Indie, New Delhi, Gurdwara Sis Ganj Sahib

/, Indie 2008, Wyjazd/Indie, New Delhi, Gurdwara Sis Ganj Sahib

Indie, New Delhi, Gurdwara Sis Ganj Sahib


Nowa wersja starego wpisu, wydanie nowe poprawione, opatrzone zdjęciami.

Pierwsze wyjście na miasto

Głęboki oddech. Czas wyjść z bezpiecznych murów hotelu w tajemnicze zaułki Delhi. Pamiętając relacje śmiałków, które czytaliśmy wcześniej, wiedzieliśmy mniej więcej czego się spodziewać. Czytać a przeżywać, to pewna różnica, więc delikatnie odwlekaliśmy wyjście. Jednak przecież przyjechaliśmy tu po coś, prawda? Drzwi stanęły otworem i wyszliśmy przed hotel, w gorące wilgotne powietrze.

Nie było tak źle. Oczywiście od razu hałas, tłok i ogrom ludzi spowodował pewne zagubienie, ale Nie było jednak tak źle, jak myśleliśmy. Spodziewaliśmy się dzikich tłumów biegnących w naszą stronę by bogatych białasów pozbawić ich dolarów. Owszem, z każdej strony ktoś nas zaczepiał, było to męczące, ale bez przesady. Skierowaliśmy się w stronę wyjścia z Main Bazaar, w stronę metra.

Zamachowcy poinformowali nas, że do metra jest jakieś 15 minut drogi, więc nie ma sensu brać rikszy, czy innego pojazdu. Tak więc szliśmy drogą, mijaliśmy stragany, zerkając na nie z zainteresowaniem. Oczywiście nie bezpośrednio, żeby jeszcze bardziej nie narażać się na nagabywanie. To, co od razu szokuje, to feeria barw. Są wszędzie – na ubraniach, na straganach wszędzie. W pewnym sensie dość mocno odcina się od szarości tła takiego jak budynki czy śmieci na ziemi. Tak jakby miało to stanowić kontrast, iskrę radości w życiu tych ludzi. Zaskakiwani byliśmy co chwilę. Byliśmy pod wrażeniem przewodów elektrycznych które lokalesi rozwieszają wszędzie. Przyzwyczajeni byliśmy, że na słupie są 4 przewody na izolatorach i widok takich słupów w Indiach nas dość mocno zdziwił.

Po dojściu do głównej ulicy skręciliśmy w lewo i po kilku minutach naszym oczom ukazał się budynek, przypominający starą fabrykę.

Metro

Nie wyglądało to optymistycznie. Po wejściu po schodach, trafiliśmy jednak do innego świata. Marmury, szkło, czystość zdecydowanie były zaskakujące, szczególnie patrząc na obskurny wygląd budynku. Kupiliśmy bilety za 25rs. Bilety, to takie małe żetony, które przytyka się do czytnika bramki na wejściu do metra, a wychodząc z budynku na bramce wrzuca się do środka. Z zaskoczeniem patrzyłem na zmywanie podłogi. Mianowicie jeden tubylec trzymal miotłe ze szmatą, a drugi go prowadził. Słyszałem o tym, że w Indiach często zatrudnia się ludzi do fikcyjnych prac, ale to było dziwne. Udaliśmy się na peron, który… był nad ziemią.

Ok, tylko w którą stronę jechać? Jak zwykle koniez języka za przewodnika i wydelegowaliśmy Iwonę, by za pomocą swojego uroku osobistego wyciągnęła od pana mundurowego tą informację. Nawet łatwo Jej poszło. Tak przy okazji, wojskowych było sporo. By wejśc na dworzec, trzeba było przejść przez bramkę z detektorem metalu oraz pokazać plecak. Prawda jednak jest taka, że nas o wiele mniej sprawdzali niż swoich współbraci.

Nadjechało metro. Uaaaa… cywilizacja! Usiłowaliśmy być kulturalni, odczekać aż wysiądą ludzie i wtedy wsiadać. Był to gruby błąd. Udało się to tylko Iwonie. Drzwi się zamknęły a my zostaliśmy z głupimi minami na peronie. Na migi pokazaliśmy jeszcze, że spotykamy się na następnej stacji.

Teraz już byliśmy sprytni. Ledwo nadjechał pociąg, ledwo się otworzyły drzwi, zaczeliśmy pchać się do środka, przepychając się z wychodzącymi. Udało się i znaleźliśmy się w klimatyzowanym wnętrzu. Ciche to metro, nie to co nasze. Na kolejnej stacji czekała Iwona, więc przeżyła, nikt Jej nie porwał. Przesiedliśmy się na drugą linie metra. Ogólnie stanowiliśmy całkiem niezłą ciekawostkę, wszystkie spojrzenia były na nas kierowane.

New Delhi – w stronę Red Fort

Wysiedliśmy i spotkało nas kolejne zaskoczenie. W pewnym sensie te zaskoczenia w takiej ilości już przestały być zaskakujące, ale jednak. Przed budynkiem stacji, koczowali ludzie. Spali nie tylko na trawnikach, ale też bezpośrednio na chodniku, pod nogami. I to nie był jeszcze wieczór, tylko środek dnia. W naszą stronę wyciągnęło się wiele rąk, prosząc o datek. Mimo, iż serce nakazywało dać choć monetę, wiedzieliśmy czym to się skończy. Nie opędzilibyśmy się od wyciągniętych rąk. Udało nam się dojść do głównej drogi. W tym miejscu pierwszy raz dał się czuć smród. Rozglądając się, dostrzegliśmy w jednym ze zniszczonych domów normalne wysypisko. Śmieci piętrzyły się powyżej głowy. Zresztą wystarczy spojrzeć na zdjęcie, po prawej stronie widać ilość śmieci.

Ledwo wyszliśmy z metra natknęliśmy się na góry śmieci wysokości dorosłego człowieka
Ledwo wyszliśmy z metra natknęliśmy się na góry śmieci wysokości dorosłego człowieka

Gurdwara Sis Ganj Sahib

Opis zamachowców był dokładny. Wyjść z metra, dojść do drogi, skręcić w prawo, dojść do większej drogi i iść w lewo. Na wprost wydać było w oddali Red Fort. Szliśmy ulicą i po prawej stronie zobaczyliśmy nabazgraną na naszym planie świątynię zamachowców. Znaczy Sikhów. Nie bardzo wiedzieliśmy jak się zachować. Wierni podchodzili, dotykali dłonią korytka z wodą przez które się wchodzi, czynili magiczne gesty. Ktoś złapał nas za ramię i zaprowadził do małego biura mieszczącego się po lewej stronie od wejścia.

Myśleliśmy, że to kolejne biuro turystyczne, lecz nie, było to coś w rodzaju kancelarii parafialnej. Dostaliśmy broszury do czytania, na temat ich religii. Ogólnie sami o niej mówią „Sikh religion – open religion”. Po przeczytaniu, dostaliśmy pomarańczowe nakrycia głowy i byliśmy gotowi do oglądania. Czy chcecie przewodnika? Chwila konsternacji, pewnie znów nas chcą na kasę zrobić… Nie chyba nie chcemy… a ile to by kosztowało? Tu nastąpiła konsternacja z drugiej strony. Ależ za darmo! jeśli będziecie chcieli, to dacie dobrowolny datek, nic nie wymagamy!

Zostawiwszy buty i skarpetki w kancelarii, podreptaliśmy gęsiego za przewodnikiem w turbanie. Weszliśmy mocząc stopy w korytku z wodą i przeszliśmy do innego świata. Przeszliśmy przez salę z modlącymi się i zostaliśmy zaprowadzeni… do kuchni.

Kuchnia

Przed wyjazdem oglądaliśmy na Discovery program podróżniczy, jak ktoś był w Amritsarze, w Złotej świątyni. Momentalnie poczuliśmy się jak w takim programie, dziewczyny przysiadły do kobiet robiących ciabatki. Zasadą Sikhów jest to, że każdy może przyjść i zostanie nakarmiony. Wolontariusze pomagają robić jedzenie, zmywać, sprzątać. Dziewczyny zabrały się ochoczo za tworzenie jedzenia. Na początku nie wychodziło im, lecz z czasem doszły do wprawy. Mam ciche wrażenie, ze te pierwsze które ulepiły, zostały jeszcze raz zrobione, ale lepiej nie będę tego głośno mówił, coby po głowie nie oberwać.

Obeszliśmy wszelkie pomieszczenia kuchenne, zaglądaliśmy w gary, wąchaliśmy co tylko się dało.

Świątynia

Następnie przeszliśmy przez cały teren świątyni, do samego środka, gdzie prowadzone były modły. Teoretycznie powiedziano mi, żebym nie robił tam zdjęć, więc się powstrzymałem. Dziewczyny poszły dać na ofiarę, a w tym czasie nasz przewodnik zapytał mnie, czy chciałbym tu zrobić zdjęcie. No zaraz, to nie można czy można, niech się chłopak zdecyduje. Ale skoro pozwala, to protestować nie będę, tak wygląda wnętrze świątyni sikhijskiej.

Gurdwara Sis Ganj Sahib
Gurdwara Sis Ganj Sahib

Byliśmy naprawdę pod wrażeniem zarówno radości tych ludzi, serdeczności jak i klimatu jaki tu panował. Ciężko było wychodzić, ale jak zwiedzanie to zwiedzanie. Wyszliśmy, ubraliśmy buty i powędrowaliśmy w stronę Red Fortu.

Zobacz też

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.

By |2018-11-06T13:06:30+00:00Listopad 3rd, 2018|Indie, Indie 2008, Wyjazd|0 Comments

About the Author:

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator - z przymusu - szwędacz.

Leave A Comment