Indyjskie jedzenie w Waranasi

/, Indie 2008, Jedzenie, Wyjazd/Indyjskie jedzenie w Waranasi

Indyjskie jedzenie w Waranasi

Nowa wersja starego wpisu, wydanie nowe poprawione, opatrzone zdjęciami.

Pobudka

Otwieram oczy. Żyje. Nie jest źle. Nina jest? Jest. Ok. Plecaki są? są. Kasa jest? jest. Można zacząć oddychać. Szybki prysznic dla otrzeźwienia i zrobienie kukiełki na paluchu Niny. Teraz trzeba śpiochów obudzić. Co dziwne, nie spali więc dość szybko się zebrali. Wczoraj jak się meldowaliśmy, pytaliśmy o restaurację i powiedziano nam, że jest tu.Ruszyliśmy więc na poszukiwanie.

W poszukiwaniu jedzenia

Godzina wczesna, bo około 10 ale głód czuliśmy znaczny. Nauczeni doświadczeniem powędrowaliśmy w górę, po schodach. W poprzednim hotelu też była restauracja na dachu. Weszliśmy ze 3 piętra w górę, jakimś wąskim wyjściem na dach. Naszym oczom ukazał się… dach. Stolików brak. jakieś cegły nie cegły, worki. Hmn. Obeszliśmy cały dach, wszedłem  nawet na wieżyczkę – i nic. Pustka. jak okiem sięgnąć ani jednej restauracji na dachu.

Zeszliśmy do recepcji zapytać, gdzie jest obiecane jedzenie. No przecież to tu, tu, no ja Was zaprowadzę. Pewnie w piwnicy pomyśleliśmy. Hindus wyprowadził nas z hotelu, z ciemnego zaułka, skręcił w lewo. przeszliśmy jakieś 300 metrów stresując się, gdy po 2 stronie drogi pokazał nam restaurację. A już zaczęliśmy się bać, że będzie gdzieś na drugi koniec miasta nas prowadzi.

Weszliśmy na piętro i ukazała nam się całkiem sympatyczna restauracja. Powiem więcej – jak na lokalne warunki, wyglądała rewelacyjnie. Kamienne podłogi, czyste stoliki. To nas będzie nieźle kosztowało pomyśleliśmy. Usiedliśmy jednak, gdyż głód dawał się we znaki. Menu było czytelne, a potrawy w rozsądnych cenach. Jedynym problemem było to, że kompletnie nie wiedzieliśmy, co jest co. Nazwy dla nas były kompletnie obce. W każdym razie postanowiliśmy wylosować, co zjemy.

Indyjskie jedzenie – Śniadanie

Ja dostałem coconut utapam z sosami. Jeden jasny drugi czerwony. Jasny wyglądał na mdły, czerwony na ostry. Nic bardziej mylnego. Jasny był piekielnie ostry, za to czerwony był smaczny lekko ostrawy ale bez przesady.

Placek natomiast był z dość twardego ciasta, z orzechami, kokosem i innymi niezidentyfikowanymi rzeczami.

Iwona zamówiła sobie jakiegoś placka, którego podano Jej z kurdem – ichnim jogurtem.

Nina zamówiła sobie vegeburgera, który Jej rewelacyjnie smakował. Usmarowała się przy tym jak norka, ale szczęście na Jej twarzy było nieziemskie.

Danie Lipka

Dostaliśmy swoje porcje i zaczęliśmy je pałaszować, Lipek zaś czekał. I czekał. I czekał. Skończyła Mu się woda mineralna, cola gdy przyszedł pan, niosąc coś osobliwego na talerzu.

Chola bhatura Grześka
Chola bhatura Grześka

W pierwszej chwili pomyśleliśmy, że dostał 0,5kg chleba i sosy. Zanim otrząsnęliśmy się z wrażenia, kelner przyniósł jeszcze jeden taki chlebek. Z Lipka uszło wszelkie powietrze. Jak On niby ma tyle zjeść. Dziobnął widelcem w chlebek i… nie napotkał oporu. Okazało się, że jest to placek, wypełniony powietrzem, sama skórka od chleba jakby. Jakby jeść skorupkę jajka. Było to na tyle twarde, że po oderwaniu kawałka, nie zapadał się w sobie. Jako sosik dostał coś z soczewicą, dość ostre, do tego kurd i cebulę.

Update Nina:

dodam może jeszcze nazwę tej knajpki ponieważ wszystkie posiłki w Varanasi  jedliśmy własnie w tej restauracji  – Keshari Ruchikar Byanjan przy Dasashwamedh Road

a oto odnaleziony rachunek:

  • woda mineralna – 15Rs (i tyle powinna kosztować!)
  • banana lassi – 30Rs
  • fruit lassi – 35 Rs
  • burger wegetariański – 55Rs (moje danie)
  • chola bhatura – 40Rs (danie Grześka)
  • coconut utapam – 50Rs (danie Adama)
  • plain curd – 25Rs (jogurt Iwony)
  • stuffed besani – 25Rs (reszta dania Iwony)

Razem 428Rs (już z podatkiem)

Ogólnie jedzenie było bardzo smaczne. Czekając aż Lipek dokończy swój talerz obfitości, znaleźliśmy ten lokal w naszej biblii. Polecają go nawet, więc tym bardziej się ucieszyliśmy. Okazało się, że jest to jedna z bardziej znanych restauracji, ściśle wegetariańska. W sumie nie dotarło do nas, że żadna z potraw nie posiadała mięsa. O ile w domu posiłek bez mięsa to nazywa się deser i nie jest traktowany jako posiłek, tu byliśmy tym najedzeni. Postanowiliśmy o ile się da, żywić się jak tubylcy, starając się nie jeść mięsa.

Zaskoczenie na koniec – zamiast gumy do żucia

Po zakończeniu posiłku kelner przyniósł nam dziwne naczynie.

Anyż z cukrem do odświeżenia oddechu
Anyż z cukrem do odświeżenia oddechu

Oczy nasze przybrały wielkość monet 5 złotych. Rozumiem, że to białe to cukier, a te ziarna to co? obrok dla konia? Nina chyba była najbardziej zdziwiona, bo kelner wziął Jej rękę, nasypał nasionek z pół łyżeczki, nasypał tyle samo cukru i pokazał, by włożyć do ust i „wymuldać”.  Po pewnych manewrach lingwistycznych, dowiedzieliśmy się, że ten obrok, to anyż. Zresztą w czasie muldania od razu to czuć.

Okazuje się, że stosuje się to tu do odświeżenia oddechu po posiłku, zamiast gumy do żucia. I wyobraźcie sobie – to działa!

Indyjskie jedzenie jest całkiem ok. Przynajmniej na razie…

Z racji lenistwa, nie będę wpisywał kwot jakie zapłaciliśmy – niech się inni zabiorą za dopisywanie, nie mogę przecież całej relacji sam napisać. W każdym razie zapłaciliśmy i poszliśmy szukać gangesu.

Zobacz też

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.

By |2018-11-14T21:38:22+00:00Listopad 14th, 2018|Indie, Indie 2008, Jedzenie, Wyjazd|0 Comments

About the Author:

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator - z przymusu - szwędacz.

Leave A Comment