Indie, New Delhi, Red Fort i Meczet Jama Masjid

/, Indie 2008, Wyjazd/Indie, New Delhi, Red Fort i Meczet Jama Masjid

Indie, New Delhi, Red Fort i Meczet Jama Masjid

Nowa wersja starego wpisu, wydanie nowe poprawione, opatrzone zdjęciami.

Red Fort – Przejście przez ulicę


Ze świątyni Sikhijskiej doszliśmy do szerokiej ulicy. O rany, do tej pory myśleliśmy, że widzieliśmy wszystko na temat poruszania się po drogach w Indiach. Myliliśmy się. Długą chwilę zabrało nam zapoznanie się ze specyfiką przejścia przez ulicę. Ogólnie były chyba 4 pasy w jedną stronę, wysepka i 4 pasy w drugą. Czterema pasami równolegle jechały 3 samochody, autobus, 1 motoriksza, 2 riksze i 3 motory.Nie do pomyślenia w Polsce. I to jeszcze przepychają się, trąbią, zmieniają pasy jak tylko chcą. Autochtoni jednak jakoś przechodzili, więc i my dokonaliśmy tej sztuki. Wystarczyła odrobina asertywności, odwagi oraz co ważne – nie patrzeć na zbliżające się pojazdy. Wyglądało to mniej więcej tak:

Ekscytujące, prawda?

Indie - ruch uliczny
Indie – ruch uliczny

Po drugiej stronie rozciągał się wspaniały widok na fort.

Red Fort

Spotkaliśmy tam parę z Kanady, która wyraźnie czekała na nas, byśmy zrobili im zdjęcie. Jednak chyba łatwiej białemu człowiekowi zaufać i dać swój sprzęt do ręki. Porozmawialiśmy sobie radośnie przez jakiś czas i poszliśmy w stronę wejścia do fortu. Zastanawialiśmy się nad wejściem do środka, ale po pierwsze opisy nas zniechęciły, bo niespecjalnie mieliśmy ochotę na zwiedzanie wystaw muzealnych, po drugie podobny fort mieliśmy zwiedzić w Agrze a po trzecie uznaliśmy, że 250Rs za zwiedzanie to za wiele. Usiedliśmy sobie przy fosie na murku i czytaliśmy informacje z przewodnika o forcie. W międzyczasie zajmowaliśmy się oglądaniem fajnych przedstawicielek indyjskiej płci pięknej.

Tfu, chciałem powiedzieć, że oczywiście zabytków, wymknęło mi się niechcący, przepraszam. Trzeba przyznać, że fort robi wrażenie.Wysokie mury, i jego wielkość naprawdę stanowi wyzwanie dla wyobraźni.

Do Meczetu

Z Czerwonego fortu, postanowiliśmy udać się do największego meczetu Indii. Znów musieliśmy przedzierać się przez tłoczną ulicę, lecz teraz poszło nam to o wiele sprawniej.

Do meczetu trzeba było przedzierać się przez kolejny bazar. Z coraz większą wprawą mijaliśmy zaczepiających nas ludzi. Wystarczyło iść z miną wskazującą na to, że wie się, gdzie się idzie i już tak natarczywie nie zaczepiali. Oczywiście nie byliśmy pewni gdzie idziemy, ale pozory sprawialiśmy idealnie. Zapytaliśmy jakiegoś mundurowego i uzyskaliśmy pewność. Prosto i w lewo, jak ulica prowadzi, potem będzie już widać. Na straganach było wszystko. Od warzyw, przez meble a skończywszy na motocyklach. Ogrom barw, zapachów, głosów. I jeszcze raz podkreślę, że nie było to nieprzyjemne. Nieprzyjemny zapach był tylko przez chwilę z publicznej toalety znajdującej się przy drodze, ale to w miarę naturalne.

Meczet Jama Masjid

W końcu doszliśmy przed bramy meczetu, przeszliśmy przez wykrywacz metalu ( wyłączony ) i weszliśmy na schody.

Meczet Jama Masjid
Meczet Jama Masjid

Niestety, musieliśmy poczekać do godziny 18, aby zostać wpuszczeni do środka. W międzyczasie prowadziliśmy dysputy na tematy religijne, polityczne i wszelkie inne, na które nie mamy za wielkiego pojęcia. Ja mogłem sobie spokojnie porobić zdjęcia, bez poganiania i syków, że chodzimy dalej, bo trzeba zwiedzać, a nie przyklejać się do wizjera i machać na prawo i lewo obiektywem.

Ze schodów mieliśmy świetny widok na Red Fort. To ten w tle, daleko. Mały i czerwony. Z bliska jest też czerwony, ale już nie mały.

Wybiła godzina, zakończyły się modły i muzułmanie wyszli z meczetu

No, nareszcie można wejść i zwiedzać!

Zdejmij buty!

Oczywiście trzeba było pozbyć się butów. Nie wyglądało tam jednak na zbyt bezpieczne miejsce do pozostawienia ich, więc przywiązaliśmy je sobie do plecaków. Iwona została okryta koszulą nocną, by mogła wejść nie obrażając uczuć religijnych, a Grzesiek dostał seksowną spódniczkę. Co ciekawe, Nina miała podobną ilość odkrytych partii ciała co Iwona, a nie dostała tego jakże twarzowego stroju. Uiściliśmy opłatę za każdy posiadany aparat – nawet ten w plecaku! ( 200Rs) Grzesiek twierdzi, że wejście było za free, ale ja nie jestem o tym zbytnio przekonany.

Weszliśmy na duży dziedziniec, gdzie otoczył nas tłum dzieci, a dorośli zerkali na nas z daleka. Młodzież zaś wyciągnęła telefony komórkowe i bez zbytniego skrępowania robiła nam zdjęcia i nagrywała filmy z naszym udziałem. Normalnie jak gwiazdy bolywoodu. W sumie ktoś nawet Ninie powiedział, że wygląda jak jedna z gwiazd Bolywoodu, ale nie udało nam się ustalić która.

Obeszliśmy całość, przyglądając się uważnie wszystkiemu. Cały czas chodziły za nami dzieci, nie opuszczały nas na krok. Nina filmując panoramę miała problem, żeby za bardzo nie właziły w kadr, aczkolwiek nie dało się. Były za szybkie i za sprytne.

Za 50Rs można było wejść na minaret, wiec skwapliwie postanowiliśmy się tam wdrapać. Oczywiście, żeby było łatwiej, bilety kupowało się na lewo od wejścia do samego meczetu, a na prawo od wejścia na minaret, w odległości jakichś 100 metrów, pełna ergonomia. Oczywiście na minaret wchodzi się bez butów, żeby nie było. Najpierw kilka schodków w górę, na dach. Potem szybko tup tup biegniemy do przodu po gryzącym betonie do narożnej kopułki.

Minaret Meczetu Jama Masjid

Tam, ryzykując upadek z 7 metrów idzie się wąskim gzymsem przy roku na następną prostą, gryzącym betonem do schodów. Kilkanaście schodów w górę. Każdy sięgający mi prawie do kolan. Kolejna ergonomia. Ciekawe, dlaczego budowali to takie niewygodne. Znów po jakimś dachu i dochodzimy do minaretu.

Teraz nasłuchujemy czy ktoś nie idzie z góry i biegiem do środka. Sił starcza na pierwszy milion schodów. Im wyżej tym ciężej. Gdzieś po połowie człowiek zaczyna wątpić, po co to robi. Z góry nadchodzą ludzie. Używając zdolności akrobatycznych, o które się nie podejrzewaliśmy, wymijamy się z nimi i wleczemy się w górę. Tak, postanawiam sobie, że do końca wycieczki nie będę się wspinał. Jedyne wycieczki będą niskopienne, najlepiej w stronę baru z napojami chłodzącymi.

I kolejni schodzą, więc kolejne ciekawe figury robimy, aby się wyminąć. Już blisko szczyt, wreszcie widać światło. Wchodząc na galerię mijamy stopu lokalesów pilnujących, czy nikt nic nie kradnie, albo nie chce skakać. Mogliby je jednak częściej myć. Widok jednak szybko zaciera nieprzyjemne wspomnienia. Delhi jak na dłoni. I z tej wysokości nie wygląda na brudne. Aczkolwiek dalej wygląda jakby żyło tu jakieś półtorej miliarda istnień ludzkich.

Zachód słońca

Oglądamy zachód słońca z minaretu i zbiegamy w dół. Jest łatwiej, wystarczy pochylić się ku środkowi budynku, rozpędzić się a siła odśrodkowa robi swoje i zbiega się po radosnej spirali. Do momentu spotkania z osobami sunącymi w górę. Wtedy szybki podskok i lecimy dalej. Fascynujące.

Po zejściu, napotkaliśmy ekipę telewizji lokalnej kręcącą jakiś program, zapewne religijny. Znaczy religijny był do momentu, w którym się pojawiliśmy, gdyż od razu staliśmy się atrakcją i kamera skupiła się tylko na naszej skromnej gwiazdorskiej czwórce. Jeszcze idąc przez dziedziniec wyraźnie czuliśmy na swoich plecach oko kamery.Wychodząc, Grzesiek z Iwoną zostali złapani przez ciecia na bramie i oddając soje sexi stroje zostali zmuszeni do zostawienia także banknotu 50Rs. Wychodząc z meczetu pomstowaliśmy zarówno na styl wyciągnięcia od nas kasy, jak również jej ilość. Żałowaliśmy, że daliśmy tak skromny datek w świątyni Sikhijskiej, gdzie naprawdę było to o wiele przyjemniej zrobione i naszym zdaniem o wiele bardziej im się należało.

Szliśmy przez bazar pomstując na muzułmanów, kiedy naszym oczom ukazał się… barwny pochód!

Orkiestry grały, ludzie podrygiwali w takt. Święto, święto! Rozpoznaliśmy Wisznu, Ganeszę jadących w powozach. Po prostu klimat nie z tej ziemi. Ni z tąd, ni zowąd, w osiedlu biedy pojawia się kolorowy roztańczony i rozśpiewany korowód. Było to strasznie odrealnione.

Klimat był strasznie radosny. A mnie osobiście najbardziej rozbawiło, jak było zorganizowane oświetlenie. Mianowicie za każdą plandeką był rower z generatorem, który zasilał światełka. Nawet widać to na filmie

Przeczekaliśmy cały korowód i udaliśmy się w stronę metra. Szczęście trochę mącił autochton, który usiłował wskazywać nam drogę a którego nie można było się pozbyć. Przed samym budynkiem metra usiłował wyciągnąć od nas kasę, ale został zignorowany. Radzimy sobie z trafianiem do miejsc, z których wyszliśmy.

Na koniec – kolacja na dachu hotelu

Wróciliśmy do hotelu i zorientowaliśmy się, ze nie jedliśmy obiadu. Ejże! tak być nie może, trzeba w takim razie coś zjeść na kolację dobrego. Wgramoliliśmy się na dach do restauracji i zamówiliśmy sobie dania. Zamówiliśmy sobie różne wariacje na temat kurczaka z pieca tandoori. Smaczne toto!

Ja zamówiłem sobie lassi. Grzesiek stwierdził, że jestem odważny, ale przecież po to tu przyjechaliśmy. Lassi piłem już w Polsce, więc wiedziałem co zamawiam. Lipek posmakował napoju i oczy wyszły Mu z orbit. To było zwykłe sweet lassi, bez owoców, jednak wyraźnie zasmakowało. Oblizywał się jeszcze długą chwilę. To była Jego młość od pierwszego łyka.

Reszty kolacji opisywał nie będę, być może zmobilizuje to resztę obiboków, żeby coś napisać.

Zobacz też

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.

By |2018-11-14T21:43:55+00:00Listopad 6th, 2018|Indie, Indie 2008, Wyjazd|0 Comments

About the Author:

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator - z przymusu - szwędacz.

Leave A Comment