Zagubione bagaże – Lotnisko w New Delhi

/, Indie 2008, Wyjazd/Zagubione bagaże – Lotnisko w New Delhi

Zagubione bagaże – Lotnisko w New Delhi


Nowa wersja starego wpisu, wydanie nowe poprawione, opatrzone zdjęciami.

29.09.2008 Lotnisko w New Delhi, po przylocie.

Lotnisko

Przez małe okienka w samolocie widać miliardy małych światełek. Na ekranie LCD znaleźliśmy sobie widok z kamery samolotu, widać zbliżający się pas startowy. Znaczy dolecieliśmy. Jeszcze tylko chwila dzieli nas od tego magicznego miejsca. Wszystko jest jakieś takie zamglone. 1 w nocy, więc to nie może być mgła – to musi być ten osławiony smog. Samolot kołami dotyka pasa, rozlegają się oklaski. Wychodząc z samolotu oglądamy, jakie pobojowisko zostawili po sobie pasażerowie. Wchodzimy do rękawa i czujemy gorące wilgotne powietrze. Chyba nie jest tak źle, jak opisywali? Ale może to jeszcze nie to? Idziemy dalej. Pierwszy kontakt z biurokracją mieliśmy w samolocie. Jakaś ankieta do wypełnienia, numer paszportu, wizy, daty wystawienia, ważności, miejsce gdzie będziemy mieszkać… Idziemy z paszportem i tą kartką do urzędnika. Mamy natychmiast napisać, gdzie będziemy mieszkali w Indiach. I nie daje się wyjaśnić, że będziemy jeździli z miejsca na miejsce, że nie mamy zarezerwowanych hoteli. To nieważne, wpis musi być. Wpisujemy adres Vivek Hotel i urzędnik jest od razu szczęśliwszy. Możemy wreszcie iść po bagaże. Wyjeżdżają powoli, więc parami udajemy się zwiedzić Indyjskie WC. W sumie nawet czyste, ubikacje europejskie. Wszędzie w miarę czysto. Z relacji oczekiwaliśmy czegoś w rodzaju naszego warszawskiego dworca centralnego.

Bagaże

Lipków bagaże wyjechały, więc czekamy na swoje. Podchodzi miły Hinduski urzędnik i pyta, czy nazywamy się jakoś tak, bo ma do tego kogoś wiadomość. Nie, nie nazywamy się tak. Bagaże przestają się pojawiać. Hindus podchodzi i mówi, że to już koniec bagaży, że to co wyjechało, to zostało zdjęte z pasa transmisyjnego i postawione na podłodze. Nie ma tam naszych bagaży… Ten sam urzędnik prowadzi nas do lady help-desku, wyjaśnia sprawę koledze. Tłumaczymy skąd przylecieliśmy, jakim samolotem, w jaki sposób. Dobrze, że Nina zatrzymała wszelkie świstki samolotowe, to ogromnie ułatwia sprawę. Przychodzi kolejny pracownik, tłumaczymy to samo ponownie. Ogólnie niby mówią po angielsku, ale jakoś w dziwny sposób… I znów kolejna osoba pyta o to samo. Nina nie wytrzymuje i mówi, naszemu uprzejmemu hindusowi, że jeszcze raz ktoś o to się zapyta, to wpadnie w szał i coś tej osobie zrobi. Nie kończy tego mówić, podchodzi kolejna osoba i zadaje to samo pytanie… Hindus serdecznie ubawiony mówi koledze, że teraz ta pani wpadnie na niego w szał i mu coś zrobi. Pan nagle znika. Wypełniamy tony papierów. Co było w bagażu, jak wyglądał. Plecak.

Patrz mi na usta – plecak!

Patrz mi na usta – plecak! Dostajemy zdjęcia różnych toreb podróżnych, pokazujemy na plecak. Plecak? Ale jak to? Ale może jednak torba na kółkach? Nie! PLECAK twoja mać! A jaki kolor. Niebiesko czarny i zielono czarny. A ile tego zielonego a ile czarnego? Że też mi do głowy nie przyszło zrobić zdjęcie wcześniej… byłoby łatwiej. A jakiej firmy ta torba? PLECAK! No to plecak. Aha. To teraz trzeba iść do bramki numer 1 z 4 papierkami po pieczątkę. Poszliśmy po pieczątkę. Bez słowa dostajemy pieczątki i wracamy. Sprawdzają dokładnie pieczątki, oddają nam 1 papierek i mówią, że pewnie jutro przyjdą bagaże. Ale będą dzwonić do hotelu.

Wymiana dolarów

Dooobrze… to teraz taksówkę do hotelu. Trzeba by prepaid taxi wykombinować. A! I kasę trzeba wymienić. Nie wychodząc jeszcze z lotniska, jest kantor Thomas Cook i banku Indii. Wybraliśmy bank, dostaliśmy kurs 45,9 za jednego dolara, wymieniliśmy 500$ i dostaliśmy 22950Rs. Uznaliśmy, że nie ma sensu wymieniać 1000$, bo to będzie ogrom lokalnej waluty, a ponadto dużo papierków.

Transport do hotelu

Kawałek dalej są jakieś biura turystyczne itp. Szukamy wielkiego napisu prepaid taxi, ale nie widzimy. W końcu po prawej i lewej stronie głównej drogi w tych małych turystycznych biurach widzimy napis prepaid taxi. Hehe… spodziewaliśmy się czegoś innego. Ok., idziemy do lewego, podajemy adres i pytamy ile. 350Rs. W relacjach podobne ceny się przewijały, więc zadowoleni zgadzamy się. Podajemy panu 500Rs. Pan oddaje nam rozmienioną kasę i coś gulga po swojemu. Po chwili załapujemy, że komputer się zawiesił i mamy wyjść z lotniska i zaraz za drzwiami lotniska jest budka tej samej firmy i tam to załatwimy. Po chwili wahania wychodzimy z lotniska. Faktycznie jest parno, ale jakoś tak bez przesady. Oczekiwaliśmy, że nie wiem… walnie nas w głowę gorąco i smród, gdy tymczasem ciepło było, ale tego obiecanego smrodu jakoś nie było.

Jakichś tabunów ludzi chcących wcisnąć nam taxi też nie było, może ze 4 osoby nas zaczepiły. Po prawej była faktycznie budka z takim samym napisem jak na lotnisku, więc przepchaliśmy się w tamtym kierunku. Po 15 minutach byliśmy szczęśliwymi posiadaczami drukowanego świstka, na którym było dużo znaczków, a najważniejszy to numer naszej taksówki. Na wprost wyjścia z lotniska, lekko na prawo znajduje się ich „postój” – taka bezładna kotłowanina dziwnych pojazdów to jest to. Zapytaliśmy jednego z przechadzających się taksówkarzy o numer taxówki, to znaleźli ją w 3 minuty. Nam zajęłoby to chyba dobę…

Lipek nie wygląda na szczęśliwego. Marudzi, że o 2 w nocy wyjście z lotniska to jakby dostał mokrą szmatą w twarz. Zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie chce wracać na lotnisko i do domu. Profilaktycznie wpycham go do taxi…

Zdjęcie  - eric molina 

Zobacz też

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.

By |2018-11-14T21:36:09+00:00Listopad 2nd, 2018|Indie, Indie 2008, Wyjazd|0 Comments

About the Author:

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator - z przymusu - szwędacz.

Leave A Comment