17.09.2010 Chiny – Shanghai – The Bund

/, Wyjazd/17.09.2010 Chiny – Shanghai – The Bund

17.09.2010 Chiny – Shanghai – The Bund

Olaboga!
Jesteśmy! Zaraz otoczą nas całe masy małych skośnych brzydali( męskich) usiłujących wepchnąć nam kiepskiej jakości towary, bądź superhiperlasek, rodem z mangi (oby w wersji kobiecej)!
Niestety.

Tabun z samolotu grzecznie poczłapał do środka budynku lotniska, załatwić formalności. Podreptaliśmy i my. Trochę nam się powpychali przed nas, ale że wszyscy poza Niną jeszcze w miarę kojarzymy poprzedni ustrój, gdzie kolejki były czymś naturalnym, nie daliśmy sobie zbyt w kasze dmuchać. W każdym razie wylądowaliśmy gdzieś około połowy kolejki. W międzyczasie poza kolejką byli przepuszczani rożni ludzie, na zasadzie – strażnik chodził, pokazywał palcem i osoba z kolejki biegła z prędkością nadświetlną ominąć kolejkę i iść do okienka. Nas niestety nie wybrał. Albo stety, nie wiadomo. W każdym razie, stanęliśmy na żółtej linii, odgradzającej nas od państwa środka. A właściwie od kantorka z oficerem imigracyjnym. Całe życie chciałem do Chin wyemigrować normalnie…

Trafiło mi się pierwszemu iść. Oddałem paszport, żółtą karteczkę którą wypisywaliśmy w samolocie ( żółtą… ciekawe czemu, kolejna rzecz żółta…) Oczywiście miły uśmiech na twarzy, Hello My name is bla bla bla… Niestety pani nie była łasa na me wdzięki, co lekko zbiło mnie z tropu, lecz człowiek nie robi się młodszy i przystojniejszy, czas sobie uświadomić, że wszystko przemija…

Pani kazała popatrzeć w monitor. Popatrzyłem w monitor, a na monitorze był obraz z kamery. A, cfaniaki, zapisują moje dane biometryczne i potem po zdigitalizowaniu będę aktorem w jakich chińskich filmach! niedoczekanie! Wykonałem kilka grymasów, a pani chrząkała wyraźnie zadowolona. W międzyczasie Lipek trafił do innej budki i także dokonywał pląsów przed kamerą.
Na szczęście pani o nic więcej nie pytała, oddała paszport i pooooszli.

Z uwagi na to, że te podłe dusigrosze nie chciały jechać Maglevem ( 431km/h) twierdząc, że metrem będzie lepiej bliżej fajniej, to postanowiliśmy poszukać metra. Znaczy ja swoje 1,8 metra mam, ale metra jako kolejki podziemnej. No więc, dla niepoznaki, do metra, czyli kolejki podziemnej, trzeba było iść na pierwsze piętro. To w sumie dość logiczne, prawda? Potem pokonując liczne zakręty i przeszkody dotarliśmy do metra, które było na poziomie ziemi. Człowiek się przyzwyczaił, w Warszawie wszystkie linie metra są pod ziemią, więc tu od razu człowiek był zaskoczony…
Oczywiście spędziliśmy trochę czasu kupując bilet – gdyż tu najpierw wybiera się linię metra, a potem stację docelową.

Biada temu, kto nie sprawdzi wcześniej, jak to metro jeździ…

Plan metra

Instrukcja obsługi biletomatu w metrze
Instrukcja obsługi biletomatu w metrze

Co nas bardziej zaskoczyło? płotek oddzielający tory od peronu. Co jakiś czas miał przerwy, ale ogólnie by wypaść na tory, trzeba by się postarać.
Nadjechało Metro. No i w jakiś magiczny sposób zatrzymało się tak, że drzwi trafiły w te przerwy w płotku. Szaleństwo. Na kolejnych stacjach było jeszcze lepiej, całość była oddzielona taflą PCV i drzwi otwierały się, jak już metro stanęło i

otworzyło drzwi – absolutnie nie ma możliwości wypadku.

Sposób, w jaki trzeba wchodzić do wagonów metra

Wsiedliśmy, ludzi za dużo nie było, tak więc nawet miejsca siedzące mieliśmy. w Sumie miłe i fajne te Chiny. Metro ruszyło po szynach ospale. Znaczy tak gdzieś ze dwa razy tak szybko jak nasze metro.

Iwona i Grzesiek

Ninuś i Adaś

Opuściliśmy gościnne lotnisko i rozpoczęliśmy drogę w stronę centrum. Metro było napowietrzne, więc można było oglądać więcej niż tylko nornice, dżdżownice i inne krety.

Widok za oknem metra – w drodze z lotniska

Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy. Trafiliśmy pod ziemię. Znaczy żyjemy, ale wjechaliśmy pod ziemię. I skończyły się widoki. na szczęście pojawiło się spore grono współpasażerów, którzy oglądali nas, a my, w ramach odwetu, oglądaliśmy ich. W pewnej chwili wszyscy przygotowali się do wyjścia. Drzwi się otworzyły i wszyscy zaczęli ewakuację wagonika. Uznaliśmy, ze pewnie jakaś fabryka, czy coś, a przed nami jeszcze na tej linii z 10 przystanków jak nie lepiej, więc siedzimy dalej. Podeszła do nas jakaś staruszka i pokazuje, żebyśmy wyszli. jasne. My wstaniemy a ona nas podsiądzie. Co prawda wagonik opustoszał, ale jednak…
Coś zaczęliśmy mieć złe przeczucia. Zza szyby jacyś ludzie nam machali i po Chińsku coś pokrzykiwali gardłowo. Nie, nie, dziękuje, nie jestem głodny, nie chce zupki. Będą nas nagabywać, phi. Drzwi się zamknęły i metro pomknęło dalej.
Z tym, że nastąpił pewien zgrzyt. Metro pomknęło, ale z powrotem, w stronę lotniska. Po dokładnym zbadaniu planu metra, stacja na której właśnie byliśmy, oznaczona była dużym kołem. Teraz zrozumieliśmy, że to oznaczało, że powinniśmy się przesiąść – wysiąść z tego wagonika i udać się na tym samym peronie, ale po drugiej stronie, do drugiego. Tak wyjechaliśmy z tunelu, dojechaliśmy na stacje, wysiedliśmy, przeszliśmy na drugą stronę, poczekaliśmy na wagonik i pojechaliśmy. Na stacji nam pokazywali wyjście, ale już będąc światowcami, pokazaliśmy że wiemy, że ok. że dziękujemy. Znaczy, że wtedy nie chcieli nam sprzedać zupek chińskich, tylko chcieli nam pomóc. Ot, jaki uczynny naród. Przesiedliśmy się i pojechaliśmy dalej. Niestety Lipek doznał ataku głupawki.

Lipek z objawami głupawki turystycznej

Przesiedliśmy się jeszcze raz, tym razem do innej linii metra i już bez większych niespodzianek dojechaliśmy do stacji, przy której znajdował się hostel. Wychodząc, automat zżera bilety i dopiero wtedy wypuszcza z dworca, więc przydaje się pilnować bilet. Po wyjściu na powierzchnię pierwszym skojarzeniem było – o rany, znów jesteśmy w Indiach. Budynki w nie najlepszym stanie, masa brudnych motorów, ogromny ruch na drodze. jedyną różnica była hen w górze, nitka autostrady. Mieliśmy wydrukowaną mapkę jak dotrzeć z dworca do hostelu, ale od razu okazało się, że faktycznie Chińczycy z kartografią są na bakier… W każdym razie ustaliliśmy z grubsza kierunek i poszliśmy raźnym krokiem, spływając potem. Minęliśmy wielka klinikę walki z bezpłodnością, przeszliśmy jeszcze z pół kilometra i tknęło nas, że to miało być blisko.

Sen szalonego elektryka - mniej tego niż w Indiach, ale jednak dość często spotykany widok

Sen szalonego elektryka – mniej tego niż w Indiach, ale jednak dość często spotykany widok

Przeanalizowaliśmy mapkę i uznaliśmy, że ta mała uliczka pół kilometra wcześniej, to było miejsce, gdzie trzeba było skręcić. Pełni szczęścia i w permanentnie spoceni dotarliśmy do uliczki, skręciliśmy w nią i powlekliśmy się w dal. Minęła nas młoda europejska parka, od której się dowiedzieliśmy, że idziemy dobrze – 300 metrów dalej trafiliśmy na hostel. A nazwa jego brzmiała Blue Mountain HongQiao Youth Hostel

Algida

W recepcji powiedzieliśmy kim jesteśmy, dowiedzieliśmy się, że są zarezerwowane dla nas miejsca, ale niestety zmieniła się cena pokoju, za co przepraszają. No normalnie jak w Indiach. na same dzień dobry też chcieli nas &*^%^ z kasy. Już się bojowo nastawiliśmy, że do jasnej anielki zarezerwowaliśmy po takiej cenie i będziemy się awanturować ( tak, a co, popolaczkujemy sobie). Na szczęście zanim się zaczęliśmy awanturować, okazało się, że cena jest niższa. No, jak tak, to awanturować się nie będziemy, trzeba pokazać się z jak najlepszej strony, swoją ogładę, cywilizację itp. Dostaliśmy kartę do pokoju i raźno podreptaliśmy na górę. tam zalegliśmy na łóżkach, a w wolnych chwilach zwiedzaliśmy łazienkę, udając się pod prysznic, by zmyć z siebie pył codzienności. Mi najbardziej podołał się zapach mydła pod prysznic. Ech…

Śpiąca królewna. znaczy Lipek

Porządek w wersji alternatywnej. Ale jak widać, warunki noclegowe całkiem dobre

Ubikacja z łazienką. W porównaniu do warunków w Indiach, przeżyliśmy miłe rozczarowanie

Prysznic – nie tak źle, jak się spodziewaliśmy. I była gorąca woda!

Po pewnym czasie niestety zostaliśmy przez nasze cerbery płci żeńskiej doprowadzeni do przytomności, że dziś będziemy zwiedzać The Bund. Bezdyskusyjnie, teraz natychmiast. Co jak postanowiły, tak niestety uczyniliśmy. A świat mógłby być taki piękny, oglądany z objęć Morfeusza…

Podróż metrem mamy już opanowaną, więc nie było problemów. Dopiero po dotarciu na miejsce problemy wystąpiły. Problem był z naszymi szczekami, które po wyjściu z metra na powierzchnię, opadły nam i poturlały się radośnie w bok. Pierwsze co się rzuca w oczy, to wysokie, niebotyczne budynki, miliony kolorowych, świecących reklami i miliony Chińczyków przechadzające się deptakiem.

Po wyjściu z metra

My tu byli, czyli obowiązkowa fotka

Neony otaczają mnie…

Byliśmy oczarowani.  Wszędzie coś się działo. Człowiek miał problem, bo nie był w stanie patrzeć we wszystkie strony.

Zaraz po wyjściu z metra

 

Jeden z budynków

Przy okazji, dowiedzieliśmy się, że deptak nazywa się Nanjing Road, a The Bund to nabrzeże  – więc udaliśmy się w jego kierunku. Robiło się coraz ciemniej, a ludzi nie ubywało. Za to coraz bardziej było widać neony. Zastanawialiśmy się,  jak jest koszt oświetlenia czegoś takiego – ale po milionie dolarów nam się rachunki pomyliły.

Oczywiście trzeba było ustalić w którą stronę jest ten Bund i gdzie jesteśmy. Ustaliwszy, z której strony wieje wiatr, gdzie jest północ i takie tam ( od północnej strony mech rośnie, jakby ktoś nie wiedział…) zerkneliśmy w nasz Looney Planet na mapkę i uznaliśmy – TAM! w strone McDonalda!

McDonalds – a jak!

Szliśmy, mijaliśmy ludzi, morze ludzi.  Wtem do naszych uszu dobiegł dźwięk trzeszczącego na maksymalnej głośności magnetofonu. Po paru krokach, oczom naszym ukazał się następujący widok

Taniec na środku ulicy

Na środku chodnika, grupa ludzi tańczyła, w rytm dzwieków wydobywających się z plastikowej myśli chińskiej techniki magnetofonem zwanej. czasem dołączali do nich przechodnie i po jakimś czasie już cały tłumek tańczył. jakby nie patrzeć, dość oryginalne i egzotyczne dla nas zachowanie – w podobnej sytuacji na polskiej ulicy spotkaliby się z wrogimi spojrzeniami, ewentualnie marudzeniem, że przejść nie można.

Ulicami tego miasta mknę…

Ulica dość długa jest, więc idąc nią można się lekko zmęczyć, ale w końcu jesteśmy turystami, backpackersami i innymi takimi, więc niewygody mamy we krwi(albo powinniśmy). Dzielnie tupaliśmy do przodu chłonąc Chiny wszelkimi porami ciała. Na szczęście było już chłodniej, więc tymi samymi porami nie oddawaliśmy naszego europejaskiego klimatu za dużo…

The Bund

Tak… doszliśmy.

Na końcu Nanjing Road krzyżuje się z szeroką ulicą, którą jest właśnie Bund… 1,5 km nabrzeża, z oświetlonymi budynkami w kolonialnym klimacie.

The Bund – widok od strony rzeki

The Bund - widok od strony rzeki

The Bund – widok od strony rzeki

The Bund - widok od strony rzeki

The Bund – widok od strony rzeki

Po dojściu tam, nasze oczy zrobiły się wielkości banknotów 100Y… Do tej pory myśleliśmy, że było ciasno,  że widzieliśmy tłumy Chińczyków. Nie. Dopiero to, co kłębiło się w tym miejscu można określić mianem DUŻO. Wejść na schody wiodące na promenadę było wyzwaniem. Posiłkując się godnością osobistą (nisko i łokciami) udało nam się wejść na promenadę. ukazał nam się widok… nie, wróć. Ukazał nam się WIDOK:

Widok na Pudong
Widok na Pudong

Widok na Pudong

Widok na Pudong – Oriental Pearl Tower

Widok na Pudong

Widok na Pudong

Udało nam się po jakimś czasie dobić do barierek, żeby w kadr nie wchodziły tysiące chińskich główek, a zaręczam – nie było to łatwe. nasyciliśmy się widokiem i postanowiliśmy iść dalej. Po przejściu może z 70, może maksymalnie 100 metrów kolejne zaskoczenie. Tłum się skończył. Tłum kłębił się tylko na wyjściu z Nanjing Road  i w promieniu parudziesięciu metrów uniemożliwiał poruszanie, a dalej było, oczywiście jak na Chiny, względnie pusto. Po raz kolejny okazało się, że Chińczycy, to istoty stadne – gdy jeden się zatrzyma, za chwilę pojawia się tłum.

The Bund

Nagle krzyk pisk w naszych okolicach. Dwie nastoletnie Chinki dostrzegły fryzurę Lipka. Dwa warkoczyki spowodowały, że aż przysiadały z radości, szczęścia podniecenia i innych zachwytów. Zaczęły robić Grześkowi miliony zdjęć, z przodu, z profilu, z przodoprofilu, z przodolewegoprofilu z kucykiem, z przodoprawegoprofilu z kucykiem i takie tam. Niczego nieświadom Lipek oglądał sobie widok na Pudong w najlepsze, gdy jednak któreś z dziewczątek zebrało się na odwagę i poprosiło o możliwość zrobienia sobie zdjęcia z Nim. Szczęściem Grzesiowi się Chinka spodobała i raźno przystąpił do obłapiania… znaczy do pozowania z Nią, oczywiście Grzesiu, pozowania (wszak Iwona to może przeczytać i po co masz mieć w domu problemy…)

Lipek gwiazdą ekranu

Lipek z małym chińskim kłębkiem szczęścia

Posiedzieliśmy sobie na jednej z licznych ławeczek,  aż nagle dotarło do nas,  że ten dzwięk który słyszymy, to nie mruczenie kota… to burcza nam brzuchy… Głód pojawił się znienacka.

Jakieś światełka. Lipek postanowił je złapać. Zbierz je wszystkie…

Nienacek się nie pojawił. Postanowiliśmy wracać w stronę stacji metra. Tam coś się znajdzie. Po drodze spotkaliśmy jeszcze sesje zdjęciowe młodych par – dziewczątka ubrane w czerwień

Para młoda w czasie wieczornej sesji zdjęciowej

para młoda

Ponownie para młoda – tym razem widać więcej.

W sumie ze dwie czy trzy takie parki widzieliśmy – jak zwykle hurtem…

Wracając okazało się, że powoli wszystkie lokale są zamykane – a jeszcze wcześnie było. Chyba nawet 21 nie było… na nasze szczęście idąc drogą, nieustraszony tropiciel dzikiego pokarmu, czyli ja we własnej osobie, hen hen po drugiej stronie wypatrzyłem jadłodajnie. Znaczy Nina wypatrzyła inną, ale były tam kurze łapki i inne smakowite rzeczy, a jakoś nie było chętnego na sprawdzenie, czy i na jak długo jest to jadalne. Wielki neon z napisem YON HO zapraszał do środka. Weszliśmy. taki McDonalds, tylko wszystko po chińsku. No i nie było kanapek i innych rzeczy tylko chińskie dania.

Restauracja Yon Ho

Front restauracji Yon Ho. W tuchtońskim mniemaniu jest to fast food. W naszym – bardzo orientalny przybytek, idealny na pierwszy kontakt.

Dziewczyny, jako bardziej wybredne, wdały się w dyskusję z obsługą. Zresztą dyskusja nie była jakaś zaawansowana. Na wszelkie usiłowania zagadania, pani wskazywała na zeszyt, gdzie ktoś narysował chińskie znaczki a obok  – angielska nazwę. Więc dziewczyny zabrały się za studiowanie menu. Lipek zdał się na mnie z zakupem. Dylematu nie było jakiegoś wielkiego – poprosiłem żonę, żeby pokazała pani, że chcemy to duże w talerzu, co na plakacie wisiało i to drugie co wisiało obok – wyglądało najrozsądniej. No i mleko sojowe też byśmy chcieli. Po spełnieniu swojego obywatelskiego, męskiego obowiązku zdecydowania, co się zje, usiedliśmy z Lipkiem przy stoliku. Dziewczyny usiłowały jeszcze przez dobre pięć minut coś wybierać, ale w końcu pokazały palcem, pani pokręciła głową więc zdały się na panią. Znaczy wybrały coś, ale jakoś bez przekonania.

Mleko sojowe

No i dostaliśmy…

Lipek dostał coś łatwego na początek. Mięso, warzywa, sos. Łatwo zapoznał się z obsługą pałeczek i dał sobie radę.

Dziewczyny wybierając z menu po angielsku nie do końca wiedziały, co dostaną, Dostały zupę z pulpecikami. To oznacza, że tłumaczenie z chińskiego na angielski, które restauracja miała w zeszyciku, nie było do końca poprawne…

Nina z zupą. Wybrała łatwiejszą drogę – łyżeczką jak przedszkolak

Zupe jemy pałeczkami. Iwona pomagała sobie łyżką, ale daje sobie radę.

Zupa Adama w całej okazałości. Co chciałem to dostałem. To własnie jest zaleta pokazywania palcem i mówienia „To! to chcę!”

O dziwo było to nawet smaczne i nawet dało się zjeść pałeczkami. Tak tak. Zupę je się pałeczkami. Znaczy pałeczkami wybiera się kąski a potem wysiorbuje się zupkę. Kwestia przyzwyczajenia – można szybko się nauczyć. Szczególnie jak człowiek jest głodny…

Następnie jak grzeczne przedszkolaki po dobranocce pojechaliśmy do hostelu i poszliśmy spać…

Twardy jestem. Zjadłem zupę bez użycia łyżki. Wszystkie kawałki twarde łapie się pałeczkami, a zupę "wysiorbuje"

Twardy jestem. Zjadłem zupę bez użycia łyżki. Wszystkie kawałki twarde łapie się pałeczkami, a zupę „wysiorbuje”

By | 2016-12-18T22:32:37+00:00 Wrzesień 17th, 2010|Chiny, Wyjazd|0 Comments

Share This Story, Choose Your Platform!

About the Author:

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.

Leave A Comment

Toggle Sliding Bar Area