Chiny kobiecym okiem

//Chiny kobiecym okiem
Chiny kobiecym okiem2018-01-20T21:46:21+00:00

Chiny kobiecym okiem

Jak już Adam zdradził gdzieś w postach, przez cały pobyt pisałam wersję analogową wrażeń z pobytu w Chinach. Ponieważ dzielnie przepisuję ją teraz na kompie, zaczynam ją wklejać, choć nie ma jeszcze całej. Zachowany zostanie czas i forma jej pisania, mimo iż już od 2 tygodni jesteśmy w Polsce. W końcu to jest dziennik wyprawy, więc nie będę niczego zmieniać.
Relacja będzie moim punktem widzenia tych samych wydarzeń, będzie więc babską przeciwwagą dla tej pisanej przez Adama, a uzupełnianej przez Grzesia. Co oznacza to w naszym przypadku? Nie będzie pewnie aż tak dowcipnie, bo tu im nie dorównam. Będzie natomiast dużo danych typu nazwy miejsc, hoteli, numery autobusów, ceny, czyli wszystko to, co może się przydać kolejnym podróżnikom. I będą moje odczucia i opinie, które czasem (choć chyba nie drastycznie) mogą się różnić.

A jak to się zaczęło, że zaczęłam pisać?

16.09.2010 czwartek Amsterdam

Kupiłam notesik! W Amsterdamie na lotnisku, bo oczywiście w Siem-cach zapomniałam. Zapomnieliśmy też latarki, kart do skata i kłódki. I nie wiem czy czegoś jeszcze.
Samolot przyleciał tym razem bezpośrednio do Amsterdamu, choć jak jeszcze na Okęciu pilot powiedział, że wystartujemy pół godziny później, bo Amsterdam na razie odmawia przyjęcia nas, to trochę nam miny zrzedły. No i po przylocie, jak weszliśmy na ruchomy chodnik i usłyszeliśmy „mind your step”, to poczuliśmy się jak 2 lata temu, gdy mieliśmy tu przymusowy nocleg. Czekamy na samolot do Szanghaju.

17.09.2010 – piątek – Shanghai

No i jesteśmy w Chinach! Ja już szczęśliwa, bo wykąpana, a w sumie to wszyscy szczęśliwi, bo hostel okazał się o wiele przyjemniejszy niż pamiętny Vivek w Delhi. Po pierwsze obsługująca nas Chinka bardzo miła i pomocna, chociaż przez chwilę mieliśmy stresa, bo pokazujemy rezerwację, a ona zaczyna do nas mówić, że ceny się zmieniły od czasu jak wpłaciliśmy zaliczkę. No to ładnie! Juz się zaczyna – pomyśleliśmy chyba zgodnie. A Chinka tymczasem kontynuuje, że cena się … obniżyła, dlatego musimy dopłacić tylko 1020 yuanów (skracanymi w dalszej części mojej relacji do literki „Y”), zamiast 1080 (zaliczka była 120). Co za uczciwy kraj na razie! A po drugie – kontynuując dawno rozpoczętą myśl – pokój, choć skromny, jest czysty, schludny, ma klimę i nie brzydzimy się dotknąć czegokolwiek. Łazienka to samo.
Cofając się trochę w dniu dzisiejszym …
Lot samolotem składał się głównie z jedzenia i usiłowania spania. Karmili nas intensywnie: był obiad z chińską wołowiną i ryżem lub makaron ze szpinakiem. Do tego oczywiście sałatki i ciasteczka. Potem zupka chińska (a jakże!) lub lody. A na przekąskę migdały jeszcze były. Rano, czyli o jakiejś 3 w nocy polskiej śniadanie z jajecznicą, kartoflami (!), owocami i jogurtem. Dodając do tego dość ciasne niestety siedzenia, czuliśmy się jak tuczone gęsi. Ale było smacznie. A spać, jak zwykle, dawałam radę, choć – również jak zwykle – najmocniej przed samym lądowaniem. Bagaże tym razem były wszystkie 4, ale mój się otwarł i wypadł ręcznik. Grześ: „O, jakiś ręcznik leży na taśmie! Oo, taki jak nasz!; Ej, to nie jest przypadkiem nasz?”. No więc był. Otworzyła się kieszonka i wypadł. Potem wymieniliśmy po 500 $, po kursie 656,5, co po odjęciu prowizji (59Y) dało 3.223,50 Y. Ruszyliśmy do metra, kupiliśmy bilety (8Y) i wsiedliśmy jak kazano na stronie hostelu w linie metra nr 2. Zadowoleni z siebie siedzieliśmy sobie w metrze, wiemy gdzie jechać i w ogóle wszystko jest cool, aż nagle na jakimś 6-7 przystanku wszyscy wysiadają i kiwają nam że też powinniśmy. Hm, przecież my jedziemy dalej, wiemy co robimy, więc zostajemy w metrze, które po chwilę ponownie zapełniło się ludźmi i … pojechało w stronę lotniska. No tak! Poniewczasie zrozumieliśmy, co Chińczycy mieli na myśli. Wysiedliśmy na następnym/poprzednim przystanku i wsiedliśmy do metra w przeciwną stronę. Dalej już normalnie dojechaliśmy na docelową stację i – po tylko jednym zabłądzeniu – dotarliśmy na piechotę do hostelu. Teraz czekam aż wszyscy się wykąpią i – o ile nie skończy się na spaniu, bo mam koło siebie zwłoki, sztuk 2 – ruszamy na podbój Szanghaju.
Nazwa hostelu: Blue Mountain Hangqiao Youth Hostel, nocleg w 4-osobowym dormitorium z łazienką 95Y/osobodoba.

Udało się rozpocząć podbój Szanghaju, metro nr 2 zawiozło nas niedaleko Bundu, czyli nadbrzeża, które dziś chcieliśmy zobaczyć wieczorkiem, bo ponoć warto. Już samo wyjście z metra sprawiało niezłe wrażenie – szeroki deptak, nowoczesne budynki, chińskie neony i czysto! Nagabywaczy też raczej niewielu i niezbyt natrętni. Coraz bardziej nam się podoba. Ulicą East Side przeszliśmy się w tę i z powrotem i doszliśmy do Bundu, z którego naprawdę imponujący widok rozpościera się na drugą stronę rzeki HuangPu, czyli na Pudong – nowoczesną dzielnicę Szanghaju z wieżą TV Perła Orientu – bardzo ciekawą. Tłumy były dzikie przy wejściu, ale już 200 m dalej spokojnie dął się stanąć przy nadbrzeżu i porobić zdjęcia, pokontemplować widok. Duże miasto, ale rzeczywiście ładne i przyjemne. Gdzieś po drodze mimo wszystko byliśmy atrakcją dla Chińczyków, mamy na koncie zdjęcie z chińskim małżeństwem, a Grześ był obfotografowywany z każdej strony, bo wzbudzał powszechny zachwyt swoimi warkoczykami. Na to konto już ma zdjęcie z całkiem niczego sobie Czikulinką. Widoki widokami, ale już nerwowo zaczęliśmy się rozglądać za jedzeniem i ostatecznie trafiliśmy do Yun ho – chińskiego fast-fooda. Mimo prób pań przy kasie podania nam po angielsku napisanego menu, niespecjalnie umieliśmy się dogadać co chcemy, więc w rezultacie czekaliśmy na jedzenie z małą obawą. Dania moje, Niny i Adama okazały się być zupami z makaronem, dobrymi, twardymi warzywami i mięsnymi klopsikami nasze, a Adama z jakiś innych mięsek i na ostro. Grześ dostał makaron na gęsto – z wieprzowina chyba i z warzywami. Jedzonko było całkiem smaczne, walczyliśmy dzielnie pałeczkami i łyżką, co zakończyło się sukcesem. Aa, chłopaki jeszcze pili mleko sojowe – im smakowało, mi nie bardzo. Metrem wróciliśmy do hostelu i już padamy na ryjki, więc idziemy spać. Jest tutejsza 22.30, czyli nasza 16.30. Dobranoc!

 

18.09.2010 – sobota – Shanghai

Pospaliśmy z 10,5 h nadrabiając zaległości z samolotu. Zapytaliśmy w recepcji gdzie najlepiej zjeść śniadanie i trafiliśmy w efekcie do lokalesowej knajpki z mnóstwem Chińczyków i żadnym napisem po angielsku. Zamówiliśmy pokazując na obrazki i dostaliśmy 2xpierożki (ja i Nina) i 2 różne zupy, przy czym u Adama pływało jakieś białe coś o dziwnej konsystencji. Pierożki nawet smaczne, choć było ich całe 4 sztuki na osobę, a jeszcze wtedy nie wiedziałam, że musi nam starczyć do późnego wieczora.
Po śniadaniu zaznajomionym juz metrem pojechaliśmy do ogrodu YuYang (wstęp 40 Y). Ogród w środku miasta nieco mniej zatłoczony niż drogi, które tam prowadziły. Przyjemnie, różne roślinki, budynki pagodowate, choć w środku w większości nic ciekawego nie było (no w jednym czadowe krzesełka i stolik z jakiegoś metalu chyba, ale wyglądało jak obrośnięte jakąś pozaziemską substancją), woda, rybki i żółwie. Malownicze miejsce i dość sporo czasu w nim spędziliśmy. Po wyjściu przeszliśmy przez Mostek Dziewięciu Zakrętów, co jest o tyle dziwne, że ja naliczyłam ich 14. Zatłoczony był konkretnie, co chyba powinno przestać nas dziwić. Sławną herbaciarnię ostatecznie zignorowaliśmy, choć chwilę dumaliśmy nad lodami lub jakąś herbatką. Przecisnęliśmy się przez jakiś milion Chińczyków do metra i pojechaliśmy do Pudongu. Po drodze widzieliśmy 3 koty i parę małych piesków – żywe i nie jako obiady w sosie słodko-kwaśnym :) . Co zabawne, dużo ludzi chodzi tu w słońcu pod parasolami, prawie tyle co u nas przy deszczu. Pewnie pielęgnują żeby mieć białą cerę, podczas gdy my się opalamy, albo w jakiś inny sposób pociemniamy skórę.
Wieżowce w Pudongu są dosłownie niebotyczne! Najwyższy ma 468 m, trudno się patrzy w górę tak, by go zobaczyć w całości od podnóża. Wahaliśmy się czy wjeżdżać na Perłę Orientu czy JingMao, wygrał ten drugi, bo tańszy (co nie przeszkadzało mu i tak kosztować 88 Y). Trochę kluczyliśmy zanim doszliśmy do właściwego wieżowca, ale w końcu znaleźliśmy „maluszka”. Kupiliśmy sobie śmieszne soki zrobione owoców i nie tylko, bo np. mój był z kiwi i ogórka. Całkiem smaczny, choć lód byłby wskazany. Potem wjechaliśmy windą z 30 Chińczykami na 88 piętro JingMao i z góry podziwialiśmy widok na niższe, a i tak przecież olbrzymie budynki oraz na Bund i w zasadzie cały Szanghaj. Miasto jest ogromne, no ale w końcu mieszka tu 17 milionów ludzi (najwięcej na świecie podobno). Widoczność nie była najlepsza co prawda, ale i tak kawał miasta był w zasięgu wzroku. Obfotografowaliśmy na około wieży wszystko. W środku duże wrażenie robił widok w dół na najwyżej na świecie położony hotel, oczywiście max ekskluzywny, który zajmował piętra od 54 do 87. Pod koniec to my staliśmy się główną atrakcją JingMao, bo jak jeden Chińczyk odważył się podejść do nas, by zrobić sobie z nami zdjęcie, to natychmiast rzuciło się chyba z 10 kolejnych amatorów zdjęć z białymi (bo nowa „dostawa” Chińczyków windą była) – faceci i kobitki, młodzi i starzy, wersja w okularach słonecznych i bez. Zabawne to było w sumie, bo tak masowego zainteresowania nami to nawet w Indiach nie okazywali.
Po Pudongu już jeść nam się chciało, ale postanowiliśmy pojechać najpierw na South Shanghai Railway Station, żeby kupić na poniedziałek bilety do Hangzhou. No i na miejscu okazało się, że wygląda dokładnie tak, jak na filmikach w necie: milion Chińczyków, napisy tylko po chińsku, nikt nie kuma po angielsku i ogólnie nic nie wiadomo. Na domiar złego, zostawiliśmy w hostelu rozpiskę pociągów, więc nawet numeru pociągu (co jest tu podobno ważne) nie znaliśmy. Przy pomocy jednego Chińczyka, który pokazał nam palcem na rozkładzie, które to pociągi do Hangzhou (już samo ustalenie nazwy miasta było trudne, bo wymawialiśmy to kompletnie źle i do czasu jak nie pokazaliśmy miasta w przewodniku, nikt nie wiedział o jakie pytamy) oraz drugiego, który w sumie nie wiem co zrobił, ale próbował pomóc, a także naszemu sprytowi :P , napisaliśmy na kartce co i na kiedy chcemy i zakupiliśmy 4 bilety. Baaardzo byliśmy z siebie dumni, czy słusznie – okaże się w poniedziałek.
Wymęczeni już intensywnym dniem, wróciliśmy w okolice hostelu i postanowiliśmy pójść coś zjeść (już głód dokuczał strasznie, spanie brało, a mnie w dodatku bolała coś głowa i oczy piekły od soczewek). To, jak bardzo lokalesowe żarcie wybraliśmy, zaskoczyło chyba nawet nas samych. Ja z Grzesiem wybraliśmy sobie na stoisku do grillowania rybę, szaszłyki z mięs, które robią muu i meee (w więc nie kot i nie pies, uff), grzyby, bakłażana, jakieś zielone i białe warzywka. To wszystko nam pięknie zgrillowali, choć czekaliśmy długo. Nina z Adamem wybrali w sąsiedniej knajpce składniki, które następnie wrzucono im i ugotowano w zupie. Całość została podana w misce obłożonej folią! Wszyscy byli zadowoleni, ale najbardziej chyba zachwycałam się ja, bo rybka była przepyszna, a i warzywka też rewelacyjne (no może z wyjątkiem jakiejś białej podeszwy, którą trudno było ugryźć). Do tego wypiliśmy po piwku 0,61 i osiągnęliśmy prawie błogostan.
W hostelu już Grześ zdzwonił się z Annie (ze swojej firmy) i jutro wstajemy z rana, żeby spotkać się z nią i razem pójść na Expo. No właśnie, rano, a jest 1:06 więc czas spać (a łóżko twarde jak cholera i muszę sobie śpiwór dodatkowo rozłożyć).

 

19.09.2010 – niedziela – Shanghai

Dziś pobudka o 8.00, żeby zdążyć na umówione spotkanie z Annie na Expo. Zakupione wczoraj śniadanie zjedliśmy w hostelu. Smaczne, choć dziwne bułki na słodko z wędliną i serem i drugie, nawet lepsze, z czekoladą. Po kolei zaczęła nas dziś dopadać biegunka, nie jakaś masakryczna, ale jednak. Wzięłyśmy z Niną nifuroksazyd, więc może będzie spokój.
Annie zobaczyliśmy na przystanku metra, była z córeczką ale bez męża, bo pracować musiał, ponieważ dziś odrabiają jakiś dzień wolny. Annie drobniutka, w okularkach, podobnie jak dziecko, które na pierwszy rzut oka wyglądało na totalne niewiniątko, a potem okazało się diabłem wcielonym! Pokrążyliśmy dość trochę po stacji metra większej chyba od jakiegokolwiek polskiego lotniska, znaleźliśmy autobus na Expo, a już na miejscu spotkaliśmy się z Judem (i jego córką), który też pracuje w Rockwellu, a oprócz tego jest wolontariuszem na Expo. Mały problem wyniknął z prezentem dla męża Annie, bo przy Expo jest kontrola jak na lotnisku i nie pozwolili wnieść żubrówki do środka, w efekcie czego Annie szukała depozytu (najzabawniejsze było to, że Annie nie miała pojęcia cóż to takiego przywieźliśmy w butelce, pytała, czy to jest jakiś rodzaj oleju :D , musieliśmy biedulce wyjaśniać). My w tym czasie rzuciliśmy okiem na chiński pawilon z zewnątrz robiący niezłe wrażenie. Potem poszliśmy do podobnego do Spodka, tylko o wiele większego budynku, z którego było widać całą azjatycką część Expo. Przejechaliśmy na stronę europejską, gdzie zobaczyliśmy polski pawilon. Generalnie wygląda on całkiem ciekawie – jak wycięta mozaika z papieru, w środku zaczyna się też fajnie, ale to co jest dalej, już średnio nas zachwyciło, a lecące na ekranach hasła/statystyki robiły nas 20-tą potęgą gospodarczą świata. Taka skądinąd znajoma manipulacja danymi.
Myśleliśmy gdzie iść dalej i nasi Chińczycy wybrali Holandię – kiepska była w sumie, może i większa od polskiej, ale wystawione rzeczy jakieś takie odpustowe trochę. Ponieważ pawilonów było milion, wszędzie kolejki (do najciekawszych są ponoć kilkugodzinne kolejki, osiągając 6 h przy Arabii Saudyjskiej), a już później byliśmy zmęczeni, zdecydowaliśmy się wybrać jeszcze tylko jeden i Jude zaproponował pawilon z chińskimi prowincjami. Do głównego chińskiego wpuszczają „tylko” 30 tys. ludzi dziennie i trzeba sobie koło 5 rano zarezerwować wejście. Ogólnie każdego dnia Expo odwiedza ok. 300 tys. osób. Chińskie pawilony całkiem ładne, ale już trzeba przyznać, że byliśmy mocno zmęczeni i nie w pełni mogliśmy je docenić. Przyciągał nas tybetański, ale oczywiście był zrobiony przez jedynie słuszne chińskie władze, więc wszyscy mieszkańcy na zdjęciach byli szczęśliwi, a Dalajlamy się nie uświadczyło. Pozbieraliśmy po kilka pieczątek

[tu w moim notesiku papierowym są one] i już mocno padnięci z ulgą podążyliśmy za Judem, który oznajmił, że idziemy na obiad. Obiad składał się z pierożków robionych na parze w beczułkach drewnianych i w nich też podanych – rewelacja! Obżarliśmy się, popiliśmy piwem (oboje Chińczycy nie piją alkoholu i – co najgorsze – mąż Annie też nie!), a w dodatku oni wszystko płacili wbrew naszym protestom (włącznie z biletami na Expo, które podobno załatwili dużo taniej, ale oryginalna cena to 160 Y). Co do kasy, to w sumie zaskoczyli nas dziś dwukrotnie. Najpierw Annie biegła za barierki, gdzie jej grzeczna inaczej córka wrzuciła misia i zobaczyliśmy tam chiński banknot. Pokazujemy i mówimy, że pieniądze tam leżą, a ona że to nie jej i zostawiła je w miejscu! Drugi raz, jak na krótką przerwę na przekąskę poszliśmy do Starbucs’a, gdzie za 2 ciasteczka i 2 kawy frappe zapłaciliśmy 94 Y, czyli prawie 4 x tyle co za wczorajszy obiad! Chyba wcale tak mało tu nie zarabiają jak myśleliśmy.
Oboje bardzo sympatyczni i ugościli nas naprawdę z wielkim gestem, aż nam głupio było. Dziecko Annie – „Mała Rybka” dokazywało strasznie, ciągnęło ją za rękę, zaczepiało nas, przewracało wszystko, wchodziło do lodówki po lody, ogólnie – masakra. Ale tu chyba bezstresowe wychowywanie dzieci jest jeszcze bardziej popularne, ze względu na politykę jednego dziecka (mogą mieć 2, jeśli sami są jedynakami lub jeśli bliźniaki się urodzą).
Pożegnaliśmy się z nimi po kolei, wróciliśmy do hostelu i jutro ruszamy do Hangzhou, gdzie na razie nie mamy noclegu i musimy coś wykombinować.

 

20.09.2010 – poniedziałek – Shanghai –> Hangzhou

Siedzimy w wypasionej, klimatyzowanej poczekalni i czekamy na pociąg do Hangzhou. Dotarliśmy bez problemu, choć obeszliśmy cały dworzec, zanim nas skierowano do tej właśnie poczekalni.
Obudziłam się dziś trochę nieprzytomna, w dodatku w trakcie snu o tym, jak to pojechałam do szwagra na urodziny i teraz miałam wracać z powrotem do Chin, a bilet kosztował 3900 zł i byłam strasznie skonsternowana – co robić? Więc może i dobrze, że coś (chyba Nina, tak w sumie) mnie obudziło. Grześ z kolei wstał jakiś bucowaty, niewiele się odzywał i w dodatku nie chciał powiedzieć co mu jest lub o co chodzi. Może dzień mu humor poprawi, bo nawet zaczął formułować jakieś dłuższe zdania teraz. Na śniadanie poszliśmy dziś do McDonalda żeby było szybko i żeby przy okazji zobaczyć czy mają coś ciekawego, ale było normalnie, żadnych lokalnych potraw typu McMaharadża burger w Indiach. Kupiłam BigMaca z shakiem czekoladowym, oba smakowały jak u nas. Ale pożywne, choć niezdrowe pewnie śniadanie powinno nam starczyć na dłużej, bo pewnie zanim się odnajdziemy i zakwaterujemy w Hangzhou, trochę minie. Dobra, zerkamy na tablicę i niedługo pewnie będziemy szli na peron.

Jesteśmy w Hangzhou, mamy na dziś 4-osobowy pokój (55 Y/os.) w West Lake Youth House, niestety na jutro jest zajęty i będziemy mieli 1-kę i 2-kę. Jazdę pociągiem przespałam, co oznacza, że był wygodny. Jak Annie powiedziała, druga klasa tu, to już wyższa klasa, więc naszą poczekalnię puścili najpierw, wagony też mieliśmy oznaczone i miejsca, choć na jednym już usiłowała się usadowić jakaś Chinka, ale sama się wycofała na szczęście. Na dworcu obleźli nas naganiacze nie mówiący słowa po angielsku, ze zdjęciami atrakcji/hoteli/busików i chińskim napisami na nich. Nie wiem jak oni chcą jakiegokolwiek obcokrajowca do czegokolwiek przekonać, jeśli się nie można z nimi porozumieć. W Indiach czy Chile/Peru byli w tym względzie o wiele lepiej przygotowani. Kupiłyśmy mapę chińsko-angielską miasta (5 Y), zapytałyśmy w informacji nad dworcem jak dojechać i autobusem Y2 przemieściliśmy się w okolice jeziora. Szliśmy chyba z 20 minut do hostelu, bo kobitka w autobusie wskazała nam do wysiadki o 2 przystanki za wcześnie. Później zleciało nam trochę na ustalaniu co dalej robimy: co tu zwiedzamy i kiedy, gdzie śpimy w Guilin i czy jedziemy do Yangshuo.
W końcu wybraliśmy się na rekonesans, który miał zawierać głównie jedzenie. Po drodze widzieliśmy już ładnie oświetloną pagodę Lei Feng, którą jednak mamy w planie zwiedzić po jasnemu, więc po szybkim obfotografowaniu jej poszliśmy dalej z nosem wyczulonym już na knajpy. Zobaczyliśmy z 3 koło siebie, zaraz wybiegła kupa ludzi przekrzykujących się, że mają English menu i choć niezbyt podobała nam się ich natarczywość, wybraliśmy taką, w której żarcie na obrazkach wyglądało najciekawiej. Angielki opis był co prawda szczątkowy, ale był. Wybraliśmy: ja – rybę w occie balsamicznym, Grześ – coś jak sajgonki z sosem, Nina – kaczkę w kawałkach, Adam – bambusa z kapustą. Po 3 minutach przynieśli 3 dania, bez mojego. Pierwsze wrażenia były takie sobie: sajgonki, to było tylko jakieś twardawe ciasto ze słodkim keczupem, kaczka – w smaku jak dla mnie nienajgorsza, ale z masą kością przewyższającą ilość mięsa, bambus – monotonny. A ryby nie ma. Pozostała trójka pomarudziła, zjadła prawie całe bez przekonania, a ryby nadal nie ma. No już by ją złowili przecież i spalić zdążyli! W dodatku obsługa jadła sobie w tym czasie radośnie przy swoim stoliku, kompletnie nie zwracając na nas uwagi. Adam w końcu wkurzony poszedł do obsługi, ale nie szło się ni cholerę dogadać, więc skończyło się na zapłaceniu za 3 posiłki i wyjściu stamtąd. Normalnie zapomnieli/olali/nie skumali, że zamówiłam rybę! No nic, na głodniaka (w moim przypadku, choć reszta też nie była ani zadowolona, ani najedzona) poszliśmy dalej przespacerować się po grobli Su Di, która na 3 km odcinku łączy południowy z północnym brzegiem jeziora. Widoczki już od początku były ładne, po prawej 2 pagody, po lewej góry, w oddali światła miasta. Cisza generalnie i spokój, niewiele ludzi, jak już to przejeżdżali na rowerach. Naszym celem było dojście do punktu, z którego najlepiej miało być widać Wyspę Małych Mórz (Xiao Ying Zhou) i Trzy Stawy, w Których Odbija się Księżyc (San Tan Yin Yue). Wyspę owszem było widać już od jakiegoś czasu, ale tej drugiej atrakcji ni cholery. Adam co prawda rzucił hasłem, że pewnie to te takie małe światełka na wodzie, ale dopiero po obejrzeniu ich przez teleobiektyw, poczytaniu przewodnika i popatrzeniu z różnych punktów doszliśmy do tego, iż rzeczywiście: Trzy Stawy, w Których Odbija się Księżyc to 3 małe (2 m) pagody wodne, które są ułożone na wodzie w taki sposób, że wśród otaczających je świateł nieszczególnie się wyróżniają. Cóż, kolejny raz poetyckie zacięcie twórców tych nazw przewyższyło rzeczywistość. Ale mimo tych poznawczych problemów, na grobli było bardzo miło, siedliśmy sobie w uroczym zakątku wysuniętym lekko w jezioro, w tle grała jakaś delikatna chińska muzyczka, którą potem okazał się „produkować” jakiś niewidomy chłopak parę metrów za zakątkiem. Przyjemny wieczór, pośmialiśmy się też trochę, bo najpierw pomyliliśmy jakiegoś Chińczyka wyłażącego z krzaków z Adamem, który poszedł przodem robić zdjęcia, a później przypomnieliśmy sobie sytuację, gdy Nina na hasło Adama, że trzeba by Bartkowi przywieźć chińska prezerwatywę, powiedziała, że powinna mu pasować, co podwójnie nas ubawiło.
Po powrocie do hostelu spotkaliśmy ucieszoną naszym widokiem, czy raczej głosem, Polkę, która właśnie przyjechała tu do pracy na roczny kontrakt jako nauczycielka angielskiego, a pracodawca powiedział, że to już nieaktualne i wkurzona była maksymalnie. Poopowiadałyśmy sobie wspólnie co nieco i poszliśmy do pokoju.

21.09.2010 – wtorek – Hangzhou

Obudziliśmy się dziś koło 11.00, trochę wbrew zamiarom, ale Nina stwierdziła, że nie będzie nikogo budzić, bo potem Grześ będzie marudny przez pół dnia :P . Co prawda mówili, że rzekomo z rana budziły ich jakieś hałasy, krzyki i nie wiadomo co, ale ja spałam jak kamień, nie mogę więc potwierdzić tych pogłosek. Dopiero głos z dołu łóżka mnie obudził. Zeszliśmy dopytać o pranie i zmianę pokoju, okazało się, że wczoraj się nie dogadaliśmy w recepcji i mamy na dziś jedynkę oraz … 2 pojedyncze miejsca w różnych dormitoriach. Hm. Przenieśliśmy wszystkie graty do jedynki, a ku naszemu zaskoczeniu Nina i Adam powiedzieli, że mogą spać w dormitoriach, bo w jedynce im będzie chyba ciasno. Wrzuciliśmy brudne rzeczy do pralki i zeszliśmy na śniadanie (Nina już była po i w dodatku wciągnęła się w chińskie seriale!). Śniadania były zachodnie, ale całkiem smaczne. Po rozwieszeniu prania wyruszyliśmy na zwiedzanie. Pierwsze wrażenie – o jejku jaki upał! Zanim dotarliśmy do łódek już byliśmy mokrzy. Po małych wahaniach olaliśmy 2 Chińczyków proponujących nam popłynięcie na Wyspę Małych Mórz (pierwszy za 240 Y, drugi za 160 Y) i wykupiliśmy oficjalne pływanie za 45 Y/os., co miało tą przewagę, że pozwalało później na popłynięcie w inną stronę jeziora i obejmowało jakieś wstępy, z których ostatecznie nie skorzystaliśmy. Zobaczyliśmy z bliska te 3 małe pagody, których wczoraj tak zacięcie szukaliśmy i dopłynęliśmy na wyspę. Wyspa baaardzo urokliwa. Ma kształt znaku zatrzymywania się i postoju, czyli dokładnie taki:

Przeszliśmy przez wszystkie chyba mostki, zrobiliśmy zdjęcia pagodom, kwiatom lotosu, sobie nawzajem i ogólnie było sielankowo i milusio, gdyby nie cholerny upał i moja znowu przeszkadzająca soczewka (tym razem lewa, przepłukanie płynem pomogło tylko na krótko). Postanowiliśmy przepłynąć łódką na północną stronę jeziora, żeby dojść do Parku Jaskini Żółtego Smoka. Połaziliśmy najpierw po ciekawym terenie z różnymi kamiennymi elementami, resztkami pałacu i znowu – byłoby całkiem OK, ale dzisiejszy upał zabijał. Byliśmy mokrzy i ruszaliśmy się jak muchy w smole. Mimo słabości (Grześ zaliczył największy kryzys upałowy), po krótkim odpoczynku, postanowiliśmy ruszyć pod górę do tego parku. Tylko, że droga nie za bardzo prowadziła tak jak mapa. Próbowaliśmy pytać kogoś jak tam dojść, ale najpierw jakiś chopek w mundurze nie chciał z nami gadać (pokazał ręką „stop”, a potem zasalutował, dobrze, że nie strzelał od razu!), a w następnym przybytku pokazali nam, że to po drugiej stronie góry i skierowali na autobus 81. W obliczu zmęczenia upałem, porażki w dotychczasowym, juz dość długim dochodzeniu do parku, postanowiliśmy wsiąść w autobus zmierzający w kierunku naszego hostelu i zobaczyć chociaż pagodę. Złośliwie przyjechały wszystkie numery autobusów, niektóre nawet 3 razy, a nasza 9 dopiero w momencie, kiedy chłopaki studiując chiński rozkład jazdy doszli do wniosku, że ten autobus jeździ tylko do 17.00, więc już jest na niego za późno. W autobusie Chinka z mikrofonem napierdzielała coś po chińsku cała drogę, pewnie o mijanych atrakcjach, bo to był taki autobus bez szyb, jakby wycieczkowy. Ponieważ się już ściemniało, stwierdziliśmy że pagodę przekładamy na jutro, wysiedliśmy przy hostelu i po kąpieli, czy co tam kto robił, zeszliśmy na dół na kolację. I co się okazuje – nie ma ryżu! Jesteśmy piąty dzień w Chinach i ani razu nie jedliśmy ryżu. Coś tu nie gra. Spytaliśmy kelnerki, czy to przypadkiem nie ściema, że w Chinach jedzą ryż :) . Skończyło się na gigantycznych porcjach frytek i całkiem smacznych chińskich daniach: ja – kawałki ryby z papryką, cebulą i grzybami w sosiku, Adam – kawałki kurczaka (oczywiście były kości) z tym samym, Nina – pieczoną wieprzowinę w sosie słodko-kwaśnym, Grześ – wołowinę z cebulą. Za wyjątkiem rozczarowania brakiem ryżu byliśmy zadowoleni. Zapłaciliśmy 94 Y za nas dwoje.
Wracając do pokoju spotkaliśmy dwoje Polaków – Piotrka i Ewę, którzy w ostatnie studenckie wakacje podróżują sobie przez Rosję, Chiny i Malezję. Powiedzieli nam parę przydatnych rzeczy, wymieniliśmy się namiarami na hostele i ogólnie staliśmy chyba z 1,5 h w korytarzu, bo fajnie się z nimi gadało. Poszliśmy spać o 1.00.

Relacja Iwony: 22.09.2010 – środa – Hangzhou –> Guilin

Po spakowaniu się i zjedzeniu śniadania w hostelu (dziś szwajcarskie, z musli, jajecznicą i serkiem topionym), a także przekonaniu się, że deszcz o którym mówią, to jedna kropla na minutę, wyruszyliśmy do pagody Lei Feng. Ucieszeni, że jest w miarę chłodno, tzn. nadal na spodenki i krótki rękawek, ale już w zamkniętych butach i z kurtkami w plecakach, żwawym krokiem doszliśmy do pagody i po zapłaceniu 40 Y wleźliśmy i częściowo wjechaliśmy na górę. Widoczek na jezioro i pobliskie górki, na szczycie których widać zarysy pagód był bardzo malowniczy. Niestety efekt psuła trochę pogoda, bo deszcz wyglądający jak rozproszony polski kapuśniaczek, padał coraz mocniej. W środku z najfajniejszych rzeczy była historia sprzed ~2 tysięcy lat opowiedziana na wykonanych z drzewa wycinankach.
Po pagodzie wsiedliśmy w Y2 i podjechaliśmy pod Świątynię Schronienia Duszy (Lingyin Si). Poszliśmy w kierunku Góry Która Przyleciała z Daleka (Feilai Feng) – że niby z Indii. Była to skała z jaskiniami małymi i wykutymi w nich rzeźbami. Korytarze były ciemne i wąskie, a rzeźby, co najdziwniejsze, nie oświetlone. Wrażenie robiły liany, które zwisały z okolicznych drzew, a i same drzewa wyrastające prosto ze skały wyglądały niesamowicie. Ładne to było. Potem niepotrzebnie wkarapućkaliśmy się do jakiegoś ogrodu Źródło jak Lotos, bo nic tam poza krzakami nie było. Tu pierwszy raz doszliśmy do wniosku, że jeśli gdzieś nie podąża z kilka setek Chińczyków, to nie ma tam nic ciekawego do oglądania (smutne, ale sprawdzało się nieraz potem). Po powrocie na główną, czyli jedynie słuszną, ścieżkę mijaliśmy dziesiątki rzeźb wykutych w skałach prezentujących Buddę w ilości ponoć 380 sztuk. Śmiejący się Budda z 1000 r. jest najważniejszą tu rzeźbą. Niezłe. Potem, żeby wejść do samej świątyni zapłaciliśmy dodatkowe 30 Y. Choć wahaliśmy się trochę, czy warto, poszliśmy – i bardzo dobrze. Świątynia składała się z wielu pawilonów, w których niezmiennie była masa posągów Buddy, ale ilość jego wyobrażeń dobrze świadczy o wyobraźni Chińczyków :) . Największą atrakcją jest 18-metrowy złoty, ale jest też sala, gdzie w korytarzach w kształcie swastyki jest ustawionych kilkaset posągów rozmiarów mniej więcej ludzkich, z których każdy jest inny.
Ponieważ było już stosunkowo późno, postanowiliśmy pomału kończyć zwiedzanie i przemieścić się do wioski Longjing (Smocza Studnia), która słynie z jednej najlepszych na świece herbat. Dowiedzieliśmy się, że trzeba wziąć taksówkę, no i tu zaczęły się schody. Coś niespotykanego u nas od czasów komuny (ale tu w sumie ona trwa) – chętnych 5 razy tyle, co taksówek. Normalnie bitwa! Chyba z ½ godziny próbowaliśmy coś złapać bezskutecznie, Chińczycy pchali się do wszystkich nie przebierając w środkach, a w dodatku jeden z taksówkarzy (do którego samochodu udało się wsadzić głowę) uświadomił nam, że muzeum herbaty z herbaciarnią jest czynne do 16:30 (a była 16:00). Tak więc po daremnym oczekiwaniu i łapaniu wszystkich taksówek, które przejeżdżały przez parking, zdecydowaliśmy się za zakup herbaty w pobliskim sklepie (100 Y za 4 puszki czegoś, co wygląda i pachnie jak siano, naładowane do pełna i uciśnięte). Poszliśmy na autobus Y1 i przemieściliśmy się na wschodni brzeg jeziora, żeby coś zjeść. Zeszło nam dość długo na poszukiwaniu knajpy polecanej przez Lonely Planet o nazwie Lao Hangzhou Fengwei, w końcu znaleźliśmy, ale nie jesteśmy do końca pewni czy to była ona, bo nazwa była tylko po chińsku. Knajpa duża, pełna Chińczyków, powinno być OK. Ale jedzenie w Chinach to nieustająca przygoda. Postanowiłam zamówić specjalność Hangzhou – kurczaka żebraka, Grześ – kulki ryżowe, Adam – zupę z krewetkami, Nina – wieprzowinę w ostrym sosie. I ryż! W końcu ryż, po 6 dniach w Chinach (zresztą zamówiony tylko dzięki pokazaniu znaczka w rozmówkach). Najpierw przynieśli moje, które wzbudziło najpierw salwę śmiechu, potem małe przerażenie. Mój kurczak był wielkości gołębia (nawet padło stwierdzenie, że skoro żebraka to kurczak, to może faktycznie gołąb), miał główkę i nóżki! Po obowiązkowym uwiecznieniu potrawy na zdjęciu, ku przerażeniu i śmiechom reszty, upierniczyłam mu pałeczkami główkę [Nina potem stwierdziła, że to po to, żeby nie wyżerał sałatki :) ] i nóżkę, a potem jeszcze drugą schowaną w korpusie i zaczęłam konsumpcję. W sumie smakował w miarę normalnie, a już na pewno normalniej niż wyglądał. Grzesia kulki ryżowe były smaczne niby, ale słodkawe, co powodowało szybki przesyt. Adam dostał zupę, której ja nawet nie chciałam spróbować i nie chodzi tu nawet o krewetki, których w tej zupie Adam nie umiał się doszukać, ale o glutowatą konsystencję. Zjadł dzielnie większość. Ostatnie podali danie Niny, wielkie że hej! Ostre i z niezbyt fajnym mięsem, więc Nina poskubała tylko, my też niewiele jej pomogliśmy i skończone. 140 Y za całość. Jak zwykle uśmialiśmy się przy tym jedzeniu, bo jakoś trzeba sobie radzić z dziwnymi potrawami, nie zawsze trafionymi, ale co tam – po to się jest w obcym kraju, żeby eksperymentować.
Poszliśmy pieszo do hostelu, gdzie o 20:00 mieliśmy zamówiony przewóz vanem (120 Y) na lotnisko, a tu się okazuje, że trwa w najlepsze „dumpling party”, o którym czytaliśmy wczoraj w recepcji. Wszyscy wspólnie lepią pierożki, po czym są one gotowane i wspólnie konsumowane. Chcieli nas bardzo wciągnąć w to, albo chociaż poczęstować, ale byliśmy przecież świeżo po kolacji, więc skończyło się na zjedzeniu po pierożku, pochwaleniu że dobre, załadowaniu plecaków na ramiona i grzecznym podziękowaniu za gościnę. W sumie to trzeba było wrócić do hostelu na te pierożki, zwłaszcza że teraz siedzimy w samolocie obżarci jak prosiaki, bo właśnie zjedliśmy to co podali na pokładzie, czyli w sumie pełnowymiarowy posiłek. I jak tu zrzucać boczki! Na lotnisko jechaliśmy z 45 minut, lotnisko dość puste już o tej porze, poczytaliśmy coś o Guilin, odprawiliśmy się, no i lecimy do następnego punktu podróży.

 

22.09.2010 – środa – Hangzhou –> Guilin

Jesteśmy w hostelu Guilin Flower Youth Hostel (18 Y / os.- OMG jak tanio!). Taxi z lotniska 100 Y + 10 Y za bramki na autostradzie. Schody do hostelu mało zachęcające, brudne i odrapane ściany. Wrażenie w recepcji bardzo pozytywne za to, miła obsługa i taki jakiś klimacik. Pokój – spartański, łóżka, mała szafka i to by było na tyle. Nie ma łazienki niestety, a już się rozbestwiliśmy trochę. Ta wspólna jest taka sobie, ciemno, kabina z wieszakami na przeciw prysznica i trudno wyregulować temperaturę wody. Ale trudno, za 8 zł nie wymagajmy cudów. Trzecia w nocy, czas iść spać. Na dworze leje okrutnie. Już wolę upał z dwojga złego. Ale zobaczymy jutro, tzn. dzisiaj za parę godzin.

 

23.09.2010 – czwartek – Guilin

Leje dalej, masakrycznie leje. Obudziliśmy się 11.40, ale w obliczu deszczu nie mieliśmy nawet jakiegoś wielkiego żalu, że tak późno. A Grześ w końcu był szczęśliwy, że „prawie” się wyspał. Zamówiliśmy hostel w Chengdu i pomału zbieraliśmy się na śniadanie, ale okazało się, że już prawie 14:00 się zrobiła i w hostelu już śniadań nie dają. Chłopaki zbiegli do jakiejś lokalesowej knajpy na zewnątrz i zamówili pierożki, a myśmy z Niną rozmawiały z panią z agencji turystycznej o wycieczkach na rzekę Li. Pierożki gorsze niż w Szanghaju, Adam zamówił jeszcze coś dziwnego zawiniętego w liście, ale smakowało na tyle paskudnie, że nikt tego nie chciał zjeść. Wahaliśmy się trochę co tu robić i – ponieważ wciąż lało – ostatecznie wybraliśmy Jaskinię Trzcinowego Fletu (Ludi Yau). Autobusem nr 3 jechaliśmy przez całe miasto (małe – ponad 600 tys. mieszkańców) i wysiedliśmy przed samą jaskinią. Wstęp 90 Y. Jaskinia ładna, bardzo mocno podświetlona, czasem trochę psychodelicznie, Jak to w Chinach, za dodatkową opłatą można zrobić sobie zdjęcie w specjalnie podświetlonych miejscach, czy wejść w dodatkowy zakamarek, żeby pogłaskać żółwia. Chyba jeszcze nie spotkaliśmy miejsca, w którym nie zbieraliby dodatkowej kasy za jakieś atrakcje w środku. Grześ dzielnie robił zdjęcia na pajęczakowatym statywie, wyglądały obiecująco na wyświetlaczu, zobaczymy na kompie. Przewodniczka mówiła oczywiście po chińsku, więc atrakcje oglądaliśmy sobie sami, czasem zerkając na to co akurat podświetlała. Ale w zasadzie do oglądania takiej jaskini, o ile nie jest się jakimś strasznym zapaleńcem jaskiniowym, przewodnik nie jest konieczny. Po zwiedzeniu zapanował spoty marazm, bo deszcz lał dalej i nie wiedzieliśmy co dalej robić.
Ostatecznie pojechaliśmy, trochę za moją namową do Parku Siedmiu Gwiazd (Qixing Gongyuan) – autobusy 3 i 14, wstęp 35 Y. Niestety było juz trochę późno, więc decydowaliśmy co by tu wybiórczo zobaczyć i sam wybór poszedł nieźle, ale weszliśmy w złą ścieżkę i wylądowaliśmy na jakiś pobocznych atrakcjach, schodząc śliską, wąską, kamienistą dróżką już prawie po ciemku. Na koniec znaleźliśmy chociaż Wielbłądzią Skałę (Luotno Shan) i pojechaliśmy do polecanej znowu w Lonely Planet lokalesowej knajpki. Przy czym lokalesowa tym razem oznaczała totalny hardcore! Sami w sumie w życiu tam nie weszlibyśmy, bo była zaniedbana, same stoły z krzesłami, zero wystroju, ściany malowane na biało chyba z 20 lat temu i bez menu z obrazkami, nie mówiąc już o czymkolwiek po angielsku. Odszyfrowaliśmy ją po chińskich znaczkach zresztą, bo nazwy Shengfa Fandian, jak można się domyślić, nie było nigdzie. Bardzo się z Niną napaliłyśmy na danie opisywane w LP: beer fish (pijiuyu) i pokazując tam na jego chińską nazwę dokonaliśmy zamówienia (no ja jeszcze z rozmówkami wskazałam na ryż i sól!). Były to 2 ryby podane na gotującym się na kuchence na stole woku, w jakimś piwnym sosie zawierającym pomidory, grzyby, zieloną cebulkę i przyprawy. Cały czas bulgotało to sobie na stole (do tego podali nam piwo, które zamówiliśmy, a wcześniej czajniczek z herbatą), dziubaliśmy to pałeczkami i zajadaliśmy ryżem. Pycha! Numer jeden z żarcia jak na razie! Forma podania i smak – rewelka, tylko trochę mało jak na 4 osoby. Cena za wszystko 70 Y, czyli po jakieś 9 zł na głowę. Po drodze dopchaliśmy owocami (jabłko, banan –żadnej egzotyki) i w hostelu zamówiliśmy na jutro spływ po rzece Li w wersji łódź bambusowa (130 Y), a w agencji sprawdzanej rano tarasy ryżowe na pojutrze. Z tym drugim jest trochę kłopotów, bo mamy samolot do Chengdu na 19:30 i standardowa wycieczka jest zbyt długa. Mam nadzieję, że to wszystko wyjdzie na czas.

 

24.09.2010 – piątek – Guilin

Leje. Dalej qrcze leje! Jeszcze śpiący i niezbyt zachwyceni schodzimy na śniadanie, na które czekamy prawie 40 minut. Dobrze, że zeszliśmy z dużym zapasem. Pancakes’y z syropem i jajka – takie sobie. 13-osobową grupą zmierzamy do busa, w którym jest na tyle mało miejsca, że 3 Francuzów siedzi na drewnianej ławeczce bokiem. Bus jedzie długo, wyjeżdża na jakieś zadupia gdzie asfalt jeszcze nie dotarł, lub już dawno zszedł. Trzęsie jak cholera (cieszę się, że to nie ja siedzę na ławeczce), dziury jak po zimie na drodze na Chorzów, albo i gorsze, ale jedziemy do przodu. Nie wiem, chyba po 1,5 h dojeżdżamy do celu, jakiś chopek prowadzi nas dróżką między domami do rzeki. Tu już widać biedę. Chińska wieś wygląda gorzej niż polska, ale w sumie lepiej niż indyjska. Ładują nas do 3 bambusowych łódek, przy czym bambus jest nieco oszukiwany, bo podłoże jest z rurek ale raczej plastikowych. Zajmujemy jedną całą łódkę, dostajemy kapoki i odbijamy od brzegu. Oczywiście ani na chwilę nie przestało padać. Łódka ma silniczek z przyczepioną taką żerdzią jako sterem i daszek. Dowiaduję się od Niny i Adama, że w górach, które właśnie zaczynają się pojawiać kręcono Avatara. No w sumie kształty się zgadzają, przy odrobinie efektów komputerowych mogą stanowić dobrą bazę. Deszcz ma jeszcze jedną wadę oprócz moczenia wszystkiego, powoduje że góry są całe zamglone i widać je mocno fragmentarycznie. Co za pech. Jedno z miejsc, w których pogoda jest naprawdę ważna, a tu leje tak, że nam się z filmami o Wietnamie skojarzyło, lub z Forestem Gumpem – poznaliśmy bowiem różne rodzaje deszczu. Najgorszy był ten zacinający od przodu, bo po 15 minutach mieliśmy całe spodnie mokre. Po kolejnych 15, jak już nie było na nich z przodu suchej nitki, dostaliśmy od pana łódkowego pelerynkę na kolana. No nic, liczą się chęci. Górki po obu stronach rzeki Li były niesamowite, mimo że nie było ich widać w pełnej krasie i tak wyglądały interesująco. Mgła nadawała im tajemniczości, a to, że całe były porośnięte roślinnością (nie dziwię się, przy takich deszczach!) sprawiało, że wyglądały jak jakieś mechate zielone stwory nieziemskie. Zaklinaliśmy deszcz, żeby sobie choć na chwilę odpuścił i żeby wyszło słońce, ale nie było na to szans. Jeśli przestawał – to na 5 minut, a to też raczej nie do końca. Po jakiejś godzinie spływu zaparkowaliśmy łódkę przed jakąś lokalną knajpą, ale my nie jedliśmy, bo nie byliśmy głodni jeszcze po śniadaniu. Potem jeszcze z pół godziny spływu (pogoda bez zmian) i wysadzili nas na drugim brzegu, skąd miał być busik dalej. Miejsce było maksymalnym zadupiem, nawet to wioska nie była, tylko koniec jakiejś gruntowej drogi schodzącej do rzeki. „Busiki” to były takie pojazdy bez drzwi i okien, przewiewne, tyle że z daszkiem i siedzeniami. Jakimś dziwnym trafem wszyscy z innych wycieczek zostali do nich załadowani, a dla naszej 13-ki nie starczyło. Nasz Chińczyk dwoił się i troił, gadał ze wszystkimi, ale najwyraźniej nie było już więcej busików. W końcu jakaś Chinka poinformowała nas, że wszystkie busy pojechały i że mamy poczekać jakieś 20 minut. W sumie to przyjechały nawet wcześniej, jakimś cudem wepchnięto nas do jednego, choć siedzieliśmy metodą „na zamek błyskawiczny” i ruszyliśmy tą drogą. Była jeszcze gorsza od tej, którą dojeżdżaliśmy do rzeki, bo z racji że busik był otwarty, całe błoto chlapało radośnie na wysokość metra. Siedziałam w środku, więc udało mi się nie zostać ochlapaną. Po jakimś czasie przejechaliśmy na drugą stronę rzeki i busik się zatrzymał, Usiłowano nas załadować do autobusu, który miał nas z Xingping zawieźć do Yangshuo. Mnie władowali na plastikowe miejsce koło kierowcy, dostawili plastikowe krzesełka, na których m.in. siedziała pozostała trójka i po jakiś 15 minutach niewiadomych powodów postoju pojechaliśmy. W trakcie podróży ku uciesze wszystkich, z głównym zainteresowanym na czele, plastikowe krzesełko złamało się pod Adamem. Niedługo po tym zdarzeniu, autobus się zatrzymał, kazali wszystkim wysiąść i poczekać na inny. O tyle to dziwne, że autobus się nie zepsuł raczej, bo jechał normalnie, a i po wysadzeniu nas też pojechał w siną dal (hm, chyba nie przez krzesełko? ;p). Wysiadając i przemieszczając się po poboczu, Grześ o mały włos nie zrzucił jakiegoś młodego Chińczyka z 2,5-metrowego muru, bo obracał się z plecakiem i chyba przywalił mu z łokcia. Twierdzi, że niechcący :p. Biedny Chińczyk nie dość, że oberwał, to jeszcze przez kolejne 15 minut (wraz z połamanym przez Adama krzesełkiem) był przyczyną naszej głupawki. Chyba odreagowywaliśmy trochę „przygody” transportowe dnia dzisiejszego. Wszystkim tymczasem komenderowała jakaś Chinka, która poupychała Chińczyków do kilku kolejnych autobusów, aż w końcu przyszła pora na naszą pechową 13-kę. Już bez dalszych przeszkód dojechaliśmy do Yangshuo, ale żeby nie było zbyt dobrze, to spóźniliśmy się 2 minuty (!) do banku na wymianę pieniędzy. Mimo moich błagalnych min i gestów, pan za kratą pozostał niewzruszony, uśmiechnął się jedynie, ale kraty skubany nie otworzył. Ech!
Yangshuo to takie Zakopane w sumie, z odpowiednikiem Krupówek, które jednak tu były o wiele bardziej zawalone kramami z badziewiem wszelakim. Popatrzyliśmy od niechcenia na to i owo, kupiliśmy kartki w końcu, a że Nina chciała też kupić wachlarze, to podeszła do stoiska, no i zaczęło się targowanie. Podane 140 Y skwitowaliśmy parsknięciem i odejściem od kramu. Szybko cena zawędrowała na 70 i 35, ale w Adama wstąpiła iskra targowacza i po chwili juz wachlarze mogliśmy kupić za 20 Y każdy. No to mamy 3 na prezenty, a Nina 4.
No dobra, pora coś zjeść w końcu. Po obejrzeniu kilku knajpek i stwierdzeniu, że tu podają różne dziwne rzeczy, w tym mięso psa, zdecydowaliśmy się na dobrze wyglądającą i w dodatku dysponującą rozbudowanym menu po angielsku oraz Chinką spokojnie zachęcającą do wejścia knajpę Cloud 9. Oj, jakiż wspaniały to był wybór! Na początek jakieś twarde coś (kukurydza? fasola? orzeszki?) na przekąskę. Analiza menu i mamy: ja – żeberka w sosie słodko-kwaśnym (ananas, ogórki chyba konserwowe, pomidorki), Grześ – bakłażan z różnymi warzywami i w sosie na ostro, Nina – kurczak w takich jakby płaskich pierożkach z glazurą z cytryny, Adam – nie wiem jak to nazwać, ale wieprzowina w cieście zapieczona razem z jakimiś warzywami. Do tego ryż zapiekany z warzywami i piwo. Jak zaczęli to po kolei przynosić, a my próbować, to zapanował ogólny zachwyt i nawet deszcz wydał się mniej wkurzający niż dotychczas. Dla Grzesia to był obiad nr 1, ja waham się między wczorajszym a dzisiejszym, ale z pewnością sposób podania, różnorodność tego co zamówiliśmy oraz zbiorowy zachwyt, postawią wysoko poprzeczkę następnym posiłkom. Na koniec dostaliśmy jeszcze arbuza – równie smakowitego jak reszta. Całość 140 Y, czyli po jakieś 16 zł na głowę. A obżarliśmy się na full.
Pospacerowaliśmy sobie w kierunku autobusów i wsiedliśmy w jakiś do Guilinu, który zgodnie z dzisiejszą tradycją transportową, zanim zawiózł nas gdzie trzeba, to jeszcze z 3 razy objechał Yangshuo szukając większej ilości chętnych na transport.

25.09.2010 – sobota – Guilin –> Chengdu

Przez chwilę rano nie padało, ale szybko wszystko wróciło do normy i już po śniadaniu (tosty z serem i „szynką”) lało. Zeszliśmy do agencji i pani, u której rezerwowaliśmy wycieczkę na tarasy zaprowadziła nas do busa. Głupio nam trochę było, że nie wzięliśmy u niej rzeki Li, zwłaszcza, że była tańsza. A po wczorajszych przygodach transportowych mieliśmy też wrażenie, że mogłaby być lepiej zorganizowana. Jechaliśmy bite 2,5 h, pod koniec było juz ładniutko, góry, wodospady, dużo zieleni. I oczywiście deszcz i mgła. Po drodze zatrzymaliśmy się kupić bilety (50 Y) i pojechaliśmy na tarasy przy wiosce Dazhai. Sama wioska, jak i okoliczne słyną z tego, że mieszkające tam kobiety nigdy nie ścinają włosów. Panie zresztą opadły nas już przy busie, oferując coś z koszy na plecach (czasem chyba po prostu zaniesienie bagażu, doszliśmy do wniosku, bo niektóre kosze były puste). Włosy mają obwinięte wokół głowy i upięte nad czołem w taki równy kok. Już po wejściu do parku wioska Dazhai malowniczo wkomponowuje się we wzgórza. Na mapie zobaczyliśmy jak chcemy iść (a czas mieliśmy ograniczony niestety z powodu samolotu), po czym oczywiście oznakowania się szybko skończyły i szliśmy sobie tak na pałę, wkurzając się przed każdym nieoznakowanym rozwidleniem. Przeszliśmy wioskę i próbowaliśmy kierować się po prostu w górę. Doszliśmy do miejsca, w którym widok był juz super – tarasy ryżowe wyłaniały się z mgły na przeciwległych wzgórzach, naprawdę robiło to wrażenie. Zrezygnowaliśmy z podejścia na szczyt nr 3, bo zalegał we mgle, więc doszliśmy do wniosku, że nie będzie nic widać (a potem żałowaliśmy mocno). W zamian poszliśmy jakąś inną drogą, za górą i w dół, w efekcie czego doszliśmy do punktu wyjścia, ku pewnej naszej konsternacji. Wybraliśmy inną drogę i dojście na szczyt nr 2 (Thousand Layers to the Heaven). Kamienne schodki prowadziły ostro w górę, gorąco nam było mimo padającego deszczu. Nina z Adamem nieco wymiękli i postanowili nie iść na szczyt. Myśmy poszli do góry i po jakiś 15 minutach byliśmy na platformie widokowej. Mimo mgły, widok był cudny. Na górze było dwoje mówiących po angielsku Chińczyków i powiedzieli, że lokalesi mówią, iż tu pogoda zmienia się co chwilę, więc warto poczekać 15 minut, może mgły się rozejdą. Postanowiliśmy poczekać i to była dobra decyzja. Oczywiście nie zrobiło się nagle słonecznie i bezchmurnie, ale mgły faktycznie porozłaziły się na boki i ukazały krajobraz tak piękny, że Grześ porównał to do Machu Picchu. Zrobiliśmy milion zdjęć (oj, będzie sortowania) i podeszliśmy kawałek dalej na szczyt nr 2 skąd widok był jeszcze lepszy, bo w 3 strony na różne tarasy ryżowe. W środku na dole ścieliła się wioska Dazhai. Ślicznie! Jakby była lepsza pogoda, to naprawdę chyba byśmy szczęki z ziemi zbierali z wrażenia. To tu zaczęliśmy żałować, że nie zaliczyliśmy poprzedniego szczytu, bo mimo mgły pewnie i tak widok robiłby podobne wrażenie. Szkoda, że nas limit czasowy dziś gonił, bo poszwędalibyśmy się tu z chęcią do późnego popołudnia. Ale tymczasem musieliśmy pomału wracać, deszcz rozpadał się jeszcze mocniej w międzyczasie, więc na dole byliśmy już przemoczeni. Adam z Niną czekali koło busa, władowaliśmy się do środka i Nina z ukrycia robiła zdjęcia długowłosym kobietom z Dazhai. Oby wyszły! Drogę powrotną w większości przespałam, do agencji dotarliśmy 17.10, a o 17.30 podjechał taksówkarz, który bezproblemowo i na czas zawiózł nas na lotnisko. Teraz siedzimy w samolocie z nadzieją na jakiś posiłek, bo już nam kiszki marsza grają, a wszelaki ślad po śniadaniu w organizmie zaginął.
Posiłek qrcze! Dali nam 2 suche pseudobułeczki i do tego pogniecione tofu, beznadziejne, zwłaszcza jak się jest głodnym. No trudno.

 

25.09.2010 – sobota – Guilin –> Chengdu

Na lotnisku w Chengdu czekała pani kierowca z kartką Adam Wroński, więc się Grześ podniecał, że zawsze chciał, by na lotnisku na niego ktoś z kartką czekał. Co prawda nie jego, tylko Adama nazwisko to było, ale zawsze coś :) .
Hostel Lazy Bone (40 Y/os. w 4 os. dormie) już od wejścia zrobił na nas dobre wrażenie. Zapłacili za naszą taksówkę z lotniska, chłopak w recepcji – Ray był niesamowicie uczynny, opowiedział nam wszystko o wycieczkach, a byliśmy dociekliwi bardzo i niezdecydowani co, jak i kiedy. Pomógł nam w rezerwacji hostelu w Xi’an, a zasadniczo on go telefonicznie zarezerwował i poprosił żeby mieć przez całe 4 dni ten sam pokój (bo przez internet wychodziło, że będą 1 osobę przez 2 dni przerzucać). Kolejny raz byliśmy pod wrażeniem, jak weszliśmy do dormitorium – czyściutko, estetycznie, każde łóżko ze swoją lampką, kontaktem i zasłonką. Łazienka niezła i w miarę całość przestronna. Chłopaki stwierdzili, że chcą tu zostać dłużej. Przymarudziliśmy z pokojem, wyborem wycieczek itp. i w efekcie ostatecznie straciliśmy szansę na zjedzenie czegoś. Na głodniaka idziemy spać.

 

26.09.2010 Chengdu

Pobudka o 6.00, bo o 6.30 mamy zamówiony transport do Leshan 6-osobowym busikiem (600 Y – drogo, ale o 23.00 trudno było dokoptować jakieś 2 osoby do transportu, żeby obniżyć koszty). Nina jako wstająca najwcześniej poszła z misją zakupu śniadania i przyniosła 10 ciepłych bułeczek, będących bardziej kluskami na parze – jedna na słodko, druga z cebulką. Pożarliśmy je w busie, po czym ja smacznie zasnęłam i z małymi przerwami obudziłam się w Leshan około 2 h później. Kierowca pokazał nam wejście, gdzie zakupiliśmy najdroższe jak dotąd bilety – 90 Y za Wielkiego Buddę i 70 Y za park, którego nazwy nie pomnę, a na bilecie jest tylko po chińsku. Na wejściu powkurzaliśmy się na grupki Chińczyków z przewodniczkami przekrzykującymi się przez mikrofony, ale potem było już tylko lepiej. Przede wszystkim nie padało! Z rzeźb po drodze fajny był smok i biały tygrys (zupełnie jak mój mount w WOW’ie!), ale zmierzaliśmy w kierunku Wielkiego Buddy, bo po to przyjechaliśmy wcześnie, żeby być tam przed dzikimi tłumami. Z jakiejś odległości już było widać jego gigantyczną głowę. Oj, Chińczycy to jednak wszystko muszą robić olbrzymie (choć, a może właśnie dlatego, że sami są niewielcy)!
Wielki Budda (Da Fo) ma 71 m wysokości i jest największym siedzącym Buddą na świecie. Powstawał od 713 r. n.e. we wzgórzu nad połączeniem dwóch rzek, aby strzec przed prądami, powodziami i innymi nieszczęściami. Trzeba przyznać, że robi wielkie wrażenie wykuty w skale, z poprowadzoną wzdłuż jego całej wysokości kamienną ścieżką, która przybliża do kolejnych, olbrzymich części jego ciała. Oko ma ponoć 3 m, palec u nogi 8,5 m.
Reszta tej części parku przyjemna, ale już nie tak spektakularna, natomiast ta druga, za którą zapłaciliśmy 70 Y, bardzo interesująca. Oczywiście jest to znowu milion posągów Buddy, co już trochę monotonne się robi, ale całe otoczenie sprawiało ogólne wrażenie jak z Indiany Jonesa i kojarzyło się z Ameryką Południową. Taka trochę dżungla, co chwilę groty z omszałymi, bardzo dużymi rzeźbami w czerwonawej skale, ludzi nawet wyjątkowo mało jak na Chiny. Pokręciliśmy się nawet dość niespiesznym tempem, porozkoszowaliśmy się spokojem i ciekawym klimatem. Potem uchichraliśmy się pod posągiem Sziwy usiłując odtworzyć jego pozycję z 4 rękami, robiąc z 2 osób jedną. Próbowaliśmy też zatopionej w dużym glinianym dzbanie żabie wrzucić w paszczę monety, co zdaje się było celem wszystkich pochylających się nad nią Chińczyków, ale chyba nasze 5-groszówki są za ciężkie, albo wszyscy mamy kiepska celność. Na koniec odnaleźliśmy, nie bez trudu, 170-metrowego Buddę! Jakkolwiek dziwnie by to brzmiało, to o mały włos byśmy go przegapili. Po pierwsze leży, po drugie jest przysłonięty drzewami (rzekomo, żeby mu drzewa zasłaniały to, co mężczyzna powinien mieć zasłonięte, ale nie wiedziałam, iż to oznacza od szyi po kolana), więc gdyby nie mapka i jej szczegółowa analiza, to nie zauważylibyśmy kolejnego naj- Buddy na świecie.
Wracaliśmy do busa po obwodzie parku, co chwilę zaczepiani prze kierowców, kelnerów, sprzedawców pamiątek, dlatego gdy w końcu wypatrzył nas nasz kierowca i podszedł, powiedzieliśmy mu „no, thank you” i prawie poszliśmy dalej :D . Chińczycy są bardzo do siebie podobni, a i odruch odpędzania się od nagabywaczy silnie już w nas ukształtowany. Po początkowo ożywionych rozmowach w busiku, pozasypialiśmy chyba w większości, podróż znowu zleciała więc szybko.
Po powrocie był quest z wymianą pieniędzy. Dziś niedziela, więc w normalnym kraju wszystkie banki byłyby nieczynne, ale to są Chiny i już po drodze widzieliśmy, że niektóre były otwarte. Wyruszyliśmy więc do Bank of China, który jako jedyny wymienia obcą walutę. Oj, co za długotrwała procedura! Były potrzebne 2 kserokopie paszportu, wypisany formularz z wszystkimi danymi (nie wpisałam drugiego imienia, co pani w kasie potem skrupulatnie uzupełniała z paszportu), pomoc 3 Chińczyków i zaliczenie 2 okienek. Kurs jakiś z kosmosu, bo na tablicy wyświetlały się 4 różne, z policzono nam jeszcze inny. No ale trudno protestować, jak od 3 dni nie umiemy wymienić kasy, bo zawsze jesteśmy za późno i już 2 razy Adam wypłacał w bankomacie z karty. Dziwnie tak, mieć ponad 1000 dolców w kieszeni i nic nie móc sobie kupić. Uzbrojeni w grubaśny plik banknotów (prawie 9300 Y), przemaszerowaliśmy do hostelu, gdzie nastąpił podział i uzupełniania zapasów w tzw. kasie wspólnej. Znów głodni chcieliśmy zamówić obiad w hostelu, ale okazało się, że kucharz będzie za ½ h. Normalnie kłody pod nogi z tym żarciem! Skorzystaliśmy z jeszcze jednej miłej rzeczy w tym hostelu, czyli darmowej „welcome coffee”, zamówiliśmy wycieczkę do pand na jutro i zaczęliśmy z nudów oglądać zrobione zdjęcia. Ależ tego, masakra! Po pierwszym tysiącu, a może wcześniej, przyszedł obiad: ja i Nina – kawałki wieprzowiny w zielonej papryce i ryż, Grześ – ryż z warzywami i szynką, Adam – z owocami morza. Smaczne – zwłaszcza moje, ale bez takich fajerwerków jak już to się parę razy zachwycałam.
A potem było pierwsze na wakacjach leniwe popołudnie, zamówiliśmy sobie po drinku (White Russian), pograliśmy w bilarda (też darmowy, kocham ten hostel), dooglądaliśmy zdjęcia. Pełen relaks. Żeby nie było za dobrze, jutro znów pobudka przed 7.00, bo pandy są rano najaktywniejsze i wtedy się je ogląda.

27.09.2010 – poniedziałek – Chengdu –> Xi’an

Napisaliśmy dziś pierwsze zdanie po chińsku, czyli 来自中国的问候 (pozdrawiamy z Chin).
Pobudka i jak zwykle zbyt długie czekanie na śniadanie. O 7.28, czyli 2 minuty przed planowym wyjazdem, przynieśli pierwsze śniadanie – dla Grzesia. Potem przynieśli Niny i jakieś drugie, z którym jednak kobieta chodziła naokoło i w końcu postawiła je na naszym stole. Zdążyłam posolić jajko, posmarować i ugryźć jednego tosta, jak doszła do wniosku, że to chyba nie było moje i dosłownie wyciągnęła mi talerz spod ryja! W międzyczasie dostał Adam, a już-nie-moje-śniadanie powędrowało do jakiegoś Francuza czy innego nieszczęśnika (bo jest duża szansa, że nie lubi tak słonego jak ja, a nadgryzionego tosta chyba mu wymienili). Mi kobieta przyniosła talerz z jajkiem i boczkiem bez tostów i całej reszty, która składać się na moje śniadanie powinna. Ja to mam chyba pecha z tym żarciem! Na dodatek przyszedł chłopak z obsługi, że jest już bus i mamy wziąć śniadanie ze sobą. Nina nie zdzierżyła i wytłumaczyła, że czekaliśmy 45 minut na śniadanie, które ona specjalnie wcześniej przyszła zamówić, dostaliśmy złe i teraz je zamierzamy zjeść i muszą na nas poczekać. Dodałam swoje 3 grosze do tematu, chłopak zaczął gadać z kobietą z kuchni i obiecywać, że zwrócą nam za to śniadanie po powrocie z wycieczki (coś na razie nie widzę tej kasy) i wycofał się czym prędzej z pomysłu zmuszania nas do jedzenia w busie. Skończyliśmy na szybko, zresztą ja za dużo do kończenia nie miałam i wyruszyliśmy do Instytutu Hodowli Pandy Wielkiej.
Fajnie, że mieliśmy ze sobą gości, którzy nas oprowadzali, bo Instytut całkiem spory, a ostatnio parę razy mieliśmy problemy z wyborem optymalnej trasy oraz nieodparte wrażenie, że trafiamy w jakieś mniej istotne miejsca. Pandy są przesłodkie – takie miśki leniwe, mięciutkie. Jako, że rano to pora ich największej aktywności, to mieliśmy okazję zobaczyć 2 czerwone pandy w krótkim starciu o kawałek jedzenia, 2 pandy wielkie kulające się razem po wybiegu, sporo pand wcinających bambusy i 2 zrzucające się z podestu po schodach na ziemię. Większość leżała leniwie to na drzewach, to na drewnianych żerdziach. Wybiegi mają ładne, widać, że pandy są tu naprawdę ważne. Widzieliśmy też malutkie pandy w inkubatorze (nie wolno fotografować), słodziaczki! Obejrzeliśmy film o działalności Instytutu na rzecz pand i na koniec trafiliśmy do sklepu, gdzie kupiliśmy miśki dla siostrzenic (60 Y jeden), małego dla mnie (20 Y), a wcześniej magnesy z pandami (80 Y/5 szt.). Cała wycieczka bardzo ciekawa, choć ja osobiście mogłabym tu spędzić więcej czasu na obserwowaniu pand.
Po powrocie wymeldowaliśmy się z pokoju i siedzieliśmy sobie w części socjalnej hostelu zajadając frytki i wypisując kartki, do których potrzebne było to zdanie na początku. A potem zaczął się wykupiony dla Niny i mnie kurs gotowania po syczuańsku (100 Y/os.). A oto co w efekcie ugotowałyśmy:

Mapo Toufu
1. na patelnię gorący olej, imbir, czosnek, sos chilli
2. dodać wodę, zagotować, dodać tofu
3. gotować minutę, dodać sól, cukier, MSG (jak się okazało – glutaminian sodu), kurczakowe MSG, ostry sos chilli
4. dodać trochę wody z mąką
5. gotowe, posypać szczypiorkiem i syczuańskim czarnym pieprzem

Double cooked pork (podwójnie gotowana wieprzowina – huî guo rôu – daszki na odwrót, ale nie ma w symbolach w wordzie)
1. na patelni podwójny gorący olej (2 chochle) rozgrzać
2. wrzucić wieprzowinę na 1-2 minuty (wieprzowina jest wcześniej gotowana 10 minut w osolonej wodzie, przypomina nasz gotowany boczek)
3. dodać imbir i czosnek grubo posiekane, gotować 1 minutę
4. dodać sos chilli, sól i alkohol do gotowania, gotować 1 minutę
5. dodać zieloną cebulkę pokrojoną na duże kawałki (takie 3-4 centymetrowe)
6. dodać sól, cukier, MSG, kurczakowe MSG
7. gotowe

Poskładali nam i wytarli stoły, przynieśli składniki, deski i tasaki, kucharka demonstrowała co robić, a druga Chinka – Laura tłumaczyła po angielsku. W sumie już od początku było zabawnie, bo nienawykłe do używania tasaka do krojenia np. szczypiorku czy mięsa w cienkie paski, szybko usłyszałyśmy pytanie, czy któraś z nas w ogóle gotuje w domu. Chłopaki przyglądali się, robili zdjęcia i co chwilę brechtali się z naszych poczynań, ku dezaprobacie Laury. W końcu udało się posiekać imbir, czosnek, szczypiorek, mięso, zieloną cebulkę i tofu i przeszliśmy z tym wszystkim do kuchni. Tu tez było wesoło, bo najpierw wszystko smażyła kucharka, a potem ja i Nina osobno. Po każdym zrobionym daniu wszyscy próbowaliśmy jak wyszło. Było kupę śmiechu, „two husbands” mogli dalej uczestniczyć we wszystkim, tzn. głównie się śmiać, podjadać i robić zdjęcia. Po wszystkim Laura orzekła, że mapo toufu jej lepiej smakuje od Niny, a double cooked pork ode mnie [żeby było sprawiedliwie ;) ]. Oczywiście mieliśmy prawo zabrać nasze własnoręcznie zrobione jedzonko i skonsumować, a jeszcze przyniesiono nam do tego ryżu. Z własnej inicjatywy zamówiliśmy piwo. Wyszło smaczne, choć zgodnie orzekliśmy, że to danie z wieprzowiny jest lepsze.
Potem było jeszcze zabawniej, bo siedzieliśmy z Laurą, żeby napisała nam wskazówki, jak robić to, co właśnie zrobiłyśmy, co przekształciło się w naukę chińskich tonów, polskich liter, wymawiania imion i nazwisk oraz zdania „nie chcę zjeść psa” po chińsku, którego co gorsze już nie pamiętamy. Przesiedzieliśmy rozmawiając i śmiejąc się aż do 18.00, była to świetna międzykulturowa wymiana informacji przy okazji, a Laura do tego bardzo dobrze mówiła po angielsku, co u dotychczas spotkanych Chińczyków rzadko się zdarzało.
O 19.00 czekał już na nas przewóz na lotnisko (60 Y) i w efekcie siedzimy w samolocie do Xi’an, gdzie na przeciwległym siedzeniu jakaś pani rzyga sobie co czas jakiś do woreczka, a na siedzeniu wcześniej inna przewija dziecko z kupy. No pełen komplet, normalnie aż czekam kiedy się ktoś posika ;p.

 

27.09.2010 – poniedziałek – Chengdu –> Xi’an

No nikt się nie posikał, ale pani jeszcze na zakończenie puściła jednego pawia. Na lotnisku już czekał taksówkarz (150 Y, dość daleko) i przywiózł nas do hostelu Shuyan (50 Y za 4-osobowy dorm bez łazienki). Hostel wygląda na dość duży, choć klimatyczny i jest mocno zatłoczony. Na przeciwko mieszkają młodzi Polacy, którzy koncertują w Chinach. Łazienka też zatłoczona i jak to wspólna – taka sobie. Hostel Lazy Bones wysoko postawił poprzeczkę.

28.09.2010 – wtorek – Xi’an

O jak dobrze się wyspać w końcu! Ale za chwilę już stwierdzenie, że znów za oknem słychać kapanie deszczu psuje humor. Zaraz po ogarnięciu się idziemy do recepcji zapytać o bilety kolejowe. Okazuje się, że biorą 40 Y prowizji, ale dziewczyna jest na tyle grzeczna, że mówi gdzie jest najbliższa agencja sprzedająca bilety po 5 Y prowizji za bilet i jeszcze nam pisze całość po chińsku. Idziemy więc z Grzesiem do agencji, a Nina z Adamem mają rozeznać pralnię, bo już nam się cała bielizna pokończyła. Błądzimy jak zwykle nieco, mimo prostej na mapie drogi, ale tym razem to dlatego, że nie podejrzewaliśmy, iż ta długa kolejka przy banku, to nie do bankomatu, tylko do agencji kolejowej w okienku. Ustawiliśmy się grzecznie na końcu kolejki, odstaliśmy z 20 minut i już przed kasą zobaczyliśmy, że czynne do 12.00, a była 11.57. Przypomniawszy sobie bank 17.02 zaczęliśmy się mocno niepokoić czy przypadkiem nie zamkną nam przed nosem. Nie zamknęli, ale za to pojawił się inny problem. Nie ma biletów do Datongu na 1 października, najwcześniej na 3-go, chyba że chcemy hard seater, co przy 16 h podróży zdecydowanie odpada, po obejrzeniu filmików i przeczytaniu relacji. Podziękowaliśmy, wróciliśmy do hostelu i po oddaniu prania do pralni (8 Y za 1 kg, każą wszystko ilością sztuk opisać, potem ważą), zjedzeniu śniadania (standardowe angielskie i inne zachodnie), rozpoczęliśmy naradę gdzie i kiedy jechać. Ostatecznie stanęło na Klasztorze Shaolin i nastąpiły żmudne sprawdzania hosteli, pociągów i innego transportu. Poszliśmy ponownie do agencji, odstali jeszcze dłużej niż rano, w międzyczasie z Niną namierzyłyśmy pocztę żeby wysłać kartki (była blisko, tylko mapa nie wskazywała, że jest na bocznej uliczce), co okazało się trudne, bo zaczepiane osoby nie bardzo wiedziały o co nam chodzi z „post office” nawet jak pokazaliśmy wypisane kartki! Nie znają? Na samej poczcie już było OK, zaraz przydzielono nam panią znającą angielski, która wepchała się przed Chińczyków do okienka koleżanki i kupiła znaczki po 5 razy przeliczając na kalkulatorze ileż to jest 14 x 4,5 Y i ile w takim razie musi mi wydać ze 100 Y, jeśli to daje 63 Y. Po tych skomplikowanych obliczeniach, przykleiłyśmy znaczki i wrzuciłyśmy karki do skrzynki na zewnątrz, która wyglądała jak stojąca reklama. Po perypetiach z pocztą wróciłyśmy do chłopaków, którzy nadal stali w kolejce i kupiliśmy bilety do Zhengzhou (240 Y + 7,5 Y prowizji za jakiś super ekspres, co ma tam w 2 h dojechać). W hostelu zarezerwowaliśmy hostel w Dangfangu, z którego już blisko do Shaolin. Potem zapanował ogólny marazm, deszcz lał, my leżeliśmy w łóżkach i robiliśmy sobie dzień lenia. Wygonił nas dopiero głód, a i to nie jakoś szybko. Poszliśmy do dzielnicy muzułmańskiej, gdzie po długim szwendaniu się po targu, zdecydowaliśmy się zjeść ze straganu takie, hm, muzułmańskie wariacje na temat hamburgera: wybiera się warzywa różne i mięsko na patykach, pani wrzuca to na chwilę do mocno rozgrzanego oleju, potem obtacza w jakimś ostrym sosie, sypie równie ostrymi przyprawami i wkłada do usmażonej na tym samym oleju płaskiej bułeczki. Kosztuje to 6-7 Y, jest bardzo ciekawe i smaczne, tylko że moja wersja była tak ostra, że ryło mi wypaliło na amen (może mi katar przejdzie, który mnie coś w nosie kręci?). Cola po tym była jak mleko, a jeszcze zagryzałam kupioną wcześniej w piekarni bagietką dla złagodzenia. Spacerkiem wróciliśmy do hostelu i na rozmowach o przysłowiowej „dupie Maryni” zeszło nam aż do 1.00. Cholera za 5,5 h pobudka! Dobranoc.

29.09.2010 – środa – Xi’an

No chyba pierwszy raz wstałam jako pierwsza. Ale po prawdzie to dlatego, że przez całą noc budziłam się, żeby się wysmarkać. Poszliśmy na autobus 603, niestety spóźnieni trochę, a dodatkowo autobus jechał 3 razy tyle, ile spodziewaliśmy się. Po odgonieniu wszystkich naciągaczy oferujących nie wiadomo co i uprzejmych wskazówkach osób w mundurach (nie wiem, która to już służba mundurowa, czy kolejarze, czy autobusiarze, czy kto tam) udało nam się namierzyć w końcu autobus nr 1 do Hua Shan (22 Y w jedną stronę). Po 2 h dotarliśmy na parking, gdzie polecono zakupić nam kolejne bilety: na busik do podjechania na kolejkę linową (40 Y w 2 strony), wejścia do parku (100 Y), a po przejechaniu 8 km rzeczonym busikiem, na kolejkę (aż 150 Y w 2 strony). Masakra cenowa, chyba przestanę marudzić na ceny parkingu pod Morskim Okiem, a bilet do Tatrzańskiego Parku Narodowego to wręcz z uśmiechem kupię następnym razem! Ale dla zneutralizowania szoku cenowego, ku naszym zbiorowym zachwytom, ukazało się słońce (a deszcz to od rana nie padał).
Widoki z kolejki były przepiękne, wagoniki bardzo wysoko nad ziemią szybciutko przemieszczały się do góry, a w dole było widać trasę pieszą – krętą i schodkowaną, którą myśmy odpuścili chcąc mieć dość czasu na górze. Początkowo na trasie ludzi było masę, w tym różni śmieszni: faceci w garniturach i halbkach, panienki w różowych dresikach i delikatnych półbutach, a Nina nawet dostrzegła jakieś egzemplarze w szpilkach. Ale byli też tragarze noszący jakiś towar na konomysłach, a większość stanowili normalnie ubrani chińscy turyści i czasem jacyś biali. Szlak był wyschodkowany prawie w całości, po bokach były poręcze lub łańcuchy do przytrzymania się.
Dość szybko się rozdzieliliśmy, gdyż Nina z Adamem doszli do wniosku, że nie dadzą rady przejść całej zaplanowanej trasy, a my przez nich nie zdążymy. Przystaliśmy na to i ruszyliśmy do przodu. Po jakiś 300 m zamiataliśmy już jęzorami kamienie, bo schodki ostro pięły się w gore i nasz brak kondycji szybko dał znać o sobie. Na szczęście po początkowym ostrym podejściu zrobiło się trochę łagodniej, a my zmotywowani długą droga, chęcią dotarcia do słynnej kładki oraz ostatnim autobusem o 17.00 ruszyliśmy bez marudzenia do przodu. Pogoda się trochę popsuła, zamgliło się po maxie, wiec na szczyt centralny i wschodni dotarliśmy co prawda, ale o widokach mogliśmy zapomnieć. Nieźle wyglądało jedno z dwóch na Hua Shan hardcorowych miejsc: dwa schodki, potem mgła i zwisający w tą zamglona przepaść łańcuch. Ponieważ było to odbicie nieplanowane i nieposuwające nas naprzód – darowaliśmy sobie. Po jakiś 2,5 h dotarliśmy pod południowy szczyt i przesunęliśmy się w kierunku, gdzie prawdopodobnie ma być kładka, czyli „najniebezpieczniejszy szlak świata” (bo całego masywu zdecydowanie nie można tak nazwać, bo wszędzie są kamienne lub betonowe schody, poręcze lub łańcuchy, żadnych przepaści nieodgrodzonych, a w jednym miejscu schodo-drabina).
Doszliśmy przez kolejną taoistyczną świątyńkę do miejsca zagrodzonego barierka z gościem i gościówą siedzącymi przed zawieszonymi uprzężami do wspinaczki. Gadamy do nich czy to tu jest kładka, a on że tu się nie wchodzi, a ona że „pay”. Na pytanie „how much” usłyszeliśmy jakiś bełkot i oboje oddali się swoim czynnościom: stukaniem na komórce i patrzeniem na własne obuwie. Hm… No w sumie rzadko tu zdarzała się aż taka olewka. Na szczęście znalazła się jakaś pomocna Chinka mówiąca po angielsku, w efekcie czego wyskoczyliśmy po 30 Y na osobę i już po chwili gościu zapinał nas w uprzęże (na ramiona, nie nogi!), pokazując jak tego używać. Akurat zrobiła się mgła, wiec wkurzaliśmy się, że nic nie widać. No dobra, jak wiec wygląda ten szlak? Cały ma może trochę ponad 100 m, pierwszy odcinek jest pionowym zejściem po metalowych klamrach (jak ktoś chodził po Orlej Perci to nic dziwnego), potem parę metrów stopni wykutych w pionowej skale, a dalej jest to, co na większości zdjęć z tego szlaku, czyli ok. 50 m pozioma kładka składająca się z 2 desek, przyczepiona do pionowego około 500 m klifu. Robi wrażenie – fakt, zwłaszcza jak się na niej trzeba wyminąć, bo szlak jest dwustronny. Na kładce zrobiła się nagle piękna pogoda, mgła się rozeszła, słońce zaświeciło i ogarnęła mnie taka radość, że jestem w tak niesamowitym miejscu, że gdyby nie fakt, iż kładka miała ok. 35 cm szerokości i wisiała wysoko, to zaczęłabym chyba podskakiwać ;p. Ogólnie uczucie nie do opisania. Byliśmy oboje zachwyceni, podekscytowani, porobiliśmy sobie zdjęcia, nawet krótki filmik nakręciliśmy i dzieliliśmy się wrażeniami ze spoglądania w dół przepaści pod stopy. Magiczna chwila. Jak ktoś lubi tego typu adrenalinę – polecam! Ale dla ludzi z lękiem wysokości to musi być koszmar. Generalnie mi dużego poczucia bezpieczeństwa dodawana świadomość bycia przypiętą. Końcówka i cel szlaku to kolejna mała kapliczka w grocie oraz stara sosna, rosnąca poziomo (jak na Sokolicy) nad przepaścią, na której – o zgrozo – były poprzywieszane wstążki (wieszane tutaj masowo na szczęście), w takich miejscach, że nieprawdopodobnym wydawało się, żeby ktoś tam wszedł je zawiesić i nie spadł. Chwilkę tam zamarudziliśmy i poszliśmy z powrotem kładką, stopniami i klamrami.
Dotarliśmy do południowego, najwyższego na Hua Shan szczytu (2155 m), pogoda nadal nam sprzyjała (na kładce zdążyła się z 3 razy zmienić), widok stamtąd był rewelacyjny, dopiero stąd mogliśmy docenić jak bardzo te góry są malownicze. Szybko zaliczyliśmy szczyt zachodni, po którym zostało nam 40 min. na zejście. Prawie zbiegaliśmy więc po schodkach, które po kładce wydawały się teraz zupełnie lightowe i w efekcie, wyprzedzając tabuny Chińczyków, tuż po 16 byliśmy już przy kolejce linowej, gdzie czekali Nina z Adamem.
Oni doszli do centralnego szczytu, poodwiedzali punkty widokowe i też byli zadowoleni.
Kolejką w dół, busik, autobus, drugi autobus i do hostelu. Zapanowała kompletna zgoda co do wyboru dzisiejszego żarcia, bo nikomu nie chciało się nigdzie ruszać. Zamówiliśmy więc 2 pizze (nasz hostel, o dziwo, nie ma chińskiej kuchni!), po 2 piwa, po czym obżarci wtoczyliśmy się na nasze piętro. Teraz pozostała trójka smacznie śpi lub chrapie, więc i pora na mnie.

30.09.2010 – czwartek – Xi’an

I co z tego, że wstaliśmy po 8.00? I co z tego, że szybko w miarę zaczęliśmy sprawdzać hostele w Pekinie i zjedliśmy śniadanie? Załatwił nas internet i to na cacy. Działał tak wolno, połączenie tak się rwało, że zanim zdążyliśmy się zdecydować i kliknąć cokolwiek, to już nam wszystkie fajniejsze miejsca porezerwowali. Zostało albo drogo albo w wieloosobowych dormitoriach. Ostatecznie, po ponad 2 h męczarni zarezerwowaliśmy 2 dwójki bez łazienek w jakimś kombinacie pewnie, bo hotel jest na 200 osób albo 200 pokoi, nie pamiętam. Masakra!
Wyszliśmy o 12.00, grrrr. Wcisnęliśmy się do autobusu 603, w tłoku zajechaliśmy w okolice dworca, gdzie kierowca wysadził nas jeszcze wcześniej niż wczoraj, bo taki był korek. W autobusie Grześ zaczął rozmawiać z jakimś młodym Chińczykiem, który studiuje anglistykę i ten pokierował nas do autobusu 306, który miał nas zawieść pod Armię Terakotową w Bingmayong, a który stał dokładnie tam, gdzie wczorajsza 1. Przed autobusem stała jakaś kolejka, ale się nie ruszała, więc Nina pierwsza, a my za nią, władowaliśmy się do autobusu. Kierowca coś tam mówił i machał rękami, ja się zatrzymałam, ale Nina z tyłu krzyknęła żeby szybko, bo zajęła nam ostatnie 4 miejsca. Wpakowaliśmy się na te miejsca dość zdecydowanie, a biedny Chińczyk, który też szukał jakiegoś, został zmuszony do opuszczenia autobusu. W Chinach trzeba być asertywnym, inaczej się nie jedzie. A Nina szybko się uczy :D . Do teraz zastanawiamy się, czy ta kolejka na zewnątrz była do tego autobusu. Jeśli tak, to chyba już jest ten moment, kiedy asertywność zaczynamy nazywać bezczelnością. Ale co tam, tu naprawdę funkcjonuje pod tym względem prawo dżungli i należy wyrzuty sumienia schować do plecaka.
Jechaliśmy ponad godzinę, po czym nagabywani przez pół miliona Chinek o kupno granatów (owoców, żeby nie było!), dotarliśmy do miejsca, gdzie wynajęliśmy za 120 Y przewodniczkę mówiącą po angielsku, po czym zapłaciliśmy po 90 Y (a Adam 45 Y na studencką legitymację!) za wejście i zaczęliśmy zwiedzanie armii. Po wszystkich krytycznych opiniach na internecie miałam dość sceptyczne nastawienie, ale już po zobaczeniu pierwszego pawilonu mi przeszło. To olbrzymie wykopalisko, jeszcze cały czas nie skończone i kryjące wiele zagadek, zostało ogrodzone i zabudowane pawilonami oraz udostępnione zwiedzającym. Marudzenie więc, że ogląda się wszystko zza barierek jest, moim zdaniem, nie na miejscu, bo inaczej ludzie zadeptaliby wszystko. U nas pewnie prowadziłoby się wykopalisko dalej i przed skończeniem nikt nie miałby szans go obejrzeć. A tu dosłownie na oczach wszystkich są odkopywane i składane kolejne fragmenty tego ogromnego znaleziska. Cała historia zaczęła się w 1976 roku, kiedy okoliczny rolnik postanowił wykopać studnię i napatoczył się na jakieś gliniane fragmenty. Poszedł z tym do władz, zaczęto kopać i odnaleziono dalsze elementy, aż doprowadzono do dzisiejszego stanu, a końca jeszcze nie widać. Czekają na rozwój nowych technologii, żeby odsłonić ok. 1000 kolejnych żołnierzy schowanych w pawilonie 2 oraz odkopać grób inicjatora całego przedsięwzięcia, który zwał się Qin Shi Huang i był cesarzem, chcącym zapewnić sobie wielką armię i odtworzyć swoje imperium w życiu pozagrobowym. Żołnierze są wielkości około 180 cm (więc przesadzili jak na Chińczyków), a generałowie dochodzą do 2 m. Każdy żołnierz jest inny, szczegółowo wykonany (nawet paznokcie mają), oryginalnie był kolorowy i miał broń, która jednak została zniszczona lub zrabowana na przestrzeni czasu. Cesarz zmarł w 210 r. p.n.e. Jego terakotowa armia została zakopana wraz z nim. Ciekawe ilu z 700 tys. robotników zaangażowanych do jej wykonania zamęczyło to przedsięwzięcie? Ale ogrom tej armii budzi respekt. A co dopiero jak kiedyś odkopią całość.
Po zwiedzeniu 3 pawilonów, zrobiliśmy jeszcze jedną rundę bez przewodniczki, żeby porobić zdjęcia w najciekawszych miejscach, a potem zakupiliśmy małe żołnierzyki jako pamiątki (10 szt. za 80 Y). Po bezskutecznym poszukiwaniu ciekawego jedzenia, bo o 18.00 wszystko już sprzątali i zamykali, zjedliśmy po kurczakowym hamburgerze w jakiejś lokalnej fast-foodowni i wsiedliśmy do autobusu 914, który aż 2 h wiózł nas do Xi’an, takie były korki. Okolice dworca jeszcze bardziej niż wczoraj zabijały ilością ludzi, a przy przystanku 603 aż się mrowiło. Wepchnęliśmy się siłą do autobusu i stłoczeni gorzej niż śledzie w beczce dojechaliśmy pod hostel (Nina robiła zdjęcia tłoku), rezygnując z dojedzenia czegoś na mieście. Kupiliśmy mufinki na jutro, żeby wcześnie i szybko wyruszyć do Wielkiej Pagody Dzikiej Gęsi. W hostelu chcieliśmy się załapać na promocyjne mojito, ale nas wydymali, bo im mięty brakło (w dzień mojito!). I jeszcze jedna ciekawostka: hostel na jutro nie zamówi nam taksówki na dworzec, bo jest święto, wszyscy będą chcieli taxi, a taksówkarzom nie opłaca się jeździć na tak krótki dystans, więc radzą nam jechać autobusem. Ot chińska logika!

01.10.2010 – piątek – Xi’an –> Zhengzhou –> Dengfeng

Pobudka o 7.00, szybkie wciągnięcie mufinki i lecimy na autobus do Wielkiej Pagody Dzikiej Gęsi (Da Yan Ta). Adam zostaje, jakoś nie najlepiej się czuje od wczoraj i nie chce mu się iść. Autobus 609 zawiózł nas na miejsce. Fontanna i park przed pagodą prezentowały się bardzo ładnie, sama pagoda z daleka – dość prosta. Oczywiście kierunek do wejścia był nieoznaczony, więc dopiero po obejściu trzech stron ogrodzenia, znaleźliśmy je. Wejście na teren pagody do 50 Y, ale to dopiero początek. Sam park to kilka świątyń z figurkami, wieżyczka z ogromnym dzwonem, takie ustrojstwo do palenia kadzidełek i kilka stoisk z pamiątkami. Żeby wejść do samej pagody – bramka i dodatkowe 30 Y. W środku miały być teksty z naukami Buddy, przetłumaczone przez Xuanzanga po podróży do Indii. Samych tekstów było malutko, a wnętrze pagody było nijakie jak za naszej komuny – jakaś brązowa lamperia, brudnobiałe ściany i prawie nic na nich. Widok pewnie byłby lepszy gdyby nie zamglenie. Ogólnie to kiepsko, porównując chociażby do pagody w Hangzhou, zwłaszcza przy tym podwójnym kasowaniu za wejście. Posmęciliśmy się jeszcze trochę wokół pagody, kupiłyśmy z Niną buddyjskie dzwoneczki jako pamiątki dla siebie (po 30 Y – przepłacone, na zewnątrz były tańsze 15 – 20 Y). Pochodziliśmy też po fontannie, bo są zrobione takie kamienne wejścia do środka, zabawny pomysł.
Trochę już głodni poszliśmy do maks lokalesowej knajpki i pokazując na zupkę, którą akurat zajadała jakaś młoda Chinka zamówiliśmy nasze śniadanie. Przynieśli po chwili – nareszcie prawdziwa chińska zupka – z białym makaronem, zielskiem, jakimiś paskami (cerata? twarożek bryndzowaty?), kawałeczkami mięsa i oczywiście ostra konkretnie. Nina skoczyła jeszcze po płaskie, ciepłe bułeczki, które wypatrzyła i zaczęliśmy, jak prawdziwi tubylcy jeść zupę pałeczkami!
No dobra, tak rzeczywiście to się pałeczkami wyżera zawartość zupy, a do samego płynu jest łyżka, albo się siorbie. Zupka była smaczna i pożywna, a cały zestaw dla 3 osób kosztował 13,5 Y (a śniadanie w hostelu 20 Y / os.)!
Po powrocie do hostelu chwilę odpoczęliśmy i zdecydowaliśmy, że pora zacząć ciężką przeprawę w ich narodowe święto do autobusu i dworca. Pierwsze 306 było tak pełne, że wpuszczono tylko 1 osobę i pojechali. Drugie, po ~ 15 minutach, to samo, kierowca już kiwał nam, że nie wchodzić. Przystaliśmy więc szybko na propozycję Grzesia, żeby podejść pieszo jakiś kawałek i dojść do miejsca skąd jeszcze dodatkowo 611 jedzie. I to był genialny pomysł, choć idąc po zatłoczonym do absurdu chodniku, wszystkie przyjazne odczucia wobec Chińczyków szlag trafia. 611 było z 5 razy mniej zatłoczone niż każde 306 jakim tu jechaliśmy i bez większych problemów dotarliśmy do ok. 300 m od celu, bo tam znowu był mega korek i kierowca wypuszczał ludzi wcześniej. Jeszcze tylko przedrzeć się przez jakiś milion Chińczyków do dworca i jesteśmy w całkiem miłej, wtedy jeszcze pustej poczekalni na nasz pociąg. W czasie kiedy ja tu sobie piszę, hasło „pusta poczekalnia” przestało być aktualne. Jest tu teraz jakieś 500 osób, miejsca siedzące zajęte, a po wszystkich stronach dodatkowo stoją ludzie. Podobno mamy miejscówki, ale jak na to patrzę, to zaczynam się niepokoić.

Siedzimy w pociągu! Na swoich miejscach i to wygodnie. Pociąg wygląda jak TGV, siedzonka odchylają się do tyłu, a dodatkowo siedziska z przód, żeby sobie dupką odjechać. Oj PKP to w najbliższym stuleciu temu nie dorówna!

Najwięcej jechał 349 km/h! Na miejscu byliśmy w 2 godziny, a wiemy że najwolniejsze pociągi na te trasie jechały kilka razy dłużej.

 

01.10.2010 – piątek – Xi’an –> Zhengzhou –> Dengfeng

Na dworcu w miarę bezproblemowo kupiliśmy bilety do Pekinu na 03.10, jedynie co, to musieliśmy zmienić godzinę i mieć 1 klasę, bo to co wybraliśmy wstępnie było już zajęte. Poszło sprawnie, korzystając z wcześniejszych doświadczeń podsunęłam pani w okienku notesik z danymi. Ucieszeni tak szybkim, wygodnym i bezproblemowym transportem oraz z biletami do Pekinu w kieszeniach, dziarsko zabraliśmy się do poszukiwania autobusu do Dengfeng. Miał być na przeciwko dworca. Brzmi prosto, prawda?
Ale nie w Chinach, gdzie olbrzymi plac wypełniony standardowym milionem Chińczyków oddziela dworzec od różnych rzeczy. Pytanie o autobus też nie było proste, ludzie ni w ząb angielskiego nie umieli, nawet cyfr czy słowa „bus”. Pokazywaliśmy więc chińską nazwę Dengfengu i zostaliśmy pokierowani: najpierw w lewo na 519, potem prosto, gdzie już nie było widać żadnych przystanków, potem z powrotem w prawo do dworca, a w końcu przez mundurowych do okienek z biletami, gdzie dowiedzieliśmy się, że możemy kupić bilety na jutro, bo dziś już nic nie jedzie (taki był wymowny obrazeczek na monitorze w kasie). Ups! Zaczepił nas jakiś Chińczyk z bardzo szczątkową znajomością angielskiego, w naszym imieniu zapytał się jeszcze raz w innym okienku, żeby się upewnić, ale niestety wymowa obrazeczka została przez nas słusznie zinterpretowana – dziś już nic nie jedzie do Dengfengu. No to klops! Chińczyk, wyglądający dość cwaniaczkowato, kazał nam iść za sobą, co niezbyt nam pasowało, ale poszliśmy, bo i wyjścia innego nie mieliśmy. Podprowadził nas pod vana, gdzie stał inny gość i zaoferowali nam transport za 800 Y, co zgodnym gestem odrzuciliśmy natychmiast. Stosowanym tu sposobem kazał nam napisać naszą cenę, jak zobaczyli 200 Y, to tak samo zgodnym gestem ją odrzucili. Zaczęliśmy wertować Lonely Planet w poszukiwaniu noclegu w Zhengzhou, ale tu załamka, bo najtańszy i najbliższy ponad 100 Y kosztował. W międzyczasie Chińczyk domyślając się chyba co robimy, napisał na kartce 500 Y, na co my po krótkiej naradzie ustaliliśmy, że max 400, tyle napisałam i nie ustąpiłam jak próbował jeszcze 450 Y. Stanęło więc na 400 Y, władowaliśmy się do vana i po ok. 2 h byliśmy w Dengfengu. Po drodze zaczęło mocno padać. Na koniec dość długo zeszło gościowi na szukaniu hostelu, ale w końcu po kilku pytaniach miejscowych udało się. Z hostelu wybiegła dziewczyna z parasolem, serdecznie nas witając i ciesząc się niemal tak jak my, że dotarliśmy do celu. W hostelu DengFeng Shaolin Temple Traveler Hostel czekały na nas 2 dwójki (50 Y i 60 Y), w tradycyjnym chińskim stylu, czyli na podmurowanych cegłami łóżkach. Dodatkowo Nina z Adamem mieli Princess Room, czyli takie łóżko ¼ koła z frędzelkami, podusiami [np. różowa z misiem :) ] i innymi bajerami – dla nowożeńców. Jedynym minusem była łazienka – jak kiedyś na koloniach w szkołach – kilka pryszniców we wspólnej sali, połowa nie działa jak należy, a w połowie kąpania Grzesia skończyła się ciepła woda.
Ale zanim skorzystaliśmy z kąpieli, warta wspomnienia jest jeszcze kolacja. Poszliśmy do takiej lepiej wyglądającej knajpy z kociołkami. Obsługa ni w ząb angielskiego, menu po chińsku, jakieś obrazki, ale nie na wszystko, a kelnerka domaga się od nas wybrania czegoś z pierwszej strony, gdzie właśnie obrazków nie ma. Uparcie odwracaliśmy dalej, pokazując co chcemy: coś polędwicopodobne, klopsiki, zielenina, makaron, grzyby. Pani zasugerowała sosiki, więc wzięliśmy i wróciła do pierwszej strony, która – jak wykoncypowaliśmy – w takim razie musiała zawierać zupy. Kompletnie nie wiedząc co oznaczają chińskie znaczki wybraliśmy taką za środkową cenę 5 Y. Po chwili przyniesiono palniki i kociołki z zupą, na co Nina wydała okrzyk radości: ooo, pomidorówka! Zupka była niczego sobie, ale jej przeznaczeniem jest nie tyle bycie zjedzoną za pomocą łyżki (czy siorbania), co stanowienie bazy do ugotowania zamówionych składników. Podpatrując co nieco sąsiadów ze stolika obok, zaczęliśmy wrzucać i wyciągać składniki. Jedno lepsze, drugie gorsze: mięsko, makaron, grzybki – najlepsze, klopsiki – porażka. Ogólnie było smacznie moim zdaniem, bardzo smacznie zdaniem Niny i Adama, średnio zdaniem Grzesia. Ale pod kątem atrakcji super, zresztą kociołek chodził nam po głowie już od początku pobytu w Chinach.

02.10.2010 – sobota – Dengfeng

Wstaliśmy o 8.00 i zabrawszy od miłej recepcjonistki karty uprawniające nas do wejścia do różnych atrakcji za darmo (za 50 Y zaproponowała nam zabranie kart wystawionych na innych białych, ze zdjęciami, z których odpowiednik Grzesia miał czarną czuprynę kręconych włosów, ciemne oczy i niemal murzyńskie wargi! Twierdziła, że generalnie Chińczycy i tak nie rozróżniają białych, a w dodatku nie mówią po angielsku i nie wiedzieliby jak zacząć dociekać, czy to aby na pewno my.) wyruszyliśmy na śniadanie. Znowu wersja hardcore – pierożki pieczone na dworze, jedzone z talerzy wspólnych. Pani lepiła je w budce, pan przypiekał na zewnątrz, wystawione były 2 stoliki, parę krzesełek, pałeczki i tyle. Ale pierożki całkiem smaczne, zamówiliśmy drugą porcję ku – jak zauważyliśmy – zadowoleniu pani lepiącej.
Przeszliśmy na busik nr 2 i do Klasztoru Shaolin. Kierowca i pani kasująca za przejazd mieli jakieś problemy z policją pod koniec, chyba dlatego, że przewozili ludzi na stojąco, a nie wolno. Pani tak darła ryja po policjancie, że aż dziwiliśmy się takiej scenie w państwie komunistycznym. Nie czekając na koniec awantury poszliśmy w kierunku Shaolin. Tak jak mówiła recepcjonistka, nikt nie analizował zdjęć, po prostu nas wpuszczono. Tak zaoszczędziliśmy 50 Y, bo wejście kosztowało 100 Y.
Już od początku było widać młodych adeptów kung-fu wykonujących różne ćwiczenia, pewnie przygotowujących się do jakiś pokazów, bo dziś drugi dzień święta, więc dużo się dzieje i niestety przekłada się to na ilość ludzi w Shaolin – jest jeszcze więcej niż gdziekolwiek dotąd. A wydawało się to niemożliwe. Potem trafiliśmy na fajny pokaz kung-fu z użyciem różnych akcesoriów: pałek, mieczy, kijów, łańcuchów, buław, nonczako itp. Chłopaki w miarę równo wykonują określone sekwencje ciosów, wykonują salta, przewroty, odgrywają sceny walki, jeden zostaje podniesiony do góry za pomocą kija przewleczonego przez uchwyt przyczepiony do czegoś w rodzaju miski przyssanej do brzucha, inny przebija igłą szklaną taflę. Ogólnie dużo się dzieje, jest kolorowo (bo mają różnobarwne stroje) i fajnie. Na koniec wychodzą inni kolorowo ubrani i inicjują zestaw ćwiczeń relaksacyjnych, które wraz z większością publiczności staramy się wykonywać. Ze średnim skutkiem zresztą, bo kangurza torba na pasie, kurtka przewiązana tamże oraz duży tłok mocno ograniczają swobodę ruchów.
Po tym pokazie trafiamy na pokaz główny, odbywający się w zamkniętej sali. Przyglądamy się najpierw robionym masowo zdjęciom z mnichami Shaolin i podziwiamy ich zręczność w ustawianiu nawet największej łamagi w pozycji komponującej się z ich walecznymi pozami. Komercja, ale profesjonalnie zrobiona, a i pewnie efekt końcowy całkiem ładny. Pokaz powtarzał część elementów z poprzedniego (np. przebijanie igłą balona przez szybę), a dodatkowo były prezentowane poszczególne style kung-fu i niewiarygodnie rozciągnięty człowiek zarzucający sobie nogą na głowę NA STOJĄCO! Było też poproszenie 3 osób z publiczności, aby wykonywali to, co 3 wojowników, ku uciesze gawiedzi. Oczywiście można rzec, że znowu komercja to wszystko, ale mi osobiście pokazy się bardzo podobały, pełna jestem podziwu dla ich umiejętności. I znowu troszkę pożałowałam, że w podstawówce nie zapisałam się na jakąś sztukę walki, tak jak chciałam w przedszkolu ;p.
Dalej było już gorzej, bo tłum działał nam na nerwy, wejście do samej świątyni zamiast 30 Y kosztowało 100 Y i wpływała do niego nieprzerwana rzeka Chińczyków, więc zrezygnowaliśmy z niego.
Świątynia buddyjska położona na przeciw zawierała kolejnych kilkaset posągów Buddy, tym razem z zielonymi, ogrowatymi ryjami – nie ukrywam, że już nam się przejadły nieco.
Las Stup (Ta Lin), czyli cmentarz, gdzie w lub pod pionowymi, kamiennymi jakby obeliskami pochowano wielu mnichów z Shaolin, był owszem bardzo ładny, ale równie zatłoczony jak wszystko.
Zrobiliśmy sobie więc odpoczynek na trawie, bo trudno nam było zdecydować co dalej robić. Po 15 minutach pilnej obserwacji nas przez grupkę chińskich dzieci, zostałam na chwilę przedszkolanką otoczoną tą grupką w celu uwiecznienia tej sceny na zdjęciach robionych przez ich rodziców chyba. Jak już zdecydowaliśmy, że wjeżdżamy kolejką na pobliską górę, to okazało się że kolejka na kolejkę jest makabrycznie długa i pomysł upadł. Po dalszych rozterkach ja i Grześ postanowiliśmy pójść w 4 km trasę do jaskini, w której 9 lat medytował indyjski mnich Bodhidharma (po chińsku Damo), założyciel buddyjskiej szkoły zen. To jego uczniowie, podpatrując ruchy modliszek, małp, orłów i innych zwierząt opracowali zestaw ćwiczeń fizycznych, które w efekcie stały się bazą kung-fu. Nina z Adamem wrócili do miasta, gdzie przede wszystkim wymienili resztę dolarów na yuany. A my ruszyliśmy pod gorę, po drodze mijając jakąś małą świątynię, w której śmierdziało okrutnie, więc poszliśmy dalej. Szlak oczywiście po schodach, ciekawe czy mają tu jakieś inne trasy w góry? Po ok. 1 h doszliśmy do Damo Dong – to zdecydowanie bardzie grota niż jaskinia. Siedział w niej posąg Damo, jakaś starowinka mniszka (choć głowy nie dam, czy to kobieta była), miejsce na kadzidełka i klęcznik. Ciut wyżej był biały posąg Buddy oraz takie gazebo, jak z Heroesa, w którym jakiś mnich zaczął Grzesiowi robić masaż pleców, ale Grześ wystraszony, że zaraz od niego będzie chciał kasę, wywinął się i podziękował. Posmęciliśmy się trochę po górze, pooglądali widoczki, bo pogoda dopisywała i zeszliśmy na dół (40 minut). Przy świątyni nadal był milion Chińczyków, przed szkołą ćwiczyły jakieś zmęczone już małolaty, było już mocno po południu, a tłum dalej napływał. Chyba już się nie dziwię, że mają kontrolę urodzeń, oni się tu w końcu zadeptają i masowo zaczną zalewać świat, tak jak teraz ich produkty. I nie mówię tego z braku sympatii do nich, tylko na podstawie, jak dotąd dwutygodniowych, obserwacji tutejszej rzeczywistości.
Wracając wpadłam na genialny w swej prostocie pomysł, aby w końcu spróbować chińskiej wódki, bo jutro spać można, a to aż wstyd żeby po 2 tygodniach jeszcze nie pić lokalesowych trunków (no za wyjątkiem piwa regularnie pijanego do posiłków). Idą więc wspólnie na kolację, zahaczyliśmy o spożywczak i zakupiliśmy pół litra wódki za 15 Y (!) oraz 2 butelki chińskiego soczku cappy. Wódka ma 50 % mocy. Trzeba zjeść podkładzik.
Dziś wybór padł na knajpę z obrazkami zaraz za tą wczorajszą. Obrazki są , ale wnioskowanie z nich, czy coś jest ostre, czy zawiera mięso czy podroby itp. jest praktycznie niemożliwe. Zamówiliśmy 3 dania i zanim zdecydowaliśmy się na czwarte, kelnerka juz uciekła i po jakimś czasie przyniosła te dania. No i chyba dobrze. Jedno, zawierające głównie grzyby, paprykę, tę ceratę co Xi’an i odrobinę mięsa było tak ostre, że nie jadalne dla żadnego z nas. Drugie, na szczęście łagodne, zawierające bakłażana lub cukinię, pomidor, cebulkę i śladowe ilości kurczaka, było smaczne i jako jedyne zostało zjedzone przez nas prawie w całości. Trzecie składało się z ostrej papryki i boczku, więc wyżarliśmy boczek (dla mnie najlepszy składnik tej kolacji), a resztę zostawiliśmy. Dopchaliśmy się ryżem. Adam dziś skapitulował po kilku kęsach, bo już go gardło zaczęło boleć. Może i te jedzenie byłoby smaczne, ale przy takiej ostrości nasze europejskie, niewyparzone ryjki nie były w stanie tego docenić (koszt 80 Y). Poszliśmy do pokoju konsumować więc wódkę. Z pewną obawą powąchaliśmy zawartość butelki, nie zapowiadał się dobrze. Ale w smaku już zdecydowanie lepiej – taki trochę bimberek, ale bez silnego posmaku. Ostre, bo mocne, ale zapijane soczkiem nawet nieźle się piło. Sam fakt, że zrobiłam z tego drinka, tylko piłam z kieliszka, dość dobrze świadczy o tej wódce. W każdym razie zrobiło się na tyle wesoło, że po 23.00 przyszła nas, choć bardzo grzecznie i z uśmiechem, upomnieć recepcjonistka, bo sąsiedzi z pokoju obok spać nie mogą. Śmialiśmy się więc odrobinę ciszej, co przychodziło nam z trudem. Imprezka była przednia!

03.10.2010 – niedziela – Dengfeng –> Zhengzhou –> Beijing

Jak dobrze się wyspać! Kręciliśmy się to w prawo, to w lewo, dosypiając do woli, czyli do 11.00. Po spakowaniu się poszliśmy na śniadanie, znowu na pierożki, ale gdzie indziej. Wyglądały bardziej jak nasze uszka, choć zawierały znowu szczypiorek i mięsko. Dostaliśmy ocet balsamiczny do maczania oraz herbatkę do picia (24 Y za wszystkich). Pośniadaniu, nasza miła recepcjonistka rozbroiła nas kompletnie, obdarowując naszą czwórkę drewnianymi bransoletkami z Shaolin! Niesamowicie przyjazna dziewczyna. Żegnaliśmy się wylewnie obiecując pozytywny komentarz na blogu [oto i on :) ] i było naprawdę miło. Na dworcu autobusowym bez problemu kupiliśmy bilety do Zhengzhou i po ok. 2 h byliśmy tam (miasto wygląda nieciekawie ogólnie).

 

03.10.2010 – niedziela – Dengfeng –> Zhengzhou –> Beijing

Poszliśmy do Dico’s na hamburgery ananasowo-kurczakowe i lody. Grześ usiłował domyć ubrudzony jakąś przyprawą podczas transportu autobusem plecak, ale bez sukcesu. Dotarliśmy na dworzec i siedząc w zatłoczonej, nie tak fajnej jak poprzednio, poczekalni oczekiwaliśmy na pociąg. Teraz w nim siedzimy (koszt 256 Y / os. 1 klasa), ma nas w 5 h dowieźć do Pekinu. Jest dość komfortowo, ale jedzie wolniej niż ten do Zhengzhou, przynajmniej na razie.
Ee, w porywach jechał 200 km/h, amatorka ;p
Próby złapania autobusu o 23.00 spełzły na niczym, więc karnie ustawiliśmy się w kolejce do taksówek (jak za starych czasów w Polsce) i za 29 Y dotarliśmy do naszego hostelu: City Central Youth Hotel (67 Y / os. w dwójce bez łazienki). Dokładnie tak, jak pisało w LP: bez charakteru, wielki kombinat, ale dobra lokalizacja. Okazało się, że jeden z naszych pokoi jest zajęty (!), więc na tę jedną noc dadzą nam jedną dwójkę z łazienką. Nina i Adam chcieli pójść od razu do tego docelowego pokoju, więc wzięliśmy tamten. Wszystko OK, tylko śmierdzi fajkami niemiłosiernie. Wietrzenie przez 2 h nic nie dało. Ale chociaż komfortowa kąpiel i idziemy spać o 3.00.

04.10.2010 – poniedziałek – Beijing

Wstaliśmy tak, aby zdążyć na śniadanie, które tu jest w formie bufetu (15 Y/os.) od 7.00 do 10.00. Będąc o 9.30 juz musieliśmy się trochę sprężać, bo części rzeczy nie było, a punkt 10.00 posprzątali wszystko. Po śniadaniu załatwiliśmy pranie (10 Y pranie bez proszku i 10 Y suszenie) i – po kłopotach komunikacyjnych z jakimś praktykantem w recepcji – przeniesienie do właściwego pokoju. Wygląda jak ten Niny i Adama tylko znowu ŚMIERDZI FAJKAMI. FUJ! Pierdzieleni Chińczycy muszą wszędzie palić. Po przenosinach Grześ przeszedł przyspieszony kurs obsługi aparatu Adama, bo Adam z racji rozwoju przeziębienia i problemów żołądkowych postanowił zostać w hotelu.
Wyruszyliśmy, zgodnie z instrukcjami na sprytnej karteczce z rozpiską dojazdów do pekińskich atrakcji, metrem nr 2, przesiadka na 5 i idziemy w lewo. Po kilkuset metrach wędrowania brzegiem muru, który jak podejrzewaliśmy stanowił ogrodzenie Parku Świątyni Nieba, zaczepił nas rykszarz, który namawiał nas na podwóz i uparcie twierdził, że idziemy w złą stronę. Postanowiliśmy go zignorować, bo w oddali widzieliśmy już jakąś przerwę w murze, a i rykszarz zaufania nie budził. No i zgodnie z przeczuciem, ta przerwa to była brama północna do parku. Jak Nina poszła stać w kolejce po bilety (35 Y za kompleksowy bilet, opłaca się), a ja studiowałam mapę parku, Grześ rozważał przytarganie zauważonego rykszarza-oszusta za wszarz i pokazanie mu co myśli o próbie dymania nas.
Jako, iż weszliśmy trochę od tyłu, to zwiedzanie Świątyni Nieba (Tian Tan) zaczęliśmy od jej kulminacyjnego punktu, czyli Pawilonu Modlitwy o Urodzaj (Qinian Dian). Służył dokładnie temu, co wynika z jego nazwy. Powstał w 1420 r., lecz to co dziś widać było odbudowywane. Jest jednym z symboli Pekinu (ponoć), a ciekawostka jest to, że powstał bez użycia jakichkolwiek gwoździ. Otacza go kilka budynków niższych lecz w podobnej stylistyce, czyli takiej pstrokato-chińskiej. Przyjemnie to wygląda niby, ale jednak kolorystyka nadaje temu trochę kiczowatego wyglądu. Tym nie mniej cały park ze wszystkim budowlami i zielenią robi przyjemne wrażenie. Spacerowaliśmy sobie niespiesznie, zaglądając do kolejnych atrakcji takich jak: Mur Echa, Cesarskie Sklepienie Nieba i Okrągły Ołtarz, a także Siedem Meteorów, które w rzeczywistości są wielkimi głazami przytarganymi tu z jakiś gór. W parku Chińczycy oddają się różnym aktywnościom: klaszczą w dłonie wydając odgłosy paszczą, tańczą w parach do jakiegoś chińskiego disco albo śpiewają niemal operetkowe piosenki pod przewodnictwem dyrygenta (to ostatnie zdecydowanie najciekawsze). Obserwowaliśmy też ze zdumieniem, po raz kolejny, stroje chińskich modnisi, które potrafią przebić wybryki ich polskich odpowiedników. Pogoda na spodenki, koszulkę i sandały (my byliśmy nieco za ciepło ubrani), a tymczasem królują kozaczki pod kolana, rajstopy z wystającym spod spódniczek lub spodenek klinem lub w wersji wełnianej (!), żakieciki i oczywiście parasolki, żeby broń Boże której nie opaliło przypadkiem. Inny typ to taka postać z mangi rodem, nie ważne że wiek już trochę, hm, zaawansowany. Grześ realizował się jako fotograf, pstrykając budynki, nas, przyrodę, a najchętniej Chinki ;p. Na niespiesznym zwiedzaniu zeszło nam 3,5 h, po czym wróciliśmy do hotelu z planem zabrania Adama i udania się na wieczorne oglądanie placu Tiananmen oraz kaczkę po pekińsku (w dowolnej kolejności). realizację planu zaczęliśmy od placu, choć z małymi problemami, bo metro uparcie nie zatrzymywało się na właściwej stacji i pojechaliśmy raz tam, a raz z powrotem omijając punkt, gdzie mamy wysiąść. Podeszliśmy więc pieszo kawałek. Na plac juz waliły tłumy, w podziemnym przejściu kontrola bagażu jak w metrze i jesteśmy na sławnym Placu Tiananmen. Otoczony ponoć nieciekawymi, ale o tej porze obficie oświetlonymi budynkami, w których są muzea, mauzoleum Mao, itp., ale także dwoma bramami z pagodowatymi dachami po stronie południowej, mi wydał się dość przyjemnym miejscem. Ludzi masa, ale bywało juz gorzej. Na telebimach lecą propagandowe filmiki pt. „Jak to cudownie i sielankowo jest w Chinach”, jest fontanna z laserowymi odbiciami na wodzie, kwiaty, a w oddali sławny obraz Mao na Bramie Niebiańskiego Spokoju. Na przeciw jakiś inny ważniak na podobnym zdjęciu, nie wiemy czy to aktualny przywódca Chin, czy kto (trzeba sprawdzić na necie – coś nie umiem znaleźć innego poza Mao wymienionego portretu)? Adam i Grześ byli placem zawiedzeni – myśleli, że będzie większy, pusty w sensie braku zabudowań jakichkolwiek i pełniejszy w sensie jeszcze większego wysypu Chińczyków. Mnie ani nie zawiódł, ani nie zachwycił, takiego mniej więcej oczekiwałam. Fajnie mi się po nim chodziło, patrząc na przyjemnie oświetlone elementy.
Jako, iż zachwytów wielkich nie było, a w żołądku zaczynało burczeć, poszliśmy na poszukiwania knajpy z LP z kaczką. Wcześniej jeszcze zostaliśmy z Grzesiem po raz kolejny wykorzystani do zdjęcia i zaczęłam śpiewać Kazika, który po naszej małej przeróbce made in China brzmiał:

„Przepraszam, czy mogę sobie zrobić zdjęcie z panem?
Ja i koleżanka, panda, plac Tiananmen.
Swoją pracą na scenie chcę osiągnąć swój cel:
Order Mao Czerwonego, Budowniczy ChRL!”

Pasuje jak ulał! No może z wyjątkiem pracy na scenie w naszym przypadku.
Knajpa z LP okazał się po pierwsze leżeć na ulicy a’la Krupówki – całkiem milutkiej, ale cholernie zatłoczonej, po drugie być zajętą na full. Ale pani pokierowała nas (dosłownie, bo poszła z nami) do ich filii, gdzie zamówiliśmy z Grzesiem zestaw żarcia z kaczką po pekińsku, a Nina kurczaka i ryż z jajkiem. Adam głodował z powodu nadal nienajlepszej formy. Dostaliśmy płaskie mini-naleśniki, super gęsty ocet balsamiczny (teraz rozumiem jego nazwę), ogórki i cebulkę, a sama kaczka była pokrojona w grube plastry (na szczęście bez kości) na osobnym talerzu. Prezentowała się dość biednie, choć miała ładnie przypieczoną skórkę. Potem donieśli jeszcze bakłażana z kartoflami w ciemnym sosie. Całość smaczna, ale inaczej wyobrażaliśmy sobie kaczkę po pekińsku – taką bardziej w całości, w dużym kawałku. Hm. Niny kurczak był z orzechami, cebulą, papryką i też w sosie – bardziej ostrym. Całość zjedliśmy ze smakiem, ale też zapłaciliśmy aż 225 Y i w tym kontekście aż tak rewelacyjne to nie było. Ale – kaczka po pekińsku zaliczona, nie kojarzymy już żadnego niewypróbowanego dania chińskiego, które mieliśmy spróbować, więc jest całkiem spoko. Wróciliśmy piechotą. Wspólna łazienka to jednak kapa.

05.10.2010 – wtorek – Beijing

Wstać się nie chciało, w pokoju ciemno, bo bez okien, nie wiadomo jak jest na zewnątrz, jak pogoda, nic. Śniadanie bufet z małymi zmianami to co wczoraj. Ruszamy do Zakazanego Miasta.
Metro, wysiadka i milion ludzi pchających się w jedynie słusznym kierunku. My z nimi. Przechodzimy przez Bramę Niebiańskiego Spokoju z wizerunkiem Mao i usiłujemy namierzyć biletownię. Przez tłumy nic nie widać. O, w końcu są strzałki. Zaraz, zaraz, do czego są te kolejki naokoło? Do kas biletowych? Aaaaaa… Nawet przez chwilę pada pomysł, żeby dziś zrobić hutongi, a tu przyjść jutro wcześniej. Ale postanawiamy jednak być twardzi, skoro tu przyszliśmy, to swoje trzeba zrobić. Ustawiamy się grzecznie w jednej z kolejek, które nadzorują mundurowi i trzeba przyznać, że idą one szybciej niż na pierwszy rzut oka wygląda. Co jakiś czas pan porządkowy spaceruje wzdłuż kolejki i pilnuje żeby ludzie stali równo w rządku, a nie np. po dwóch. Po jakiś 15-20 minutach mamy bilety (60 Y / os.) i maszerujemy w kierunku wejścia. Zakazane Miasto (Gugong) – tajemnicza przez wieki budowla, do której wewnętrznej części zwykli śmiertelnicy nie mieli dostępu. Siedziba cesarzy z dynastii Ming i Qing od 1420 do 1923 r. No i ten tak legendarny pałac jest teraz zadeptywany przez miliony ludzi (7 mln rocznie, ale dlaczego wszyscy dzisiaj?), z czego 99% stanowią Chińczycy i niestety obdarty z całej tajemniczości. Budynki są ładne (choć trochę znowu pstrokate), cały kompleks duży, skomponowany wg jakiejś przemyślanej wizji, ale chyba całą czwórką oczekiwaliśmy bardziej oszałamiającego efektu. Tłum niestety obniża wartość każdej atrakcji o jakieś ¾. W pawilonach w środku jest niewiele i ogląda sie to z zewnątrz zza barierki lub szyby. Obejrzeliśmy za dodatkowe 10 Y Pawilon Zegarów zawierający, jak sama nazwa wskazuje, kolekcję zegarów, niektóre całkiem ciekawe, np. w kształcie balonu.
Ponieważ czasu jeszcze było sporo, bo zwiedzanie zajęło nam krócej niż spodziewaliśmy się, wymyśliłyśmy z Niną atrakcję uzupełniającą, czyli park Beihai położony niedaleko Zakazanego Miasta. Park ma 800 lat, uchodzi za najciekawszy w Pekinie i zawiera Białą Dagobę (Bai Ta), czyli taką inną pagodę w stylu tybetańskim, którą postawiono tu w 1651 r. dla upamiętnienia wizyty ówczesnego dalajlamy. Oczywiście w opisie na tablicy przed Dagobą nie ma ani słowa o dalajlamie, tylko dane techniczne: kiedy, z czego, jak odbudowywano itp. Park trzeba przyznać jest ładniutki: mostek prowadzący na wyspę z Dagobą, po jeziorze pływają łódki wśród dużych liści, są bramy, chińskie pawilony, jakieś stelle, obeliski. I ludzi choć dużo, to jakoś tak mniej tragicznie. Ponieważ Adam wciąż niedomaga, to postanowił odłączyć się przed poszukiwaniem jedzenia i chyba dobrze zrobił, bo dłuuugo to trwało zanim coś znaleźliśmy.
Spacerując wzdłuż jeziora Beihai i chyba już następnego (bo one się w taki podłużny ciąg tu układają), znajdowaliśmy tylko bary i kawiarnie, a z restauracjami była kiszka. Wchodząc w obszar, gdzie wg LP miała być uliczka barowa, napatoczyliśmy się na jakiś hutong. Eee, ale to nie te na pewno, do których mamy iść przecież w inny dzień. Przeszlismy nim – brzydka uliczka z parterowymi budynkami z szarej cegły, brudno, śmierdzi. Hm. Na pewno te, co znaleźliśmy na mapie są inne, lepsze, no i przecież mają być w pd.-zach. części Pekinu, a nie tu – pn.-środkowej. No nic, szukamy knajpy dalej, w końcu juz trochę zmęczeni siadamy sobie na kamieniach, patrzymy z Nina w mapę i dokonujemy strasznego odkrycia: te „nasze” hutongi znalezione na mapie, to są właśnie te, w pobliżu których się kręcimy, a pomyłka wynika z tego, że mapka była po prostu ramką z powiększeniem tego obszaru, zamieszczoną na lewym dole [pd.-zach. :) ] strony! Ups! Przez przypadek znaleźliśmy kolejną atrakcję przewidzianą do zwiedzania i już mamy wątpliwości czy jest tu sens wracać na pół dnia. Idąc do knajpy z LP, a potem w kierunku stacji metra, przeszliśmy przez jakiś ciekawszy, bo zawierający sklepiki i już oświetlony w miarę klimatycznie hutong, ale te boczne, w które zerkaliśmy nadal nie wyglądały zachęcająco. Albo zaczynamy marudzić, albo te pekińskie atrakcje są wszędzie lepiej przedstawione niż w rzeczywistości się prezentują. Knajpa natomiast wypadła całkiem, całkiem. Choć juz chyba nie jest taka „budget”, jak to pisze w LP. Najczystsza z dotychczasowych, ładny wystrój, wypasione WC, karta po angielsku i z obrazkami, kelnerka rozumiejąca, co to znaczy „not spicy”. Rozumiejąca, co nie znaczy nie zdziwiona, w końcu w knajpie z kuchnią syczuańską, słynącą z ostrości potrwa, zamawianie nieostrych musi budzić zdziwienie. Ale była na tyle pomocna, że jeszcze Grzesiowi doradziła zmianę wybranego dania na mniej ostre. Dostaliśmy: cienkie naleśniczki (te co wczoraj) z makaronem sojowym, jajkiem i szpinakiem, wieprzowinę suszoną powietrzem z kawałkami bambusa (bambooshoots) oraz makaron sojowy z kiełkami fasoli i innymi warzywami. Wszystkie potrawy smaczne, żadna za ostra (papryczki profilaktycznie odkładaliśmy na bok) i oczywiście spore porcje. Całość z piwami 141 Y. Bywało taniej, ale i drożej też. A nie ma się czego przyczepić. Choć mojego ulubionego beer fisha chyba już nic nie przebije.
Do hotelu wróciliśmy metrem. Okazało się, że Adam też w drodze do metra trafił na hutongi! Jutro chyba Pałac Letni, bo Wielki Mur przekładamy na czwartek – cały czas jeszcze nie do końca przekonani czy jechać indywidualnie czy z wycieczką.

06.10.2010- środa – Beijing

Przy śniadaniu zdecydowaliśmy jednak, że wykupujemy wycieczkę (180 Y/osobę), chyba juz trochę zmęczeni jesteśmy i idziemy na łatwiznę. Pomysł z nocowaniem na murze i tak już upadł, bo po pierwsze Adam chory, po drugie – po ujrzeniu w rzeczywistości ile tu jest wszędzie ludzi, jakoś trudno mi wierzyć w znalezienie zacisznego zakamarka, gdzie można by się przespać.
Ruszyliśmy metrem do Pałacu Letniego (Yihe Yuan) nad jeziorem Kunming. Pałac był główną rezydencją cesarzowej Cixi, stanowił cesarski plac rozrywek. Tradycyjnie składa się z pawilonów, mostków itp. Z ciekawych rzeczy zawiera scenę, na której my też mieliśmy okazję zobaczyć przedstawienie muzyczne, taneczne i akrobatyczno-klaunowskie. Przez dużą część parku ciągnie się Długa Galeria, zadaszona promenada pomalowana w różne sceny inspirowane historią, mitologią, geografią i literaturą Chin. Łatwiej jednak iść równolegle do niej, bo środkiem ciągną tłumy Chińczyków. Mimo wszystko tłumy tu były mniejsze niż wczoraj, a park i atrakcje bardziej rozłożone, więc szło się o wiele przyjemniej niż po Zakazanym Mieście i przez to Pałac Letni zrobił lepsze wrażenie. Ubolewaliśmy jedynie nad tym, że strasznie dziś było nieprzejrzyste powietrze, brak wiatru być może spowodował większe nagromadzenie smogu. Czas jakoś szybko leciał, początkowo chcieliśmy jeszcze iść na łódko-rowerki wodne, ale idea padła, bo równocześnie chcieliśmy też zobaczyć stadion olimpijski. Poprzemieszczaliśmy się znowu metrem (świetna sprawa, całe miasto za złotówkę można zjechać przesiadając się tylko na różne linie) i wysiedliśmy w pobliżu olimpijskich budowli. Zabawnie znowu było znaleźć się w miejscu kojarzonym z TV, jako coś co jest na drugim końcu świata. Stadion ciekawy jest z zewnątrz juz za dnia, ale trzeba przyznać, że zyskuje po podświetleniu go wieczorem. Weszliśmy też do środka (50 Y), jest ogromny. Ilości siedzonek nie liczyliśmy, bo jeszcze tam długo byśmy musieli siedzieć (sprawdzi się na necie – sprawdziłam – 91.000 pierwotnie, zredukowana ilość po Igrzyskach olimpijskich – 80.000). Na telebimach lecą fragmenty z olimpiady. Po zmroku oświetlili czałe wnętrze stadionu. Na przeciwko jest też water cube, ale tu byłam trochę rozczarowana, bo jakoś (nie wiem dlaczego) kojarzyłam, że po zewnętrznej powłoce ma się lać woda. A to tym czasem są takie wypukłe, niebieskie bańki tylko. Stadion Ptasie Gniazdo prezentuje się okazalej.
Chcieliśmy podjąć próbę zjedzenia czegoś w namiotach zwanych chyba Olimpic Food Plaza, ale po pierwsze śmierdziało zniechęcająco (głównie jakimiś ośmiornicami, ale chyba nie tylko), po drugie, jak już zwalczyliśmy odruch obrzydzenia, okazało się, że nie można normalnie płacić, tylko trzeba kupić jakieś karty. Nie chciało nam się cyrkować, więc głodni poszliśmy dalej. Nieopodal była budka, gdzie sprzedawali zupki chińskie, takie w opakowaniach, jak nam już nie raz po głowie chodziły. co prawda zdarli z nas strasznie, bo za 3 zapłaciliśmy 50 Y (nie dzieli się w dodatku, więc ściema), ale nie chciało nam się juz dalej na głodnego szukać. Plusem było to, że znów rozumieli, że nie chcemy ostrych. Moja była całkiem smaczna, miała kawałki kurczaka, grzybki, kapustę pekińską (!) i oczywiście makaron. Pozostałe też były ok. No nie jest to zupka w rozumieniu Vifonu, ale też i miseczka, w której jest sprzedawana jest 4 razy większa, a z torebek w środku wysypują się wspomniane wyżej składniki w miarę przyzwoitych kawałkach. Aa, w środku jest też … widelec plastikowy do zupki. Tzn. do jej zawartości, bo płyn się siorbie z miseczki. Wysiorbaliśmy więc i podróżując 4 liniami metra wróciliśmy do hotelu. Miała być jeszcze partyjka w piłkarzyki stojące w barze, ale Grześ wymiękł i ogląda jakieś chińskie programy w TV.
A mi udało się w kiblu wywarzyć drzwi niechcący. Weszłam, a one nie chciały się domknąć. Podważyłam więc je lekko nogą, żeby zaskoczyły w futrynę, a one … pierdut z zawiasów! Lekko skonsternowana próbowałam się wydostać na zewnątrz, gdy w międzyczasie z sąsiedniego klopa wyszła jakaś Europejka, zrobiła duże oczy, powiedziała „Chinese quality”, po czym wspólnie podniosłyśmy drzwi i usadowiły z powrotem na zawiasach. Aż się boję iść kąpać ;)

07.10.2010 – czwartek – Beijing

Obudziłam się trochę przed budzikiem, bo śniło mi się, że wróciłam do poprzedniej pracy, pojechałam tam na rowerze (a było to w Tychach we śnie), spóźniłam się, w dodatku nie wiedziałam ani co mam robić, ani za ile kasy tam przeszłam, a sam prezes też nie bardzo wiedział. W dodatku miałam poczucie, że zostawiłam w PUP taką fajną ekipę, a tutaj wszyscy już obcy i średnio nastawieni do mnie. We śnie żałowałam decyzji o zmianie pracy i chciałam ją cofnąć. No i dostałam szansę – obudziłam się :) . Wyspana średnio i z bolącym uchem od klimy, jak sądzę. Szybkie śniadanie (już mi się to hotelowe tu nudzi) – tosty z dżemem i arbuz dla odmiany i schodzimy na dół. Przyszedł przewodnik, dwoje Szwedów i Australijczyk oprócz nas. Przewodnik niestety okazał się najniewyraźniej mówiącym po angielsku Chińczykiem, jakiego spotkaliśmy. Bo większość po prostu nie umie, a ten niby umiał, ale do czasu kiedy się to z artykułowaniem myśli nie wiązało. Nawet Australijczyk go niespecjalnie rozumiał. Gadał więc coś do nas, myśmy udawali że rozumiemy, bo proszenie go o powtórzenie kompletnie niczego nie zmieniało. Problem się robił, gdy zadawał pytanie, bo nie wiadomo było co odpowiedzieć. Masakra! Wycieczka zaczęła się od wizyty w sklepie z jadeitem. Krótka prezentacja na temat rodzajów i rozpoznawania jadeitu, sposobu obróbki i sru na sklep wielkości mniejszej wioski. Ceny kształtujące się na wysokości przeciętnego polskiego wynagrodzenia za bransoletkę były normą. Bawiliśmy się więc w wyszukiwanie najdroższej rzeczy w sklepie. Niektóre nie miały cen co prawda, takie największe statki wielkości dużego salonu, ale udało nam sie namierzyć orła na postumencie (szerokość skrzydeł wielkości naszej sypialnio-komputerowni) za jedyne pół miliona Y (250 tys. zł). jakbym tyle miała, to bym na domek zaczęła odkładać! Pozostała część ekipy była równie chętna jak my na zakupy, więc wyczekaliśmy narzucony czas i wyszliśmy na zewnątrz. Przewodnik spóźnił się 14 minut. Następny przystanek był turystyczny – grobowiec Ming. Ponoć odkryto ich 3, myśmy oglądali jeden. Podejrzenie wzbudzał fakt, że oprócz nas były tam może jeszcze ze dwie grupki zwiedzających i żadnych tłumów Chińczyków. To wbrew pozorom źle wróży, bo znaczy, że nic ciekawego tu nie ma. No i faktycznie, jakaś brama z mega żółwiem w środku i płytą kamienną, dalej jakieś 2 pawilony: jeden stanowiący grobowiec podobno – choć kompletnie nie wygląda, bo w którym grobowcu jest stół zastawiony atrapami jedzenia oraz trony: cesarza, żony i konkubin; drugi zawierając szaty i figurę cesarza. I to by było na tyle – szumnie się nazywa, ale nie ma tu czego oglądać, zwłaszcza po uprzednim odwiedzeniu wszystkich możliwych pawilonów cesarskich w Pekinie.
Wsiedliśmy do busika i podjechaliśmy, jak się okazało, pod Wielki Mur. Przewodnik pokazał nam knajpę, w której będziemy mieć lunch i podprowadził nas pod kolejkę linową, która kosztowała dodatkowe 65 Y (ja się burzyłam trochę, ale Adam powiedział, że tego nie ma w cenach wycieczki, więc się nie awanturowałam), ale z powrotem zapowiadał się za to super zjazd długaśnym torem saneczkowym. Powiedział nam też, że za 1,5 h mamy być na dole, na co ja sie oburzyłam juz strasznie, bo miało być 2 h. Po moim wyrażeniu dość jasno, że nie ma mowy, po chwili były juz prawidłowe 2 h czasu. Wjechaliśmy więc kolejką na górę, pogoda mimo braku deszczu była niestety fatalna, bo powietrze było znowu całkiem nieprzejrzyste, jakaś dziwna mgła, czy smog unosiły się wszędzie. Ale po ujrzeniu fragmentu muru juz nam się zaczęło podobać. Weszliśmy na górę – mur zgodnie z jego założeniem był szeroki na 4 jeźdźców kawalerii, idących jeden przy drugim (choć myśmy nie kawaleria). Miłym zaskoczeniem było to, że nie było tu tłoczno specjalnie, ale też trochę pod tym kątem wybieraliśmy właśnie fragment Mutianyu, a nie najpopularniejszy Badaling. I pierwsze miejsce w Chinach, gdzie spotkaliśmy więcej białych niż żółtych. Mur wygląda wspaniale: wije się po wzgórzach, co jakiś czas są wieżyczki, jest tu odnowiony, ale nie jakoś sztucznie (jak słyszeliśmy o niektórych fragmentach, a widzieliśmy parę razy na przykładzie innych zabytków). Pogoda nadal nie pozwalała dostrzec go na jakimś dłuższym fragmencie wyraźnie i pewnie zdjęcia nie oddadzą jego wspaniałości w pełnej krasie, ale orzekliśmy zgodnie, że jest niesamowity i biorąc pod uwagę, że ciągnie się na długości prawie 6 tys. kilometrów (niektórzy twierdzą, że 10 tys. ze wszystkim odgałęzieniami, a z kolei Wikipedia, że tylko 2400, a reszta to tylko odgałęzienia i fortyfikacje), w pełni zasługuje na bycie cudem świata.
Spacerowaliśmy sobie około godziny w stronę kolejnego punktu z kolejką linową, raz w górę, raz w dół, z przewagą góry. Co jakiś czas mijaliśmy naszych towarzyszy z wycieczki i chyba pierwszy raz będziemy mieć kilka zdjęć w czwórkę. Po godzinie i dojściu do wyznaczonego celu zarządziliśmy odwrót, ciesząc się juz na zjazd torem saneczkowym. Żeby nie było zbyt pięknie, to oczywiście gdzieś przed nami jechała jakaś ekipa z chińskimi dziećmi i tak pomału zjeżdżali, że musieliśmy parę razy się zatrzymywać, mimo wrzeszczącego „don’t stop!” Chińczyka stojącego co jakiś czas na trasie. Ale kilka razy udało się osiągnąć jakąś przyzwoitą prędkość, raz prawie Grześkowi wjechałam w tyłek, bo za zakrętem stał, czekając aż gramoły pojadą w dół. Zdecydowanie był to najdłuższy tor saneczkowy, na jakim miałam okazję jechać. I mógłby być najszybszy, gdyby np. puszczali w dłuższych odstępach. Ale i tak było fajnie.
Jak zeszliśmy na lunch, to przewodnik, patrząc z wyrzutem na zegarek, powiedział, że spóźniliśmy się 10 minut. Na to rezolutnie Nina odpowiedziała, że on przy sklepie 14 minut, więc mamy jeszcze 4 w zapasie. Nie jesteśmy pewni, czy do końca zrozumiał, ale w każdym razie nic więcej nie powiedział. Lunch był naprawdę smaczny. Na tradycyjnym okrągłym stole z ruchomą szklaną częścią na środku, aby przesuwać potrawy, pojawiły się miski z ryżem, kilkoma potrawkami z warzyw i mięsa, tofu, bakłażanem z kartoflami, bambusem oraz jajecznicą z pomidorami. Za picie skasowali po dodatkowe 10 Y za colę – bardzo drogocenna! Wzięliśmy się ostro za wcinanie, kątem oka zauważając, że nasi pozostali towarzysze coś kiepsko i bez wprawy się za to zabierają (Szwedka najpierw pałeczki do dwóch rąk wzięła!). My juz po 3 tygodniach jemy pałeczkami nie zastanawiając się nawet nad tym i dyskutując przy tym w najlepsze. Mam dziwne wrażenie, że zjedliśmy większość ;) . Ha, i jeszcze nic nie było za ostre! Bardzo przyjemne jedzonko. W drodze powrotnej czekało nas juz tylko zwyczajowe „dymanie”, czyli zaciąganie turystów do sklepów, w których jest krótka prezentacja, a potem długi czas na zakupy. Tym razem dowiedzieliśmy się jak produkuje się jedwab. Oprowadzająca nas pani była wyraźnie niezadowolona, że wycieczka jej się rozciąga i przygląda a to nitkom, a to robaczkom jedwabnika, zamiast podążać w jedynie słusznym kierunku, czyli do sklepu. Jedwabne kołderki były całkiem przyjemne – ale po co nam, jedwabne ubranka całkiem ładne – ale jeszcze mnie nie pogięło, żeby wydać paręset złotych za byle bluzkę. Podobnie widać odebrała to reszta, bo znowu nikt nic nie kupił. Co za pech ;p. Potem była herbaciarnia, gdzie było w sumie najmilej z 3 odwiedzanych sklepów. Podano nam kartki z rodzajami herbaty, a potem była degustacja każdej z nich, włącznie z demonstracją jak się którą pije, bo to też się różni. Jedne herbatki się pije odpowiednio układając palce, inne siorbiąc dla podniesienia walorów smakowych, jeszcze inne siorbiąc i ciamkając. Dobrze, że nam bekać nie kazali! Spośród 5 najbardziej smakowała nam liczi i jaśminowa (którą już tu nieraz piłam). Herbaty też były drogie, a że mamy zapas zakupiony przy Studni Smoka (do której nie dotarliśmy), zrezygnowaliśmy z zakupu dodatkowej. Tak więc cała nasza wycieczka to dla „dymających” był stracony czas – nikt nic nie kupił. Przewodnik biedny też się już w drodze powrotnej zamknął, bo i tak go nikt nie rozumiał, a całą ekipą dyskutowaliśmy sobie dość żywiołowo na temat wszystkich nas łączący, czyli o podróżach. Australijczyk np. był w Birmie i ciekawe rzeczy opowiadał. W sumie to sceną najlepiej oddającą zrozumienie wzajemne miedzy nami a przewodnikiem było pytanie zadane przez niego pod koniec: „Do you want to see blybly?”. Zbiorowe „what?” z 7 gardeł. „Do you want to see blybly?”. „What?”. Po trzecim pytaniu, przy którym przewodnik mało się nie zapluł, a my dalej nie wiedzieliśmy, cóż to też niby mamy szansę zobaczyć, Adam, który mniej więcej zlokalizował naszą pozycję na mapie Pekinu stwierdził, że „może mu chodzi o Bird’s Nest?”. Czyli stadion oglądany przez nas wczoraj, a zwany ptasim gniazdem. Aha. I uff, bo Chińczyk się cały spocił z wysiłku poprawnego wymówienia nazwy. Myśmy nie chcieli, bo widzieliśmy, a reszta też nie, zniechęcona wizją wracania do hoteli na własną rękę.
Po powrocie do hotelu, w miarę wczesnym, bo po 18.00, zakupiliśmy najpierw jedno, a potem dwa kolejne lokalesowe wina czerwone „Great Wall” (każde inne) i graliśmy w piłkarzyki. Zlaliśmy Wrońskim tyłki ;) , po czym zmieszaliśmy składy, żeby było weselej. Plan dnia jutrzejszego pozwalał na małe szaleństwo, bo zasadniczo zostały nam tylko zakupy pamiątek i może czegoś dla siebie.
Pogłoski o paskudnej chińskiej wódce i winie zostały obalone, albo my po prostu lepiej trafiliśmy. Albo jesteśmy mniej wybredni. Albo jedno i drugie.

08.10.2010 – piątek – Beijing

„Kur.., Misiek, słyszysz ten telewizor znowu?”. Yyy? „No znowu ten palant jakiś słucha tego samego programu”. Aaa, no słyszę zasadniczo. Naprawdę głośno puszczał. tylko jak ja śpię, to chyba nawet wojna by mnie nie obudziła, jeśli by budzika nie nastawili. Ale jak już się obudziłam to słyszę. Wyraźnie. I spać trudno już. Włączyliśmy klimę, żeby jednolitym szumem zagłuszyć te wrzaski. Usnęłam, ale co jakiś czas się budziłam, bo hałasów na zewnątrz było coraz więcej, pukała pani sprzątaczka, ludzie tłukli się z walizkami na kółkach, itp. Ale nie przeszkodziło nam to podrzemać do niemal 11.00. Dość rzadko na tych wakacjach udawała nam się ta sztuka. Ponieważ śniadania w hotelu mieliśmy już wszyscy po dziurki w nosie, poszliśmy do pobliskiego klonu pierwszego chińskiego fast-fooda z Szanghaju – Yun ho. Nie jesteśmy do końca przekonani, że to naprawdę było to, bo pokierowali nas na górę, gdzie wyglądało bardziej restauracyjnie, a i menu było po angielsku, więc inna bajka. Nina zamówiła pierożki, Adam ryż, Grześ naleśniki z szalotką, a ja – zasugerowana podpowiedzią Grzesia – rybkę opiekaną. Jak po 15 minutach wszyscy dostali swoje dania, a ja nie, zapanowała zbiorowa wesołość (czyżby powtórka z Hangzhou?). Ale jak przynieśli rybę, to już śmichy-chichy ustały, bo rybka nie dość, że miała chyba z 700 g, to była podana w ładnym, ciemnym sosie, z grzybami, szczypiorkiem i imbirem na półmisku również w kształcie ryby. Wszyscy podziubali trochę pałeczkami, Grześ dzielnie towarzyszył mi prawie do końca, walcząc z ościami z niespotykanym u niego zacięciem. Ja tradycyjnie ogołociłam rybkę zostawiając tylko głowę, ogon i ości. Smaczne i obżarłam się strasznie.
Ruszyliśmy w kierunku Silk Street, czyli miejsca gdzie w Pekinie można kupić wszystko. Oczywiście nie ma ustalonych cen, ile wytargujesz, to twoje. Masakra, ale trzeba się odnaleźć, inaczej człowiek zostanie wydymany, jak co niektórzy „ludzie Zachodu”, którzy łykają najbardziej absurdalne ceny, jakie Chińczycy sobie wymyślą. Z naszej czwórki mistrzem targowania się jest Adam: nie za dużo mówi, z groźną miną wstukuje na kalkulatorze proponowane ceny (zaczynając od cen niemal tak absurdalnych w dół, jak ich są w górę), odchodzi ze stoiska, no pełna profeska! Proponowane ceny obniża w ten sposób do 10-20% początkowej wartości zaproponowanej przez sprzedawców. Kupiliśmy sobie wszyscy chińskie ciuszki (hm, jak się z powrotem upasę, to w moją chińską sukienkę nie wejdę ;p), są super, tylko wypaśne na tyle, że rzadko będzie okazja je ubrać. Podobno 100 % jedwab, ale jakoś nie wiem, czy w to powinnam wierzyć. Przebieralnia: sprzedawczyni, tudzież któryś z chłopaków zasłaniający nas szlafrokiem w kącie sklepu. Kupiliśmy masę prezentów, jakieś pamiątki dla siebie, ogólnie spędziliśmy tam, z przerwą na piwo w okolicznej knajpie i transportem w obie strony 8 h! Targowanie, wrzaski, zaciąganie do sklepu („look lady, pasmatrij …”), teatralne sceny, przymierzanie – zmęczyło mnie bardziej niż wejście na Hua Shan. Jakbym miała tak w Polsce kupować, to chyba do każdej wyprawy na zakupy przygotowywałabym się psychicznie tydzień. W sumie wszyscy byliśmy wymiąchani strasznie, no może poza Grzesiem, który kolejny raz został ulubieńcem Chinek z powodu swoich seksownych warkoczyków: „oh, how cute, can I touch it?”. Po całym dniu zakupów mieliśmy tylko na tyle sił, żeby zejść do jednej z pobliskich hotelowi knajp chińskich typu fast-food i zamówić jakieś dania z ryżem, kurczakiem i sałatkami. W Chinach fast-food wygląda zdecydowanie zdrowiej niż kuchnia amerykańska, a i podejrzewam, że kalorii ma o wiele mniej niż przeciętnych hamburger. Po powrocie do hotelu nastąpił trudny czas upychania prezentów w nasze bagaże, ale ponieważ Nina i Adam mieli pierwotnie plecaki mocno pustawe, to pochłonęli większość wielkogabarytowych prezentów. Jak się okazało, w rezultacie Adamowi udało się mieć najcięższy plecak z naszej czwórki. Podobnie jak na początku podróży, tak i teraz dopadła mnie biegunka, więc wciągnęłam nifuroksazyt, żeby w samolocie jakoś spokojnie przeżyć. W sumie to i tak niezły bilans, jak na azjatycką wyprawę i nasze eksperymenty kulinarne.

09.10.2010 – sobota – Beijing –> Amsterdam –> Warszawa

Łee, jak ja nie lubię wcześnie wstawać. A powinnam się przyzwyczajać, bo pojutrze do pracy (chlip!). Śniadanie szybciutko w hotelu, wymeldować się i do metra. A potem na airport express (25 Y). Na lotnisku wymieniliśmy resztę kasy, której nie daliśmy rady wydać, oczywiście po barbarzyńskim kursie. Ale wyjścia za bardzo nie ma, lepiej mieć 136 $, niż 1054 Y niewymienialne poza Chinami. Myśląc już, co tu zrobić z nudnym zazwyczaj czasem oczekiwania na samolot, wypatrzyliśmy piłkarzyki. Za darmo! Długo nie myśląc zaczęliśmy radośnie rozgrywki, gromadząc momentami dość sporą publiczność. Podejrzewamy, że Chińczycy nie bardzo znają ten rodzaj rozrywki, bo patrzyli z pewnym zdziwieniem, jeden nawet zaczął przesuwać nam punktację z boku, ale uciekł po naszych protestach, a starsza pani na koniec, jak juz odchodziliśmy, kręciła sobie z zafrapowaną miną jednym rzędem piłkarzyków. No i argument koronny: nikt na nich nie grał jak wchodziliśmy, a Chińczycy zazwyczaj tłumnie okupują każdą atrakcję, którą napotkają na swojej drodze. I tak miło i szybko zleciało nam 1,5 h. Teraz siedzimy w samolocie, jedzonko obiadowe już za nami, wino, likier, herbata i inne napoje też. Lecimy gdzieś nad Krasnojarskiem i jeszcze 6-7 h przed nami.