Indie, dostajemy bagaże i ruszamy do Waranasi

/, Indie 2008, Wyjazd/Indie, dostajemy bagaże i ruszamy do Waranasi

Indie, dostajemy bagaże i ruszamy do Waranasi

Nowa wersja starego wpisu, wydanie nowe poprawione, opatrzone zdjęciami.

Telefon na lotnisko. Oddajcie nasze bagaże!

Cały czas żyliśmy nadzieją, że nasze bagaże dojadą z rana i będziemy mogli jechać spokojnie do Varanasi. Jako alternatywa, był objazd po Delhi jeepem, po bardziej oddalonych zabytkach i innych ciekawych miejscach. Mieliśmy otrzymać z samego rana bagaże, ale postanowiliśmy o 2 w nocy zadzwonić na lotnisko i sprawdzić, czy są, oraz czy dostaniemy je z samego rana. Nawet udało się zasnąć. Budzik, który drze się o takiej godzinie, w kompletnie ciemnym pokoju, bez okna, po tak małej ilości snu zrobił piorunujące wrażenie.

Ubraliśmy się i zeszliśmy na dół. Nastąpiła wymiana myśli z recepcjonistą. Chcemy zadzwonić na lotnisko. Ale po co? A dowiedzieć się czy nasze bagaże przyleciały. Nie macie bagaży? Nie, zgubiły się. I co teraz? Teraz musimy zadzwonić na lotnisko.  Po co?Aaaaargh! krwi! Po kał waszej świętej krowy do jasnej cholery! Dzwoń, tu jest numer.Zadzwonił. Pogulgotał w lokalnym języku do słuchawki i przekazał ją Ninie. Trwało trochę, zanim udało się wyjaśnić o co chodzi. O, nawet są dobre wieści, mój plecak jest. Plecak Niny? To dwa bagaże zginęły? Niemożliwe!

Ten język coś mi przypomina

Słuchałem zafascynowany tej rozmowy, kiedy do hotelu wtoczyła się grupka turystów. Zapytali o pokoje i nagle słyszę, jak rozmawiają ze sobą po… tak, zgadliście, po polsku. Przywitałem się, wymieniliśmy informacje skąd jesteśmy gdzie jedziemy co i jak i nagle słyszymy, że pokoje mają tylko po 1200Rs. Przecież w internecie były po 400? No ale są zajęte, a wolne są tylko za 1200. Nagle Nina odwraca się i wybucha: „Do jasnej cholery! ja nic prawie nie słysze, a wy tu jeszcze się wydzieracie” po czym użyła kilku epitetów i rabarbarów ( bo nasz język jest dobry do przekleństw – ma dużo r. A w słowie rabarbar jest już kumulacja ). Towarzystwo natychmiast ucichło, nawet recepcjonista. Nowi znajomi przylecieli tym samym samolotem, co my 24h temu. Przekazałem im informacje, które zgromadziliśmy w ciągu tego czasu i poszli szukać innego hotelu.

W międzyczasie na lotnisku po akcji poszukiwawczej znalazł się Niny plecak. Ustaliliśmy, że dostaniemy go do hotelu na 6 rano i poszliśmy spać. Znaczy łatwiej napisać niż zrobić, jakby nie patrzeć trochę nerwów nas to kosztowało. Może nie tyle, że się to nie znajdzie, ale że znów będziemy mieli opóźniony wyjazd. A plan napięty. Tak więc do rana zeszło nam na rozmowach. W pewnym momencie bardziej w monolog, bo robal zasnął, ale do tego jestem przyzwyczajony.

Bagaże odzyskane

Około 5 załomotało nam do drzwi. Zerwałem się i rozpaczliwie poszukiwałem bielizny, bo przecież nie otworze drzwi jak naturysta. Za drzwiami był uśmiechnięty od ucha do ucha Hindus i powiedział, że mamy gościa w recepcji. O 5 rano? przecież miał być o 6? W tym kraju to niebywałe. Skończyliśmy się ubierać i zbiegliśmy na dół. Czekał nas tam mały tłum i dwa kokony. Pani tu podpisze odbiór bagażu. A wypchaj Ty się cholero, nic nie podpiszemy, zanim nie zobaczymy plecaków. No przecież tu są, urażony człek pokazał na kokoniki. No w sumie wielkość by się zgadzała, ale nie przypominam sobie, żebyśmy owijali plecaki kilometrami folii i owijali drutem. I jeszcze plombowali.

Mimo pewnych problemów, udało nam się oderwać kawałek folii i faktycznie, gdzieś w środku tkwiły nasze bagaże. Podpisaliśmy, a Ninie wyrwało się, że jesteśmy bardzo szczęśliwi z tego powodu. AAA to niech pani to napisze. No ok, niech Ci będzie, napisane zostało, że jesteśmy szczęśliwi. Zaciągnęliśmy kokony do pokoju, gdzie udało nam się wydobyć z nich zawartość. O dziwo, wszystko było bez najmniejszego problemu, nic nie zginęło.

Nina postanowiła zakomunikować radosną nowinę Lipkom. Co prawda chciałem te śpiochy uratować przed tym, ale Nina była jak taran, nie do powstrzymania. Wróciła z informacją, że wiedzieli o bagażach. Jak ja się pytam, jak! Okazało się, że byliśmy odwrotnie zameldowani i najpierw Oni zostali wyrwani z objęć Morfeusza. Aczkolwiek podobno i tak źle spali, wiec wiele nie stracili, nie mieli powodów do marudzenia.Około 6 rano zadzwonił telefon. Tak, tak, nie pomyliłem się, mieliśmy w pokoju telefon. Głos w słuchawce zakomunikował mi, że kierowca nas oczekuje. Rewelacja. Znaczy następna rzecz do martwienia się odpadła – nie zostaliśmy oszukani i kierowca nie okazał się tylko snem.

Przyjechał transport

Spakowaliśmy się i przed 6:30 byliśmy na dole. Lipki się jeszcze chwilę kokosiły w pokoju, ale też zaraz się pojawili. Teraz jeszcze procedura wymeldowania się, podpisania papierów i można spadać.Kierowcę wypatrzyliśmy od razu. Pewnie po tym, jak recepcjonista nas pokazywał palcem. Jakkolwiek przywitaliśmy się i oglądnęliśmy go sobie od stóp po czubek głowy. Nogi miał, w sumie nawet proste. Tułów też posiadał. Długie ręce sztuk dwie też. I całkiem sympatyczną fizjonomię, takiego poczciwca. No jak człek na Niego patrzył to miał wrażenie, że biedak jest bardziej przestraszony niż my.

Nasz kierowca, Sonu

Zaprowadził nas do jeepa. Nie do końca wierzyłem w obietnice pełni luksusu, gdzie ostatni rząd siedzeń można było zmienić w miejsce do spania… i się nie zawiodłem. Aczkolwiek było o wiele lepiej, niż się spodziewałem. Jeep był. 2 miejsca z przodu, kierowca i pasażer. tylna kanapa na 3 osoby i 2 małe zydelki z tyłu w części bagażnikowej. W niej też znajdowała się niebieska torba naszego kierowcy. A, właśnie, kierowca, zapomniałbym. Przedstawił się jako Sonu ( albo Sono… albo Sony… przynajmniej tak na początku zrozumieliśmy, potem okazało się, że prawidłowa forma to Sonu ). Sonu na oko ma ze 30 wiosen. I kilka zim.

Weszliśmy się do środka. Siedzenia okazały się być dość mocno twarde, na dodatek, by stwarzać wrażenie luksusu, pokryte były skają czy innym podobnym materiałem. Nie wiem jak z przodu, gdzie usiadła Nina i Sonu, ale u nas z tyłu było w miarę dobrze, aczkolwiek bez rewelacji. No chyba, że jako rewelację zapisać to, że przytulałem się do Iwony ( oczywiście z braku miejsca! nie miałem nic innego na myśli ).

W drogę.

I ruszyliśmy. Jedzie! Ludzie, to jedzie! Pominę już ruch uliczny w Delhi który oglądaliśmy strasznie zafascynowani. Po jakichś 30 minutach kierowca się odezwał. Nie będę pisał w oryginale, od razu będę zapisywał tłumaczenie, bo jeszcze ktoś pomyśli, że odezwał się w naszym języku. A powiedział on – To jest brama Indii. Zamilkł na dłuższy czas. Minęło parę minut i Iwona postanowiła zagaić rozmowę, zapytawszy, w jakiej dzielnicy się znajdujemy. New Delhi. Ahaaa… znaczy się albo nasz kierowca ma focha, albo jest niemową, albo nas nie lubi albo nie wiem co. No dobrze…

Nic na siłę. New Delhi wyglądało już trochę lepiej. Wieżowce ze szkła i stali strzelały w niebo. Za to, przy ziemi, zaraz przy nich małe piętrowe rozpadające się budyneczki. Kraj kontrastów. „Incredible India” mówią reklamy i nie ma to jak widać ogrom znaczeń. Kawałek dalej, gdy zniknęły wieżowce, pojawiły się lepianki. Jeśli oglądaliście jakikolwiek program o wioskach afrykańskich – to macie pojęcie jak to wyglądało.Obok tych lepianek leżały naręcza chrustu.

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.

By |2018-11-14T21:42:05+00:00Listopad 8th, 2018|Indie, Indie 2008, Wyjazd|0 Comments

About the Author:

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator - z przymusu - szwędacz.

Leave A Comment