu zrobił się zator

Dwaj „mistrzowie” wschodnich sztuk walki pozowali do zdjęć

Mostek z zakrętami

Wizyta w muzeum

Meble wyglądają genialnie. Ale nie wiadomo, jak z wygodą.

Altanka, by w zadumie spędzić najcieplejsze godziny dnia

Iwona nie chciała naśladować ostatniego znaku… Ciekaw jestem czemu.

Ponownie łamany mostek

W razie klęski głodu, będzie co jeść

Wejście do ogrodów. Jam jest na zdjęciu nawet.

Sławna herbaciarnia ma mostku 9 zakrętów

Ta sama herbaciarnia, od przodu

Widok od wejścia do najsławniejszej herbaciarni

Czas przepchnąć się w kierunku metra

W metrze

Otwieracz do butelek

Wieża telewizyjna, pod słońce

Pod tym budynkiem jest stacja metra

Prawie jak Warszawa…

Pudong

RE-WE-LA-CYJ-NE soki

Widok z 88 piętra

Widok do “studni” – robi wrażenie…

Widok z 88 piętra

Fajne, mało miejsca, fajny koloryt… Takie w sumie bardziej jak japońskie, ale to może zboczenie z japońskich filmów. Nastepnie pojechaliśmy do centrum, wjechaliśmy na 88 piętro i ogladaliśmy Szanghaj. Fajnie, tylko jak na +- 40 pln za to, to lekko drogo… Ale co tam raz się ma wakacje… Wracajac znaleźliśmy grilla na powietrzu i na patyczki nadziane różne cusie do jedzenia, owoce, ryby mięso… Lipki tam pozamawiały, my poszliśmy kawałek dalej i weszliśmy do knajpki gdzie dostaje się koszyczek i wybiera różne produkty. Potem podliczają to i gotują we wspólnym garnku i dają w misce. Oczywiście z pałeczkami, żeby nie było. Koloryt maksymalny – w takiej typowej lokalnej knajpie, gdzie białego nie widzieli chyba od dawna :-) no i po piwie na łebka. Smaczne było wszystko. A i Pałeczkami nawet ja się nauczyłem jeść. Da się jeść, nawet zupę. Znaczy makaron i inne takie pałeczkami a wodę się siorbie. Jutro jedziemy z 2 lokalesami na Expo – zobaczymy. Aaaa i sami kupiliśmy bilety na pociąg do Hangzhou – dało się, choc uwierzcie nie było proste. Ps. Chińczyków jest jakieś 100 miliardów. I wszyscy Tu! Ps2. Przeprowadzam się tu – Chinki są fajne :-DPs3. Lipek wyrywa wszystkie Chinki na warkoczyki!

Żarełko





Żarełko II – nocne polaków rozmowy


19.09.2010 – dzień III Shanghai - EXPO

Żyjemy dalej.

Właśnie wróciliśmy z całodniowego zwiedzania Expo. Byliśmy w pawilonie polskim, holenderskim i chińskim. Oprowadzali nas Chinka z czildem i Chin z czildem – od Lipka z pracy. Bardzo fajnie, ale nogi mi się starły do kolan. Expo jest OGROMNE. Nie mam sił na więcej pisania – jutro wylatujemy do Hangzhou nad jezioro J

PS. Kupie mało używane nogi…

Dobra, nie dało się wysłać wczoraj, więc dziś jadąc do Hangzhou wypasionym pociągiem kurpiowska strzała, wyglądającym jak PKP za jakieś 1500 lat mogę dopisać różne rzeczy.

Dzień wcześniej Lipek ustalił z czikulinką Ani, że spotykamy się o 8:30. Znaczy przestawił to na 9, bo uznał, że nie jesteśmy w stanie wstać o 7. I tak kupiliśmy sniadanie dzień wczesniej, by w miarę się wyrobić. Pobieglismy do metra, wsiedliśmy, podjechaliśmy z jedną stacje i nagle światło w metrze wyłączyli i wszyscy wyszli. I pokazuja nam, żeby wyjść… Nauczeni doświadczeniem dnia pierwszego, kiedy po takim manewrze metro pojechało z nami w druga stronę, postanowiliśmy natychmiast wysiąść. I faktycznie, wagon zaczał być sprzątany i pojechał dalej bez ludzi, a my czekaliśmy na kolejny pociąg. Dlatego tez mieliśmy wymówkę, dlaczego się spóźniamy.

Wysiedliśmy na dworcu metra lotnisko jakieś tam, nie pudong tylko to drugie. Za barierkami czekala na nas Ani wraz z córką – jakkolwiek by się nie nazywała, jej Nickname był Mala Rybka. Przywitaliśmy się, daliśmy prezenty – Ani dostała srebrny z bursztynem, taki ladny nawet, czild dostał misia ubranego w polską flagę i puzzle z widokiem gdańska. Dziewczyny dostały w zamian wachlarze – naprawdę ładne! Mielismy się jeszcze spotkać ze specjalistą od Unixa z RA ( Lipkofirmy) Jud’em. Okazało się, że Jud jes wolontariuszem na EXPO, więc może nas oprowadzić. Ani została poinformowana, że możemy autobusem pojechac na Expo, więc poszliśmy na dworzec autobusowy. Pytała się o droge każdego napotkanego mundurowego, ale i tak okazało się, że wyszliśmy nie tam, gdzie trzeba. Trzeba było wracać na dół i przejść/przejechac do kolejnej stacji metra i tam zapakowac się w autobus. Postanowiliśmy przejść się – cały czas droga wiodła pod budynkiem lotniska – korytarzami długości ze 400m każdy, szliśmy jakies 15 minut – więc całkiem spory kawałek – to daje obraz ogromu budynku. Potem odczekaliśmy prawie godzinę na autobus i pojechaliśmy na EXPO – bilet na autobus, dla lokalesów 2Y, dla nas po 5Y. może dlatego, że więksi jesteśmy J.

Autobus przez Szanghaj jechał dobre 40 minut, obwodnicami, drogmami po 4 pasy… i innymi… Skrzyżowania były 3-4 poziomowe… Cywilizacja… Ale co się dziwic, 17mln mieszkańców, 10 linii metra.

Przed budynkami EXPO spotkaliśmy Jud też z dzieckiem. Jud, to nickname męski, żeby nie było. Dostaliśmy od Niego wejściówki na EXPO – na każdej było napisane 160Y… to jakieś 80 pln… kupa pieniędzy! Chcielismy im oddac, ale powiedzieli, że oni jakąś pule dostają, na rodzine czy jakoś tak, i mamy nie oddawac – nie jesteśmy za bardzo do tego przekonani, mamy bardziej wrażenie, że nawet jeśli tak jest, to musieli tych Ordzin kilka obrabować.

Na EXPO wchodzi dziennie jakieś 0,5mln ludzi. Przy okazji wiemy jak wygląda napis ludzia po chińsku – taki jak ludzik bez główki i rączek J.

Wchodzimy i zoonk – prezent dla meża Ani – żubrówka jest u nas w plecaku, a na wejściu kontrola – kompletnie nie pomyśleliśmy o tym. Dokładna kontrola – prześwietlenia, obmacywanie itp. Lipkowi kazali napic się wody, którą miał, a do Niny przyczepili się o wódkę. Nie wiedzieli co to jest. Wyjasniliśmy Ani, że to prezent dla Jej meża, że nie pomyśleliśmy itp. W pierwszej chwili tez nie załapała, co to jest – myślała, że jakiś specjalny olejek albo coś w tym guście. W każdym razie stanęło na tym, że nie wyrzucamy wódki, tylko Ani wyniosła ją i zostawiła w okolicznym sklepie.

I TERAZ COŚ, CO TRZEBA NAPISAC CAPSEM. IDZIEMY DO EXPO I MAŁA RYBKA WYRZUCIŁA MISIA ZA BARIERKI. ANI WRÓCIŁA SIĘ KAWAŁEK, MILICJANCI PRZEPUŚCILI JĄ ZA BARIERKI I PODBIEGŁA DO MISIA. PATRZYMY, A OBOK MISIA LEŻY 10Y – JAKIEŚ 5PLN. W PAPIERKU. MOWIMY, ŻE TAM LEŻĄ PIENĄDZE. COŚ ODPOWIEDZIAŁA I POSZŁA. GDY DO NAS WRÓCIŁA, MÓWIMY, ŻE TAM PIENIADZE LEZAŁY, CZEMU NIE WZIĘŁA. „TO NIE MOJE PIENIADZE PRZECIEŻ” ODPOWIEDZIAŁA. OPADŁY MAM SZCZĘKI I JESZCZE DŁUGO CIĄGNĘŁY SIĘ PO ZIEMI. DLA NIEJ BYŁO TO TAKIE NATURALNE, ŻE JAK NIE JEJ, TO NIE RUSZA.

W każdym razie Ani pobiegła z wódka, a my z Jud i 2 dzieciaków weszliśmy na teren EXPO. Lipek chciał nam zaimponować, i zaprosił nas na teren targów w Katowicach, że spory jest itp. Jakąś godzine później usłyszałem – „pamiętasz co Ci mówiłem o naszych targach? Tak? To zapomnij co mówiem. Nasze targi zmieszczą się w tym budynku co jest przed nami”

Przy automatach z napojami spotkaliśmy polaka, pomogliśmy z obsługa – Jego automat nie chciał przyjmować generałów – jak mówimy na ichnie banknoty, z uwagi na ich zawartość. Następnie gdy Ani przyszła, poszliśmy do sali widowiskowiej – futurystycznego spodka, w środku którego zmiesciłby się ten katowicki. Weszliśmy do środka, przespacerowaliśmy się na góre, by z tarasu widokowego biegnącego dookoła, oglądac panoramę. Nastepnie zapytali nas, czy jesteśmy głodni. Nie byliśmy, ale ustaliliśmy, że idziemy się czegos napić i jakies przekąski wciamać. Gorąc niemiłosierny, 33 stopnie. Zaprowadzili nas do starbucksa – my nawet w domu nie bywamy w takich lokalach, uwazając, że jest za drogi na normalnego ludzia… Ale nie dość,że nas zaprowadzili, mimo iż dla Nich pewnie było drożej, niż dla nas, to jeszcze chcieli za nas zapłacić! Makabra! Strasznie źle byśmy się z tego powodu czuli, więc udało nam się wynegocjować, że każdy kupuje sobie to, co chce – my kupiliśmy sobie frapuciono , z lodem, kawowe – mniam mniam i muf inki z blackberry i czekoladową, a Lipki frapuczino waniliowe, mufinkę i ciacho.. Oni 94, my 90Y. Posiedzieliśmy odpoczęliśmy i poszliśmy dalej

Dalej poszliśmy do eklektrycznego autobusu i pojechaliśmy w stronę europejskich pawilonów.

Tak samo tłoczno, przy wejściu do pawilonów ogromne kolejki – do polskiego stosunkowo niedługa – ponoć 40 minut oczekiwania – do chińskiego są limity po 30k dziennie, a np. do angielskiego kolejka jest na 3h. Stojąc w kolejce, słuchająć Chopina, Lipek stwierdził, że jest dumny, że tylu ludzi stoi w kolejce, czekając na wejście do naszego pawilonu, by zobaczyć coś o naszym kraju. Pawilon nie jest jakiś okazały, ale bardzo ładny – wygląda jak przykryty wycinanką łowicka – lepiej by się prezentował w innym miejscu, ale wciśnięty między szwajcarski z kolejką górską na szczycie, a futurystyczny niemiecki czy pokryty ycieraczkami trzcinowymi hiszpański, trochę ginie w tlumie. W koljce było fajnie, daszek, co chwilę spryskiwacze robiły wilgotną mgiełkę – miło i sympatycznie.

Wejście do pawilonu robi ogromne wrażenie – wycinanka w środku, korytarzyk w którym widać otworki z wycinanki, na całości delikatne prezentacje pór roku chyba J

Dalej nie jest już tak fajnie – dość duża sala, gdzie na projektorze wyświetlane są filmy – takie dość średnie – co prawda sporo osób to ogląda, ale… Nie jestem przekonany. I dopiero na końcu przy samym wyjściu na pseudoschodach siedzą ludzie i oglądają prezentację Bagiskiego.

Gorszego miejsca nie można było znaleźć – nie dość, że nie słychać żadnych dźwięków, to jeszcze nie wiedząc nic na temat olski, człowiek ogląda to jak mangę, anime czy inne takie. Nawet my mieliśmy problem by zdefiniowac czasem to, co widzimy. Przydałby się komentarz, albo bardziej konkretne napisy. Dodatkowo, brakowało nam jednak wzmianki o JPII, a wizja polski 2100 była dziwnie podobna, do widoku Szanghaju…

Na wyjsciu sklep z bursztynem – najmniejszy i najtańszy za 1000Y – jakieś 500pln… Ale zainteresowanie spore – przynajmniej ogladaniem. Po wyjściu miałem już dość, ale że Ani i Jud chcieli jeszcze oglądać, poszliśmy do brytyjskiego pawilonu – gdzie faktycznie kolejka zniechęciła Ich, lecz obok była Holandia – na wysokościach, zrobiony tak dość ciekawie… ale po przejsciu uznaliśmy, że nuda i nietajnie – nasze było dość średnie, ale to było o 3 nieba gorsze. Uwalilismy się pod budynkiem Holandii i odpoczywaliśmy. Przy okazji przypomniało mi się – czild Ani – to maksymalny łobuziak – wyglądająca jak kujon 6 letnia dziewczynka szokowała ilościa pomysłów na mikrosekundę – przewróciła lalkę o wysokości 1,8m, rzucała róznymi rzeczami, ogólnie – łobuziak J.Pod budynkiem Holandii, przewracała owieczki z kamienia czy czegoś. W Tym miejscu miałem już ochotę wracać do hotelu, czując, że nogi mam starte gdzies do kolan. Ale poszliśmy jeszcze do pawilonu Chińskiego, na dół można było wejść, tam były prezentacje ichnich dystryktów – w jednym budynku, że 30 chińskich pawilonów, jeden ładniejszy od drugiego. Najbardziej chyba ujęlo nas Gulin – Do lipka podszedł obsługant, pokazał na kucyki, stwierdził „wery nice!” Chwilę potem zapytał, czy można byłoby zrobić sobie z Nim zdjęcie. Zaraz po tym, zrobili nam wszystkim zdjęcie i jeszcze hostessa zrobiła sobie z nami zdjęcie – pokazali prezentacje odnośnie gulin, powiedzieliśmy, że wybieramy się tam – ucieszyli się strasznie, chcieli dać nam książeczkę z adresami restauracji, hotelami itp., ale nie znaleźli, to jeszcze nas dogonili, przeprosili, dali znaczki… naprawde miło. W tym momencie miałem już wszystkiego dosyć. Mogłem usiąść i wyłączyć się. Na szczęście powiedzieli, że jeszcze tylko jeden mikropawilon, papu i papa. Poszliśmy na pierożki – nie byłem głodny, mimo iż od rana zjadłem nic nie jadłem, ale dobra, zjem 2 pierożki. A, pierożki miały być z octem.

Weszliśmy do jadłodajni i z Lipkiem zostaliśmy z 2 małymi chińskimi dziećmi. Troche strach J Pierożki były gotowane na parze, w takich sitkach bambusowych, po 3 piętra. Na każdym pięterku 8 pierożków, pięterko 30Y. jedna osoba mogła kupić maksymalnie 3 pięterka – może wynikało to z tego, że to była samoobsługa – więc 9 pieterek kupowało 3 osoby. Do tego jeszcze po małym piwie. Kazało się tez, że zarówno Ani, jak i jud nie pija alkoholu – co gorsza mąż Ani też – ale żubrowkę dostaną Jej rodzice, więc jest ok.

Na małe spodeczki Ani nalała trochę octu balsamicznego i braliśmy pałeczkami pierożka, na miseczkę z octem, moczyło się i do ust. By nie kapało, pod spodem trzymało się łyżkę. Dało się jeść. Nawet dostałem od Ani pochwałę, że bardzo dobrze sobię radzę. Lipek powiedział Jej, że 2 raz w zyciu mam je w dłoniach. Kwestia do opanowania, to to, by pałeczka którą się porusza, lapała pieroga wyżej niż dolna – wtedy nie ma problemów. Musiałem się pochwalić, bo jak się człowiek nie zareklamuje, to kto go doceni? J

Pierożki były BARDZO SMACZNE – a z octem balsamicznym jeszcze bardziej. Następnie przegrupowaliśmy się do autobusu i do hotelu. Jesteśmy strasznie wdzięczni Ani i Jud’owi

2010_09_19_14_47_24_Adam


20.09.2010 dzień IV - Shanghai-Hangzhou

jedliśmy w macdonaldzie. jak u nas.
Potem pojechaliśmy na stacje, pokazano nam, że mamy czekać w klimatyzowanym pomieszczeniu do podstawienia pociągu. Gdy czas nastał zawolano nas i resztę pasażerów i poszliśm na peron. Pominę, że stacja ma ze 4 piętra i wielkość 4 naszych centralnych… na peronie czekał na nas pocią wyglądający tak, że PKP planuje zakup takich na rok 2145…
wsiedliśmy i szukaliśm miejsc. na moim miejscu siedziała chinka z dzieckiem. nauczeni, że chińczycy siadają nie na swoich miejsach, pokazuje bilet, i mówię, że to moje miejsce. A ta do mnie po swojemu… jak czasem moja żona… ale zonę jednak łatwiej mi zrozumieć… Na angielski nie reagowała, więc uznalem, że równie dobrze mogę z nia dyskutować po polsku. Iwona ustaliła, że mam usiąść z Nina, na Jej miejscu, a Lipka tam wyślemy na chinkę. Zanim dotarl Lipek, chińczyk spod okna pogonił chinkę z dzieckiem i wózkiem, usiadł na miejsce gdzie ona siedziała, a Grześka puscił pod okno, gdzie okazało sie, że jest Jego miejsce. Ja sobie spokojnie przez drogę pisałem. 200km przejechaliśmy w 1:20 – miło.
Gdy wysiedliśmy na dworcu, opadli nas naganiacze z hotelami, ale my mieliśmy jeden upatrzony, acz nie zarezerwowany. Zaproponowano nam transport za 80rmb… postanowiliśmy pojechać autobusem – kosztowało nas to 3rmb za osobę, acz kazali nam za wcześnie 2 czy 3 przystanki. Więc musieliśmy z plecakami iść przy jeziorze ze 2 km…
gorąco, ogromna wilgoność… sauna.
Teraz jesteśmy w hostelu Hangzhou West Lake Youth House – http://www.westlakehostel.com/about-en.asp i na frazie całkiem fajnie wygląda. I Internet działa dobrze 🙂
Teraz zaraz bedziemy szli na rekonesans.
Trzymajcie się ciepło w zimnej Polsce 😛

20.09.2010 Hangzhou wieczór

Poleźliśmy pospacerować po zachodzie słońca. Lipek miał dzień złego Chińczyka – wszyscy mu podpadali.
Lipek:
A bo kurde wszyscy byli malymi wrednymi gnomami!

Już myślelismy, że będzie ok, gdy będąc „hardcorami” postanowilismy zjeść koło jednej z pagód w budce. Takiej nawet kulturalnie wyglądającej. Własciwie było kilka, jak podeszlismy, to wyległo towarzystwo i zaproponowało swoje usługi – wybralismy grupę, która najmniej sie darła.

Weszliśmy, zamówilismy – Nina kaczkę, Iwona rybę, ja bambusa z czymś zielonym, a Lipkowi zamówiłem jakieś coś zawinięte z dzemem do maczania.
Lipek:
Tu nalezy się w koncu male wyjasnienie – dlaczego wlasciwie Adam zamawia mi jedzenie? Otoz powodow jest kilka:
1. Moze to dziwne, ale nie lubie wybierac jedzenia. Zwlaszcza takiego, ktorego nie znam.
2. Z jednej strony chetnie sprobuje czegos nowego, z drugiej troche się boje 🙂
3. Adam mocno eksperymentowal w Indiach a jednoczesnie jego wybory byly szybkie i nieskomplikowane (czytaj: latwe w zamawianiu). W sumie wyszlo mu na dobre, czego pozazdroscilem.
Nie pamietam co mu obiecalem, ale zgodzil się wybierac dla mnie jedzenie. Czasami się odgraza, że zamowi mi cos okropnego jak go denerwuje 😉

Przynieśli nam coś… Nina dostała pokrojoną kaczkę, a własciwie szkielecik obciągnięty skorą, zimny, chyba wędzony. Moje było nawet nawet, bambus smaczny, a zielone posypane, pachniało jak kapusta kiszona, ale całkiem całkiem. Lipka papu, okazało się hmn… zwiniętym ciastem francuskim, chrupiącym, które maczało się w ketchupie… dziwne monotonne i takie sobie.
Lipek:
Mina Niny, gdy zobaczyla kaczke – bezcenna. Adas zapomnial napisac, że byla pokrojona na kawalki razem z kosciami. I nie wiadomo czym jeszcze. Nagralismy film, jak jadla pierwszy kawalek 😉

Za to, po godzinie oczekiwania, Iwona dalej nie dostała swojego papu… Rozumiem, że ciemno i rybę trudno złapać, ale bez przesady… Jakoś nie było odwaznych, by zapytać o to, a obsługa jadła swoje papu i nawet nie patrzyła w nasza stronę. Postanowiłem pokazać lokalesowi menu z obrazkami, pokazać rybę i zapytać, gdzie ją wciamało… Po podejściu do obsługanta, łobuz uciekł. Inny którego dopadłem, myślał, że chcę umyc ręce… fajnie, że ktoś tu zna angielski mniej, niż ja 🙂 W kazdym razie złapałem drugiego, pokazałem mu menu, a Ten twoerdzi, że nie ma… To chciałem pokazać mu obrazek na scianie… i drugi uciekł… Co prawda wczesniej pokazywał 90 lokalnych pieniędzy, więc ustalilismy, że to za 3 porcje i picie, to własnie 90 jest ok. Postanowilismy iść sobie daleko i szybko, jak tylko zapłacimy.
Lipek:
Oprocz ryby mial być też ryz. Też go nie było. To już czwarty dzien w Chinach, kiedy nie mozemy dostac ryzu. Zjadłbym ryż.

Potwierdzamy… jak nie ma lokalesów jedzących – nie wchodzić. Kategorycznie. Wieczorem spotkalismy Polke, mieszkającą wczesniej rok w chinach i stwierdziła, że pewnie po prostu nie mieli juz ryby, i uznali zamowienie, za niebyłe… bez powiadomienia nas… tacy są…

Następnie poszlismy na groblę Su Di – żeby zobaczyć 4 księzyce odbijajace sie z 3 pagód. HGW o co biega, bo jeszcze ktoś ściemniał, że to ksiezyc miał się odbijac w 4 jeziorach znajdujących sie na wyspie – jak to technicznie miałoby zadziałać? Nie pytajcie mnie. W kazdym razie grobla biegnie rzez całe jezioro, ze 3km, ma mostki i inne takie. Ciemno było więc wiele nie było widać, poza światłami miasta, drzewami i zakazem jazdy rowerów, ktory byl respektowany… wcale. Znaleźliśmy na grobli miejsce, z którego odpływają statki na rejs po jeziorze – taki był plan. Poszlismy dalej szukając tych księżyców. Na 2 mostku, zaproponowałem, że te światła na tle wyspy, to to, na co Lipek mający już marsowa minę i zmęczony, uprzejmymi słowy uzmysłowił mi, iż myle się. Przeslismy jeszcze z kilometr a tam nic. Ani księżyców ani końca grobli. Usiedliśmy w pagodzie i przy świetle latarki czytaliśmy nasza biblię (przewodnik Lonely Planet) i pascala (na który Lipek mówił brzydkie słowa, na k ch i inne takie 😛 ).
Lipek: Klamstwo i potwarz! Ja chcę tylko rytualnie spalic Pascala 😛
Tam dowiedzieliśmy się, że świecić maja się trzy małe dwumetrowe pagody, w ktorych zapalone sa lampki. Te z kolei rzucaja snopy światla, które odbijając sie, wyglądaja jak odbicie 4 księżyców. Tyle teorii. W praktyce widać z daleka światełka, być może światło miasta spowodowało, iż nie widać tego dobrze. W każdym razie okazało się, że miałem rację – i Lipek nie kasuj tego – miałem rację, a Ty się myliłeś! Szczekaj teraz! Aby dostrzec snopy światła, trzeba było użyć teleobiektywu…
Lipek:
Grrr… No dobra, hau hau. Zadowolony?

Posiedzieliśmy sobie w pagodzie, aż przysza chińska parka, mająca niecne zamiary i znacząco chrzakała w nasza stronę. Chcielismy byc twardzi, ale romatyczna muzyka ślepego grajka grającego opodal rzewne melodie  spowodowała u dziewczyn przypływ romantyzmu i postanowilismy wracać. Minutę pózniej pagodę opuscia parka… pewnie po konsumpcji 🙂
Lipek:
Otoz Chinczycy to bezwzgledny narod. W kazdej sytuacji sa w stanie bezceremonialnie wepchac się przed ciebie, wypchnac cie, przysiasc do dosc malej pagody. Nie chodzi tu tylko o bialych, robia tak na kazdym kroku. Robia to, na co my u nas mamy ochote, ale się wstydzimy 🙂 . Podejrzewam, że powoduje to ich ogromna ilosc – trzeba umiec walczyc o swoje. W tlumie. Na szczęście można się przyzwyczaić, a nawet zacząć używać :-].

W kazdym razie wrócilismy do hotelu tacy srednio zadowoleni, a Iwona głodna. Na tym koniec tego dnia,  paciorek, umyc sisiorek i spać.

A

Edycja literowek i drobne poprawki by Lipek


21.09.2010-dzień-V-Hangzhou dzień II

Łubudubu, łubu dubu niech nam żyje, prezes naszego klubu! Taki był poranek, godzina 6 czy 7. Werble, trąbki, przemarsz wojsk. Nie było nic widać, ale brzmiało, jakby walił się świat, i to zaraz obok. Obudziło wszystkich, poza Iwoną, która później nie chciała nam wierzyć. Po godzinie przestało się wydzierać, więc udało się nam zasnąć. I ten moment, Nina wymyśliła sobie, że przejdzie się na śniadanie. Otwieramy oczy, a tu nie ma Jej. Konsternacja itp… na szczęście zostawiła kartkę, że jest na dole, i czeka.
Lipek:
Warto dodac, że dzien wczesniej wieczorem Nina przestala się odzywac. Rano katem oka widzialem, jak się pakuje, ubiera, bierze aparat i cichaczem wychodzi. A kartke znalezlismy po 15 minutach.

Zeszliśmy na śniadanie, wzięliśmy sobie kontynentalne, a ja sałatkę owocową. Wszystko ok – banan, jabłko polane sokiem pomarańczowym… i do tego pomidorki koktajlowe… Ciekawostka. I wyszła jeszcze jedna rzecz – pierwszą noc spędziliśmy we 4 w dormitorium, ale dziś musieliśmy przenieść się do innych pokojów, bo ten był zajęty – były tylko do wyboru jedynka, w której mogły spać 2 osoby i po 1 miejscu w różnych dormitoriach.
Lipek:
Oczywiscie dzien wczesniej bylismy pewni, że dostaniemy jedynke + dwojke. Rano nikt z obslugi o tym nie pamietal.

Nie mając wyjścia, zgodziliśmy się, a poranek postanowiliśmy poświęcić na pranie. 10RMB za pralkę 6,5kg, ale niestety suszarka była nieczynna, więc trza było samemu wieszać.

Ruszyliśmy koło 12. Poszliśmy na groblę. Po drodze zaczepili nas kolesie w małych łodziach – pierwszy chciał 240, drugi już tylko 160 – ale prawdopodobnie tylko na wyspę… w jedną stronę, ale kto to wie? Bo poza chińskim, innych języków ni w ząb. Zresztą wszędzie tak tu jest. Poszliśmy na groblę i tam kupiliśmy bilety za 45RMB i popłynęliśmy małą łódką na wyspę.
Lipek: ja uwazam, że lodka byla srednia, ale nie bede się klocil z Warmiakiem :] . W kazdym razie wchodzilo ze 30 osob.
Wyspa ma kształt okręgu, w środku są cztery jeziorka, symetrycznie rozdzielone groblami, a na środku wyspy, pomiędzy jeziorkami jest kolejna wyspa. Jedno z ładniejszych miejsc, jakie oglądaliśmy – aczkolwiek wedle prognozy miało być 36 stopni, a było ponad 40. Lipek rozpłynął się i miał dość.
Lipek:
To byl jeden z najcieplejszych dni w moim zyciu. Kurde tak goraco chyba nawet w Indiach nie było. Nie pomoglo zanurzenie glowy w jeziorze. Ten skwar rozlozyl mnie na lopatki…

Zwiedzaliśmy wyspę, załapaliśmy się na lody – dziewczyny dostały sorbetowe, a mi trafił się z granatu w mleku sojowym. Dziwne w smaku. Następnie popłynęliśmy do końca grobli, na małą wysepkę. Weszliśmy w jakieś ruinki i podrałowaliśmy na górę. Zdobyliśmy ją, weszliśmy na punkt widokowy. Widok był zachwycający – na okoliczne drzewa. Lipek będąc na skraju wytrzymałości skwitował to tylko „ja pierdole”. Zeszliśmy troche, odwiedziliśmy pomnik będący niedaleko szczytu, i zeszliśmy na dół. Tam na jeziorze całe tabuny rośliny były, o kwiatostanach takich, jak można u nas do suszonych cusiów kupić. Na zdjęciach jest, więc nie będę tłumaczył. Czytacze muszą wykazać się albo wyobraźnia, albo inteligencja. Nie wykluczam oczywiście posiadania obu tych rzeczy. Iwona ciągnęła nas do jaskini jakiegoś tam smoka. Lipek padał na twarz, nas nogi bolały, że hoho. W sumie ciężko było zadecydowac. Postanowiłem stanąć na wysokości zadania, żeby nie mówili cały czas, że jestem pasożytem, i uznałem, że trzeba podjąć decyzję. Przestudiowałem Lonely Planet i okazało się, że to nie jaskinia… w sumie smok się zgadzał, ale wystawał mu tylko łeb ze strumyka. A po prostu cały park nazywa się Cośtam Dragon Park Cave… Ale że miała tam być jakaś świątynia, udaliśmy się pod górę. I tu moja zła decyzja – postanowiłem nie iść przez hotel, gdzie uznałem, że można zgubić drogę, tylko innym wejściem, kawałek dalej. Po dłuższym czasie zaczęliśmy się niepokoić. Zeszliśmy w stronę jednej z bram, lecz policjant stanowczym gestem, poruszając się jak robot, pokazał, że wejście tu dozwolonym nie jest, a nawet zbliżanie się nie będzie fajne. Odchodząc uznaliśmy, że dobrze, że pokazał a nie strzelał od razu 😛 . Ale z innej strony zabicie białego to pewnie dużo papierów do wypełnienia. Poszliśmy dalej. Brama wejściowa, ładna piękna, weszliśmy. Pokazuję mapę, na mapie chińskie robaczki, i następuje konsternacja. Pięć osób przygląda się mapie, dyskutuje… Dopiero po chwili jedno dziewczę mówi do mnie bzz bzz zz bzz bzz zzzz eeee zzz oo! Ta… ja Ciebie dobra kobieto też, dwa razy. W końcu namalowała górkę, pokazała na mnie, namalowała kropkę. Pokazała na mapę, na nazwę świątyni i pokazała kropkę z drugiej strony góry. AAAAA MAĆ! Ok, można dostać się tam autobusem K81 – ale już mieliśmy dość i postanowiliśmy wrócić do hostelu. Wracając zobaczyliśmy mapę, gdzie jak byk było namalowane, że przez tą bramę można dojść do świątyni, jest ścieżka… więc nie wiem… może uznali, patrząc na Lipka, że nie damy rady się wspiąć. Ustailiśmy z lokalesami, że musimy jechać autobusem Y9. Siedzimy dobre 30 minut, a autobus dupa, inne w tym K81 ze 3 były a tego nie. Lipek przesunął swe zwłoki w stronę planu i nagle znów usłyszeliśmy z jego ust uprzejme, soczyste polskie słowa. Y9 jeździ do 20 minut temu. Zaczęliśmy zastanawiać się nad taksówką, gdy podjechał Y9 – turystyczny, objazdowy autobus – musiał się bidulek spóźnić. 5RMB za osobę. Dojechaliśmy do hostelu. Lipki spały w jedynce, a Nina w dormitorium miała dwójkę polaków – jechali już chyba 40 dni, koleją transsyberyjską i ogólnie tak hardcorowo. Zjedliśmy na kolacje fajne potrawy, smaczne, ale BEZ RYŻU, co Lipek ponownie skwitował słowem w Niemczech oznaczającym zakręt. Chiny, my już piaty dzień, a jeszcze ryżu nie jedliśmy. Za to dostaliśmy frytki  – 15RMB – ale ogromny talerz – głupio zrobiliśmy, bo każdy z nas miał talerz frytek i jeszcze chińskie papu – najedliśmy się jak świnie. Potem pogadaliśmy z Polakami i poszliśmy spać. Mi trafiło się trzech francuzów. Przyszli o 1 w nocy, ale cicho kulturalnie i grzecznie.
Lipek:
Nie jest tajemnica, że Adam liczyl na trzy mlode Chinki. Zapewne niekulturalne i niegrzeczne.
Zjadlbym ryz.
Zła karma.


22.09.2010 dzien VI Hangzhou III

Wstaliśmy skoro świt, o 9. Zjedliśmy śniadanie i podreptaliśmy do pagody. Świątynia była zbudowana w 2002 roku, na ruinach starej, sprzed 1,5k lat, która rozsypała się kolo 1920.

A, byłbym zapomniał. Sprawdziliśmy prognozę pogody na najbliższe dni – przynajmniej 5 dni deszczu – i tu i w Guilin – to nie jest dobra prognoza, choć Grześ twierdzi inaczej.

To bardzo dobra prognoza. Po wczorajszym dniu wole po stokroc deszcz niż upal 40 stopni.

Na razie jest całkiem ok. Chłodno – ze 20 stopni i tylko delikatnie  czasem coś pokropi. Ruszyliśmy do pagody i po kilku chwilach dotarliśmy. Kupiliśmy bilety i oczom naszym ukazały się schody…. Ruchome. Wypas! Nie trza się męczyć. Wjechaliśmy, weszliśmy do pagody… a tam w niej, na dole, ruiny starej. Ładnie to wygląda. Windą można wjechać na górę i z góry podziwiać okolice. Deszczyk coraz bardziej dawał się we znaki. Widok na zamglone wzgórza zdecydowanie był ciekawy. Wyzwiedzaliśmy się za 40RMB i postanowiliśmy pojechać do świątyni z posągami buddy – jak Lipek będzie robił korektę, to wpisze jak się nazywała.
Lingyin Si – Swiatynia Schronienia Duszy
Pojechaliśmy oczywiście autobusem. Wysiedliśmy i padało już konkretnie, więc założyliśmy kurtki i powędrowaliśmy w stronę gór. Zobaczyliśmy „skałę, która przyleciała z daleka” – coś jak nasz Szczeliniec, ale ciekawszy, bo pełen jaskiń, wąwozów, jarów itp. – oczywiście o wiele mniejszy. Zapakowaliśmy się kawałek w górę, w las jak dżungla – z lianami zwisającymi z drzew i ogólnie naprawdę bardzo ładny – jednak pomni relacji które czytaliśmy, nie było sensu pchać się na szczyt – szczególnie przy takiej pogodzie. Poszliśmy w stronę ogrodu i strumienia, ale kompletnie nie jest to warte 15 straconych minut.
15? Lazilismy tam w kolko co najmniej 30 😉
Weszliśmy na szlak, którym miliony chińczyków szły i dotarliśmy do posągów śmiejącego się buddy, wykutych z skale. Takie nawet fajne, przyjemnie się oglądało. Dotarliśmy do buddyjskiej świątyni i tam znów kasa biletowa i kolejna płatność – ale tu naprawdę warto zapłacić te 30RMB. Kompleks składa się z kilku świątyń, położonych coraz wyżej, na zboczu góry, z jednej przechodzi się do kolejnej itd. Przed świątyniami buddyści odmawiają modły, palą kadzidełka itp. – naprawdę klimat jest. No i już trochę mniej Chińczyków w środku – tylko mała grupa około pół miliona. Posągi Buddy naprawdę spore, pokryte zlotem, robią wrażenie. Acz chyba największe wrażenie sprawiła na nas budowla, o kształcie swastyki w której były naturalnej wielkości figury, przedstawiające różne ludzkie typy – była figura tłusta, figura z lustrem, ze zwierzami, władcza, groźna itp. – był ich ogrom i żadna się nie powtarzała. I tak naprawdę dopiero Lipek załapał, że w środku chodzimy po swastyce. A swastyka tu, podobnie jak w Indiach, jest symbolem szczęścia – u nas zaś przez Hitlera, jej wizerunek jest wypaczony.

Figur było naprawdę sporo, chyba kazda inna (trudno sprawdzic kilkaset!). Niestety nie wiemy, co to było (posagi Buddy?) bo przewodniki kloca się lub milcza na ten temat.

Chcieliśmy jeszcze jechać do muzeum herbaty, ale była już 16, a muzeum do 16:30 jest czynne – więc po walce o zdobycie taxi, poddaliśmy się i postanowiliśmy jechać do centrum na kolację. Ogólnie walka o taxi była krwawa – Chińczycy WPIERDALAJĄ się bez pardonu – zawsze  wszędzie wlezie przed Ciebie taki mały i będzie chciał  przed tobą usiąść, załapać się na taxi, cokolwiek. Nawet jak stoisz i coś czytasz, stanie między ciebie a tablicę. W każdym razie okazało się, że taxi nas tam nie zabierze, zaczęło robić się późno więc wsiedliśmy do autobusu Y1 i pojechaliśmy do centrum. Kobiety wymyśliły sobie jakaś knajpę z LP – i uparcie jej szukaliśmy, co trochę zajęło – porównywanie chińskich napisów z mapy z napisami na ścianach nie jest zbyt szybkie. W każdym razie chyba znaleźliśmy knajpę, zaprowadzili nas na góre i dali menu. Z obrazkami. Z 15 stron. Zdecydowaliśmy się i zamówiliśmy – z tym, że jak zwykle pokazując co chcemy, plus tekst z rozmówek – ‘poproszę trochę ryżu” – jak to po ichniemu, to niech Lipek wklika, nich się wykazuje a nie tylko do mnie podpina.

Niewdziecznik. Tyle bledow robi, a ja musze to potem poprawiac. A ryz, a raczej jego chinskie znaczki najlepiej pokazac kelnerce prosto w rozmowkach 🙂

Jedzenie… najpierw Iwona dostała zamówionego kurczaka żebraka. Ta…  wyobraźcie sobie coś ptakopodobnego, wielkości gołebia, patrzącego na was z talerz pełnymi wyrzutu oczkami. Iwona okazała się bez serca i bezlitośnie kurczaczkowi ten łepek z oczkami urwała jednym brutalnym ruchem.  Następnie dotarła moja zupa – w teorii miała być z krewetkami, ale mięsko w środku nie wyglądało na krewetkowe – bardziej na wołowinę. No i była konsystencji kisielu, dość rzadkiego, pływały tam jakieś listki i ścięte białko. Dało się zjeść, acz bez rewelacji. Iwony „kuuuu-ciak” też bez rewelacji, ale w miarę. Lipek, by dostać wreszcie ryż, zamówił sobie ryżowe kuleczki. Dostał je i okazały się faktycznie ryżowe. Pod delikatną otoczką z ryżu, skrywało się nadzienie nugatowo czekoladowe, takie może trochę jak chałwa. Słodkie. Całość posypana szczypiorkiem i czymś niezidentyfikowanym. Słonym! Za to Nina dostała OGROMNY kociołek z mięskiem z czymś niezidentyfikowanym – pomiędzy wodorostem a poskręcanym bambusem. OOOOOOOSTRĄ. I mimo żyłek twardo ciamała, jak dzika. Za to, plus colę, zapłaciliśmy 141RMB – sporo, acz to wychodzi jakieś 70PLN na 4 osoby, co w Polsce nie jest kwotą wygórowaną za posiłek. Wychodząc, kolejka do lokalu była już dość długa. Znaczy udało nam się.

Dopiero w knajpie skapowalismy się, że w tego typu lokalach nie zamawia się dla poszczegolnych osob, tylko na srodek stolu. Kazdy ma swoje paleczki i naczynka i nabiera sobie że srodka z poszczegolnych wspolnych naczyn. Ciekawe. Wygladalismy pewnie jak buraki, gdy kazdy bral te wspolne naczynia pod swój nos 😀

W każdym razie nie byliśmy zbyt zadowoleni z kolacji, w lokalu z LP – postanowiliśmy następnym razem zdać się na siebie i lokalne knajpko-grille. Do hotelu wróciliśmy piechotą, co było Lipka pomysłem, a ja pewnie przez to dostanę burchelka na stópce. Biedna mała chora stópka! W hotelu okazało się, że jest dumpling party – kleją pierożki, i jedzą je. Mogliśmy wrócić, przynajmniej najedlibyśmy się czegoś smacznego. Kierowca busa na lotnisko już na nas czekał, więc odebraliśmy bagaż i wychodząc z hotelu zostaliśmy napadnięci przez obsługę hostelu z talerzami pierogów – bardzo miłe – zjedliśmy na spróbowanie, smaczne były i pojechaliśmy na lotnisko.  Jechaliśmy z 30 minut, zapłaciliśmy 120RMB. Lotnisko takie prowincjonalne, takie wielkości 1,5 naszego Okęcia.

Z nudow i ciekawosci zaczalem uczyc się chinskich znakow na lotnisku. Potrafie już kilka rozpoznac i nawet niektore ich zestawienia maja sens ;-).

Bez problemu odebraliśmy bilety, zdaliśmy bagaże i poszliśmy do samolotu. Kulturalny ładny samolot. Właśnie siedzimy na przedzie, dostaliśmy tyle żarcia, że ho ho, albo i lepiej – makaronik, bułeczki i inne takie – polecamy linie China Southlines czy jakoś tak. Najciekawsze, że odlot miał być 22:50 – o 22:20 poproszono nas o wyłączenie urządzeń i samolot zaczął kołować – 22:35 był już w powietrzu – 15 minut przed czasem – czy to po prostu wszyscy pasażerowie się pojawili spowodowało wcześniejszy odlot, czy co, nie wiemy, ale przynajmniej wcześniej będziemy na miejscu, w Guilin.

Dobranoc.
Ja też dobranoc. Przez tego bloga nie mogę wstac rano i na mnie krzycza (po slasku po mnie :] ).

A


23.09.2010 dzien VII - Guilin I

Guilin dzień któryś.

Wstaliśmy jak Bóg przykazał i partia zezwoliła, o 12.

Partia jest jednoosobowa i nazywa się Nasz Interpersonalny Nieugiety Adwersarz ;-> .

Zwlekliśmy się i postanowiliśmy zobaczyć Jaskinię Trzcinowego Fleta. Albo fletu. Przy okazji w hostelu zarezerwowaliśmy wycieczke bambusowymi łodziami, na jutro. Z Lipkiem zdecydowaliśmy upolować lokalne zarcie pod hotelem, a dziewczyny weszły jeszcze do agencji turystycznej, dowiedziec się na temat tarasów ryżowych na pojutrze – bo w hotelu mieli tylko taką wycieczkę, która kończyła się za późno dla nas – nie zdążylibyśmy na samolot do Chengdu.

To nie do konca tak było – poszly porownac ceny na splyw rzeka Li bambusowymi lodziami a sprawa tarasow wyszla pozniej – ale to tylko gwoli scislosci i zgodnosci historycznej :).

Upolowaliśmy z knajpy pierożki na parze, Do tego w pudełeczku coś, co okazało się mleczkiem sojowym, a ja sobie jeszcze pakuneczek w liściach bambusa, czy czegokolwiek innego. Fajnie wyglądało. Dziewczątka dotarły do nas, lecz ciamkano było średnie.  A już świństwem pierwszej wody był ten pakunek – w liściach był rozgotowany ryż z kilkoma fasolkami. Moja rodzicielka mnie kiedyś pasła zupkami mlecznymi i traume mam do dziś – czytając to, niech wie, AK mnie skrzywdziła 😛 .

Obiektywnie nalezy stwierdzic, że zapakowany w lisc kleik ryzopodobny byl nad wyraz malo zjadliwy, a fakt traumatycznych przezyc Adama z dziecinstwa mial raczej drugorzedne znaczenie :).

Postanowilismy w agencji zarezerwować tarasy, zaproponowali nam lepsze ceny niż w agencji a ponadto zorganizowali impreze tak, że będziemy mieli godzinę zapasu na lotnisku… o ile nic się nie wykrzyczy.

Jest ryzyko jest zabawa :D. Tutaj jak z Chinczykiem cos ustalisz i zaklepiesz, to i tak do konca nie mozna być pewnym. Dodatkowo lokalny transport bywa pelen niespodzianek.

Już jesteśmy wprawieni w lokalnych autobusach, więc pojechaliśmy do jaskini autobusem Y3. W LP piszą, że trzeba wysiaść na ostatnim przystanku, jednak po jaskini są jeszcze trzy przystanki. Kierowca nam sam z siebie pokazał, że to właśnie tu chcemy wysiąść. Powędrowaliśmy kawalek w górę, kupiliśmy bilety i odczekaliśmy 15 minut na kolejna grupę. Mżyło paskudnie, z czego jedyny zadowolony to Lipek.

Jedynym minusem deszczu jest to, że w kapturze nie widac moich warkoczkow, co powoduje że robia mi tylko 2-3 zdjecia dziennie i mniej czikulinek się do mnie usmiecha ;).

Co prawda w jaskini deszcz nie przeszkadza, ale jednak zwiedzanie w deszczu jest średnie. W jaskini… Jaskinia jest świetna. Co prawda kiczowato podświetlona, ale to tu norma. W sumie to mi się podobało, widać lubię kicz. Jaskinię naprawde przyjemnie się oglądało, grała w tle muzyka, światełka świeciły, kolorki kolorowały, turyści zwiedzali a chińczycy się wydzierali. Jeden przez całą wycieczke przez telefon rozmawiał. W pewnym momencie, gdzie była formacja skalna kurtyny czy sceny teatralnej, przewodniczka śpiewała. A chińczyk szwargotał. Na szczęście zanim podszedłem to się zamknął, bo zaczynał działac mi na nerwy. Z ciekawostek – w jaskini są punkty robienia zdjęć za kase, a za dodatkową opłatą 5RMB można przejść do kolejnej komnaty, gdzie są ogromne żółwie – do jednego chińczycy przyklejali banknoty na szczęście.

UWAGA PRZERWA W RELACJI – przynieśli jedzonko w samolocie.

Wciamane. Mało! I paskudne.

Paskudne to malo powiedziane, zwlaszcza w porownaniu do posilku w poprzednim samolocie tych samych linii. Moze oczekiwania byly za duze a zoladki za puste?

Dobra, do rzeczy. Po wyjściu z jaskini była już chyba 16. Chcieliśmy iść na Szczyt Samotnego Piękna, czy czegoś takiego, ale zbliżający się zmierzch zmienił nasze plany i wybraliśmy park. W sumie Iwona pisze relacje analogowo i potem ma przepisywać, więc nie będę się zmuszał i pisał nazw, których nie pamiętam – Iwony zadaniem będzie poinformowanie czytaczy, co widzieliśmy. Pojechaliśmy autobusem Y3 z powrotem, dopadliśmy jakąś Chinkę (tylko bez skojarzen!) mówiącą we wspólnym, która powiedziała nam, gdzie się przesiąść i nawet z nami wysiadła i pokazala kolejny autobus.

Jedno trzeba Chinczykom oddac – staraja się być uczynni, nawet jak nie rozumieja co do nich gadamy. W wiekszosci. A jak już ktory gada mowa Szekspira (lub usiluje) to czuje się zobowiazany wrecz. Nie raz było tak, że zaczepiony tuchton wzruszal bezradnie ramionami, a z boku sam podchodzil inny (nawet turysta chinski) i wspomagal tlumaczeniem na angielski.

Dotarlismy do parku i postanowiliśmy iść od prawej. Ładny ten park, początek jest nawet na zdjęciach – górki, pagody…. Ścieżka zaczęła piąć się w górę. Aż dotarliśmy na szczyt. W sumie po drodze mineliśmy jakieś poetycko brzmiące miejsce, które mieliśmy zobaczyć, cos w stylu Swiatyni Swiszczacego Nietoperza, czy Jeziora Tęczowego Smoka, ale nie znaleźliśmy tego. Chińczycy wymyślają wspaniałe nazwy do chyba wszystkiego – i nazwa często jest lepsza od tego, co się widzi. W każdym razie na szczycie nie znaleźliśmy tego co szukaliśmy i zaczęliśmy drogę w dół, w narastających ciemnościach. Gdy zeszliśmy, było już prawie ciemno. Zobaczylismy jeszcze skałę wielbłąda i wróciliśmy do miasta.

Dziewczyny napaliły się na rybę w lokaleśnej knajpie polecanej przez LP – z mapą poszliśmy szukać jej i o dziwo nawet trafiliśmy. No w życiu byśmy bez LP tu nie weszli. Mordownia jakich mało. Ale byliśmy twardzi. Lokal maksymalnie obskurny, czasy świetności mający ze 40 lat temu, stoliki z  lokalesami, na stolikach maszynka gazowa. Weszliśmy, dostaliśmy stolik i ładne, oprawione menu. A w środku same znaczki. Na słowo Beer Fish, czyli ryba w piwie nie reagowały, więc w LP pokazaliśmy chińską nazwę. Na to była już reakcja. Zamówiliśmy jeszcze po piwie i czekaliśmy. Wszyscy w lokalu na nas patrzyli i zastanawiali się, co ci ludzie tu robią. My w sumie też, może poza Iwoną, która słysząc o rybie dostaje klapek na oczy i tłum chińczyków nie wygnałby jej z knajpy przed zjedzeniem rybki. Po jakimś czasie obsługa przyniosła wok, z rybą z warzywami i postawiła na kuchenkę kazową na naszym stoliku. Przy okazji, zamówilismy też ryż, żeby Lipkowi nie było smutno. Pierwszy kęs ryby spowodował, że obie nasze kobiety zaczęły machac pałeczkami jak wiatrak skrzydłami. Z Lipkiem udało nam się odrobinę uszczknąć, trochę rybki, jakiegoś pomidora i grzybka. Było rewelacyjne, ale niestety zanim zaczęliśmy jeść, okazało się, że nie ma już nic. Może przesadzam, ale tylko lekko.

Wcale nie przsadzasz. Zanim zorientowalem się, ktore czesci potrawy sa jadalne, polowy już nie było. Myslalem, że wspolne naczynie z potrawa na srodku to fajny pomysl, ale chyba nie z naszymi dziewczynami ktore machaja paleczkami z napedem atomowym. Nastepnym razem wezmiemy z Gadzetem osobne naczynie. I osobny stolik. Tak na wszelki wypadek ;-). Dobrze, że byl ryz w nadmiarze :]

W każdym razie ryby były 2, dość spore, a całość, sosik, pomidory, warzywa  – super. I zapłaciliśmy za to, razem z piwem 76. Sama ryba, na 4 osoby kosztowała 40 RMB czyli niecałe 20 pln. Wypas. Potem powędrowaliśmy do hostelu i udaliśmy się na spoczynek, gdyż następnego dnia czekały na nas bambusowe łodzie…

Koncze poprawki o 7:30 w mini vanie. Jestesmy od godziny w drodze (a poszlismy spac o pierwszej, bo rezerowalismy wycieczki i hostele), cudem najedzeni (Nina z poswieceniem zapoznala się z jakims Malezyjczykiem przed switem, a ten wskazal jej cos, co przypominalo piekarnie), poltorej godziny drogi przed nami. Powrot nie wiadomo o ktorej. Nie mozemy wymienic pieniedzy, bo wracamy od kilku dni za pozno by dotrzec do banku. Poza tym dziś i tak niedziela. Efekt – zwitek dolarow w kieszeni a nie stac nas na noclegi, wycieczki i jedzenie. Ech, wakacje.

🙂


24.09.2010 dzien VIII – Guilin II

Wstaliśmy skoro świt, zjedliśmy śniadanie i zostaliśmy zapakowani przez typa w gajerku do busika. Lipki na gajerek mówią jakoś inaczej, ale nie wiem jak – nie po Polsku w każdym razie (gangol). Inny typ w dresie prowadził busika do miejscowości za Guilin, gdzie przekazał nas kolejnemu typowi, w zielonym mundurku. Bambusowe łódki okazały się plastikowymi, stylizowanymi na bambus, ale dało się przeżyć. Pogody już nie. Jako, że Lipek już od 3 dni nosił swoje szczęśliwe majtki z koniczynką, od 3 dni padało.

Szanowny przedmowca raczy mylic się z prawda nie bez udzialu swiadomosci wlasnej. Ja swoje gacie zmienilem dzien wczesniej, w zwiazku z czym deszcz byl spowodowany majtami Adasia, ktory po raz czwarty odwrocil je na druga strone.

Usiedliśmy narodzie, na bambusowe ławeczki, we 4 osoby na łódz, pod daszek – nawet nawet. Niestety, góry były zamglone, deszcz zacinał – średnie warunki do oglądania, ale alternatywy nie było. Mi nawet się widok zachmurzonych szczytów podobał, dodawał tajemniczości, ale zdaje się Lipek ma na ten temat odmienne zdanie, które w uprzejmych słowach zapewne wyjaśni.

Owszem. Pogoda byla delikatnie mowiac nienajlepsza i o ile same widoki byly nienajgorsze (pozostawialy wiele miejsca na wyobraznie 😉 ) to ze zdjec wyszlo wielkie brazowe cos.

Płyneliśmy łodzią, oglądaliśmy widoki – skały SA rewelacyjne – taki nasz przełom Pienin, doliną Dunajca, lecz o wiele wyższe. Ogólnie krajobrazy bajeczne; szkoda, że nie było widać więcej – ale i tak warto. Spływ trwał prawie 2h, kiedy zatrzymaliśmy się w przyrzecznej knajpce, na jakieś 30 minut. Mieliśmy tam coś zjeść, ale nie byliśmy głodni. Gdy wsiedliśmy do łodzi, okazało się, że koniec podróży jest oddalony o 15 minut. Tam nas wypakowano z łodzi i szef w zielonym usiłował się nas pozbyć do małych busików, ale się skończyły. Znaczy został jeden, ale naprawa młotkiem nie przynosiła pozytywnych rezultatów. Deszcz pada, busików nie ma, zima… Po 20 minutach podjechały busiki i zapakowaliśmy się do jednego. Zresztą słowo busik to za wiele – to taki motorek z budą na 12 osób. Ruszyliśmy wąską, błotnistą ścieżką, ścisnięci jak sardynki. Pikanterii dodaje fakt, że by jakoś się mieścić, siedzieliśmy na zamek błyskawiczny – udo Lipka, udo Niny, Udo Lipka, potem nie wiem, ale jakas Kamasutra i ja z Iwoną. Ma ciepłe kolana. Dobrze, że jechaliśmy maksymalnie 20 minut, bo ducha byśmy wyzionęli. Nasz kierowca, czyli nasz aktualny opiekun, przekazał nas „k#[email protected] w niebieskim” jak ochrzcił ja Lipek. Niewiasta ta była obsługantka autobusu, zapakowała nas do środka, lecz miejsca siedzące były zajęte. Nie stanowiło to jednak problemu – z bagażnika wyciągnęła krzesełka dla przedszkolaków – różowe i plastikowe i kazała nam usiąść między siedzeniami, na przejściu. Niestety biednemu Grzesiowi nie wystarczyło krzesełka i musiał stać, garbiąc się – autobusy w Chinach są przeznaczone dla osób o wzroście do 170cm max. Grześ gotował się. Bulgotała w nim nienawiść do małych biednych, bogu ducha winnych Chińczyków. Odgrażał się, że będzie robił im krzywdę fizyczną i duchową, a także przeklinał do 17 pokolenia wstecz. Pełen autobus w dalszym ciągu stał, a kobiecie w niebieskim udało się jeszcze 2 tuchtonów dopchnąć. Usiłowała pokazać, że mamy się cofnąć z tymi krzesełkami, ale po tekście Niny „chyba sobie kpisz” ustąpiła. Może nie zrozumiała, ale groźba w oczach wystarczyła. Nie dałoby się cofnąć nawet o centymetr. W końcu ruszyliśmy. Droga upływała przyjemnie, przerywana tylko niecenzuralnymi uwagami Lipka na temat lokalesów, ich organizacji i temu podobnych.

Opiekunka autobusu zdolala zatrzymac się po drodze z jakies 10 razy i dopchac kolejnych lokalesow. Jeden z nich wcisnal się między mnie a Nine i siedzenie, co minute wczesniej uznalbym za fizycznie niemozliwe.

Autobus malowniczo podskakiwał na wertepach i było wyraźnie miło. Na jednym z wertepów, przedszkolne krzesełko nie wytrzymało mojego radosnego podskoku i skapitulowało. Wylądowałem bezpiecznie na dolnej, miękkiej części pleców i mymłonie Czeszki siedzacej za mna. Ni plecom ani mymłonowi to mocno nie przeszkadzało, wiec wstałem i zacząłem się garbić obok Lipka. Łzy ze śmiechu leciały nam ciurkiem z oczu. Niestety, radość nie trwała długo – kilometr dalej autobus się zatrzymał i „k#[email protected] w niebieskim” wygoniła wszystkich białasów i część lokalesów. Pewnie nie spodobało się jej zniszczenie mienia ludu i partii. Lipek zakipiał i prawie wybuchł. Wściekły wysiadł z autobusu i ubierając kurtkę przyp&^&$ lokalesowi. Lokales po ciosie w szczękę, utrzymał pozycję stojącą, lecz niewiele brakowało by spadł z 2 metrowej skarpy. Wtedy byłby nokaut techniczny. Niestety, walka została przerwana i przeciwnicy zostali odesłani do innych narożników. Co prawda Lipek twierdził, że to był przypadek, ale przypadkiem trafić lokalesa w szczękę, to jednak mało prawdopodobne. Lokales jeszcze dłuższy czas wyglądał na zamroczonego kucając przy drodze koło swojego tobołka z dobytkiem, z reka na szczece. W tym czasie niebieska policzyła nas i… autobus odjechał. A, i mój taborecik poleciał w krzaki. Staliśmy jak buraki pastewne, przy drodze, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Niebieska zatrzymała jakiś busik i wepchnęła tam lokalnych. Po 20 minutach autobus powrócił pusty i wsiedliśmy do środka. Tym razem mieliśmy miejsca siedzące. Dojechaliśmy do Yangshuo. Polecielismy jak dzikie świnie do banku, by wymienić pieniądze, lecz jak to w opowieściach bywa – spóźniliśmy się 2 minuty. Znaczy byliśmy w innym przed zamknięciem, ale powiedziano nam, że kasę można wymienić tylko w Bank of China. A tam, trafiliśmy o 17:02 i pani olała nas radośnie.

Nie mam pojecia o co chodzi, ale normalne to nie jest. Prawie przy kazdym banku (a calkiem ich tu sporo) jest tabliczka „Exchange” że znaczkiem Yuana i strzaleczkami w dwie strony. W kazdym innym kraju oznaczaloby to wymiane waluty, ale nie tutaj. Po wejsciu do srodka jedyne co mozna wymienic to uprzejmosci polegajace na wzruszaniu ramionami i informacje, że wymiany waluty mozna dokonac w „Bank of China”. Nie pomaga wskazanie na opisana tabliczke i nazwe banku „Costam costam Bank of China” (kazdy się tak nazywa).

Nie pozostało nam nic innego, jak iść pozwiedzać. Yangshuo, w kawałku dla turystów, przypomina polskie Krupówki. Ta sama chińska tandeta, dużo ludzi, lans itp. Dziewczyny uparły się kupić wachlarze. Po pytaniu o cenę, dowiedzieliśmy się 140, więc wybuchliśmy śmiechem. W każdym razie, kupiliśmy je po 20 – a ja jestem przekonany, że o 50% przepłaciliśmy, ale że dziewczyny chciały, to mają. Następnie poszliśmy do knajpy – Cloud 9 Restaurant – gdzie najpierw dostaliśmy czekadełko – prażoną fasolę, a potem zamówiliśmy supersmaczne dania – wychodząc z restauracji, byliśmy napasieni a Lipka poziom szczęścia pierwszy raz w Chinach przekroczył 10%. Głaskał się po brzuchu mlaskał i ogólnie wykazywał niezwykłe jak na niego podniecenie i ruchliwość.

Przepyszne jedzenie. Wszyscy byli zadowoleni. Kurczak, zeberka, baklazany no i ryz z warzywami! Lokalne piwo dla kazdego, obzarci po sufit zaplacilismy ok. 70 PLN za 4 osoby. To jest zycie!

Wracaliśmy autobusem, który odjechał dopiero po zapełnieniu w 100% – co trochę trwało. Wróciliśmy do hotelu i poszliśmy spać jak grzeczne misie.


25.09.2010 dzien IX – Guilin III

Kolejny dzień wstaliśmy, zanim wstało słońce. Dusze nasze opanował cień. W sercach naszych gościł smutek i przemożne pragnienie powrotu do łóżek. Niestety, Iwona była pozbawiona serca, i nie pozwoliła nam spać. Spakowaliśmy się, bo musieliśmy się wymeldować i zanieśliśmy bagaże do agencji turystycznej. Zostaliśmy zaprowadzeni na parking obok dworca, do busika. Poza nami, w busiku jechała jeszcze para z Wielkiej Brytanii i parka z Chin. Zapakowaliśmy się do środka i zanim wyjechaliśmy z miasta, większość z nas spała. Chińczycy prowadzą pojazdy tak, ze szkoda pisać – lepiej niż w Indiach, lecz niewiele… Wobec tego spaliśmy słodko, nieświadomi tego, co dzieje się za oknami. Ze względów czasowych, zwiedzić mieliśmy tylko jedna wioskę – mniejszą, lecz położoną wyżej, Dojazd do pierwszej zajął nam około 1,5h. Tam zobaczyliśmy natarczywe sprzedawczynie sprzętów różnych, posiadaczki włosów, których nigdy nie obcinają. Dobrze choć, że myją. Do busika usiłowało się ich wepchnąć jakiś tysiąc, wszelkimi szparami. Dobrze, że kobietka z biletami się dopchała.

E tam, było ich nie wiecej niż 10.

Zakupiliśmy bilety i pojechaliśmy w górę, do drugiej wioski. Droga wiodła krętymi drogami, gdzie auta mogły wyminąć się jedynie na zakręcie, przyciskając się z jednej strony do ściany skalnej, a z drugiej balansując nad przepaścią. Strasznie malownicze. Ogólnie pogoda ponownie była pod znakiem szczęśliwych majtek Lipka, czyli chmury, deszcz i temu podobne radości. W pewnym momencie widzieliśmy dwa wypadki – pewnie dlatego, że jechaliśmy w chmurach – widoczność była na 50 metrów. Dojechaliśmy jednak szczęśliwie. Wysiadłszy przy drugiej wiosce, znów zostaliśmy otoczeni przez tłum kobiet. Zapoznaliśmy się z mapą, i postanowiliśmy ruszać – mieliśmy tylko 4h do powrotu do busika. Widoki były piękne. Tarasy z ryżem były wyraźnie widoczne, wioski przez które szliśmy bardzo klimatyczne, acz nastawione wyraźnie na turystykę. Dziewczyny zainteresował świński łeb, który odrąbany w restauracji zachęcał do spożycia go w jakiejś potrawie. Poszliśmy w górki. Wąskimi ścieżkami, po mokrych kamieniach pięliśmy się w górę. Naszym oczom ukazywało się coraz więcej terenu. Oznakowanie tras, w języku cywilizacji zachodniej praktycznie nie występuje – dlatego do końca nie mieliśmy pewności, gdzie się znajdujemy. Dotarliśmy do grzbietu góry, z którego widać było góry i doliny z drugiej strony – widok zapierał dech w piersiach. Czas gonił, deszcz gonił, więc zebraliśmy się i zeszliśmy w dolinę z której przyszliśmy i w tym momencie Lipek stwierdził, ze w sumie nie doszliśmy do platformy widokowej.  Dzielił nas od niej naprawdę niewielki kawałek… wobec czego maniacy turystyki górskiej, mimo moich głośnych sprzeciwów, postanowili zwiedzić pozostałe dwie platformy. Nóżki moje biedne cierpiały gdy pięliśmy się w górę, ślizgając się na mokrej skale, a za każdym zakrętem miałem nadzieję, że to już koniec. W pewnym momencie maleńki buntownik tlący się we mnie dojrzał i wybuchł płomieniem – w związku z tym zbuntowałem się i postanowiliśmy nie wchodzić dalej – padało, były chmury i było nie fajnie – uznałem, że ze szczytu, znad chmur, będzie gówno widać. I zostaliśmy z Niną na niższej platformie. Też było ładnie. Lipki powędrowały w górę. Później twierdziły, że weszły na szczyt i że czekały pół godziny, aż się trochę przejaśni, ale nikt nie jest w stanie tego potwierdzić, a na zdjęciach szczytu nie widać. Pewnie poszli za kolejny zakręt i odpoczywali. My zaś zeszliśmy na dół, skorzystaliśmy z toalety lokalesowej i poszliśmy na parking. Tam siedzieliśmy i słuchaliśmy powrzaskiwań długowłosych kobiet.

Niestety (dla Adama) widoki z platformy byly fantastyczne mimo zalegajacych chmur i mgly. Co jakis czas biala masa przesuwala się i unosila, wiec udalo się prawie wszystko zobaczyc, choc kawalkami i na raty. Punkt, do ktorego doszlismy nazywal się „Thousand Layers to the Haeven” i tak wlasnie się czulismy :). Na gorze spotkalismy chinska pare mowiaca po angielsku, pogadalismy i porobilismy sobie nawzajem zdjecia. Bardzo z Iwona zalujemy, że nie mielismy wiecej czasu – spokojnie mozna tam spedzic caly dzien spacerujac po tarasach i punktach widokowych, a jest przeciez jeszcze druga wioska. Jest tak slicznie, że odwazylem się porownac to do Machu Picchu (maczupikczu) – o niebo latwiej dostepne a widoki rownie zachwycajace, choc klimat inny. Mimo zlej pogody to jak na razie to najladniejsze miejce w Chinach.

W drodze powrotnej ponownie spaliśmy. Gdy wróciliśmy do agencji, zabraliśmy bagaże i za chwilę przyjechała zamówiona taksówka i pojechaliśmy na lotnisko. Wszystko poszło bez przeszkód, lecz byliśmy trochę głodni – mieliśmy jednak nadzieję, że w samolocie dostaniemy taki wypaśny obiadek jak ostatnio. Myliliśmy się okropnie. Dwie byle bułeczki i przeterminowana herbata drastycznie zmieniła nasze zdanie na temat linii lotniczych China Southern…

Po analizie wydaje mi się, że data na opakowaniu jest tutaj data produkcji tak jak kiedys u nas. Alternatywa jest przeterminowanie wszystkich produktow w samolotach 😛

Na miejscu, na lotnisku w Chengdu czekała na nas kierownica, z kartka z naszym nazwiskiem i zawiozła nas do hostelu (ale wypas! Pierwszy raz ktos na mnie czekal na lotnisku z kartka. Jak na filmach 😉 ). Busik opłacił hostel – Changdu Lazy Bones Hostel – http://www.mixhostel.com/index_eng2.htm – REWELACYJNY – rzeczy za free cały tabun, bardzo przyjazna atmosfera, pomocna obsługa a pokoje też niczego sobie. Strasznie polecamy. Na następny dzień zamówiliśmy wycieczkę do Leshan – zobaczyć największego Buddę – i znów trza wcześnie wstać… Przerąbane.

Hostel pierwsza klasa. Fajne pokoje, kazde lozko ma zaslonke, lampke i kontakt, ogolnie czysto i miekko. Obsluga po prostu zajefajna!


26.09.2010 dzien X – Chengdu I

O hostelu rozpisywałem się wcześniej, pewnie później też coś będzie, więc przejdę do rzeczy. Wczoraj w hostelu kupiliśmy wycieczkę do Leshan. Tak naprawdę to nie tyle wycieczkę, co transport. Zastanawialiśmy się nad zrobieniem sobie dnia wolnego, ale względy „****  z kasą i z brakiem odpoczynku, w Chinach jest się tylko raz, a kasę da się zarobić, a odpocząć po powrocie do pracy” przeważyły, że zdecydowaliśmy się. Z uwagi na małą ilość czasu oraz przemiłą obsługę w hostelu, zdecydowaliśmy się dac im zarobić. Koszt transportu, to 600RMB za busik – 2,5h jazdy w jedną stronę to jednak sporo kasy – co prawda obsługa usiłowała nam znaleźć jeszcze 2 osoby, by koszty się rozłożyły, ale było już za późno. W każdym razie, by uniknąć tłumu, trzeba było wyjechać o 6:30.

O ile noclegi sa w rozsadnych cenach (10 – 30pln), jedzenie od tanio do pol darmo, to niestety za atrakcje turystyczne i transport placi się slono. Zobaczymy jak wyszlo, gdy przeliczymy po powrocie.
Powyzszy busik natomiast co ciekawe byl nielegalny, o czym zostalismy poinformowani. Kierowca nie mial zezwolenia na przewoz turystow, w zwiazku z czym w razie kontroli policji mielismy udawac, że wiezie nas za darmo. Z zezwoleniem kosztowaloby to 3 razy tyle. Podpisalismy też oswiadczenia, że hostel nie bierze za nic odpowiedzialnosci.

Nina okazała się najlepszą z moich żon i wstała 5:45, ubrała się i pobiegła upolować jedzenie. Wraz z jakimś nieznanym mi z nazwiska Malezyjczykiem, upolowała bułeczki – acz bardziej takie cos pampuchopodobnego niż bułeczki. Na łebka wypadało po pampuchu słonym ze szczypiorkiem i pampuchu pseudosłodkim lekko dżemowym. Lipek dostał jednego dodatkowego, chyba po znajomości z Niną. Za całość zapłaciła całe 3RMB – to jest niecałe 1,5 złotego. W busiku zabraliśmy się za to, co misie lubią najbardziej – znaczy spaliśmy. Dlatego też podróż przebiegła bez większych problemów i udziwnień.
W Leshan kupiliśmy bilet za 160 RMB – na Buddę i na ogrody – Lipek pomstował, że bez sensu te ogrody, bo może tam nie trafimy, patrząc na ich oznakowanie, ale został olany.

Zaraz pomstowal. Po prostu rozsadnie byloby kupowac bilet przed wejsciem do przybytku, bo znalezienie czegokolwiek w Chinach graniczy z cudem :-).

Weszliśmy. I znów w górę. Na szczeście schody nie były jakieś trudne i męczące. Po drodze spotkaliśmy kamiennego tygrysa, którego Iwona chciała ujeżdżać. Wyżej była świątynia buddyjska i miejsce na kolejkę do Wielkiego Buddy. Dobrze, że przyjechaliśmy tak wcześnie, bo miejsce na kolejkę było pokaźne – na jakieś 2h stania. Zza krzaków wyłoniła nam się Glowa Buddy. Nie robiła jakiegoś monumentalnego wrażenia. Glowa jak głowa, dość duża. Dopiero, gdy podeszliśmy do barierki i spojrzeliśmy w dół, zobaczyliśmy jakieś mrówki przy stopach posągu, dotarła do nas wielkość statuy. Powoli, wąską ścieżką, schodami schodziliśmy w dół. Wąsko i wysoko – skoro ma 71 metrów, to do zejścia było jakieś 60. Naprawdę, posag robi wrażenie. Detale, takie jak paznokcie były wielkości człowieka. Naprawdę, warto tu przyjechać i to zobaczyć. I zaopatrzyć się w szerokokątny obiektyw, by z dołu objąć cały posąg. Potem podreptaliśmy w górę – co w sumie było łatwiejsze niż schodzenie.
Następnie zabraliśmy się za szukanie drugiej atrakcji, za która zapłaciliśmy, ale ani nie wiedzieliśmy co to jest, ani gdzie. Ponoć jakieś ogrody. W sumie najpierw dotarliśmy na szczyt wzgórza, do przepięknego miejsca – skałki, na nich pagoda, ze skał wypływał strumień, płynący między małymi bonzajami.

To byl wodospad, a nawet dwa! Do tego kamienie w wodzie do przechodzenia a nizej mostek. Urokliwe miejsce.

Później, poszlajaliśmy się po górze, aż udało nam się znaleźć wejście do kolejnej atrakcji. Idąc grzbietem góry dotarliśmy do jaskiń z posągami, fajne fajne. Idąc jaskiniami, doszliśmy do małej świątyni – do której prowadziły z dołu schody. SCHODY chciałem napisać, bo było ich jakieś 2,5miliarda. Dobrze, że szliśmy w dół, a nie w górę. Acz zejście też było całkiem uciążliwe. Ciężko opisać to miejsce – trzeba to zobaczyć – podobne do inkaskich świątyń, pełne spokoju i majestatu. Na dole znaleźliśmy ogromną misę, zalaną wodą a w środku żaba. Lokalesi wrzucali tam monety, starając się trafić w usta żaby. Czy cokolwiek ta żaba ma. Trudne to, w wodzie monety dziwnie się zachowują. I lokalne monety lepiej się zachowują, niż nasze pięciogroszówki. Bo oczywiście musieliśmy sprawdzić nasze szczęście. Niestety, szczęśliwe gacie Lipka nie przyniosły go nam.

Padl pomysl przedsiewziecia czynnosci odrotnej – wylowienia wszystkich monet; ale raz że nikomu nie chcialo się moczyc reki po same ramie, a dwa że lokalesi rozmieniajacy pieniadze na wrzucane monety zaczeli się na nas podejrzliwie patrzec.

Powędrowaliśmy dalej, dotarliśmy do ogrodu, gdzie stał posąg Sivy – 4 łapki, 2 nóżki – postanowiliśmy zapozować w podobnej pozie – do czego było potrzeba 2 osób – śmiechu było sporo.

Nie napisales, że Siva byl w dosc roztanczonej pozycji co nastreczylo dodatkowych problemow.

Potem szukaliśmy 170metrowego Buddy, którego nie mogliśmy dłuższy czas znaleźć, mimo drogowskazów.

Moze wydawac się smieszne szukanie czegos o wielkosci malego stadionu, ale to sa wlasnie Chiny: jest na mapie, ale na zywo znalezc to inna bajka ;-). W kazdym razie budda jest i robi monumentalne wrazenie, podobnie jak poprzedni. Pod warunkiem, że odnajdzie się miejsce, skad go widac ;-).

Okazało się, że znajduje się wysoko, na górze, w pozycji leżącej – a widać było tylko stopy i twarz. Uznaliśmy, że były to w miarę w porządku wydane pieniądze. Zadowoleni wróciliśmy do hostelu. Dotarliśmy koło 15, czekaliśmy na żarełko z pół godziny, bo kuchcik miał kurs gotowania i odpoczywaliśmy. W sumie kurs gotowania prowadził kuchcik, a nie kuchcik się szkolił. Nina kazała napisać, że dostała nie to danie co zamówiła – dostała droższe, ale łaskawie się zgodziła na taka zamianę. Wypiliśmy White Russian – drink – nawet nawet, ale ichnia wódka jakaś taka ostra w smaku jest. Nina wrobiła Iwonę w grę w bilard z recepcjonistą Ray’em. Pierwszą partię zlitował się nad Iwoną i wygrała – później nastąpi rewanż… sromotny, Potem obijaliśmy się do końca dnia. I to było dobre zakończenie…

Jedzenie w hostelu było dobre i nie za drogie. Piwo 6 Yuanow. Kogo i jak szkolil (się?) kuchcik, mielismy przekonac się nastepnego dnia. Ale o tym pozniej.


27.09.2010 dzień XI – Chengdu II

Znów obudziliśmy się, jeszcze zanim słońce pomyślało, by to zrobić. I znów Nina wstała wcześniej i załatwiła nam śniadanie. Tym razem w hostelu, ale specjalnie o 6:45 zamawiała, żeby jak uruchomią o 7:00 kuchnię od razu się zabrali za robienie papu. O 7:30 wyjazd, więc powinniśmy się wyrobić. 7:00. 7:15… Nic. 7:20 – pierwsze jedzenie. Iwona jak zwykle czeka. Lipek zamówił sobie dodatkowe tosty i był bardzo zadowolony, bo przynieśli 3 czy 4. A Iwona dalej patrzy, jak jemy. W końcu, 7:30 Iwona dostała jedzenie. Wysypała pół solniczki na jajko i wgryzła się. Na to przybiega z krzykiem kucharka i wyrywa Iwonie z zębów jajko, sprzed nosa talerz i ucieka do kuchni. Mina Iwony bezcenna. Za chwilę przychodzi kucharka i Iwony jedzenie podaje jakimś Australijczykom. To posolone, nadgryzione. Iwona w zamian dostaje mały talerzyk z jajkiem. Oczywiście kucharka tłumaczyła, o co chodzi – ale w języku uznawanym przez wszystkich za średnio zrozumiały. Okazało się, że te tosty, co Lipek je to były Iwony. A został jeden biedny. W tym czasie już spóźnieni byliśmy. Przyszedł obsługant z hostelu i mówi, żebyśmy się zbierali i szli do busika. Pozamieniał się z bambusem na główki? Z talerzami? NIE! Czytaj z mych ust – NIE! Czekaliśmy na śniadanie 45 minut, to teraz wy poczekacie 3 minuty, aż zjemy. ZROZUMIAŁ? Nie do końca zrozumiał, bo coś bulgotał, ale jeszcze dodatkowa informacja, że nasze śniadanie nie było takie, jak zamówiliśmy i jeszcze biedny Lipek nie dostał tostów ( znaczy zjadł Iwony…) Iwona zjadła resztki które dostała i pobiegliśmy do busika.

Droga do pand była nudna. Godzina w korkach, w zasmrodzonym mieście nie nalezała do przyjemności. Szczególnie, że busiki przeznaczone są dla gnomów, ewentualnie krasnali ogrodowych i osoba o normalnym wzroście, by się zmieścić, musi zatykać sobie uszy kolanami. Wycieczkę organizował nasz hostel, wraz z siostrzanym, więc ludzi było ze 3 busiki albo i cztery. Dostaliśmy znaczki, by nas rozpoznać i powędrowaliśmy za przewodnikiem. Dobrze, że był w miarę wysoki, to łatwiej go było wypatrzeć w tłumie.

Byl bardzo wysoki. Co najmniej 1,90. Kraza sluchy, że to byl ten Malezyjczyk, z ktorym Nina spedzila poranek dzien wczesniej.

Podreptaliśmy niespiesznie przez teren ośrodka hodującego pandy, zaułkami i wąskimi ścieżkami. Dobrze, że mieliśmy przewodnika, to się nie zgubiliśmy. Najpierw oglądaliśmy pandy czerwone. Taki to bardziej borsuk czy zmutowany lis, niż panda. Coś ciamkały, więc były dość ruchliwe i zabawne. I ze dwa spały sobie na drzewie, całkiem przyjemnie komponując się z zielenią liści. Spędziliśmy tu kilka minut, potrzebnych na zrobienie miliona zdjęć telefonem… Albo innym żelazkiem. Podreptaliśmy wąskimi ścieżkami dalej. Oczom naszym ukazało się drzewo. Na drzewie zaś, mieszkały sobie, przytulone dwie pandy. Takie słodkie czarnobiałe misie. Następnie przeszliśmy ścieżką, przy ogrodzie przylegającym do budynku – na wybiegach były po jednej czy dwie pandy. Jedna nas rozbawiła maksymalnie – leżała do nas tyłem, na mostku z drewna rozkraczona i ze zwisająca głową, której nie widzieliśmy – wyglądała, jakby ktoś jej głowę odrąbał. W środku, najpierw zaprowadzono nas do ostatniego wybiegu – otwarty wybieg a na nim dwie pandy leniwie bawiące się. Wyglądało to jak zabawa dwóch kotów. Tylko jakiś milion razy wolniej. No tak powolnie i anemicznie się bawiły, że aż śmiesznie. Kolejne pandy właśnie rąbały ogromne ilości bambusa. Wyszliśmy i kontynuowaliśmy spacer wzdłuż kojców umieszczonych przy budynku. Pandy spały, albo leniwie się bawiły. Następnie powędrowaliśmy do pawilonu, gdzie idąc w kolejce, można było przez moment spojrzeć na młode pandy – z uwagi na to, że byliśmy na jesieni, mieliśmy to szczęście, że zobaczyliśmy je bardzo młode – niektóre jeszcze miesięczne. Takie małe potworki, smokopodobne. W restauracyjce obejrzeliśmy film o pandach, Lipek dowiedział się, że pandy są stymulowane elektrycznie i Mu się bardzo spodobało. Znaczy w celach rozrodczych. I nie żeby zaraz chciał się rozmnażać, szczególnie pod wpływem prądu, ale kto go tam wie. Wróciliśmy, spakowaliśmy się i wymeldowaliśmy z hostelu. Jako, że jeszcze sporo czasu do samolotu, to zostaliśmy na hotelowych sofach. No i jeszcze była jedna przyczyna – o 15:00 nasze dziewczątka miały się wykazać. Postanowiliśmy zasponsorować dziewczątkom naszym kurs gotowania. Nie to, żeby nie potrafiły, nie chciałbym nic takiego sugerować, nie nie, wcale! Kurs kuchni syczuańskiej, kosztował 100RMB na kobiałkę i zgodnie z Lipkiem uznaliśmy, że to jedne z najlepiej zainwestowanych pieniędzy w Chinach. Przyszła miła Chinka z hostelu i powiedziała, że będzie tłumaczką. Przyniesiono dziewczynom talerz z zielenina i czymś bliżej nieokreślonym, deskę i tasak, jak rzeźnicki.

Mi przypominal tasak Rzeznika z Diablo I (The Butcher, pierwszy boss).

I teraz kucharka pokazywała co robić, miła pani tłumaczyła, a nasze panie usiłowały powtórzyć ciosy tasakiem, zadawane bogu ducha winnym warzywom i tofu. Najzabawniej było chyba przy krojeniu bo na olej rzuca się imbir i czosnek, następnie papkę paprykowo jakąś tam, do tego tofu, posypuje się cukrem solą pieprzem syczuańskim i MSG. Co to to tajemnicze MSG, wyjaśnił nam dopiero wujek Google – tak jak Nina podejrzewała, był to glutaminian sodu – nasz ulubiony wzmacniacz smaku. Potem na talerz i odrobina szczypiorku posypać i jeszcze pieprzem syczuańskim. Nie do końca mi smakowało, za ostre dla mnie, acz reszcie w miarę pasowało. Szczególnie Lipkowi, który ma niewyparzoną gębę. Ryj, jak mówi Iwona. Drugą potrawą było cos z boczku – na polskie to podwójnie gotowany boczek jakiśtam, albo podobnie – w każdym razie podwójnie maltretowany boczek. Lipek napisze Wam, jaki to ten boczek.

A skad niby ja mam wiedziec jaki to boczek? Iwona na pewno ma to w swojej relacji to poda z calym przepisem :]. Warto jednak zaznaczyc, że boczek nie byl glownym skladnikiem, tylko dodatkiem. Tak naprawdę byla to gora zielonej cebuli z dodatkiem boczku i innych przypraw. O dziwo, dobre!

Do tego te same przyprawy, fura grubo krojonego szczypiorku, czosnek imbir i na talerz – to danie, nie dość, że szybkie, to jeszcze było rewelacyjnie smaczne. Dostaliśmy jeszcze ryż i poszliśmy skonsumować żony. Znaczy wyroby naszych żon. Oczywiście, żeby nie było niedopowiedzeń, każdy konsumował swoją zonę. Znaczy potrawę, którą jego kochająca żona upichciła. Cacuśnie. I do tego piwo. Aż chce się żyć.

Zebraliśmy się na samolot do Xi’An, taksówka czekała już na nas. Odprawa przebiegła bez problemów, oczywiście bilety także na tym lotnisku sami odebraliśmy z budki self check-in i podreptaliśmy do samolotu.

Nieprawda. Akurat tutaj nie moglismy tego zrobic w kiosku, tylko przy nadawaniu bagazu. Na marginesie to niezaleznie od tego jaki numer odprawy bagazowej wyswietla się przy naszym locie, zawsze odprawialismy się przy innym biurku. Moze dlatego, że kazde biurko odprawia wszystkie loty jak leci… Podobnie z odprawa osobista – ignorowalismy wszelkie napisy typu „Chineese only” i przechodzilismy bez klopotu. Tyle przynajmniej na lotach wewnatrzkrajowych.

Siedzieliśmy z gromadą chińczyków w poczekalni – pozajmowali nam miejsca łobuzy. W samoloci dostaliśmy mikroprzekąskę, ale na szczescie nie byliśmy głodni. I kolejny raz, nad Chinami były turbulencje – trzeba było siedzieć w pasach. Myślę, że oni specjalnie trzęsą tym samolotem, by chińczycy siedzieli w pasach, bo inaczej rozleźliby się po samolocie jak stonka i nikt by już ich nie znalazł. Xi’An zrobiła na nas wrażenie. Szkoda tylko, że złe. Powietrze było takie, że człowiek widział czym oddycha. Miliardy ciężarówek, ruch jak Warszawie na Marszałkowskiej – a to było prawie o północy…

Z drugiej strony to jedyne miasto, gdzie maja stare mury obronne (wysokie, dookola calej „starowki”). Fakt że pewnie odbudowane albo poprawione. Miasto ulozone w kwadraty, wiec latwo się poruszac i trudno zgubic.

Hostel nam się spodobal, przynajmniej z zewnątrz malownicze wejście, klimatyczne. Trasa  lotniska do hostelu koszowała nas 150 RMB (jak na razie najdrozej). W hostelu wyglądało fajnie – małe dziedzińce, klimat, sporo ludzi – acz recepcjonistka już zrobiła na nas średnie wrażenie. W każdym razie dostaliśmy karty do pokoju i poszliśmy. I było coraz gorzej. Zgiełk, ilość ludzi, łazienki, a na końcu mały pokój, spowodowały, że Lipek znów zaczął wygłaszać brzydkie wyrazy. Tu chciałbym nadmienić, że piszę, że Grześ jest taki niekulturalny, a o sobie nie piszę, co Grzesia bulwersuje, bo wygląda, jakbym ja był kulturalny a On był „burokiem” (© Iwona).  Ale nie jest to prawda. Ja tylko kompresuję wiązanki do rzadkich wybuchów elokwencji. Nina na głos zastanawiała się, gdzie jest nasz pokój – na to usłyszała odpowiedz „gdzieś tu, na końcu korytarza” od nieznajomego. Iwona dygnęła, podziękowała po angielsku i poszła do pokoju. Dopiero tam, tknęła ją myśl, że odpowiedz wygłoszona była w naszym ojczystym języku. Albowiem w hostelu nocowała grupa muzykantów, udających się na taki chiński Woodstock – „tylko większy” – ale to mnie nie dziwi, bo wszystko muszą mieć większe.

Porozmawialismy z Polakami, wymienilismy pare cennych uwag (tym razem to my uczylismy ich, jako że byli w Chinach chyba 3 czy 4 dzien), Iwona poszla się kapac i poszlismy spac. A hostel to niemal kombinat rozrywkowy – duzo gosci, wspolne lazienki i ubikacje „wschodnioazjatyckie”, knajpa oraz bar. Raczej imprezownia niż noclegownia ;-).


28.09.2010 dzień XII - Xi'An I

Ten dzień był przeznaczony na słodkie lenistwo. Wstaliśmy około 11, zjedliśmy śniadanie i oddaliśmy rzeczy do pralni. 8RMB za kilogram. Lipki zaś poszły dowiedzieć się, jak z pociągiem do Datongu. W naszym hostelu chcieli za pośrednictwo 40RMB – nie tak tragicznie – ale była to kwota za jeden bilet – 160 RMB to już jednak sporo, więc poszli do agencji, gdzie za piątaka rezerwowali bilety. Stojąc w sporej kolejce, dwie minuty po rozpoczęciu przerwy śniadaniowej, uzyskali druzgocąca informacje – nie ma wolnych miejsc, by dostać się do Datongu. Nic nie mogąc już załatwić, wrócili do hostelu.

Ku naszemu niezmiernemu zdziwieniu pani w okienku z biletami mowila dobrze po angielsku. Co nie zmienia faktu, że biletow na pociag za 3 dni nie ma. Na pociag za 4 dni zreszta też nie. Ech, czemu nikt mi nie powiedzial, że tu mieszka miliard ludzi? 😉

Ustaliliśmy zatem, że udamy się do centrum komercji, źródła Kung Fu – Shao Lin. Lipek tam chciał od początku jechać, ale zrezygnowaliśmy z tego pomysłu ze względów czasowych – myślę, że specjalnie zakombinował, żeby nie jechać do Datongu tylko tam. Na takiego cfaniaczka mi wygląda. Miejscami.

A konkretnie to ktorymi miejscami? Na drugi raz sam sobie idz kupowac bilety, niewdzieczniku!

W każdym razie udało nam się znaleźć połączenia do ZhengZhou – miejscowości niedalekiej. Pociągi były różne – od jadących 16h po takie, które pokonywały trasę w niecałe 3h. Wybraliśmy kilka pociągów, jako alternatywy i podreptaliśmy wszyscy do Ticket Office.

Przeanalizowalismy dalsza podroz pod katem nastepnych polaczen i wydostania się do Pekinu. Do biura z biletami szlismy uzbrojeni w kilka rozwiazan na wypadek braku miejsc. W trzecim lub czwartym wybranym pociagu byly wolne miejsca :).

Tam kłębił się dziki tłum, acz jak na standardy chińskie nie była to nawet mała kolejeczka – nasze miejsce było w okolicach 30. Dziewczyny poszły do oddalonej o 200 metrów poczty, wysłać kartki, a my dzielnie pilnowaliśmy miejsca. Po 30 minutach kolejka lekko się poruszyła, a dziewczyn nie ma. Okazało się po raz kolejny, że chińczycy mają problem z kartografią – poczta, która miała być na tej samej ulicy, 200m dalej, była z pół kilometra dalej i jeszcze za zakrętem. W każdym razie wróciły i udało nam się zakupić bilety na ten pociąg, który chcieliśmy, acz 2 klasę (właśnie siedzę w tym pociągu, w 2 klasie. Jedziemy 350km/h, pociągiem jeszcze bardziej wypasionym, niż ostatnio). Wróciliśmy do hostelu i zabraliśmy się za wypoczynek i planowanie następnych kroków. Prognoza pogody powiedziała nam, że najlepiej w góry Hua Shan będzie pojechać dnia następnego. Wobec tego obijaliśmy się do wieczora, a dopiero wtedy Iwonie udało się wygonić nas na podbój Xi’An. Jako iż nasz hostel był przy samych murach miejskich, podreptaliśmy w stronę centrum i dzielnicy muzułmańskiej – gdzie wedle przewodnika można było coś zjeść smacznego. Tłum ludzi niesamowity, deszcz pada, weszliśmy na teren dzielnicy. Kolorowe kramy, sklepiki z niezliczoną ilością rzeczy, zapachy, smaki kolory oszałamiały. Co prawda im głębiej w dzielnice, tym mniej straganów, a także bardziej biedne. W samym środku Nina wypatrzyła coś jak hamburgery. Na jednym ze straganów kobieta miała warzywa, mięsa i wkładała to do bułki, po uprzednim zrobieniu czegoś z nimi. Jako, że Lipki głodne były, poszliśmy dalej, czego Nina przeżyć nie mogła, ale uznaliśmy, że najpierw niech się najedzą, bo biednie wyglądają oboje i jeszcze zemdleć nam gotowi. Nie znaleźliśmy jednak miejsca, które zgodnie zostałoby zaakceptowane jako miejsce, gdzie chcemy zjeść, a okolica zaczęła robić się jak po III wojnie światowej. Postanowiliśmy dojść do głównej ulicy i naokoło powrócić na początek dzielnicy. W międzyczasie Lipek wyraził jednak chęć spałaszowania takiego hamburgera więc gdy znaleźliśmy drogę prowadzącą w stronę kramika z tym, pospieszyliśmy tam przyspieszanym krokiem. Nawet trafiliśmy. Wybierało się różne rodzaje warzyw i mięs, kładło na tackę, a kobieta wrzucała to do wrzącego oleju. Tak samo jak chwile wcześniej bułeczkę. Bułeczkę od środka wysmarowała czymś czerwonym, co uznaliśmy, że wypali nam „ryje”. Następnie po wyjęciu z oleju, w tym samym czerwonym umoczyła to, co wyciągnęła. Posypała to jeszcze dziwnymi proszkami, zapakowała w dwa woreczki foliowe i podała. Smaczne było, acz po pierwszym kęsie, z Lipkiem uznaliśmy, że pić. Za to dziewczyny po swoim pierwszym kęsie uznały, że nie pić, a PIĆ!!! Ich bułkers był tak ostry, że nie czuć było za bardzo smaku, tylko pieczenie (dziewczyny jadly z kramika obok). Wszyscy mieliśmy nadzieję, że będzie piekło tylko jak wchodzi, a nie jak będzie wychodziło… Ogólnie wszyscy zgodnie stwierdzili, że było to bardzo sympatyczne lokalne jedzenie i zadowoleni byliśmy, acz nastepnym razem poprosimy w jakiskolwiek magiczny sposób, o wersję łagodniejszą. I co dziwne, powiedział to także Lipek, który na nasze eksperymenty kulinarne patrzy najczęściej z lekkim przerażeniem. Ale chłopak się wyrabia, jeszcze ze dwa wyjazdy i sam będzie nas zaciągał do lokalnych knajp.

Burger byl bardzo dobry. Gdybym znal efekt koncowy, to inaczej pokombinowalbym że skladnikami i wzialbym dwa. A nasz wcale nie byl taki super ostry ;-).

Tak więc dzień, który miał być poświęcony wypoczynkowi i relaksowi, został wypełniony po brzegi różnymi dziwnymi rzeczami…


29.09.2010 dzień XIII - Xi'An II, Hua Shan

Hua Shan. Święta góra Taoizmu. Dla nas była miejscem, które chcieliśmy zobaczyć, ze względu na widoki a także na „najtrudniejszą ścieżkę trekkingową na świecie”. By dojechać do Hua Shan, musieliśmy wstać skoro świt i udać się autobusem na dworzec, skąd odchodził kolejny autobus, linii nr 1 do Hua Shan. Z uwagi na zbliżające się święto proklamowania Chińskiej Republiki Ludowej, od samego rana na ulicach panował tłok i ilość mieszkańców państwa środka drastycznie wzrosła. By dostać się do autobusu, trzeba było wykorzystywać wszystkie swe atuty – wzrost, masę oraz „nisko i łokciami”.  Autobus do Hua Shan jedzie około 2 godzin, ma do pokonania 100km. Po drodze widać budujące się autostrady, linie kolejowe, elektrownie… i systematycznie niszczone domy wysiedlonych mieszkańców, których część postanowiła pozostać i wyżłobiła sobie mieszkania w skałach. Z oknami, drzwiami… W Hua Shan, przesiadamy się do busika, wiozącego nas 8 km w górę, do wejścia na górę – acz droga przypomina trochę wejście na morskie oko – z racji ograniczonych zasobów czasu i chęci, woleliśmy zapłacić za busik prawie tyle, co za poprzednie 100km – 20RMB – a za dojazd do Hua Shan zapłaciliśmy po 22… Przy okazji, przed wejściem do busika, trzeba się zaopatrzyć w bilet wstępu w góry, za okrągłe 100 RMB… Zwiedzanie w Chinach nie jest tanie, o nie… Busiki wiozą nas do punktu, z którego staruje kolejka górska, a także ścieżka – obie te drogi prowadzą na wierzchołek północny – na wysokość trochę ponad 1600m – droga piesza w górę, to jakieś 4h – więc koszt kolejki – 150RMB byliśmy w stanie zaakceptować. Tu  moja uwaga – ceny zmieniają się chyba z miesiąca na miesiąc – w przewodnikach pisało jeszcze o 100RMB, tak samo mówili w hostelu – więc jadąc do Chin zwiedzać, trzeba być przygotowanym na dodatkowe wydatki, by nie musieć rezygnować z co ciekawszych rzeczy…

Ogolem wyprawa wyniosla 22(autobus)+20(busik)+100(wejscie)+150(kolejka)+30(o tym pozniej)+20(busik)+22(autobus) = 334RMB co daje okolo 157PLN. Dodatkowo rekawiczki jak ktos nie ma 2 i autobus z/do hostelu 2.

I tu nastąpiło coś, czego się nie spodziewaliśmy. Jadąc z Xi’An cały czas były niskie, deszczowe chmury. Gdy dojechaliśmy do stacji kolejki, okazało się, że świeci słońce! A już myśleliśmy, że nic nie zobaczymy… Wjechaliśmy kolejką – wagonik na 6 osób szybko wspinał się w górę. Nie dość, że szybko, to jeszcze nachylenie sięgało 45 stopni a odległość do ziemi była taka, że hoho. Bardzo wysoko. Jeśli ktoś ma jakiekolwiek problemy z wysokością, przestrzenią czy problemy zdrowotne – niech lepiej omija to miejsce szerokim łukiem. Dotarliśmy do szczytu północnego i ruszyliśmy na podbój góry. Rozdzieliliśmy się, gdyż Iwona z Lipkiem po górach biegają jak kozice, wspinają się po pionowych ścianach, trzymając się ich jak muchy, więc nie chcieliśmy opóźniać ich marszu. Szczególnie, jak zobaczyliśmy prawie pionowe podejścia, na których kłębił się tłum chińczyków. Umówiliśmy się, że musimy zjechać z gór przed 17 – przed ostatnim autobusem – i Lipki pognali w górę mając motorki w tyłkach, a my statecznym krokiem ruszyliśmy za nimi. Szczególnie, że na górze pojawiło się troche chmur i szczyty w nich tonęły. Co w takim razie z czegoś takiego można zobaczyć? Mgłę to ja mogę sobie oglądać równie dobrze koło swojego domu na polu, nie musząc biegać po skałach. Drogą pięła się cały czas w górę. Schodki, łańcuchy, barierki i miliard chińczyków. W klapkach, mokasynach i innych dziwnych rzeczach na nogach. Lalunie jak nad Morskim Okiem, niektóre w dresikach, niektóre w szpilkach. Spocone i umordowane , ale idące w górę, by nie sprawić zawodu swym partnerom, co chwilę zatrzymywały się i robiły słitaśne foty. Ilość zdjęć, które robią sobie sami chińczycy jest szokująca. Dokumentacja wspinaczki – co 10 schodów zdjęcie siebie nieba. Zdjęcie siebie i skały. Zdjęcie siebie i chmury. Zdjęcie siebie i schodka. Aaaaaa! I zatrzymują się nie patrząc, że tamują ruch. Na niektórych podejściach łańcuchy się dość mocno przydawały – Nina cieszyła się, że kupiła sobie u stóp góry rękawiczki – za 2RMB. Szliśmy we mgle w górę, aż doszliśmy do zlotej bramy, gdzie wisiało mnóstwo czerwonych wstążek i kłódek. Do tego miejsca dochodziła większość ludzi i zawracała. Godzina była jeszcze młoda, więc nie zatrzymując się długo, podreptaliśmy na szczyt centralny – było już dość blisko i tak naprawdę nie było tu już za wiele wdrapywania się – poszliśmy w lewo – idąc w prawo można się tez dostać na centralny szczyt, ale trzeba iść po długich i stromych schodach w górę – więc nasz wybór okazał się lepszy. Szczyt centralny (środkowy) znajduje się na wysokości 2042 m. n. p. m. – więc jest trzeci pod względem wysokości. Najwyższy jest Południowy, wznoszący się na wysokość 2160m. Na Szczycie centralnym znajduje się świątynia i punkt widokowy – i gdy tu doszliśmy, wyszło słońce! Widoki oszałamiały. Góry są naprawdę piękne, strzeliste, a przepaście głębokie. I najciekawsze jest WC – budki zawieszone nad 200 metrowym urwiskiem, z dziurami po środku, by wylatywało co ma wylatywać – załatwienie potrzeby w takim miejscu – bezcenne… szczególni gdy wtedy spojrzy się w dół. Posiedzieliśmy tu jakiś czas i udaliśmy się na dół – droga w dół była już łatwiejsza, acz trzeba mocno uważać, szczególnie na mokrych fragmentach szlaku. No i idąc w dół, po jakimś czasie czuje się drżenie łydek… a krok musi być pewny. Wracając dopiero w niektórych miejscach widzi się stromiznę szlaku – w pewnym miejscu prawie pionowe schody w dół – ani Nina ani ja nie pamiętaliśmy, byśmy pod coś takiego podchodzili, ale droga była jedna, więc musieliśmy – widać podchodziło się łatwiej niż schodziło. Prawda jest też taka, że i tak radziliśmy sobie lepiej niż większość chińczyków, którym zejście małego kawałka zajmowało bardzo długo. Nie mówię tu już o tych kozicach z lepkimi łapkami – tzn Lipkach, bo oni obiegli wszystkie szczyty i biegiem zbiegali do kolejki – Więc jakby Lipek usiłował coś zaprzeczać, to możecie mu nie wierzyć – to są mutanty i krzyżówki muchy z pająkiem. Nikt normalny tak po górach nie biega. Co widzieli na górze i co robili – niech Lipek napisze – a jest co opisywać.

Po pierwsze – my, w odroznieniu od Adama posiadamy cos takiego jak instynkt zdobywcy. Jeśli jest szczyt, to nalezy go zdobyc. Jeśli po drodze sa piekne widoki – fantastycznie. Jeśli nie, zatkne wirtualna flage i to mi musi wystarczyc. Tlumaczac Adamowi – mgla na szczycie w chinach jest inna niż ta u niego na polu, cokolwiek na ten temat mysli. Dodatkowo nawet zamglone szczyty moga być zapamietane na cale zycie (że przypomne Starorobocianski, wtajemniczeni wiedza o co chodzi).
Po drugie, nie biegamy po gorach jak kozice. Mamy slaba kondycje (efekt wieloletniego siedzenia przed komputerem itp.), szybko się meczymy i ogolnie jestesmy ciency jak dupa weza. Na dodatek zwykle swiadomie przeceniamy wlasne sily w efekcie zmuszajac się do nadludzkich wysilkow. Jako dowod – gdy idziemy w Tatry nigdy nie miescimy się w czasach z mapy, a wszyscy nas wyprzedzaja. W chinach to my wszystkich wyprzedzalismy, ale to inna historia a raczej efekt ich podejscia niedzielnego turysty.
Po trzecie i najwazniejsze – ponizej relacja Iwony z wejscia na 4 szczyty i kladke nad przepascia!

(…) Dosc szybko się rozdzielilismy, gdyz Nina z Adamem doszli do wniosku, że nie dadza rady przejsc calej zaplanowanej trasy, a my przez nich nie zdazymy. Przystalismy na to i ruszylismy do przodu. Po jakis 300m zamiatalismy już jezorami kamienie, bo schodki ostro piely się w gore i nasz brak kondycji szybko dal znac o sobie. Na szczescie po poczatkowym ostrym podejsciu zrobilo się troche lagodniej, a my zmotywowani dluga droga, checia dotarcia do slynnej kladki oraz ostatnim autobusem o 17 ruszylismy bez marudzenia do przodu. Pogoda się troche popsula, zamglilo się po maxie, wiec na szczyt centralny i wschodni dotarlismy co prawda, ale o widokach moglismy zapomniec. Niezle wygladalo jedno z dwoch na Hua Shan hardcorowych miejsc: dwa schodki, potem mgla i zwisajacy w ta zamglona przepasc lancuch. Poniewaz było to odbicie nieplanowane i nieposuwajace nas naprzod – darowalismy sobie. Po jakis 2,5h dotarlismy pod poludniowy szczyt i przesunelismy się w kierunku, gdzie prawdopodobnie ma być kladka, czyli „najniebezpieczniejszy szlak swiata” (bo calego masywu zdecydowanie nie mozna tak nazwac, bo wszedzie sa kamienne lub betonowe schody, porecze lub lancuchy, zadnych przepasci nieodgrodzonych, a w jednym miejscu schodo-drabina).
Doszlismy przez kolejna taoistyczna swiatynke do miejsca zagrodzonego barierka z gosciem i gosciowa siedzacymi przed zawieszonymi uprzezami do wspinaczki. Gadamy do nich czy to tu jest kladka, a on że tu się nie wchodzi, a ona że „pay”. Na pytanie „how much” uslyszelismy jakis belkot i oboje oddali się swoim czynnosciom: stukaniem na komorce i patrzeniem na wlasne obuwie. Hm… No w sumie rzadko tu zdazala się aż taka olewka. Na szczescie znalazla się jakas pomocna Chinka mowiaca po angielsku, w efekcie czego wyskoczylismy po 30 Yuanow na osobe i już po chwili gosciu zapinal nas w uprzeze (na ramiona, nie nogi!), pokazujac jak tego uzywac. Akurat zrobila się mgla, wiec wkurzalismy się, że nic nie widac. No dobra, jak wiec wyglada ten szlak? Caly ma moze troche ponad 100m, pierwszy odcinek jest pionowym zejsciem po metalowych klamrach (jak ktos chodzil po Orlej Perci to nic dziwnego), potem pare metrow stopni wykutych w pionowej skale, a dalej jest to, co na wiekszosci zdjec z tego szlaku, czyli ok. 50m pozioma kladka skladajaca się z 2 desek, przyczepiona do pionowego okolo 500m klifu. Robi wrazenie – fakt, zwlaszcza jak się na niej trzeba wyminac, bo szlak jest dwustronny. Na kladce zrobila się nagle piekna pogoda, mgla się rozeszla, slonce zaswiecilo i ogarnela mnie taka radosc, że jestem w tak niesamowitym miejscu, że gdyby nie fakt, iż kladka miala ok. 35cm szerokosci i wisiala wysoko, to zaczelabym chyba podskakiwac ;-). Ogolnie uczucie nie do opisania. Bylismy oboje zachwyceni, podekscytowani, porobilismy sobie zdjecia, nawet krotki filmik nakrecilismy i dzielilismy się wrazeniami że spogladania w dol przepasci pod stopy. Magiczna chwila. Jak ktos lubi tego typu adrenaline – polecam! Ale dla ludzi z lekiem wysokosci to musi być koszmar. Generalnie mi duzego poczucia bezpieczenstwa dodawala swiadomosc bycia przypieta. Koncowka i cel szlaku to kolejna mala kapliczka w grocie oraz stara sosna, rosnaca poziomo (jak na Sokolicy) nad przepascia, na ktorej – o zgrozo – byly poprzywieszane wstazki (wieszane tutaj masowo na szczescie), w takich miejscach, że nieprawdopodobnym wydawalo się, żeby ktos tam wszedl je zawiesic i nie spadl. Chwilke tam zamarudzilismy i poszlismy spowrotem kladka, stopniami i klamrami.
Dotarlismy do poludniowego, najwyzszego na Hua Shan szczytu (2155m), pogoda nadal nam sprzyjala (na kladce zdazyla się z 3 razy zmienic), widok stamtad byl rewelacyjny, dopiero stad moglismy docenic jak bardzo te gory sa malownicze. Szybko zaliczylismy szczyt zachodni, po ktorym zostalo nam 40 min. na zejscie. Prawie zbiegalismy wiec po schodkach, ktory po kladce wydawaly się teraz zupelnie lightowe i w efekcie, wyprzedzajac tabuny Chinczykow, tuz po 16 bylismy już przy kolejce linowej, gdzie czekali Nina z Adamem.

Zdążyliśmy na ostatni autobus, o 17 i wróciliśmy do Xi’An.

Hua Shan było jedną z najlepszych rzeczy, jaką widziałem w Chinach – naprawdę robi wrażenie i warto się tam wybrać!

2010_09_29_10_50_56_Adam

2010_09_29_11_07_21_Nina

2010_09_29_11_35_06_Lee

2010_09_29_12_09_50_Adam

2010_09_29_12_10_16_Adam

2010_09_29_12_20_10_Adam

2010_09_29_12_23_32_Lee

2010_09_29_12_50_30_Lee

2010_09_29_13_15_40_Adam

2010_09_29_13_29_48_Adam

2010_09_29_13_32_32_Lee

2010_09_29_13_42_44_Lee

2010_09_29_13_47_26_Lee

2010_09_29_13_48_58_Lee

2010_09_29_13_58_48_Adam

2010_09_29_14_02_10_Adam

2010_09_29_14_09_08_Lee

2010_09_29_14_25_02_Lee

2010_09_29_14_29_56_Adam

2010_09_29_14_30_04_Lee

2010_09_29_14_39_08_Adam

2010_09_29_14_45_24_Adam

2010_09_29_14_46_40_Lee

2010_09_29_14_48_34_Lee

2010_09_29_14_48_58_Lee

2010_09_29_14_49_42_Adam

2010_09_29_14_51_50_Adam

2010_09_29_14_58_10_Lee

2010_09_29_15_16_28_Adam

2010_09_29_15_22_24_Adam

2010_09_29_15_33_36_Adam

2010_09_29_15_37_36_Adam

2010_09_29_15_41_44_Adam

2010_09_29_15_45_38_Lee

2010_09_29_15_48_40_Adam

2010_09_29_11_23_06_Lee

2010_09_29_11_38_20_Adam

2010_09_29_12_11_12_Adam

2010_09_29_13_00_30_Lee

2010_09_29_13_31_38_Adam

2010_09_29_13_34_20_Lee

2010_09_29_13_45_56_Lee

2010_09_29_13_57_18_Lee

2010_09_29_14_05_54_Adam

2010_09_29_14_35_36_Adam

2010_09_29_14_35_54_Adam

2010_09_29_14_37_12_Adam

 


30.09.2010 dzień XIV - Xi'An III

Do terakotowej armii, z Xi’An jest stosunkowo blisko. Dlatego też udało nam się wstać po wschodzie słońca. Zmarnowaliśmy jeszcze dwie godziny na rezerwację hostelu w Pekinie, co jakis znaleźliśmy, to zanim się zdecydowaliśmy, to już był zarezerwowany. W końcu się udało i wyruszyliśmy.

Mysle, że ze sniadaniem to było nawet okolo 3h. Ogromna ilosc czasu marnujemy na rezerwacje i kupno biletow. O ile hostele mozna zabookowac wczesniej telefonicznie lub internetem, to bilety na pociag da się kupic tylko z miejsca odjazdu pociagu. Dramat. Druga sprawa to ich swieto – jako iż Chinczycy po 10 chyba latach pracy maja dwa tygodnie urlopu, to jak trafi im się coroczne swieto kilkudniowe wyruszaja jak szarancza na podboj swojego kraju pozerajac wszystkie bilety, hostele i co im tam pod drodze wpadnie w przezuwaczki. Nie polecam tego terminu na przyjazd tutaj.

I znów droga na dworzec autobusem i kolejny raz nie dojechaliśmy do niego… Korki zatrzymały nas już ładny kawałek od dworca. Podreptaliśmy raźnym krokiem. Na dworcu znaleźć mieliśmy autobus 306 i nim pojechać w dal. Po drodze, w autobusie Lipek napatoczył się na lokalnego studenta, który znał angielski (…)

„znal angielski” to o wiele za daleko posunieta teza, nie majaca potwierdzenia w rzeczywistosci. Mimo iż studiowal anglistyke porozumiewal się w Chinglish, lokalnej odmianie angielskiego z uzyciem slow i szyku zdania wlasciwych dla jezyka chinskiego a co najwazniejsze z akcentem chinskim. To ostatnie powoduje, że pijany Londynczyk z kluskami w gebie zdaje się mowic jezykiem calkowicie zrozumialym, jeśli go postawic przy Chinczyku. Nie zmienia to faktu, że studencik byl mily i pomocny.

(…) i przegadali kawał czasu – co więcej, zaprowadził nas do tego autobusu i pożegnał się – kolejny uczynny człek na naszej drodze. Stwierdził, ze dziwi nam się, że tak sami jeździmy, że dajemy sobie rade i to nie znając chińskiego – on, jak pierwszy raz do Xi’An przyjechał, zobaczył tłumy ludzi, wsiadł do taksówki i pojechał. Kierowca woził go godzinę i wysadził w okolicach dworca, mówiąc, że nie może znaleźć adresu. Skasował za to 100RMB. Już to widzę, jakby tak na nas trafiło, nie miałby bidulek łatwego życia. W każdym razie wpadliśmy do autobusu, pomni zasady, że Chińczycy się pchają, wpakowaliśmy się przed jakąś Chinkę rozmawiająca przez telefon i hajda, do środka. Nina pierwsza, zajęła ostatnie cztery miejsca, na jedno rzuciła plecak, trzy osłoniła własnym ciałem tak, że napierający na nią Chińczycy trafili na niezłą przeszkodę. Następnie nadciągnął książę na białym koniu, czyli ja i uratowałem ją, wypychając Chińczyków w stronę początku autobusu. Bo przecież już miejsc nie było, to czego mi tu będą powietrze zabierać? Zasiedliśmy na zdobytych miejscach, przyszła bileterka, popatrzyła i wygoniła resztę, dla których nie wystarczyło miejsc siedzących. Wyglądając za okno tknęło nas dziwne przeczucie… Do autobusu była kolejka, na jakieś 100 osób… a my bezpardonowo, bez kolejki wepchnęliśmy się przed nich wszystkich, na dodatek jeszcze część z autobusu pogoniliśmy… Niestety, po dwóch tygodniach w Chinach straciliśmy wszelkie objawy miłosierdzia, skrupułów i całą cywilizacyjną otoczkę, którą nam nasze matki przy pomocy paska wpajały od urodzenia.

Akcja jak z filmu, nie zobaczylbym to bym nie uwierzyl. Ale musza się dziwic, że biali też się umia pchac ;-). I nikt nic nawet nie pisnal, a przynajmniej nic co bysmy zrozumieli :P. Wogole bardzo często wsiadamy na ostatnie miejsca w autobusach tutaj… Dziwne.

Jechaliśmy z godzinę i jak to zwykle w Chinach, koniec nastapi nagle i niespodziewanie. Autobus zatrzymał się na jakimś parkingu, wyłączył silnik i zapanowała konsternacja. To już, czy jeszcze nie? Trochę trwało, zanim ludzie uznali, że to tu, a my upewniliśmy się u naszej bileterki. Do przejścia był niecały kilometr, podczas którego uzgodniliśmy, że bierzemy przewodnika, bo chodzić i oglądać terakotę, to mogę u sąsiadów, którzy ja maja na podłodze, a tu to przewodnik przynajmniej powie, na co patrzymy. Szukając wejścia, staliśmy na jakims parkingu, gdy jakas kobieta w mundurku zaczęła krzyczec do nas i machać, pokazując stronę. Okazało się, że pokazuje kasy biletowe, a ponadto jest przewodnikiem. Jej angielski był zrozumiały, więc upewniając się, że ona będzie oprowadzała nas, zgodziliśmy się na zaproponowane warunki – do 5 osób, jest po 30RMB za pipola. Kupiliśmy bilety i tu przydała się mi legitymacja studencka, która nieopatrznie zawieruszyła mi się w kieszeni – i zamiast 90RMB jak wszyscy, zapłaciłem 45.

Jeśli ktos ma legitymacje studencka, nawet niewazna, a moze nawet od kolegi – brac do Chin i kupowac bilety że znizka na bezczela!

Zaoszczędzone pieniądze postanowiłem przeznaczyć na napoje, które mają bardzo smaczne i ciekawe. Weszliśmy na teren, kontrola bagażu, małe obmacywanko, ale nie odnaleziono u nas substancji niebezpiecznych (nie wiedzieli, że Lipek niebezpieczny jest sam z siebie, ale jest niewykrywalny dla skanerów) (z tego co pamietam z ostatniej imprezy w Starym Mlynie jestem „Niezniszczalna Gwiazda Smierci” a Iwona to „Baba Fett” 😉 ). Po małym wprowadzeniu historycznym, zostaliśmy zaprowadzeni do pierwszego pawilonu – zawierającego około 1200 terakotowych wojowników. W ogromnej hali, stoją w rzędach wojownicy. Każdy inny, każdy ma inne rysy twarzy, a zbroje są bardzo szczegółowe. Zreszta zbroje ponoć były hurtowo wyrabiane, a twarze były właśnie takim dziełem sztuki – ręcznie formowane z gliny i wypalane. Na przedzie stoją oficerowie, po bokach straż boczna, wygląda to naprawdę fajnie. W części relacji przewijają się marudzenia, że daleko, że nic nie widać i temu podobne – my byliśmy przed ich narodowym świętem, Chińczyków było zatem o wiele więcej niż normalnie – i jakoś daliśmy sobie radę. Ponadto Chińczycy mają manierę zbierania się w grupy – wystarczy odejść parę metrów w bok by stać przy barierce – a dwa kroki obok kłębi się tłum na 3-5 osób włażących sobie na plecy. Ponadto ktoś, kto spodziewał się, że będzie spacerował przy samych terakotowych wojownikach, chyba się z nimi na głowy pozamieniał. Puste i terakotowe. I tak jest wystarczająco blisko, by doskonale wszystko widzieć. Idąc wzdłuż szeregów wojowników, w strone końca sali, widać wojowników w gorszym stanie, albo jeszcze nie do końca poskładanych. Od połowy sali zaś, zaczynają się wykopaliska, trwające cały czas – można patrzeć, w jaki sposób części wojowników są wydobywane z ziemi. Dalej są stanowiska, gdzie części są katalogowane i dopasowywane. Następnie powędrowaliśmy do jamy nr 2, gdzie było stanowisko dowodzenia, około 30 czy 60 wojowników, oficerów i jeden dwumetrowy generał. Taka mała jama. Nina uparcie twierdziła, że jeszcze coś tu musi być, ale bała się zaproponować, że pójdzie po łopatkę i pomoże szukać. Zapewne nie spotkałoby się to ze zbytnim uznaniem. Trzecia jama, większa od drugiej, ale mniejsza od pierwszej, to jeszcze nieodkopane elementy – nieodkopane, gdyż chińscy archeolodzy czekają na taka technologie, która pozwoliłaby odkopać to wszystko nie powodując żadnych zniszczeń. Pomiędzy druga a trzecią jamą, przewodniczka zaprowadziła nas jeszcze do sklepu, do którego MUSIAŁA iść, by uzyskać pieczątkę – taki sposób naciągania turystów – oryginalne terakotowe wojowniki, z certyfikatem za dużego wojownika jedyne 16000RMB. Ale z okazji świąt promocja i można było sobie takiego kupić za połowę ceny. Lipek by sobie takiego kupił, ale niestety zupełnym przypadkiem miał już pełen plecak, więc z żalem porzucił myśl o posiadaniu terakotowego wojownika w salonie. Wracając zaszliśmy do chińskiego odpowiednika KFC – sieci Dicos i zjedliśmy jakiegoś fast fooda. Nawet smaczny. Następnie, w ogromnych korkach wracaliśmy do Xi’An. Na dworcu były takie tłumy, że nie dawało się nawet przejść. Ledwie wbiliśmy się do autobusu jadącego do hostelu. Tam zamówiliśmy sobie frytki i mojito. Frytki dostaliśmy szybko. Mojito nie. Kelnerka biegała tam i z powrotem z plastikowym pudełeczkiem. Po prawie pół godzinie przyszła i powiedziała, że niestety nie ma mięty. No mojito bez mięty jest nieakceptowane, wiec zrezygnowaliśmy i wkurzeni poszliśmy spać.

To już drugie miejsce, gdzie zamawiamy mojito i nie ma miety. Tutaj natomiast przegiecie było podwojne, bo to byl czwartkowy dzien promocji… mojito O.O .


01.10.2010 dzień XV - Xi’An, ZhengZhou

Dziś dzień wyjazdu z Xi’An. Naturystka, tfu – nasza turystka, Iwona nie mogła odpuścić, by nie zobaczyć kolejnego znanego zabytku, z którego słynie to miasto – Pagody Dzikiej Gęsi. Mi włączył się tryb strajkowy, pagód już widziałem dość, więc odpuściłem sobie to widowisko – i znów zaoszczędziłem parę RMB na napoje – herbatka jaśminowa słodzona miodem rządzi! Dlatego też opis tego przybytku znajdziecie albo jeśli Lipek się zlituje, albo w relacji Iwony i Niny. Dość, że wrócili o 11, nie do końca zadowoleni – na zewnątrz ponoć jeszcze jako tako, ale środek był tragiczny. Ale jak wspominałem, to już nie moja relacja.

Jako że pagoda byla w druga strone niż dworzec i centrum, bez wiekszych problemow dostalismy się do autobusu. Postanowilem wziac sprawy, a raczej minimape w swoje rece i prawie udalo mi się ustalic przystanek, na ktorym mamy wysiasc. W ostatniej chwili poradzilem się jednak jakiejs uroczej tuchtonki a ta kazala wysiasc przystanek dalej, za co jestesmy jej wdzieczni.
Przed pagoda, ktora widac z daleka, sa dosc duze planty, na ktore skladaja się ogromna fontanna, po ktorej niemal doslownie mozna chodzic, betonowe schody, latarnie, skwery, posagi oraz kramiki. Te ostatnie maja duzo pamiatek po rozsadnych cenach, ale trzeba się naszukac, aby nie kupic badziewia jakiegos. Planty sa o tyle istotne, że sa za darmo, w przeciwienstwie do pagody. Wejscie do parku ja okalajacego wymagalo wydania 50, a przed sama pagoda zazadano kolejnych 35 yuanow. To również jest istotne, bo przewodniki pisaly o odpowiednio 25 i 20 yuanach. Co wiecej, jedyna atrakcja pagody jest jej siedem pieter a konkretnie to ostatnie, z ktorego przy dobrej pogodzie roztacza się widok na cztery strony swiata i na fontanne. Nasza pogoda byla srednia, ale fontanna wygladala ladnie. Wnetrze pagody – pozny Gierek. Lamperia i bielone sciany. Z zewnatrz nasza dzika gaska nie wyglada najlepiej (przypomina postpeerelowski betonowy moloch, choc z bliska to wrazenie ustepuje na rzecz drobnych szczegolow), ale wierzcie lub nie w srodku jest duzo gorzej. Park ja otaczajacy natomiast jest ladnie utrzymany, ale kolejna swiatynia buddyjska, kilku mnichow, pare skwerkow i kilkunasto- (dziesiecio? Nie pamietam) -tonowy dzwon cuda swiata z tego nie czynia. Nie wiem, moze nam się Buddha przejadl, a moze chinskie daszki. Jedno jest pewne, za cokolwiek się Chinczyki nie wezma, to proby odnowienia zabytku masakruja wielowiekowe budowle w sposob dramatyczny.
Ach zapomnialbym, nie upilnowalem dziewczyn i te kupily sobie po dzwoneczku z czerwonymi fredzlami, a Nina poszla na calosc i wydala pieniadze urodzinowe na plyte CD z buddyjskim biadoleniem. Z litosci pomine jej cene, dosc powiedziec że na plycie sa 4 kawalki z czego Nine interesuje drugi, a przynajmniej tak jej wmowil pan sprzedawca. Gdyby takie ceny osiagaly utwory mp3 w necie, sklepy by już dawno splajtowaly.
Wrocilismy do hostelu bez wiekszych przygod, no moze tylko jedna – sniadaniem w mocno lokalnej knajpie. Zamawianie polegalo na pokazaniu paluchem co ma sasiad, a czasow swietnosci ten lokal chyba nigdy nie mial. Myslalem, że Adas bedzie zły, że popuscilem dziewczynom, a azjatycka zupka go ominela, ale trzeba przyznac że przyjal wszystko to dzielnie na klate bez mrugniecia okiem.

Ja zjadłem mufinkę bananową i coś bliżej nieokreślonego co mi zona kupiła – coś pośredniego między biszkoptową roladą z masą, a bułką cebulową. Oni zaś jedni w lokalnej knajpie zupki. O 12 wymeldowaliśmy się. Z radością opuszczaliśmy ten hostel – nie dość, że głośny, to jeszcze obsługa była mocno średnia – niby wszystko ok, ale dystans był wyraźny. W sumie chyba najgorsza ekipa ze wszystkich. Wyszliśmy z hostelu i weszliśmy w tłum. Jedna wielka chińska masa przewalała się po ulicach, nie było nawet metra kwadratowego bez człowieka. Na przystanku był jeszcze większy tłum – a jeszcze chwilę temu wydawało się, że jest to niewykonalne. Już wiem, czemu chińczycy są dość mali – jakby byli więksi, to by się wszyscy w tym kraju nie zmieścili… Każdy autobus pełen był skompresowanych do granic możliwości chińczyków. Z plecakami absolutnie nie byłoby możliwości dostać się do środka. W sumie bez nich także. Postanowiliśmy przebijać się przez tłum w stronę dworca – kawał drogi, ale miasto było tak zakorkowane, że była to jedyna rozsądna decyzja. Po jakimś kilometrze, Lipkowi udało się wypatrzeć autobus innej linii jadącej do dworca – i udało nam się wbić w niego prawie bez problemów.

Jak już pisalem – tego dnia wzialem mape w swoje rece ;). Gwoli uzupelnienia: przejscie kilometra nie oznacza spokojnego spaceru chodnikiem. To ciagle przeciskanie się przez hordy ludzi, ktorzy zalegaja na ulicach. Trzeba się przeciskac, wybierac droge, lawirowac, uwazac na plecak, odmawiac nagabywaczom, pilnowac się nawzajem. Zycie w Chinach nie jest proste… Na szczescie nie spotkalismy się z przypadkiem jawnego oszustwa, kradziezy czy napasci.

Następnie w korkach podążyliśmy tym pojazdem kołowym w stronę przeznaczenia. Oczywiście, nie dojechaliśmy do dworca – znów maksymalny korek spowodował, że kierowca zatrzymał autobus i wygonił wszystkich ze środka. Doszliśmy do dworca i bez problemu stanęliśmy w ogonku chińczyków pragnących znaleźć się w tym budynku. Oczywiście kontrola biletów przed wejściem, skanery, bajery. Pokazano nam drogę do pomieszczenia, w którym oczekiwało się na pociąg. Wielkie, jasne, z dużymi telewizorami na których leciał program propagandowy z przekazem podprogowym. Poczekalnia powoli zapełniała się. Na chwilę przed planowanym odjazdem była już wypełniona w 110%. Chińczycy stanęli w blokach startowych. 3…2..1.. POSZLI! Bramki zostały otwarte. Tłum zaczął wylewać się w korytarz prowadzący na peron. I kolejny raz sprawdziło się, że kochają tłum – szli jedną stroną, drugą można było ich wyprzedzić bez problemu. Zeszliśmy na peron i zobaczyliśmy pociąg widmo – już sam jego kształt był taki, że zdawało się, że ucieka i rwie się do przodu. Takie coś, o czym nawet PKP za 100 lat nie będzie śniło. Wsiedliśmy do wagonu 2 klasy. Wygodne siedzenia, numerowane, więc nie ma problemu ze znalezieniem miejsca. Rozłożyliśmy się w fotelach. Pociąg ruszył. 40km/h jechał przez miasto. Cisza, można rozmawiać nawet szeptem. Za miastem przyspieszył. 200km/h. Ale czad! Dalej cicho. No, w takich warunkach można jechać. Za oknem widzieliśmy kilka tras dla pociągów, w tym jeszcze przynajmniej jedną dla szybkiego pociągu. Rozmawiamy, śmiejemy się gdy niepostrzeżenie na wyświetlaczu pojawia się 300km/h. Lipek stwierdził, że właśnie wyprzedzamy Kubicę. Prędkość doszła do 350km/h… W pociągu, każdy wagon miał panią do sprzątania mopem i panią obsługantkę. Mopowanie odbywało się synchronicznie, w całym pociągu w jednym momencie panie chwytały za mopa i sprzątały. Podróż minęła dość szybko i wygodnie.

To tak jakby trzy swiaty. Przed dworcem ogromne tlumy ludzi, wielu brudnych i biednych, koczujacych a nawet spiacych. Granice wyznacza mundurowy wpuszczajacy na dworzec za okazaniem biletu. Tu ludzi nadal duzo, ale znacznie lepiej. Po wejsciu do poczekalni dla 1/2 klasy (soft/hard) czuje się, jakbym przez zasieki przedostal się na strone sojusznikow. Trzeci swiat to pociag – od wygladu zewnetrznego, poprzez wnetrze jak z nowoczesnego samolotu, a konczac na jego szybkosci, ktora wbija w ziemie.

Po wyjściu z pociągu leniwie powędrowaliśmy z tłumem w dół, do przejścia podziemnego. I tu nastąpiła zagwozdka. W lewo east exit, w prawo west exit. Albo odwrotnie. Ale nigdzie nie jest napisane, w która strone iść. Więc tłum się rozdzielił. Poszliśmy w prawo. Doszliśmy do jakichs bramek, przy których stała pani w mundurku i przez megafon się wydzierała. Oczywiście po ichniemu. Musieliśmy kupić bilety do Pekinu, więc potrzeba było nam kasy biletowej. A Ticket Office było akurat za drąca się panią, która dawała nam znaki, byśmy udali się pędem w drugą stronę. Została zignorowana, lecz w kasie biletowej nie było nikogo. Wobec tego faktu postanowiliśmy zgodzić się panią i udać w przeciwnym kierunku. Wyszliśmy na powietrze i dość szybko zlokalizowaliśmy kasy biletowe. Koło dworca są zawsze 2 wielkie tłumy – jeden przy kasach, a drugi przy wejściu na dworzec – a w okolicach jeszcze są całe tabuny okupujące każde płaskie miejsce, by sobie ukucnąć wśród ogromnych paczek. Na dworcu ze 30 kas. Przy części od pierwszego wejścia dziki tłum, przy drugim wejściu może ze 20% tego – a to to samo pomieszczenie, na kasach pisze dokładnie to samo – przeanalizowaliśmy znaczki dość dokładnie (nie zgodze się – na tych kasach pisze co innego. Poza tym nie uwierze, że Chinczycy ktorzy wszedzie probuja się przecisnac do przodu chocby nie dawalo to zadnego zysku stali w dluzszych kolejkach dla sportu. To, że w takich kasach sprzedaja bilety bialym moze miec kilka przyczyn, o ktorych kiedy indziej). Wobec tego stanęliśmy w kolejce, gdzie było może z 10 osób. Znaczy Iwona stanęła a Nina ją ubezpieczała. Niestety, na ten pociąg, który chcieliśmy nie było biletów, ale ponoć na pociąg o 18:06 były, ale tylko pierwsza klasa. 256RMB. 2 klasa – 213, więc różnica nieznaczna. Dziewczyny wyraziły zgodę, pani kasę wzięła i uciekła. Znaczy gdzieś poszła i zniknęła. Na szczęście wróciła i wydrukowała bilety. No, to nam ulżyło, wszystko układa się po naszej myśli, zadowoleni udaliśmy się szukać autobusu do DengFeng. Co może być w tym trudnego? Naprzeciw dworca kolejowego masz wsiąść w autobus do DengFeng i to cała filozofia. Aha. Jasne. W Chinach nic nie jest proste.

„W Chinach nic nie jest proste” – te swiete slowa proponuje wygrawerowac Arialem 32 Bold w kolorze czerwonym w kazdej glowie, w ktorej zakielkuje chec podrozy do Panstwa Srodka. Autobusem na dworzec, tam przesiadka. Gdzie drugi autobus? Na przeciw dworca. Nic prostszego. Tyle, ze dworzec ma szerokosc 500m, przed nim plac z dziesiatkami barierek, kolejek, kas, straganow i trylionem Chinczykow. Autobusow też dziesiatki, mundurowych kilka rodzaji. Napisy po ichniemu. Cos, co oceniasz na 5-10 minut (przesiadka) tu zajmuje pol godziny, jeśli masz odrobine szczescia to moze 20 minut. W Chinach nic nie jest proste ;).

Naprzeciw dworca kłębiły się tłumy, autobusów było tez ogrom. Tak więc koniec języka za przewodnika. Wsiądziecie w autobus 519 i będzie ok. A gdzie staje? A tam, do przodu, w lewo i jakoś tak w lewo. Tak tez poszliśmy. Za zakrętem zapytaliśmy, jak dostać się do DengFeng. A to w tamtą stronę pokazano nam kierunek, z którego przyszliśmy. Dopiero Lipek postanowił cos z tym zrobić i dorwał jakaś lokalną ślicznotkę i zapytał, czy mówi po angielsku. Mówiła, trochę. Zaprowadziła nas na dworzec autobusowy – dokładnie na początkek naszej wędrówki, obok miejsca, gdzie podano nam numer autobusu. W kasie biletowej zaś pani zaproponowała nam bilety… na jutro, gdyż na dziś nie było miejsc, a został tylko jeden autobus. Jakiś lokalny naganiacz nagonił nam jednak busika i Iwona wytargowała z 800 na 400 lokalnych pieniążków. I tak kupa kasy, ale po pierwsze alternatywą byłoby szukanie hotelu na jedna noc i płacenie za to pewnie więcej. Ponadto to jednak kawał drogi. Uznaliśmy, że to najdroższa taksówka w naszym życiu. Droga trwała prawie 2h. Obawialiśmy się, że człowiek nie wie gdzie nas wiezie, bo nie wyglądał na przekonanego, ale dostał wizytówkę hostelu z napisanym „Take me to” i chińskie krzaczki, więc mieliśmy nadzieje, że coś z tego wyjdzie. Zresztą, jakby nie wyszło, to nie dostałby kasy. Dotarliśmy do DengFeng, kierowca pokazuje mi na wizytówce, że jesteśmy przy Train Station, co jest 2 przecznice od hostelu. Twardo pokazuje mu na mapkę i na hostel. Tu jadę, widzisz? TU. Ustąpił bez specjalnych awantur, ale widać, że nie wiedział gdzie jechać. Zatrzymywał się i pytał, co powodowało w nas rosnąca nadzieję. Zdecydowanie wyglądało to pozytywniej, niż podczas podróży przez Indie. Nagle dojechaliśmy na miejsce, kierowca ucieszył się ogromnie. Nie byłem do końca przekonany, że dobrze trafiliśmy, ale gdy wszedłem i dopadła mnie gadatliwa Chinka, wiedziałem, że to tu. W przeciągu kilku sekund dowiedziałem się, że tak, mamy rezerwacje i że się spóźniliśmy i się martwiła o nas i że pada i żebyśmy wchodzili i że serdecznie zaprasza i że…. No jakby chiński klon mojej ukochanej żony. Wróciłem po resztę grupy i plecak a za mną wybiegło dziewczę z parasolem, byśmy nie mokli. Szok. Dostaliśmy 2 pokoje, w tym jeden „książęcy” przypadł nam, a drugi, z 2 dwuosobowymi łóżkami wzięły Lipki. Ogólnie hostel wygląda bardzo skromnie, ozdoby były zrobione bardzo prosto i biednie, kojarzyły się z koloniami letnimi, sanitariaty tak samo – ale pokoje były bardzo czyste i schludne. Na dodatek dowiedzieliśmy się, że łóżka są na podwyższeniach z cegieł, tak jak kiedyś Chińczycy sypiali, jest drewo by była odpowiednia energia i lampka tez dopasowana – naprawdę mimo skromnych warunków poczuliśmy się bardzo fajnie. Czas na kolację. Zeszliśmy na dół i zapytaliśmy gdzie można zjeść – została nam pokazana ręcznie narysowana mapka okolicy z zaznaczonym każdym sklepem i knajpką, z informacja co tam sprzedają. Kolejny szok. Trafiliśmy do jednej z pobliskich knajpek. Przy wejściu pani w stroju ludowym pociągnęła nas wgłab sali do stolika. A ten usyfiony, jak wszyscy diabli. Zresztą wszystkie usyfione, a większość zajęta. Przyszła pani z menu z robaczkami i kilkoma obrazkami i Iwona zaczęła wybierać. A to zieleninka, a to mięsko, a to krojona szyneczka wyglądająca jak szynka parmeńska. Domyśliliśmy się, że będzie to coś zupopodobnego, każdy z nas dostał mała kuchenkę spirytusową. Wybraliśmy wszystko, ale pani uparcie domagała się, żeby zamówić coś z pierwszej strony. Uparta była niesłychanie. Doszliśmy do wniosku, że to pewnie rodzaj zupki, więc wybraliśmy na chybi trafił. Wspólnymi siłami usiłowaliśmy panią przekonać, że chcemy jedzenie nieostre, ale mam wrażenie, że z naszego pokazywania zrozumiała, że Lipek w domu maltretuje Iwonę przez duszenie, aż jej oczy i język wychodzą, a nam zionie z pyska. Chyba w kalamburach byśmy nie osiągnęli tutaj zbyt wiele. Następnie przyszło do zamawiania piwa. Beer! Four! Four beer! Cztery załapała, ale nie mogła załapać czego cztery. Pokazywaliśmy na inny stolik, gdzie mieli piwo, Nina napisała beer na kartce, ale dopiero Iwona krzycząc „o tam poszło” i pokazując kelnerkę z piwem rozjaśniła sytuację. Zaczęły nadchodzić potrawy. Najpierw garnek zieleniny – kapusta pekińska, sałata, szałwia czy coś podobnego i inne zielone paskudztwa, które są dobre dla zwierząt, a nie dla normalnych przedstawicieli gatunku ludzkiego. Przyniesiono każdemu po garnuszku z zupą – coś podobnego do naszej pomidorowej, bardzo smaczne. Bulgało to sobie radośnie na kuchenkach spirytusowych, gdy donosili kolejne zamówione rzeczy – pokrojone bardzo cienko mięsko, grzyby, pulpeciki, tofu, orzeszki, makaron i masę innych rzeczy. Instrukcja obsługi dla opornych – najpierw wrzucało się do garnuszka pulpecika z grzybkiem, potem makaron, a na parę sekund przed planowanym jedzeniem mięsko i zieleninę. Potem wyciągało się na talerzyk i ciamkało z radością. Czynność powtarzało się dopóki były materiały lub w brzuszku pozostawał choć kawałek wolnego miejsca. Wyszliśmy napasieni jak bąki, acz Lipek twierdzi, że średnio mu smakowało. Ocenił smak na jakieś 6 a ekstremalność doznania na wysoką 9.

Wplyw na doznania mialo także sasiedztwo kilku podpitych autochtonow przy stoliku obok. Zachowywali się glosno, balaganili, a jeden uparcie spluwal pod stol ;-). Tuz przed zamknieciem restauracji, co nie nastepuje wcale zbyt pozno (ok. 22?), obsluga wynosi co zostalo z kuchni, rozsiada się gdzie popadnie i konsumuje przy pozostalych klientach. Z tego co zaobserwowalismy tutaj to norma, podobnie jak posilek wszystkich gospodarzy w lokalach rodzinnych.

Następnie grzecznie udaliśmy się na spoczynek.


02.10.2010 dzień XVI - Shao Lin

Wstaliśmy skoro świt o 8:00. O 8:30 byliśmy na dole w recepcji. Nasza urocza Chinka zaproponowała nam, że za 50 RMB dostaniemy karty  wstępu do lokalnych przybytków. Wyrobienie sobie takiej karty kosztuje co prawda 150, ale to zdjęcia trzeba zrobić i to trwa i jak jest się dłużej to jest rozsądne, a że zdjęcia na tych kartach, co dostaliśmy, były średnio podobne, to nie problem. Dla nich każdy biały wygląda tak samo. W druga stronę działa to przecież na tej samej zasadzie. Najfajniejszą kartę dostał Lipek – na zdjęciu miał bujną fryzurę, jaka zapewne miał, ale przed 20 laty. Poszliśmy na autobus, zahaczając jeszcze po drodze przydrożny interes śniadaniowy – w zagłębieniu muru kobieta sklejała pierożki, a przy ulicy jej mąż smażył je na palenisku. Zakup został dokonany. Ninie tak zasmakowało, że dokupiła jeszcze pierożków, czym chyba wprawiła w ogromne szczęście właścicieli. Nie ze względu na zysk, ale na to, że obcym smakowało. Na dworzec autobusowy trafiliśmy bez problemu, busik już stał i był prawie pełen. Znaczy wszystkie miejsca siedzące miał zajęte, ale pani naganiaczka kazała wchodzić. Dostało mi się znów mikrokrzesełko. Wyglądało na jeszcze bardziej mikre niż te plastikowe, które zostało przy drodze w Guilin, więc nie byłem przekonany. Pani jednak była bardzo przekonana więc usiadłem. Wygodne było nieziemsko, jakby siedzieć ja szklanym garnku… po kilkuset metrach postanowiłem wstać, ale pani zaczęła gdakać po swojemu to ustąpiłem. Jednak gdy dopakowała jeszcze na jakimś przystanku lokalesów, postanowiłem przekazać jej, że mam ją w głębokim poważaniu – wstałem i nie zamierzałem siadać, mimo wyraźnych sugestii. Zrezygnowała i posadziła tam jakąś Chinkę. Gdy dojeżdżaliśmy do Shaolin, kazała nam kucnąć – znaczy się przewozili nielegalnie nadmiar turystów. Nie umknęło to uwagi służbie mundurowej, która zatrzymała busik. Upychaczka wdała się w pyskówke z policjantem, a wszystkich usiłowała wypchnąć z busa. Nie polubiłem jej, więc uznałem, że nie ruszam się, będzie miała nauczkę, by nie sadzać starych ludzi na karnym jeżyku. Jednak mimo gwałtownej wymiany zdań, szybko się znudziliśmy, gdyż nie dochodziło do rękoczynów, a tylko do darcia się, to odpuściliśmy sobie i podreptaliśmy raźnym truchtem do klasztoru. Przed bramą stały drużyny z proporcami, a gdy ich mijaliśmy akurat zbierali się i pomaszerowali za klasztorną bramę, wydając groźne bojowe okrzyki. Bramę przeszliśmy bez problemu, pani popatrzyła na nasze przepustki i bez problemu wpuściła za bramę.

Fajna sprawa z tymi zdjeciami na biletach – zupelnie inne facjaty, choc niewyrazne. Chinczycy widza biale twarze, niezrozumiale znaczki – machaja reka i puszczaja. Podobnie dzialaja legitymacje studenckie.

Za nią była pierwsza szkółka, gdzie dzieci trenowały kung-fu, skoki, a grupa dziewczynek ćwiczyła gwiazdy. Idąc dalej minęliśmy jeszcze kilka szkółek aż doszliśmy do miejsca, gdzie odbywają się przedstawienia. Akurat chyba jedno się skończyło, bo miejsc siedzących było sporo. Usiedliśmy i czekaliśmy. Zobaczyliśmy jeszcze próbę przedstawienia i po pół godzinie rozpoczęło się. Studenci biegali z różnymi rodzajami broni, grała muzyka, skakali, bili się, robili sztuki niemal magiczne. Najciekawsze było chyba, gdy jeden ze studentów przytknął sobie do brzucha miskę z uszkiem, poruszał mięśniami brzucha, zrobił podciśnienie w misce… i trzymała się jego brzucha. Następnie przez ucho w misce przewleczono kij i 2 „mnichów” podniosło go w górę. Bardzo widowiskowe. Inną rzeczą było przebicie gwoździem plexi i przebicie balonu po drugiej stronie. Potem bijatyki, skoki i na koniec wspólne ćwiczenie tai-chi. Komercja maksymalna, ciosy markowane, ale przyjemnie się oglądało. Później poszliśmy na kolejny pokaz, tym razem w salce – dość podobny, acz występował jeden taki gumiasty – potrafił zarzucić sobie nogę na szyję stojąc. No i element „zabawny” – na scenę zostały zaproszone 3 osoby i musiały naśladować ruchy „mnichów”. Cała sala ryczała ze śmiechu z nieporadności ochotników. Najlepszy dostał płytę DVD z filmem o Shaolin, a reszta mogła sobie taka kupić, chodziły panie sprzedające. Znaczy przerwa na reklamę. Porażka na całej linii. Potem znów skoki, pokazy i temu podobne. I koniec. I teraz można sobie zdjęcie z „mnichami” w pozycji bojowej zrobić. Acz trzeba im przyznać, że każdego potrafili w kilka sekund tak ustawić, że wyglądał groźnie, bojowo i profesjonalnie. Oczywiście za niewielka opłatą…

Komercja nie komercja, trzeba przyznac, że trzyma klimat. Ogromne zastepy uczniow w kolorowych przebrankach, kolekcje broni jak z filmow karate, wszystko to biega, macha, podskakuje. Pokazy calkiem fajne, choc mi osobiscie „magiczne sztuczki” nie przypadaja do gustu (przebijanie szyby tudziez plexi, lamanie metalowych sztab i lamanie grdyka wloczni) – chyba za duzo się naogladalem takich rzeczy w telewizji i domyslam się, że po prostu oszukuja ludzkie oko. Ogolnie Shao Lin jest fajny!

Do samego klasztoru nie weszliśmy. Nie dość, że tłum który ją szturmował przypominał promocje na schab w Tesco, to jeszcze zamiast 30RMB chcieli od nas 100. To niech się wypchają trocinami i tłuczonym szkłem. I dopchają biletem wstępu. Powędrowaliśmy do miejsca, gdzie są pochowani wielcy mistrzowie (Pagoda Forest – Las Stup)– fajne miejsce, z małymi kapliczkami, ale atmosfera pikniku nie do końca nam pasowała. Uwaliliśmy się nieopodal kolejki górskiej i odpoczywaliśmy obserwując toczące się fale chińskiej inwazji. Gdy się napatrzyliśmy/naodpoczywaliśmy, zdecydowaliśmy o tym, by wjechać na górę kolejką. Przed schodami sprzedawali bilety, po 60 w dwie strony, ale Lipka coś tknęło i zarządził spacerek do kolejki, by zobaczyć jak tam wygląda. Po wejściu na schody zobaczyliśmy sceny dantejskie. Tłum w kolejce tłoczył się falował, zakręcał. W pełnym słońcu, bez odrobiny cienia. A już przy samej kolejce dochodziło do rękoczynów, gdy ktoś usiłował się wepchnąć. Kolejka tak na oko na jakieś 2-3h. Natychmiast odechciało nam się oglądać Shaolin z góry. Za to Lipki wymyśliły nową atrakcję – odwiedzić jaskinię, odległą o zaledwie 4km. Jako, że pod górę, to postanowiłem sobie odpuścić. W moim wieku pod górę, to można najwyżej zostać wniesionym, albo na przykład by się w cieniu ułożyć z piwem w dłoni, z widokiem na Chinki. A tak, to niech sobie te kozice same biegną w górę. Z Niną postanowiliśmy na nich poczekać na dole. Chwilę później, uświadomiliśmy sobie, że zamiast bez sensu czekać, możemy skoczyć do banku wymienić kasę – wtedy jutro się dłużej pośpi. Lipki zaakceptowały pomysł i podreptaliśmy w stronę autobusu. Po drodze widzieliśmy jeszcze jakieś małe przedstawionka. Do banku trafiliśmy ekspresowo, pokazaliśmy 20 dolarów i 100RMB by wyjaśnić, że chcemy to zamienić, zawołany został obsługant i wypełniliśmy formularze, skserowano nam paszport i wykonano biurokratyczne czynności. Dostaliśmy numerek i poczekaliśmy chwilę. W kasie przez maszynkę do sprawdzania pieniędzy usilnie nie chciało 20$ przejść, drugi obsługant przyszedł, obmacał banknot, obmacał maszynkę, ale ta była bezlitosna. Wypluwała tylko ten banknot. Popatrzyli na nas pomyśleli ile problemów będą mieli z wyjaśnieniem tego nam i dali spokój maszynce. Wypłacili kasę bez problemów.

Na gore poszlismy pieszo 4km aby zobaczyc jaskinie, w ktorej wielki Damo medytowal 9 lat w jednej pozycji. Jak już mu się znudzilo, a na skale pozostal slad po jego ciele zszedl na dol i zalozyl klasztor Shao Lin. Wdrapalismy się na gore po tysiacu schodow w niecala godzine. Hm, jaskinia to bym tego nie nazwal, co najwyzej grota. W srodku postawili chyba jego posag, miejsca zostalo na jakies 3,5 Chinczyka. Kilkanascie dodatkowych metrow w gore i jestesmy przy 30 metrowym Buddzie widocznym z dolu. Widoki calkiem calkiem. Kolejne kilka metrow i zdobywamy mala pagode na szczycie, do zludzenia przypominajaca gazebo z Heroes of M&M – 2000 experience points bo było wysoko ;-). Droga na dol jakies 45 minut, powrot do hostelu bez problemow.

W hostelu spotkaliśmy się z Lipkami i poszliśmy na kolację. Tym razem do lokalu, gdzie ponoć jest menu z obrazkami. Po drodze zaliczyliśmy jeszcze uliczny koncert, na którym po chwili byliśmy ciekawszą rzeczą niż muzykanci. Knajpa była prawie pełna, ale niestety stolik się znalazł. Zamówiliśmy 3 potrawy, z czego dla mnie tylko jedna była jako tako zjadliwa, pod warunkiem, że wyjadałem samo mięsko, taki podpieczony boczek. Reszta w tej potrawie to czerwona i zielona papryczka chili. Za to Lipek był przeszczęśliwy – sapał, parskał, stękał, ale wciągał w siebie papryczki z wyrazem błogości w oczach. Ja się najadłem bardzo szybko i zabrałem się za studiowanie rozmówek polsko mandaryńskich. W hostelu zaś zabraliśmy się za rozpracowywanie lokalnej wódki, 50%. Taki bimber.

Mmm… Bimberek pierwsza klasa – nie wykrzywia pyska i milo rozgrzewa 😀 .

Zrobiło się wesoło, ale o 22:02 przyszła nasza ulubiona Chinka i poprosiła, żebyśmy byli trochę ciszej, bo się ludzie skarżą. A jak oni chrapią, to ja się nie skarżę. Skończyliśmy butelkę i poszliśmy do siebie spać.

 


Chiny - powrót - jesteśmy w domu!

Wczoraj wróciliśmy do kraju cali i mniej więcej zdrowi. Bartek odebrał nas z lotniska a Michal przygotował sandwiche, ciasto i ciepła herbatę. Dziś my wracamy samochodem do domu. Reszta relacji mam nadzieje wkrótce!

P.S. Hm… Czy u nas zawsze było tak mało ludzi? 😉


10.10.2010 Chiny Kobiecym okiem.

Chiny 2010 Kobiecym okiem