Meksyk

//Meksyk
Meksyk2018-10-28T21:10:59+00:00

Meksyk – Wstęp i Przelot

Przed siebie, byle dalej! | Meksyk – Wstęp i Przelot

Nie ma z nami Lipka, więc nie ma kto mi sprawdzać błędów. I poprawiać. (Nina. Na pewno tak dobrym poprawiaczem jak Lipek nie będę ale przynajmniej mogę się postarać. Zresztą należy czasem skorygować piszącego więc będę pełnić funkcję „redaktora”) (Adam: Bo z naczelnych to masz tylko przodków) Tak więc liczyć muszę na Wasze dobre serce, wyrozumiałość i to, że głupi Word nie będzie zmieniał tego co piszę na to, co jemu się wydaje, ze ja chcę napisać.

Wstęp.

W tym roku miał być Wietnam. Wietnam, może Kambodża, Laos. Któregoś jednak wieczora, weekend Nina na stronie fly4free.pl napotkała informację obłędzie taryfowym do Meksyku. Meksyk z Amsterdamu za około 1200PLN. Przy normalnych cenach Lot z Polski to koszt ponad 3000. Lecimy? Napadła mnie z tym tematem w wannie. Nie wiem… możemy… w końcu zawsze chciałaś odwiedzić swą przyjaciółkę z liceum Martę. Niny brat, Michał stwierdził, że nie leci, bo nie ma kasy – kupuje w tym roku mieszkanie, ma je wykończyć, więc odpada. Ale dzwoń do Lipkow, nie wybaczyliby nam jakbyśmy do Meksyku polecieli sami. Szczególnie, że tym razem Lipek byłby bardziej przydatni niż zwykle – oboje uczą się hiszpańskiego. Niestety. Lipki lecieć nie mogą. I tu nastąpiła konsternacja. Czy poradzimy sobie sami na takim wyjeździe. Do odważnych jednak świat należy – spróbujmy (Nina: do odważnych świat należy taa…. chyba ze 45min przekonywałam Go, że grunt to przygoda, że dzięki temu wyjazdowi usamodzielnimy się, no i będziemy kwita z Lipkami za to, że polecieli bez nas do Peru i Chile) (Adam: ok., niech tak sobie wmawia. Właśnie kazała mi napisać, że to Ona zadecydowała, że lecimy. Tak, kochanie, oczywiście kochanie, tak kochanie, śmieci też wyniosę). Nina zadzwoniła do szefa i uzyskała zgodę na wyjazd, u mnie zarząd nie sprawiał nigdy problemów w związku z wyjazdami (za co zarządowi serdecznie dziękuję) – więc lecimy!

Błąd taryfowy polegał na tym, że trzeba było wejść na stronę aireurpa.com, wybrać język hiszpański, wyszukać przelot, zmienić język na francuski i po francusku przeprowadzić całą rezerwację. Jako że francuski jak i hiszpański znamy dokładnie na takim samym poziomie, znaczy wcale, za pomocą translatora, analogii i losowania co tu wpisać (no może lekko ubarwiłem, ale tylko lekko) udało nam się zarezerwować przelot. Całość, od znalezienia informacji o wylocie, do zabookowania biletów zajęła nam niecałą godzinę. Martwić się, jak sobie poradzimy, będziemy mieli czas później.

Tu nastąpiła mała refleksja. Lecimy sami… a może jednak… TYYY!!! MIIICHAAAAAAŁ!!! Może jednak lecisz z nami? Znów marudził o kasie. (Nina: „ale nie chcesz spróbować jedzenia meksykańskiego”, mam wrażenie że ten argument przeważył) Ale jako, że kasa to rzecz nabyta, Nina zadzwoniła do szefa Michała (tak, niedziela wieczór) przedstawiła się jako siostra i zapytała, czy puściłby Michała do Meksyku. Chyba go trochę zagadała i zagłuszyła, bo wyraził zgodę… I zarezerwowaliśmy trzeci bilet.

Trzeba jednak jeszcze dostać się do Amsterdamu. I tu pojawiają się schody. Nie ma normalnych połączeń z Warszawy by mieć rezerwę czasową na odbiór bagażu i nadanie go dalej. Znaczy może i był, ale w jakiejś pogańskiej cenie. W sumie jedyna rozsądna opcja, to przelot do Amsterdamu dzień wcześniej, wieczorem, nocleg i rano lot do Madrytu i Meksyku. Minus był taki, że zarówno przelot był dość drogi (jakieś 700PLN, jak i hotel w Amsterdamie 400pln za noc… stawiał całą imprezę finansowo pod znakiem zapytania. Na szczęście trafiła się „szalona środa” z LOT’em – o 24:00 ze środy na czwartek pojawił się Amsterdam za 303PLN w obie strony. Sporo było fajnych miejsc, więc serwery LOTu nie przeżyły tego. Około 2 w nocy udało mi się dostać do podstrony rezerwacyjnej, zobaczyć miejsca… i znów serwery padły. Jak wstały, miejsc na nasz termin nie było. Rankiem Michał znalazł u jakiegoś pośrednika te miejsca za wyższą kwotę. Niewyspany zalogowałem się by zarezerwować, coś mnie tknęło, sprawdziłem locie – są! I bez opłaty za pośrednictwo.

Dzięki temu przelot do Meksyku w obie strony kosztować nas będzie niecałe 1500. No i nocleg na lotnisku w Amsterdamie, ale to już nie pierwszy raz, więc postanowiliśmy nie brać hotelu, a za zaoszczędzone pieniądze zaszaleć na miejscu.

Miesiąc później zmienia się Michała rezerwacja – ma lecieć do Madrytu innym samolotem niż my. Na szczęście udało się zmienić też nasze rezerwacje, byśmy lecieli razem. Zawsze to raźniej. (Nina: tutaj należy się małe sprostowanie – bilety rezerwowaliśmy o ile pamięć mnie nie myli w listopadzie, w okolicach Boże Narodzenia dostaliśmy maila, że Michał leci tego samego dnia ale wcześniej. Wpadliśmy w panikę, w sumie sam latał mało, a tu i lotnisko w Amsterdamie – duże, w Madrycie – nie wiem czy nie większe… ustaliliśmy, że piszemy do aireuropa, że „my być rodzina i, że my lecieć razem”. Aireuropa odpisała „no problema” – polecicie wszyscy wcześniej. Dlatego też bilety do Amsterdamu rezerwowaliśmy później tj. po przesunięciu lotu Amsterdam – Madryt – Meksyk i ze świadomością, że po raz kolejny lotnisko Schiphol stanie się naszym domem na jedną noc)

W międzyczasie, 2 tygodnie przed wylotem, do Niny dzwoni telefon. Pani po hiszpańsku usiłuje się z moją małżonką dogadać Nie wychodzi, więc przechodzi na francuski, włoski… i nic. Uzgodniły jednak, że ma zadzwonić ktoś znający angielski. Mijają godziny, stres rośnie, nikt nie dzwoni. Nina uznała, że jak do jutra nikt się nie odezwie, to zadzwoni sama. Już ja znam swoją domową panikarę. Do następnego dnia wymyśliłaby jakieś 381 pomysłów na to, co mogło się stać, będzie snuć czarne myśli i mi psuć humor. Mam to gdzieś. Kazałem zadzwonić. Chwilę później dzwoni zestresowana, że lecimy przez USA i potrzebne są jakieś dane z paszportu. W tym momencie mnie szarpnęło. (Nina: i kto tu jest panikarą? Pan ładnie wytłumaczył, że to nic ważnego, że potrzebuje naszych danych z paszportu i, że mogę zadzwonić jutro. A to Adam wpadł w panikę i za 15 min miałam na mailu skany naszych paszportów i w celu wykonania kolejnego telefonu i zorientowania się, czy potrzebujemy wizę tranzytową) (Adam: Panikę? A bawiliście się kiedyś w głuchy telefon? Ta moja poczwarka zadzwoniła i OZNAJMIŁA mi, że w sumie to Ona nie wie o co biega, ale lecimy przez stany i coś potrzebujemy, nie wie dokładnie co. To jak miałem zareagować?) Specjalnie sprawdzałem, czy nie lecimy przez Stany, bo jeśli tak, to potrzebna jest wiza tranzytowa. Nawet jeśli tylko ląduje się w Miami i nie wysiada z samolotu. Zacząłem kombinować nad załatwieniem wizy. Na szczęście okazało się, że tylko przelatujemy przez przestrzeń powietrzną USA i stąd potrzebne są dodatkowe rzeczy z paszportu. Kamień z serca.

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


23.03.2012 Mexico DF

Przed siebie, byle dalej! | 23.03.2012 Mexico DF

(Gryzio proszony o czytanie od następnego akapitu)

Przylot

Bum bum tralala, wylądowaliśmy. W sumie było to najtwardsze lądowanie jakie miałem, trochę nas pokręciło po płycie, ale na szczęście wszystko skończyło się dobrze (Nina: w ogóle nie wiem o co chodzi. Lądowaliśmy normalnie) (Adam: Jasne. Wizg, lewo, prawo, lewo, skrzydło do ziemi, potem w górę. Ta, to było normalne lądowanie. Ta….). Lotnisko w Ciudad de Mexico znajduje się w środku miasta i leci się blisko wysokich budynków. Lądowaliśmy po zachodzie słońca, więc miasto robiło niesamowite wrażenie. Przelot blisko budynków również. Widok wieżowca dookoła którego zakręcamy – pamiętny. Meksyk, jako miasto – duże. Bardzo duże. Gdzie nie popatrzeć, światła (Nina: Meksyk z okien samolotu – rewelacja. Takie trochę kosmiczne wrażenie)

Lotnisko

Lotnisko. Lotnisko jak lotnisko, część dla przylatujących bez rewelacji, dopiero dalej jest ładniejsze. Przeszliśmy przez kontrolę imigracyjną, odebraliśmy bagaż i udaliśmy się do kontroli. Olaboga, co ci ludzie przewozili. Walizki większe od nich samych, w środku różne dziwactwa. Po prześwietleniu jako głowa rodziny nacisnąłem przycisk kontroli. Zapaliło się zielone światełko i mogliśmy iść dalej. Michałowi też się poszczęściło. (Nina: Nie wiemy czemu ale Adama uznali za moja rodzinę, Michała nie. W związku z tym mieliśmy 2 deklaracje celne oraz przysługiwało nam jedno naciśnięcie guzika na rodzinę) (Adam: jasne. Nie wiesz czemu uznali mnie za głowę rodziny? Świetnie. Dzięki. Żółta kartka) Gdyby zapaliło się czerwone, trafilibyśmy na kontrolę szczegółową. Widzieliśmy, ze wybebeszali ludziom walizki do cna. Przeszliśmy do hali przylotów, rozglądamy się, a Marty brak. Jak przedszkolaki na przejściu dla pieszych, najpierw patrzymy w lewo, potem w prawo, jeszcze raz w lewo. W końcu była po prawej. Ale chyba spodziewała się, że będziemy więksi, bo jakoś na początku nas nie poznawała (pomysł, że myślała, że jesteśmy więksi narodził się w chwili, gdy zobaczyłem jaką taksówkę zamówiła nam – coś wielkości naszego forda transita, z miejscem na 10 osób. I dodatkowo Gabriela, żeby plecaki przewiózł. Chciałbym zdementować pogłoski, że jestem aż tak duży – 2 miejsca może i zajmę, ale nie 4…)

Do Marty!

Bidulka jechała na lotnisko ponad 2 godziny. W końcu piątek i wypłata (dostają najczęściej wypłatę co 2 tygodnie, w piątek i od razu jadą wydać). Już z samolotu widzieliśmy ogromne ilości aut w korkach. Dziewczątka poszły zwiedzić WC, a Michał poleciał szukać miejsca do palenia. W sumie nie wie czy znalazł, bo palił w jakimś garażu podziemnym, ale zaraz przy 2 przedstawicielach władzy, którzy nie mieli do Niego pretensji, więc chyba trafił. W tym czasie Gabriel krążył dookoła lotniska. Zebraliśmy się, zapakowaliśmy do auta Gabriela plecaki, a sami wsiedliśmy do tego towarowego taksówkowego potwora. Nie wiem co Marta naściemniała, ale prawie bez kolejki mieliśmy pojazd, gdzie obok nas kłębił się dziki tłum. W średnich korkach dojechaliśmy do mieszkania Marty. Fajna dzielnica, zielona, spokojna. Cytując gospodarzy „mieszają tu ludzie młodzi, starzy i geje”. Może Marta będzie to czytać, więc na wszelki wypadek powiem, że ma śliczne mieszkanie. Nie będę się więcej wypowiadał, bo to nie moja działka, ale pomysł na mieszkanie tak mi się spodobał, że nie wiem czy nie będę mojego domowego gnoma namawiał na zmałpowanie częściowe. (Nina: mieszkanie jest przecudnie urządzone, przestronne, jasne. Świetny dobór kolorów, dodatków mało ale ze smakiem… Niezależnie, czy Marta będzie to czytać, czy też nie – ja jestem zachwycona) (Adam: Nina wie, że będziemy jeszcze u Marty, więc na wszelki wypadek pisze w samych superlatywach. Jak wrócimy do Polski to napisze szczerze) Wszak to nie kopiowanie – to naśladownictwo, które jest najszczerszą formą pochwały. Wypakowaliśmy prezenty, a następnie poszliśmy się odświeżać. Oczywiście w kolejności, nie wszyscy na raz. Marta zabrała się za przygotowywanie kolacji. Jeśli chodzi o kolację, to będę musiał nomen omen posiłkować się pomocą Michała, któremu oddaję głos/klawiaturę.

Michał: Podczas podróży do domu Marta obiecała że dziś będziemy smakować klasyczne meksykańskie potrawy.

Michała część o jedzeniu

Na przystawkę dostaliśmy coś ale szynkę prosciutto. Cieniutkie kawałki wędliny z lekkim posmakiem dymu, troszkę maślane ..Adam wyczuwał posmak oscypka 0.o ?
Na przystawkę dostaliśmy coś ale szynkę prosciutto. Cieniutkie kawałki wędliny z lekkim posmakiem dymu, troszkę maślane ..Adam wyczuwał posmak oscypka 0.o ?
Zielony sos meksykańskiej nazwy nie pamiętam ale pogadam z Marta na pewno uzupełnię. Do rzeczy z czego się go robi : zielone pomidorki coś jak nasze koktajlowe jednak o całkowicie innym smaku tzn bardziej cierpkie i trudne do zdefiniowania, awokado (to ważna informacja to „coś” co kupujemy w sklepach nic ma się do meksykańskiego awokado które jest pełne smaku), czosnek, troszkę wody oraz najważniejszy składnik czyli PAPRYCZKI CHILI niby można zrobić bez ale to tak samo jak by pić piwo bezalkoholowe. Ilość papryczek kwestia gustu ja lubię pikantnie reszta nie bardzo jednak Marcie udało się dodać tyle abym był szczęśliwy oraz aby pozostali mogli jeść. Sosik był tak wyborny że mógłbym go wcinać samego ale się powstrzymałem J
Zielony sos meksykańskiej nazwy nie pamiętam ale pogadam z Marta na pewno uzupełnię. Do rzeczy z czego się go robi : zielone pomidorki coś jak nasze koktajlowe jednak o całkowicie innym smaku tzn bardziej cierpkie i trudne do zdefiniowania, awokado (to ważna informacja to „coś” co kupujemy w sklepach nic ma się do meksykańskiego awokado które jest pełne smaku), czosnek, troszkę wody oraz najważniejszy składnik czyli PAPRYCZKI CHILI niby można zrobić bez ale to tak samo jak by pić piwo bezalkoholowe. Ilość papryczek kwestia gustu ja lubię pikantnie reszta nie bardzo jednak Marcie udało się dodać tyle abym był szczęśliwy oraz aby pozostali mogli jeść. Sosik był tak wyborny że mógłbym go wcinać samego ale się powstrzymałem J
Typowa salsa. Składniki : cebulka czerwona, pomidor, awokado. Najbardziej zasmakowało Ninie zajadała się tym aż uszy się jej trzęsły. Opcjonalnie można dodać papryczek chili ale Marta nie dała .. więc ja się nie zjadałem ale było OK.
Typowa salsa. Składniki : cebulka czerwona, pomidor, awokado. Najbardziej zasmakowało Ninie zajadała się tym aż uszy się jej trzęsły. Opcjonalnie można dodać papryczek chili ale Marta nie dała .. więc ja się nie zjadałem ale było OK.

Spać poszliśmy jak grzeczne leśne ludki około 2( ponoć bliżej 3, ale nie jestem przekonany)

Adam: Dobrze publikować samemu te wpisy, ma się wtedy ostatnie słowo. Tak jak w domu – jak Nina mówi wynieś śmieci, to ja mam ostatnie słowo – tak jest kochanie.

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


2012.03.24 Mexico DF – Tulum

Przed siebie, byle dalej! | 2012.03.24 Mexico DF – Tulum

Poszliśmy spać 2-3, obudziliśmy się około 6. Sami z siebie. Czy to jest ten słynny Jet Lag? Jeśli tak, to mi pasuje, nie trzeba odsypiać, można od razu zwiedzać. Co prawda pobudka ustawiona była na 7, ale zużyliśmy trochę Martowego internetu by pozdrowić rodziny, przyjaciół, znajomych i kochanki/kochanków. Doprowadziliśmy się do porządku, zrobiliśmy sobie make up i inne czynności przygotowawcze do dobrego rozpoczęcia dnia i pojawiła się Marta. Chwilę poplotkowaliśmy, pojawił się też Gabriel i udaliśmy się na polowanie na śniadanie. Meksyk jeszcze odsypiał piątkowe szaleństwa, więc kawałek przeszliśmy zanim udało nam się kupić bliżej nieokreślone pożywienie. Dostaliśmy je w reklamówce, z bramy obok restauracji. Zaciągnęliśmy oporny pokarm do domu, gdzie Marta znów doprowadziła ten pokarm do postaci jadalnej, na ciepło.

Miejsce na Michałożarłową relację (jednak Mu się nie chce, wiec będą tylko zdjęcia, opis będzie w końcowej wersji – albo i nie…) Ogólnie ponoć jedliśmy coś, co nazywa się tamales.

Tu kupowaliśmy

Niny na słodko

Nasze, na ostro

Przerewelacyjny napój mleczny o smaku ananasa i czegoś tam ;>

(Nina: Gabriel poczęstował nas smakowym mlekiem. Wypiliśmy początkowo z grzeczności a następnie z pyszności). Następnie zamówioną taksówką zostaliśmy zawiezieni na lotnisko. Sami, laboga. Wymieniliśmy kasę zieloną, na lokalną (kurs 12,3 za dolara, czyli złotówka to jakieś 3,9 pesos) (Nina: wymiana polegała na tym ,że ja wymieniałam kasę i byłam obstawiana przez dwóch hombres)(Adam z wielkimi cojones?) i znaleźliśmy sami z siebie, gdzie nadać bagaże na samolot. Lecimy ichnimi tanimi liniami, Volaris. Kolejka do nadania bagaży nie była jakaś ogromna, ale tempo obsługi było straszliwe. W sumie to może nie jest wina obsługi, a klientów, którzy mieli paczek więcej, niż sami ważyli i podchodzili małymi grupami po 10 osób… Plusem było to, że co jakiś czas chodziła obsługa i pytała, czy ktoś nie jest na lot do … bo wtedy taka osoba miała pierwszeństwo. Nas obsłużono błyskawicznie, może w 4 minuty ze wszystkim. (Nina: pewnie dlatego, że nie uskutecznialiśmy żadnej rozmowy – tylko rezerwacja + paszporty. Klik, klik, pytanie „to wszystkie wasze bagaże???” ,”tak”, klik, klik, „tam wasza bramka, tu wasze miejsca, adios!”) Polecieliśmy do bramki, bo już nadchodził czas boardingu. (Nina: przejście przez bramkę zaowocowało obejrzeniem mojego plecaka oraz obejrzeniem i przekartkowaniem przewodników). Przed samolotem stała już kolejka. No tak, standard, od 20 minut boarding, a jeszcze nic się nie ruszyło. Za czas jakiś coś się ruszyło, ale jak zwykle fascynujące było patrzenie jaki jest system wpuszczania do samolotu. Niestety znów nie załapaliśmy, jak to się dzieje.

W samolocie zostałem ogłuszony. Ludzie wchodzili, siadali. Szli na koniec. Siadali. Wracali. Siadali. AAAAAA! Zajmowali innym miejsce. Przepychali się. AAA!!! Jak w tramwaju! (Nina: na szczęście stewardesy ogarniały, o co chodzi. Ciekawostką był film o bezpieczeństwie, zapinaniu pasów, kamizelek ratunkowych i tym podobnych, w którym główną rolę grały meksykańskie dzieciaki. Filmik zrobiony z dużym poczuciem humoru, oglądałam z przyjemnością). Do picia wzięliśmy sobie z Michałem po piwie, chipsy do tego i jakoś dało się te 2 godziny przeżyć. Podejście do lądowania było ciekawe. Wiał wiatr, turbulencje szarpały samolotem, ale takiego miękkiego lądowania to chyba w życiu nie miałem. Ekstraklasa. (Nina: no fakt, lekkie turbulencje były ale nic, żeby się zachwycać)

Po wyjściu z samolotu dostaliśmy cios w twarz mokrą gorącą ścierą. Gorąc i duża wilgotność.

Na lotnisku kupiliśmy bilety na autobus ADO do Playa del Carmen za jakieś 114$ Autobus z klimą (17 stopni, masakra) (Nina: a oprócz tego obejrzeliśmy koniec filmu „Książę Persji, Piaski czasu” i początek „Avatara” w wersji hiszpańskiej. Wiemy już, że perro! Oznacza biegnij!)

Po godzinie dojechaliśmy do Playa del Carmen – dość dużego miasta, jak na moje potrzeby. Na dworcu przesiedliśmy się na kolejny autobus, klasy 2 już, bez Klimy i TV, za 32 peso, do Tulum. (Nina: oczywiście, że była Klima. Tyle tylko, że chłodziła do 20 stopni a nie jak w ADO do 17)

Mimo teoretycznie 2 klasy, jechało się całkiem przyjemnie. Zatrzymaliśmy się na dworcu i postanowiliśmy zerknąć do hostelu Weary Traveler. Doszliśmy prawie do końca miasta, bo posłuchałem się mojej żony. Okazało się, że po wyjściu z dworca, trzeba iść jakieś 150 metrów w prawo, a moja żona zapamiętała to drugie prawo ;> . W każdym razie weszliśmy jeszcze do jakiegoś hostelu, chcieli tam 500 peso za 3 osoby. Nina uparła się jednak na tego Travelera – bo tam miał być internet i takie tam. (Nina: takie tam to: darmowy Internet, śniadanie gratis i shuttle bus na plażę a ponadto backpackerska atmosfera. Uważam, że wartości dodane dają nam oszczędność ok.200 pesos dziennie, nie mówiąc już o czasie, który poświęcalibyśmy na poszukanie smacznego śniadania oraz transportu na plażę)

Na szczęście szybko naprawiliśmy błąd, wróciliśmy z dworca, poszliśmy w prawo i … o, 150 metrów dalej był hostel. Dostaliśmy pokój za 450 peso, jakieś opłaty za depozyt i inne dziwne rzeczy. (Nina: rabat chyba 15% za opłacenie 4 noclegów z góry, 5% rabatu od recepcjonisty oraz depozyt za prześcieradła w kwocie 100 pesos/1szt)

W hostelu postanowiliśmy zjeść kolację. Mają świetny patent – kupiliśmy u nich hamburgera i dwa steki. Do tego po 2 piwa w zestawie – hamburger 65 peso, steki 90. I teraz dostaje się mięcho, bułki i idzie się na grilla gazowego i samemu wykonuje jedzenie. Mamy dostęp do w pełni wyposażonej ogrodowej kuchni, z przyprawami. Do tego dostajemy jakieś sałatki, puree z czosnkiem – ile się chce (Nina: w pojemniczkach jest sałata, cebula, pomidory, cukinia i pyszne puree. A do tego stoją gotowe sosy, ketchup i musztarda). Świetna sprawa. Michał upichcił steki i hamburgera Ninie, wciągnęliśmy sałatkę, zapiliśmy piwami i .. udaliśmy się na spoczynek. Nina była takim stanie, że zombie przy Niej byłby okazem życia i energii. Tak więc pozbawieni Jej jakże cennych uwag także udaliśmy się spać. Około19…

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


25.03.2012 Tulum

Przed siebie, byle dalej! | 25.03.2012 Tulum

A plaża wygląda tak…

Woda… ma kolor jak na zdjęciach. I jest ciepła. I ma dużą wyporność, więc nurkowanie bez płetw uciążliwym było. Ale ogólnie – pięknie. I biały piasek konsystencji wilgotnej mąki, który nie jest nawet kawałek ciepły. Nie parzy w stopy. Ogólnie siedzieliśmy pod palmą, patrzyliśmy w dal, w tle leciał Bob Marley. Żyć nie umierać. Jeszcze na plaży zafundowaliśmy sobie po hamburgerze wielkości Titanica i mogliśmy wracać.

Pojechaliśmy na plażę około 9,wróciliśmy około 17. Jak sami rozumiecie, tyle słońca o mało nie zabiło Waszego korespondenta wojennego, który z czerwonym na nogach i innych częściach ciała dotarł do hostelu średnio tomny. Zresztą każdy z nas jakieś straty w zdrowiu poniósł. Każdy coś ma przypalone. A w cieniu siedzieliśmy… przynajmniej w większości… Dlatego też kolejny dzień poszliśmy spać w okolicach 19. A w sumie to nie, bo oni jeszcze gdzieś po sklepach poszli, ja pilnowałem prześcieradełka, żeby mi nikt go nie zajumał…

(Nina: nic dodać, nic ująć. Na śniadanko było do wyboru: 4 tosty albo płatki albo pancake albo 2 jajka i 2 tosty. Zdecydowaliśmy się na ostatnie i wyszła nam z tego jajecznica oraz 2 tosty z masełkiem i dżemikiem. Autobus na plażę rusza z tyłu hostelu i dzięki temu wypatrzyliśmy warzywniak. Jak plaża jest – każdy widzi. Zdjęcia nie przekłamują nic. Co prawda 8h na plaży to trochę dużo jak na pierwszy dzień ale żal nam było wracać o 12,a kolejna darmowa podwózka była dopiero o 17, więc zostaliśmy. Kąpanie tutaj to czysta przyjemność, leżenie na piaseczku też. Co prawda potem piaseczek ma się wszędzie, ale trzeba to potraktować jako pamiątka z podróży J. Na plaży nic lokalnego nie było do jedzenia więc wzięliśmy najtańsze czyli hamburgery. Okazały się wypas hamburgerami i w związku z tym byliśmy najedzeni do końca dnia. Zakupy skończyły się zapisaniem godzin odjazdów autobusów do Valladolid oraz 1 gałką lodów o smaku pinacolada. Pycha.)

A następnego dnia, mimo pewnych protestów Michała, postanowiliśmy jechać do Cobe zobaczyć piramidy. Jako osłodę dla Michała, postanowiliśmy odwiedzić też Cenoty…

PS. Nina kazała dopisać, że widzieliśmy czarnego. Znaczy tak go nazwaliśmy, bo ciemny był przeokrutnie i przechadzał się po plaży tam i z powrotem z torbą sportową, a tłumy małolat sikając biegły do niego i robiły sobie z nim zdjęcia. Jakby mogły to zacałowałyby go na śmierć. Nie wiemy kim był – a podpuszczałem Ninę, żeby też podbiegła, zrobiłbym zdjęcie i zapytałaby kim jest, ale uznali, że to nie byłoby uprzejme. Dziwne, a mówić, że ktoś ma grubą dupę to już uprzejme?[/fusion_builder_column][/fusion_builder_row][/fusion_builder_container]

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


2012-03-26 Coba i Grand Cenote

Przed siebie, byle dalej! | 2012-03-26 Coba i Grand Cenote

[/fusion_builder_column][/fusion_builder_row][/fusion_builder_container]

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


2012-03-27 Tulum

Przed siebie, byle dalej! | 2012-03-27 Tulum

[/fusion_builder_column][/fusion_builder_row][/fusion_builder_container]

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


2012-03-28 Valladolid

Przed siebie, byle dalej! | 2012.03.28 Valladolid

[/fusion_builder_column][/fusion_builder_row][/fusion_builder_container]

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


2012-03-29 Chichen Itza / Merida

Przed siebie, byle dalej! | 2012-03-29 Chichen Itza / Merida

[/fusion_builder_column][/fusion_builder_row][/fusion_builder_container]

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


2012-03-30 Uxmal i Kabah

Przed siebie, byle dalej! | 2012-03-30 Uxmal i Kabah

[/fusion_builder_column][/fusion_builder_row][/fusion_builder_container]

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


2012-03-31 Cozuma

Przed siebie, byle dalej! | 2012-03-31 Cozuma

[/fusion_builder_column][/fusion_builder_row][/fusion_builder_container]

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


2012-04-01 Palenque

Przed siebie, byle dalej! | 2012-04-01 Palenque

[/fusion_builder_column][/fusion_builder_row][/fusion_builder_container]

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


2012-04-02 Wodospad Misol-Ha i kaskady Agua Azul

Przed siebie, byle dalej! | 2012-04-02 Wodospad Misol-Ha i kaskady Agua Azul

[/fusion_builder_column][/fusion_builder_row][/fusion_builder_container]

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


2012-04-03 Canion del Sumidero,Tuxla Gutierezz

Przed siebie, byle dalej! | 2012-04-03 Canion del Sumidero,Tuxla Gutierezz

[/fusion_builder_column][/fusion_builder_row][/fusion_builder_container]

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


2012-04-04 Ciudad de Mexico

Przed siebie, byle dalej! | 2012-04-04 Ciudad de Mexico

[/fusion_builder_column][/fusion_builder_row][/fusion_builder_container]

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


Desde Mexico, los mejores deseos para estas pascuas.

En estos dias de pascuas en los que muchas personas se preocupan unicamente por las vacaciones la diversion y gastar dinero (y de regreso con deudas  al monte de piedad), y en donde los valores y el duelo se olvidan, es importante recordar el significado real de esta festividad, asi como el significado espiritual de  la misma, y la relacion con la familia y los amigos

Desde Mexico, los mejores deseos para estas pascuas.

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


2012-04-05 Chalma, Malinalco

Przed siebie, byle dalej! | 2012-04-05 Chalma, Malinalco

[/fusion_builder_column][/fusion_builder_row][/fusion_builder_container]

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


2012-04-06 Teotihuacán i Ciudad de Mexico

Przed siebie, byle dalej! | 2012-04-06 Teotihuacán i Ciudad de Mexico

[/fusion_builder_column][/fusion_builder_row][/fusion_builder_container]

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


2012-04-07 Ciudad de Mexico

Przed siebie, byle dalej! | 2012-04-07 Ciudad de Mexico

[/fusion_builder_column][/fusion_builder_row][/fusion_builder_container]

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


2012-04-08 San Miguel de Allende

Przed siebie, byle dalej! | 2012-04-08 San Miguel de Allende

[/fusion_builder_column][/fusion_builder_row][/fusion_builder_container]

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


2012-04-09 Guanajuato

Przed siebie, byle dalej! | 2012-04-09 Guanajuato

[/fusion_builder_column][/fusion_builder_row][/fusion_builder_container]

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


2012-04-10 Guanajuato

Przed siebie, byle dalej! | 2012-04-10 Guanajuato

[/fusion_builder_column][/fusion_builder_row][/fusion_builder_container]

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.