Waranasi – w poszukiwaniu Gangesu

/, Indie 2008, Wyjazd/Waranasi – w poszukiwaniu Gangesu

Waranasi – w poszukiwaniu Gangesu

Nowa wersja starego wpisu, wydanie nowe poprawione, opatrzone zdjęciami.

W stronę Gangesu

Wedle mapy, po wyjściu z knajpy, mieliśmy skierować się w lewo. Droga była taka, że były jakby dwa pasy dla ludzi. W jedną stronę szli ludzie, była barierka i w druga stronę szli. Minęliśmy nasz hotel i szliśmy dalej.

Przepychaliśmy się wśród ludzi, motorów rowerów, rikszy i wszystkiego co żyje. Przez większość czasu ja torowałem drogę ( może dlatego że mam największą masę a może dlatego, że reszta była jakaś zawstydzona? ) W każdym razie szliśmy raźno do przodu. Doszliśmy do rozwidlenia w kształcie litery Y. Wybraliśmy lewą odnogę, gdyż widać było jakby koniec domów, a może pustkę dalej – czyli może wreszcie rzeka?

Ganges

Przeszliśmy ten kawałek i okazało się, że mieliśmy rację. To Ganges. Doszliśmy do kamiennych schodów, prowadzących do czegoś, co miało kolor kawy. Właściwie kawy z mlekiem.

Zobaczyliśmy łodzie i zostaliśmy dosłownie zaatakowani przez tłum nagabywaczy. Mister, mam łódź, popłyń ze mną, tanio! Nie! popłyń ze mną, ja mam lepszą łódź! Kup kwiaty na pudźę! Kup widokówkę! KUP KUP KUP! Nie mam nogi, daj mi rupie! KUP KUP! Nie dało się rozmawiać ze sobą, zaczęliśmy ignorować te zaczepki, przesunęliśmy się najpierw w jedną stronę, a gdy okazało się, że nie ma dalej przejścia, zaczęliśmy wracać. Sprawdziliśmy na mapie, byliśmy na jednej z ghat. Zgodnie z zaleceniami, udaliśmy się w górę rzeki.

Niestety daleko nie doszliśmy. Wysoki stan Gangesu nie pozwolił przechodzić przy rzece, trzeba było cofać się wgłąb miasta, iść labiryntem uliczek na azymut i mieć nadzieję, że wyjdzie się w dobrym miejscu. Tak też zrobiliśmy, Poprowadziłem towarzystwo zaułkami koło małych sklepików, straganów jadłodajni, gdzie może ze 2 klientów by się zmieściło. W pewnym momencie dostrzegliśmy namalowaną strzałkę we w miarę dobrą stronę. Oczywiście orientacyjnie. Przeszliśmy przez jakieś podwórko i zobaczyliśmy rzekę.


”Jak fajnie, że nie ma tu takiego bydła”

Iwona dopadła się do kotka i zaaferowana zeszła na brzeg. Pusto wszędzie. Cisza Stojąc tyłem do rzeki Iwona wygłosiła magiczną sentencję ”Jak fajnie, że nie ma tu takiego bydła” co skwitowaliśmy gromkim śmiechem. Nie rozumiała o co nam chodzi, do chwili, kiedy się nie odwróciła.

W rzece, pasło stado krów. Właściwie bawołów. Zestawienie stwierdzenia o bydle, z widokiem kilkunastu krów obok spowodowało u nas wybuch śmiechu. Ale może to po prostu odreagowanie stresu?

Po chwili przyszedł właściciel stada i zaczął obmywać swoje podopieczne.

Patrząc na kolor wody, tak niekoniecznie byliśmy w stanie zrozumieć te czynności. Zaczęliśmy czytać naszą biblię i rozglądać się dookoła. Co jakiś czas mijali nas pielgrzymi, czasem ktoś schodził nad rzekę robić pranie czy brać kąpiel.

Bacznym okiem przyglądał nam się święty mąż, który chyba sprawdzał, czy nie naruszamy swoją obecnością zwyczajów. Pilnował nas bacznie, spoglądając na nas patrząc niby gdzieś w dal.

Wynajem łodzi

Do Lipków dopadł się naganiacz, właściciel łódki motorowej i wiosłowej. Rozmawiali z Nim z godzinę, wypytując o różne rzeczy, a on usiłując przekonać Ich do słuszności wyboru jego łodzi. Dużo ciekawostek się dowiedzieliśmy dzięki temu. W planach mieliśmy wynajęcie łodzi wiosłowej z samego rana, o 4 i wypłynięcie by zobaczyć wschód słońca, lecz nasz przewodnik zaproponował nam wieczorną wycieczkę. Wieczorem, zaraz po zachodzie słońca, jest pudźa, modlitwa wieczorna która jest widowiskowa. Przyszło więc nam do głowy, że popłyniemy na 2 wycieczki – poranną łodzią wiosłową oraz wieczorną, motorową.

Więc teraz nastąpiła kwestia ile za to zapłacimy. Więc za motorową, zapłacilibyśmy jakieś 900rs a za wiosłową 300. razem 1200. Nie chcieliśmy się zgodzić, mówiąc, ze w naszej biblii jest napisane, że to jest tańsze. Oczywiście twierdził, że to z tamtego roku przewodnik, że ceny się zmieniły, że to, że tamto, że wysoka cena ropy. Nie mieliśmy serca o targowania się, więc zeszło do 1100 za całość no chyba, że będziemy zadowoleni, to damy 1200. Umówiliśmy się za godzinę na wypłynięcie łodzią motorową i poszliśmy napić się czegoś. W małej knajpce kupiliśmy zimną colę po 20rs za butelkę. Zostało jeszcze 30 minut, więc postanowiliśmy z Niną odwiedzić kafejkę internetową.

Po drodze spotkaliśmy szaloną krowę, ze świecącymi się oczami. W zaułku robiła niesamowite wrażenie.

W kafejce zapłaciliśmy 20rs za 30 minut za komputer. Łącze było mocno średnie, ale udało mi się nablogować kawałek, sprawdzić pocztę, gg, jabbera i inne temu podobne rzeczy, a także znaleźć artykuł na wirtualnej Polsce pod tytułem ‚chamstwo polskich kierowców”. Ubawił nas do łez, szczególnie patrząc przez pryzmat kilkudniowego już pobytu w Indiach. To, co oni nazywali chamstwem, było porządna kulturą jazdy, nigdy tu nie stosowaną.

Zobacz też

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.

By |2018-11-14T21:33:40+00:00Listopad 14th, 2018|Indie, Indie 2008, Wyjazd|0 Comments

About the Author:

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator - z przymusu - szwędacz.

Leave A Comment