Droga do Waranasi

/, Indie 2008, Jedzenie, Wyjazd/Droga do Waranasi

Droga do Waranasi

Nowa wersja starego wpisu, wydanie nowe poprawione, opatrzone zdjęciami.

Opuszczamy New Delhi

Okolica robiła się coraz dziksza. Tuktuki coraz bardziej zniszczone, góry śmieci coraz wyższe. Nagle zatrzymujemy się. Nina, daj mi 3000 rupii, przypomniał sobie o swoim głosie Sonu. nastąpiła konsternacja, bo jeszcze z Delhi nie wyjechaliśmy, a ten tu już kasę wyciąga z nas. Chyba zobaczył, że coś jest nie tak, więc powiedział, żeby zrobić kartkę i zapisać to, to on podpisze. Iwona, jako pracownik biurowy natychmiast stworzyła arkusz kalkulacyjny na kartce, z miejscami na zapisywanie wydatków, podpisy daty i inne takie.

W międzyczasie Sonu z naszymi pieniędzmi i czymś pomiędzy saszetką a kosmetyczką zniknął nam z oczu. Zresztą nie było to trudne, gdyż samochód natychmiast został otoczony przez sprzedawców wszystkiego co tylko się da sprzedać. Wachlarze z pawich piór, piszczałki, żelki przylepiające się do szyby, wszystko co tylko można sobie wykombinować. No i zaglądali przez okna. Już rozumiem, jak czują się ryby w akwarium. Niestety nie wykazaliśmy należytego zainteresowania zakupami, więc pierwsza fala sobie poszła.

Wędrowny cyrk

Teraz nadeszli wędrowni cyrkowcy ze swymi zwierzakami. Przyszedł pan z małpką przywiązaną do kija i zmuszaną do robienia sztuczek. Zastanawiałem się nawet, czy nie wyjść i tą pałą temu panu przez łep nie przywalić, bo małpka była w niespecjalnym stanie.

Odwróciliśmy się w drugą stronę, bo zaraz by przyszedł po kasę za bilety, a dodatkowo jak widać nie popieramy tego typu „rozrywki”. Szybko zrozumiał, że spektakl nas nie interesuje i poszedł sobie. Następny był człowiek z kobrą w koszyku. Postawił ten koszyk na ziemi, zdjął pokrywkę i palnął kobrę fletem w głowę. Potem zaczął dmuchać w ten flet ile tylko miał sił. Nie dziwie się kobrze, że się kołysze… jakby mi ktoś przy uchu tak ktoś darł, też bym się ogłuszony kołysał. I kolejny raz miałem ochotę wyjść, wepchnąć piszczałkę fakirowi w któryś z otworów i zapiszczeć z całych sił. Kobra wyglądała tak źle, że aż się serce krajało. Głowa poraniona, gdzieniegdzie brak łusek.  I widzieliśmy, że dostawali całkiem spore pieniądze jak na Indie – po 100Rs nawet od ludzi, więc mogliby traktować te zwierzęta jakoś humanitarnie.

Gdzie jest kierowca?

Potem kolejna fala sprzedawców dotarła i znów została zignorowana. Następnie przyszło trzech fakirów z kobrami i piszczałkami. Potem już chyba się wyłączyłem z oglądania świata zewnętrznego, gdyż zaczęła się dyskusja, co będzie, jak Sonu zabrał kasę i zniknął. W sumie trochę głupio, bo samochód zostawił, ale bez kluczyków. Zbadaliśmy dokładnie samochód. Chevrolet Tavera kupiony wyraźnie pod turystykę. Nie miał nic, poza klimą, co można by uznać za luksus. Nawet nie miał wspomagania kierownicy. Zapewne też nie miał immobilajzera, więc zastanawialiśmy się, czy udałoby nam się odpalić zwierając jakieś przewody. Na filmach się udaje przecież…

Wreszcie przyszedł, rzucił swoją saszetkę na ziemię i pojechaliśmy. Po kilku kilometrach Iwona nie wytrzymała i zapytała, co robił. Okazało się, że trzeba płacić za przejazd między stanami. Tak samo trzeba przedstawić do kontroli dokumenty swoje, jak i wypełnić papiery skąd się jedzie, dokąd i kogo się wiezie. I jeszcze milion innych papierów. Pojechaliśmy dalej. Spodobały nam się mijane samochody ciężarowe. Wyglądały trochę jak słonie.

Potajemku

Zastanawialiśmy się, jak o naszym kierowcy mówić, żeby nie zorientował się, że to o nim mowa. Padły propozycje kierownik, sterownik i kilka innych, ale te dwie były potem najczęściej stosowane. Poprosiliśmy sterownika, aby zatrzymał się gdzieś na śniadanie, bo przed nami długa droga. Minęła godzina, słońce było coraz wyżej a w brzuchach nam coraz głośniej burczało.

A w brzuchu burczy…

Nagle zjechaliśmy do jakiegoś mini fortu przy drodze. No dobrze, co teraz? Pewnie jedzenie, ale sterownik nic nie mówi. Zaparkował i patrzy na nas. Sonu, to ta restauracja? Tak, elokwentnie odpowiedział kierowca. Miejsce nazywało się New Maharaja Motel. W takim razie weszliśmy do środka. Minęliśmy kilka sklepów znajdujących się w galerii i weszliśmy do restauracji. Nawet całkiem nieźle wygląda, cywilizacja normalnie. Spora ilość turystów wskazywała, iż jest do dość popularne miejsce. Zajęliśmy miejsce przy stoliku. Kelner dostarczył nam menu które z zaciekawieniem przestudiowaliśmy.

Posiłek

Iwona wybrała dla bezpieczeństwa sandwich z pomidorem i serem za 145Rs. Nina wybrała „pieróg” samosa za 110Rs. Ja postanowiłem wybrać Paneer Masala za 210Rs.

Lipek podpatrzył co zamawiam i zamówił to samo. Do tego wzięliśmy po puszce coli  za 80Rs, a Lipek masala tea za 50. Całość zagryzaliśmy plain naan’ami za 55Rs.

Sandwich jak to kanapka, nic egzotycznego. Samosa, to taki pieróg, a w środku odrobinę pikantna paćka z ziemniaków i innych warzyw. Smaczne toto. Paneer masala zaś, to jakiś rodzaj sera, na ciepło, w sosie, mało ostrym ( jak na Indie ). Całość zagryzaliśmy chlebkoplackami naan. Ogólnie smaczne jedzenie. Na wynos zakupiliśmy 2 wody po 20Rs. Cały rachunek wyszedł +- 1450Rs. Na nasze to 70 złotych. Niby niewiele, jak na śniadanie dla 4 osób, po którym ledwo można było się ruszać, ale jak na lokalne warunku był to bardzo drogi posiłek.

Update Nina:

a oto odnaleziony rachunek:

  • paneer masala 210Rs
  • plain nan 55Rst (zwykły nan)
  • cola w puszce 80Rs
  • woda mineralna – 40Rs
  • sanwich z kurczakiem (duży tost z kurczakiem w środku, smaczny) – 180Rs
  • sanwich z pomidorem – 145Rs
  • samosa (2 pierożki z nadzieniem ziemniaczano-groszkowym) – 110Rs
  • masala tea – 50Rs

Razem 1295Rs + 162Rs (podatek) = 1457Rs

Płacąc wiedzieliśmy, że to było naprawdę burżujskie śniadanie

Dalsza droga do Waranasi

Dotoczyliśmy się do samochodu i ruszyliśmy w dalszą drogę. Mieliśmy zaplanowane, że jedziemy do Lucknow, gdzie idziemy spać, a następnie do Varanasi. No chyba, że kierowca byłby na siłach, to od razu do Varanasi moglibyśmy jechać. Cieszyło by nas to drugie rozwiązanie o wiele bardziej, bo nie tracilibyśmy jednego dnia. Było już popołudnie, gdy nagle zatrzymaliśmy się obok dziwnego budynku. Nasz sterownik zakomunikował nam, że teraz będzie jadł obiad. No ok, wyszliśmy z samochodu i przeszliśmy przez lokalną restaurację do zadbanego ogrodu.

Miejsce na piknik?
Miejsce na piknik?

Zajęliśmy miejsca w altanie, przyniesiono nam wodę. Gorąc panował niesamowity, nawet na czole Sonu widać było wielkie krople potu. O naszych już nie wspomnę. Dostaliśmy do wody czyste szklanki, co nas dość mocno zaskoczyło, wszak słyszeliśmy opowieści, że mało kiedy są one czyste. Woleliśmy jednak profilaktycznie pić z butelki.

Okoliczności przyrody

W budynku restauracyjnym było kilka stolików i… kilkanaście łóżek, gdzie po posiłku można było położyć się i odpocząć pół godzinki dla słoninki. W oczekiwaniu aż nasz kierownik zje, oglądaliśmy ogród, gdzie spotkaliśmy zwierze wiewiórkopodobne. Nazwaliśmy je szyszunia.

W trakcie jedzenia postanowiliśmy odrobinę zaprzyjaźnić się z naszym kierowcą, powiedzieliśmy kim jesteśmy i takie tam towarzyskie pogadanki. Gdy już nasza towarzyskość została zaspokojona, Sonu zapytał o trasę. Zaprezentowaliśmy mu napisaną przez zamachowców kartkę z nazwami miast. Przeanalizował ją, zaproponował zmiany, stwierdził też, że może jechać dziś bezpośrednio do Varanasi. Rewelacja! Więc w drogę.

Nocna droga do Waranasi

Zrobiło się ciemno. Zresztą dość szybko, bo przed 18 godziną. Przegrupowałem się z tylnej kanapy, gdzie siedziałem z Lipkami, na siedzonko z tyłu. Z jednej strony mniej wygodnie, a z innej można było sobie nogi wyciągnąć na plecaki. Był to ogromny plus.

Minus jednak doszedł kolejny i to dość duży – mianowicie z tyłu był głośnik. Właściwie dwa. Takie duże i jedyne w samochodzie. Do mnie nie docierała za bardzo klima, a do przodu nie docierała muzyka. Coś za coś. Niestety klimy nie poprawiali, a muzykę i owszem. Coraz głośniej. Żeby tego było mało, Sonu posiadał dwie płyty CD z nagranym indyjskim popem. Bardziej przerobionymi amerykańskimi kawałkami na język lokalny, z lokalnymi aranżacjami.

Muzyka

Na początku był to folklor, ale słuchając tej samej piosenki chciało się gryźć. O, chyba dobrym słowem byłoby indiodisko, takie Indyjskie diskopolo. I grało coraz głośniej i głośniej. I znów ten sam kawałek. Raaaamboooo Raaambooooooo. Nikomu jednak nie przyszło do głowy powiedzieć, żeby ściszył muzykę, wszak kierowca musi mieć jakiś komfort jazdy… Około 22 zjechaliśmy z szerokiej i ładnej drogi na znacznie gorsze. I co skrzyżowanie nasz sterownik pytał lokalesów o coś.

Szukanie drogi…

Domyśliliśmy się, że pyta o drogę. No pięknie… dostaliśmy kierowce, który pierwszy raz jedzie tą trasą. Nawet mapy nie ma. My mieliśmy, ale jakoś niespecjalnie chcieliśmy się narzucać, może by się obraził? Widać było, że jest zdenerwowany. Kilka razy zawracaliśmy znaczny kawałek drogi. Około 11 okazało się, że jesteśmy prawie na miejscu. Prawie. Prawie robi znaczną różnicę…

Taką właśnie muzyką nas raczył Sonu. I to w bardziej zremiksowanych wersjach…

Ale o tym i o innych rzeczach w następnych odcinkach.

Zobacz też

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.

By |2018-11-08T22:30:44+00:00Listopad 8th, 2018|Indie, Indie 2008, Jedzenie, Wyjazd|0 Comments

About the Author:

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator - z przymusu - szwędacz.

Leave A Comment