New Delhi – hotel Vivek i organizacja transportu

/, Indie 2008, Wyjazd/New Delhi – hotel Vivek i organizacja transportu

New Delhi – hotel Vivek i organizacja transportu

Nowa wersja starego wpisu, wydanie nowe poprawione, opatrzone zdjęciami.

Droga do hotelu

Zapakowaliśmy się do dziwnego pojazdu, coś jak skrzyżowanie motocykla z polonezem truckiem. Grzesiek z przodu, my z tyłu a na końcu bagaże. Ruszyliśmy. W sumie nie, nawet jeszcze nie ruszyliśmy, kiedy kierowca włączył klakson. Oparł się na nim, przejechał po wysokim krawężniku przepchał się o grubość lakieru między innymi pojazdami, i podjechał pod bramę lotniska. Pokazał naszą kartkę którą potem mu wyrwaliśmy i ruszyliśmy w nieznane. Strasznie zapylonymi ulicami przemykaliśmy w stronę centrum. Widać było budowę metra – nawet w nocy coś robili, ciężarówki jeździły, klaksony wyły. Ciężarówki jeździły bez świateł, kierunkowskazów, stopów.

AAaaaaa zginiemy!

Nasz kierowca też jechał bez świateł, dość szybko pokonując szmat drogi. Nie były mu straszne nawet skrzyżowania z czerwonymi światłami. Wystarczyło zatrąbić, zwolnić lekko i przejechać bez strachu w sercu. Wjechaliśmy w ciemną uliczkę. Oho… pewnie zaraz się dowiemy, że nasz hotel się spalił. Coś zagadał. Angielski jego jest mocno średni. Aaa, nie wie gdzie nasz hotel. Kazaliśmy mu jechać na Main Bazaar, tam poszukamy. Jedziemy dalej, ciemna ulica, pełna prędkość.

Nagle coś majaczy w mroku i chwile później uderzamy w leżący na ulicy sporej wielkości konar z gałęziami. Może z 7 metrów długi, wyższy od pojazdu. Odbijamy się od niego, albo on od nas, przelatujemy dalej. Zleciały się psy, ujadają i biegną za nami. Po jakimś kilometrze kierowca zatrzymuje się i wysiada. Odgina zderzak i wycieraczkę, łaskawie zapala światło i jedziemy dalej. My jakoś żyjemy, aczkolwiek Grzesiek lekko został podrapany, ale jest dzielny. Jesteśmy na Main Bazaar. No nie do końca tego się spodziewaliśmy. Uliczka zamglona, wszędzie na każdej płaskiej powierzchni śpiący ludzie, psy, krowy. Sterty śmieci i papierów. Gdzieniegdzie małe ogniska. Zabudowa też nie sprawia dobrego wrażenia. W Polsce bałbym się do takiej dzielnicy wejść za dnia, a tu będę mieszkał… Tak wygląda ta dzielnica za dnia – może to da Wam jakieś wyobrażenie

Odbijamy się od niego, albo on od nas, przelatujemy dalej. Zleciały się psy, ujadają i biegną za nami. Po jakimś kilometrze kierowca zatrzymuje się i wysiada. Odgina zderzak i wycieraczkę, łaskawie zapala światło i jedziemy dalej. My jakoś żyjemy, aczkolwiek Grzesiek lekko został podrapany, ale jest dzielny. Jesteśmy na Main Bazaar. No nie do końca tego się spodziewaliśmy. Uliczka zamglona, wszędzie na każdej płaskiej powierzchni śpiący ludzie, psy, krowy. Sterty śmieci i papierów. Gdzieniegdzie małe ogniska. Zabudowa też nie sprawia dobrego wrażenia. W Polsce bałbym się do takiej dzielnicy wejść za dnia, a tu będę mieszkał… Tak wygląda ta dzielnica za dnia – może to da Wam jakieś wyobrażenie

Hotel Vivek, problem pierwszy

Wielki napis Vivek Hotel. To tu! Kierowca oczywiście przejechał. Wypakowujemy się i wchodzimy do środka. Tak, to to miejsce. Oddajemy kierowcy świstek prepaidowy i zaczynamy dyskusje hotelowe. Hej, macie wolne tanie pokoje? Mamy, po 600. Ejże! Na stronie macie za 400 najtańsze! Niemożliwe, na stronie najtańsze są za 600 twierdzi koleś. Wyciągam telefon z kopią strony i nagle przypomina się hindusowi, że jednak mają jakieś tańsze. Prowadzi nas do pokojów. Jeden za 350 drugi za 400. Nie wyglądają tak jak na zdjęciach ze strony. Z Niną, jako poszkodowani na bagażu, dostajemy lepszy, ten za 400, większy ładniejszy.

Vivek Hotel – wnetrza

Lipki biorą pokój 401, za 350Rs. Rano Grzesiek pomstuje na niego jak tylko może. Nie wyspali się, a łazienka była średnich lotów. Grzyb, obłażący tynk gorąc w pokoju oraz hałasy nie pozwoliły im się wyspać.

Dowcip, który można zrozumieć, jak się przyjedzie do Indii:

Angielskie biuro poszukuje pracownika, zglosil sie francuz niemiec i hindus. Aby sprawdzic czy sie nadaja kazali im ulozyc zdanie ktore bedzie zawieralo nastepujace wyrazy: grin, pink, jeloł (jakby kto nie wiedział – green, pink, yellow – zielony, różowy, żółty). Na pierwszy ogien poszedl niemiec :
– When i wake up i se jeloł sun grin grass and pink sky.
nastepny byl francuz:
– When i wake up i wear my jeloł t-shit, pink sox and grin hat.
i ostatni hindus :
– When the phone grin grin i pink up and say jeloł.

Poranek – wstaje nowy dzień

Godzina 10. Chwila zastanowienia, gdzie jesteśmy. Otwarte oczy widzą kręcący się wentylator, mielący gorące powietrze. Przez głowę przechodzą różne myśli, jednak jest na tyle jasno, by zorientować się, że nie jesteśmy w więzieniu. Za mało krat. Fakt, przyjechaliśmy do hotelu, nadeszło przypomnienie. Hotelu w Indiach. Nadeszło wspomnienie, jak po wypełnieniu papierologii, zostało nam zrobione zdjęcie z jakimiś cyferkami na kartce. Jak na amerykańskim filmie, przestępcom. Ściany błagające o farbę. Prześcieradło, którego kolor może nazwać białym tylko osoba mająca poważne problemy ze wzrokiem. O łazience nie wspomnę nawet.

Tragedia, prawda?

Miejsce snu pracowników hotelu Vivek
Miejsce snu pracowników hotelu Vivek
Śniadanie w hotelu Vivek

Śniadanie

A właśnie nie. Budzimy się zadowoleni z życia, wreszcie wyspani, wreszcie na miejscu. Czas najwyższy odwrócić złą passę. Wstaliśmy, zamkneliśmy naszą klitkę i poszliśmy na dach, do restauracji. Nawet ładnie, trochę zielono, czysto. Usiedliśmy zamówiliśmy Colę. 20Rs za butelkę. Jest wspaniale zimna. Czekamy na Lipków, znanych śpiochów. Po kilku minutach przychodzą. Następuje pewna konsternacja, co zamówić. Czy już ryzykować, czy jednak wybrać bezpieczniejsze potrawy?

No dobra, na śniadanie jeszcze nie ryzykujemy i zamawiamy z Niną po zestawie śniadaniowym po 70Rs

Lipki zamawiają śniadanie amerykańskie za 90 i hiszańskie za 85.

My dostajemy zdechłą bułkę, trochę dzemu i masła, oraz omlet. Lipki dostają to samo, z tą różnicą, że w omlecie jest albo coś mięsoodobnego, albo jakieś warzywa. Razem z napojami płacimy 385Rs. Niecałe 20PLN na 4 osoby. Całkiem milusio.

Transport przez Indie 

Najedliśmy się po nos. Teraz czas na dyskusję, co robimy. Alternatywy są dwie. Albo wynajmujemy jeepa z kierowcą i jeździmy w ten sposób, albo walczymy z pociągami, autobusami i innymi środkami komunikacji. Wygrywa opcja jeepa, ze względów czasowych – straciliśmy już jeden dzień w Amsterdamie, a teraz tracimy kolejny, na oczekiwanie na bagaże. Przy takim krótkim wyjeździe, nawet 2 dni to duża różnica. Cieszymy się jednak, że nie zamówiliśmy z Polski pociągów, gdyż takie opóźnienie kompletnie rozwaliłoby nasze plany. Mamy sprawdzone biuro turystyczne. Koleżanka Grześka tydzień wcześniej wróciła z Indii, jeździła wynajętym jeepem z agencji znajdującej się tu na miejscu w hotelu i była zadowolona.

Agencja

Dodatkowym plusem jest to, że agencję prowadzą dwaj „zamachowcy”. No to nie moja wina, że faceci w turbanach wyglądają mi na zamachowców więc tak zostali nazwani. Agencje prowadzą dwaj bracia, którzy są Sikhami. Gwarantuje to, że będą uczciwi… jak na Indie. Zeszliśmy na dół i weszliśmy do klimatyzowanego biura. Pokazaliśmy naszą planowaną trasę, do której zamachowiec odniósł się dość sceptycznie, z racji ograniczeń czasowych. Natychmiast jednak zaproponował alternatywną trasę, rozpisując ją na dni. Rozpisał ją o Rajastanu a kończąc na Varanasi, jednak nam zależało, żeby zobaczyć gathy na gangesie. Stwierdziliśmy, że zaczynamy tymi miejscowościami na których nam zależy, a na koniec zostawiając te, które możemy odpuścić. Przedyskutowawszy przez dłuższy czas nową wersję trasy, doszliśmy do pewnego porozumienia. Najgorsze było to, że zależało nam na Varanasi które było maksymalnie na wschodzie kraju i na Jaisalmerze z noclegiem na pustyni na zachodzie. Dodatkowo jako pewnik, chcieliśmy zobaczyć Khajuracho i Agrę.

Trasa podróży

Ustaliliśmy zatem, że nasza trasa będzie wyglądała następująco,
Razem jakieś 3500km:

  • New Delhi
  • Varanasi
  • Khajuraho
  • Agra
  • Pushkar
  • Khuri
  •  Jaisalmer
  • Jodhpur
  • Jaipur
  • New Delhi

Koszt podróży po Indiach

Przeszliśmy do negocjacji cenowych. Za samochód, bez klimatyzacji wyszło 720$. Jeep bez klimy to chyba 840$ ale już więcej miejsca. Za 900$ zaproponował nam jeepa z klimą. Oczywiście usiłowaliśmy się targować, ale jeszcze bez przekonania i nic z tego nie wyszło. W każdym razie 900$ płacimy za wynajem i to koniec naszych opłat – za paliwo, opłaty przy przekraczaniu stanów, za „autostrady” płaci kierowca. Niech będzie i tak. Zapłaciliśmy 600$ dostaliśmy pokwitowanie i radę, że jeśli chcemy jechać dziś do Red Fortu, to najlepiej nie rikszą, ale metrem. Od Vivka stacja metra jest jakieś 10 minut drogi, więc uznaliśmy, że to dobry pomysł.

Posmarowani olejkiem z filtrem SPV 30 wyszliśmy z hotelu…

Zobacz też

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.

By |2018-11-14T21:41:05+00:00Listopad 2nd, 2018|Indie, Indie 2008, Wyjazd|0 Comments

About the Author:

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator - z przymusu - szwędacz.

Leave A Comment