Przyjazd do Waranasi

23, wieczór. Właściwie noc. Ciemno jest już od trzech godzin, kierowca jedzie jak szaleniec. ociera pot z czoła po wyprzedzaniu na siedemnastego… Powoli oczom naszym ukazuje się cywilizacja. W sensie światła, domy ogrom ludzi. Rany! Jesteśmy na miejscu. Prawdę powiedziawszy mamy już dość. Tyłek boli od siedzenia, uszy i głowa od muzyki, gorąco niemiłosiernie mimo klimy. Iść do hotelu, pod prysznic, to jedyne marzenie.

Continue reading

Droga do Waranasi

Sute śniadanie

Okolica robiła się coraz dziksza. Tuktuki coraz bardziej zniszczone, góry śmieci coraz wyższe. Nagle zatrzymujemy się. Nina, daj mi 3000 rupii, przypomniał sobie o swoim głosie Sonu. nastąpiła konsternacja, bo jeszcze z Delhi nie wyjechaliśmy, a ten tu już kasę wyciąga z nas. Chyba zobaczył, że coś jest nie tak, więc powiedział, żeby zrobić kartkę i zapisać to, to on podpisze. Iwona, jako pracownik biurowy natychmiast stworzyła arkusz kalkulacyjny na kartce, z miejscami na zapisywanie wydatków, podpisy daty i inne takie.

Continue reading

Indie, dostajemy bagaże i ruszamy do Waranasi

Ulica przed hotelem

Nowa wersja starego wpisu, wydanie nowe poprawione, opatrzone zdjęciami.

Telefon na lotnisko. Oddajcie nasze bagaże!

Cały czas żyliśmy nadzieją, że nasze bagaże dojadą z rana i będziemy mogli jechać spokojnie do Varanasi. Jako alternatywa, był objazd po Delhi jeepem, po bardziej oddalonych zabytkach i innych ciekawych miejscach. Mieliśmy otrzymać z samego rana bagaże, ale postanowiliśmy o 2 w nocy zadzwonić na lotnisko i sprawdzić, czy są, oraz czy dostaniemy je z samego rana. Nawet udało się zasnąć. Budzik, który drze się o takiej godzinie, w kompletnie ciemnym pokoju, bez okna, po tak małej ilości snu zrobił piorunujące wrażenie.

Ubraliśmy się i zeszliśmy na dół. Nastąpiła wymiana myśli z recepcjonistą. Chcemy zadzwonić na lotnisko. Ale po co? A dowiedzieć się czy nasze bagaże przyleciały. Nie macie bagaży? Nie, zgubiły się. I co teraz? Teraz musimy zadzwonić na lotnisko.  Po co?Aaaaargh! krwi! Po kał waszej świętej krowy do jasnej cholery! Dzwoń, tu jest numer.Zadzwonił. Pogulgotał w lokalnym języku do słuchawki i przekazał ją Ninie. Trwało trochę, zanim udało się wyjaśnić o co chodzi. O, nawet są dobre wieści, mój plecak jest. Plecak Niny? To dwa bagaże zginęły? Niemożliwe!

Ten język coś mi przypomina

Słuchałem zafascynowany tej rozmowy, kiedy do hotelu wtoczyła się grupka turystów. Zapytali o pokoje i nagle słyszę, jak rozmawiają ze sobą po… tak, zgadliście, po polsku. Przywitałem się, wymieniliśmy informacje skąd jesteśmy gdzie jedziemy co i jak i nagle słyszymy, że pokoje mają tylko po 1200Rs. Przecież w internecie były po 400? No ale są zajęte, a wolne są tylko za 1200. Nagle Nina odwraca się i wybucha: „Do jasnej cholery! ja nic prawie nie słysze, a wy tu jeszcze się wydzieracie” po czym użyła kilku epitetów i rabarbarów ( bo nasz język jest dobry do przekleństw – ma dużo r. A w słowie rabarbar jest już kumulacja ). Towarzystwo natychmiast ucichło, nawet recepcjonista. Nowi znajomi przylecieli tym samym samolotem, co my 24h temu. Przekazałem im informacje, które zgromadziliśmy w ciągu tego czasu i poszli szukać innego hotelu.

W międzyczasie na lotnisku po akcji poszukiwawczej znalazł się Niny plecak. Ustaliliśmy, że dostaniemy go do hotelu na 6 rano i poszliśmy spać. Znaczy łatwiej napisać niż zrobić, jakby nie patrzeć trochę nerwów nas to kosztowało. Może nie tyle, że się to nie znajdzie, ale że znów będziemy mieli opóźniony wyjazd. A plan napięty. Tak więc do rana zeszło nam na rozmowach. W pewnym momencie bardziej w monolog, bo robal zasnął, ale do tego jestem przyzwyczajony.

Bagaże odzyskane

Około 5 załomotało nam do drzwi. Zerwałem się i rozpaczliwie poszukiwałem bielizny, bo przecież nie otworze drzwi jak naturysta. Za drzwiami był uśmiechnięty od ucha do ucha Hindus i powiedział, że mamy gościa w recepcji. O 5 rano? przecież miał być o 6? W tym kraju to niebywałe. Skończyliśmy się ubierać i zbiegliśmy na dół. Czekał nas tam mały tłum i dwa kokony. Pani tu podpisze odbiór bagażu. A wypchaj Ty się cholero, nic nie podpiszemy, zanim nie zobaczymy plecaków. No przecież tu są, urażony człek pokazał na kokoniki. No w sumie wielkość by się zgadzała, ale nie przypominam sobie, żebyśmy owijali plecaki kilometrami folii i owijali drutem. I jeszcze plombowali.

Mimo pewnych problemów, udało nam się oderwać kawałek folii i faktycznie, gdzieś w środku tkwiły nasze bagaże. Podpisaliśmy, a Ninie wyrwało się, że jesteśmy bardzo szczęśliwi z tego powodu. AAA to niech pani to napisze. No ok, niech Ci będzie, napisane zostało, że jesteśmy szczęśliwi. Zaciągnęliśmy kokony do pokoju, gdzie udało nam się wydobyć z nich zawartość. O dziwo, wszystko było bez najmniejszego problemu, nic nie zginęło.

Nina postanowiła zakomunikować radosną nowinę Lipkom. Co prawda chciałem te śpiochy uratować przed tym, ale Nina była jak taran, nie do powstrzymania. Wróciła z informacją, że wiedzieli o bagażach. Jak ja się pytam, jak! Okazało się, że byliśmy odwrotnie zameldowani i najpierw Oni zostali wyrwani z objęć Morfeusza. Aczkolwiek podobno i tak źle spali, wiec wiele nie stracili, nie mieli powodów do marudzenia.Około 6 rano zadzwonił telefon. Tak, tak, nie pomyliłem się, mieliśmy w pokoju telefon. Głos w słuchawce zakomunikował mi, że kierowca nas oczekuje. Rewelacja. Znaczy następna rzecz do martwienia się odpadła – nie zostaliśmy oszukani i kierowca nie okazał się tylko snem.

Przyjechał transport

Spakowaliśmy się i przed 6:30 byliśmy na dole. Lipki się jeszcze chwilę kokosiły w pokoju, ale też zaraz się pojawili. Teraz jeszcze procedura wymeldowania się, podpisania papierów i można spadać.Kierowcę wypatrzyliśmy od razu. Pewnie po tym, jak recepcjonista nas pokazywał palcem. Jakkolwiek przywitaliśmy się i oglądnęliśmy go sobie od stóp po czubek głowy. Nogi miał, w sumie nawet proste. Tułów też posiadał. Długie ręce sztuk dwie też. I całkiem sympatyczną fizjonomię, takiego poczciwca. No jak człek na Niego patrzył to miał wrażenie, że biedak jest bardziej przestraszony niż my.

Nasz kierowca, Sonu

Zaprowadził nas do jeepa. Nie do końca wierzyłem w obietnice pełni luksusu, gdzie ostatni rząd siedzeń można było zmienić w miejsce do spania… i się nie zawiodłem. Aczkolwiek było o wiele lepiej, niż się spodziewałem. Jeep był. 2 miejsca z przodu, kierowca i pasażer. tylna kanapa na 3 osoby i 2 małe zydelki z tyłu w części bagażnikowej. W niej też znajdowała się niebieska torba naszego kierowcy. A, właśnie, kierowca, zapomniałbym. Przedstawił się jako Sonu ( albo Sono… albo Sony… przynajmniej tak na początku zrozumieliśmy, potem okazało się, że prawidłowa forma to Sonu ). Sonu na oko ma ze 30 wiosen. I kilka zim.

Weszliśmy się do środka. Siedzenia okazały się być dość mocno twarde, na dodatek, by stwarzać wrażenie luksusu, pokryte były skają czy innym podobnym materiałem. Nie wiem jak z przodu, gdzie usiadła Nina i Sonu, ale u nas z tyłu było w miarę dobrze, aczkolwiek bez rewelacji. No chyba, że jako rewelację zapisać to, że przytulałem się do Iwony ( oczywiście z braku miejsca! nie miałem nic innego na myśli ).

W drogę.

I ruszyliśmy. Jedzie! Ludzie, to jedzie! Pominę już ruch uliczny w Delhi który oglądaliśmy strasznie zafascynowani. Po jakichś 30 minutach kierowca się odezwał. Nie będę pisał w oryginale, od razu będę zapisywał tłumaczenie, bo jeszcze ktoś pomyśli, że odezwał się w naszym języku. A powiedział on – To jest brama Indii. Zamilkł na dłuższy czas. Minęło parę minut i Iwona postanowiła zagaić rozmowę, zapytawszy, w jakiej dzielnicy się znajdujemy. New Delhi. Ahaaa… znaczy się albo nasz kierowca ma focha, albo jest niemową, albo nas nie lubi albo nie wiem co. No dobrze…

Nic na siłę. New Delhi wyglądało już trochę lepiej. Wieżowce ze szkła i stali strzelały w niebo. Za to, przy ziemi, zaraz przy nich małe piętrowe rozpadające się budyneczki. Kraj kontrastów. „Incredible India” mówią reklamy i nie ma to jak widać ogrom znaczeń. Kawałek dalej, gdy zniknęły wieżowce, pojawiły się lepianki. Jeśli oglądaliście jakikolwiek program o wioskach afrykańskich – to macie pojęcie jak to wyglądało.Obok tych lepianek leżały naręcza chrustu.

Indie, New Delhi, Red Fort i Meczet Jama Masjid

Meczet Jama Masjid

Nowa wersja starego wpisu, wydanie nowe poprawione, opatrzone zdjęciami.

Red Fort – Przejście przez ulicę


Ze świątyni Sikhijskiej doszliśmy do szerokiej ulicy. O rany, do tej pory myśleliśmy, że widzieliśmy wszystko na temat poruszania się po drogach w Indiach. Myliliśmy się. Długą chwilę zabrało nam zapoznanie się ze specyfiką przejścia przez ulicę. Ogólnie były chyba 4 pasy w jedną stronę, wysepka i 4 pasy w drugą. Czterema pasami równolegle jechały 3 samochody, autobus, 1 motoriksza, 2 riksze i 3 motory.Nie do pomyślenia w Polsce. I to jeszcze przepychają się, trąbią, zmieniają pasy jak tylko chcą. Autochtoni jednak jakoś przechodzili, więc i my dokonaliśmy tej sztuki. Wystarczyła odrobina asertywności, odwagi oraz co ważne – nie patrzeć na zbliżające się pojazdy. Wyglądało to mniej więcej tak:

Ekscytujące, prawda?

Indie - ruch uliczny
Indie – ruch uliczny

Po drugiej stronie rozciągał się wspaniały widok na fort.

Red Fort

Spotkaliśmy tam parę z Kanady, która wyraźnie czekała na nas, byśmy zrobili im zdjęcie. Jednak chyba łatwiej białemu człowiekowi zaufać i dać swój sprzęt do ręki. Porozmawialiśmy sobie radośnie przez jakiś czas i poszliśmy w stronę wejścia do fortu. Zastanawialiśmy się nad wejściem do środka, ale po pierwsze opisy nas zniechęciły, bo niespecjalnie mieliśmy ochotę na zwiedzanie wystaw muzealnych, po drugie podobny fort mieliśmy zwiedzić w Agrze a po trzecie uznaliśmy, że 250Rs za zwiedzanie to za wiele. Usiedliśmy sobie przy fosie na murku i czytaliśmy informacje z przewodnika o forcie. W międzyczasie zajmowaliśmy się oglądaniem fajnych przedstawicielek indyjskiej płci pięknej.

Tfu, chciałem powiedzieć, że oczywiście zabytków, wymknęło mi się niechcący, przepraszam. Trzeba przyznać, że fort robi wrażenie.Wysokie mury, i jego wielkość naprawdę stanowi wyzwanie dla wyobraźni.

Do Meczetu

Z Czerwonego fortu, postanowiliśmy udać się do największego meczetu Indii. Znów musieliśmy przedzierać się przez tłoczną ulicę, lecz teraz poszło nam to o wiele sprawniej.

Do meczetu trzeba było przedzierać się przez kolejny bazar. Z coraz większą wprawą mijaliśmy zaczepiających nas ludzi. Wystarczyło iść z miną wskazującą na to, że wie się, gdzie się idzie i już tak natarczywie nie zaczepiali. Oczywiście nie byliśmy pewni gdzie idziemy, ale pozory sprawialiśmy idealnie. Zapytaliśmy jakiegoś mundurowego i uzyskaliśmy pewność. Prosto i w lewo, jak ulica prowadzi, potem będzie już widać. Na straganach było wszystko. Od warzyw, przez meble a skończywszy na motocyklach. Ogrom barw, zapachów, głosów. I jeszcze raz podkreślę, że nie było to nieprzyjemne. Nieprzyjemny zapach był tylko przez chwilę z publicznej toalety znajdującej się przy drodze, ale to w miarę naturalne.

Meczet Jama Masjid

W końcu doszliśmy przed bramy meczetu, przeszliśmy przez wykrywacz metalu ( wyłączony ) i weszliśmy na schody.

Meczet Jama Masjid
Meczet Jama Masjid

Niestety, musieliśmy poczekać do godziny 18, aby zostać wpuszczeni do środka. W międzyczasie prowadziliśmy dysputy na tematy religijne, polityczne i wszelkie inne, na które nie mamy za wielkiego pojęcia. Ja mogłem sobie spokojnie porobić zdjęcia, bez poganiania i syków, że chodzimy dalej, bo trzeba zwiedzać, a nie przyklejać się do wizjera i machać na prawo i lewo obiektywem.

Ze schodów mieliśmy świetny widok na Red Fort. To ten w tle, daleko. Mały i czerwony. Z bliska jest też czerwony, ale już nie mały.

Wybiła godzina, zakończyły się modły i muzułmanie wyszli z meczetu

No, nareszcie można wejść i zwiedzać!

Zdejmij buty!

Oczywiście trzeba było pozbyć się butów. Nie wyglądało tam jednak na zbyt bezpieczne miejsce do pozostawienia ich, więc przywiązaliśmy je sobie do plecaków. Iwona została okryta koszulą nocną, by mogła wejść nie obrażając uczuć religijnych, a Grzesiek dostał seksowną spódniczkę. Co ciekawe, Nina miała podobną ilość odkrytych partii ciała co Iwona, a nie dostała tego jakże twarzowego stroju. Uiściliśmy opłatę za każdy posiadany aparat – nawet ten w plecaku! ( 200Rs) Grzesiek twierdzi, że wejście było za free, ale ja nie jestem o tym zbytnio przekonany.

Weszliśmy na duży dziedziniec, gdzie otoczył nas tłum dzieci, a dorośli zerkali na nas z daleka. Młodzież zaś wyciągnęła telefony komórkowe i bez zbytniego skrępowania robiła nam zdjęcia i nagrywała filmy z naszym udziałem. Normalnie jak gwiazdy bolywoodu. W sumie ktoś nawet Ninie powiedział, że wygląda jak jedna z gwiazd Bolywoodu, ale nie udało nam się ustalić która.

Obeszliśmy całość, przyglądając się uważnie wszystkiemu. Cały czas chodziły za nami dzieci, nie opuszczały nas na krok. Nina filmując panoramę miała problem, żeby za bardzo nie właziły w kadr, aczkolwiek nie dało się. Były za szybkie i za sprytne.

Za 50Rs można było wejść na minaret, wiec skwapliwie postanowiliśmy się tam wdrapać. Oczywiście, żeby było łatwiej, bilety kupowało się na lewo od wejścia do samego meczetu, a na prawo od wejścia na minaret, w odległości jakichś 100 metrów, pełna ergonomia. Oczywiście na minaret wchodzi się bez butów, żeby nie było. Najpierw kilka schodków w górę, na dach. Potem szybko tup tup biegniemy do przodu po gryzącym betonie do narożnej kopułki.

Minaret Meczetu Jama Masjid

Tam, ryzykując upadek z 7 metrów idzie się wąskim gzymsem przy roku na następną prostą, gryzącym betonem do schodów. Kilkanaście schodów w górę. Każdy sięgający mi prawie do kolan. Kolejna ergonomia. Ciekawe, dlaczego budowali to takie niewygodne. Znów po jakimś dachu i dochodzimy do minaretu.

Teraz nasłuchujemy czy ktoś nie idzie z góry i biegiem do środka. Sił starcza na pierwszy milion schodów. Im wyżej tym ciężej. Gdzieś po połowie człowiek zaczyna wątpić, po co to robi. Z góry nadchodzą ludzie. Używając zdolności akrobatycznych, o które się nie podejrzewaliśmy, wymijamy się z nimi i wleczemy się w górę. Tak, postanawiam sobie, że do końca wycieczki nie będę się wspinał. Jedyne wycieczki będą niskopienne, najlepiej w stronę baru z napojami chłodzącymi.

I kolejni schodzą, więc kolejne ciekawe figury robimy, aby się wyminąć. Już blisko szczyt, wreszcie widać światło. Wchodząc na galerię mijamy stopu lokalesów pilnujących, czy nikt nic nie kradnie, albo nie chce skakać. Mogliby je jednak częściej myć. Widok jednak szybko zaciera nieprzyjemne wspomnienia. Delhi jak na dłoni. I z tej wysokości nie wygląda na brudne. Aczkolwiek dalej wygląda jakby żyło tu jakieś półtorej miliarda istnień ludzkich.

Zachód słońca

Oglądamy zachód słońca z minaretu i zbiegamy w dół. Jest łatwiej, wystarczy pochylić się ku środkowi budynku, rozpędzić się a siła odśrodkowa robi swoje i zbiega się po radosnej spirali. Do momentu spotkania z osobami sunącymi w górę. Wtedy szybki podskok i lecimy dalej. Fascynujące.

Po zejściu, napotkaliśmy ekipę telewizji lokalnej kręcącą jakiś program, zapewne religijny. Znaczy religijny był do momentu, w którym się pojawiliśmy, gdyż od razu staliśmy się atrakcją i kamera skupiła się tylko na naszej skromnej gwiazdorskiej czwórce. Jeszcze idąc przez dziedziniec wyraźnie czuliśmy na swoich plecach oko kamery.Wychodząc, Grzesiek z Iwoną zostali złapani przez ciecia na bramie i oddając soje sexi stroje zostali zmuszeni do zostawienia także banknotu 50Rs. Wychodząc z meczetu pomstowaliśmy zarówno na styl wyciągnięcia od nas kasy, jak również jej ilość. Żałowaliśmy, że daliśmy tak skromny datek w świątyni Sikhijskiej, gdzie naprawdę było to o wiele przyjemniej zrobione i naszym zdaniem o wiele bardziej im się należało.

Szliśmy przez bazar pomstując na muzułmanów, kiedy naszym oczom ukazał się… barwny pochód!

Orkiestry grały, ludzie podrygiwali w takt. Święto, święto! Rozpoznaliśmy Wisznu, Ganeszę jadących w powozach. Po prostu klimat nie z tej ziemi. Ni z tąd, ni zowąd, w osiedlu biedy pojawia się kolorowy roztańczony i rozśpiewany korowód. Było to strasznie odrealnione.

Klimat był strasznie radosny. A mnie osobiście najbardziej rozbawiło, jak było zorganizowane oświetlenie. Mianowicie za każdą plandeką był rower z generatorem, który zasilał światełka. Nawet widać to na filmie

Przeczekaliśmy cały korowód i udaliśmy się w stronę metra. Szczęście trochę mącił autochton, który usiłował wskazywać nam drogę a którego nie można było się pozbyć. Przed samym budynkiem metra usiłował wyciągnąć od nas kasę, ale został zignorowany. Radzimy sobie z trafianiem do miejsc, z których wyszliśmy.

Na koniec – kolacja na dachu hotelu

Wróciliśmy do hotelu i zorientowaliśmy się, ze nie jedliśmy obiadu. Ejże! tak być nie może, trzeba w takim razie coś zjeść na kolację dobrego. Wgramoliliśmy się na dach do restauracji i zamówiliśmy sobie dania. Zamówiliśmy sobie różne wariacje na temat kurczaka z pieca tandoori. Smaczne toto!

Ja zamówiłem sobie lassi. Grzesiek stwierdził, że jestem odważny, ale przecież po to tu przyjechaliśmy. Lassi piłem już w Polsce, więc wiedziałem co zamawiam. Lipek posmakował napoju i oczy wyszły Mu z orbit. To było zwykłe sweet lassi, bez owoców, jednak wyraźnie zasmakowało. Oblizywał się jeszcze długą chwilę. To była Jego młość od pierwszego łyka.

Reszty kolacji opisywał nie będę, być może zmobilizuje to resztę obiboków, żeby coś napisać.