Tajlandia – Park Sam Roi Yot 2016-11- 26

Phraya Nakhon Cave

Pobudka

Budzimy się po 9 i zamiast słodkiego leniuchowania zrywamy się ponieważ śniadanie wydawane jest tylko do godz. 10. Miejsce nad którym się dziś zastanawiamy, to jaskinia Phraya Nakhon. Informacje wyczytane w internecie dotyczące dotarcia do jaskini nie zachęcają ale Jai, właścicielka resortu, mówi, że była z Sonią tylko, że momentami musiała ja nieść ponieważ dziewczynka bała się. Wciąż nieprzekonani dajemy się zaciągnąć Krzysiowi na basen. Krzyś ćwiczy swoje nowe umiejętności pływackie.

Po powrocie do domku robię małą przepierkę ponieważ nie ufam zapewnieniom gospodarza, że rano oddane pranie będzie gotowe wieczorem. Tym bardziej, że na pytanie ile będzie to kosztowało słyszę, że w zależności od wielkości a nie od kilograma, do jakiej wyceny jestem przyzwyczajona w trakcie dotychczasowych podróży.

Rejs w stronę Phraya Nakhon

Droga w stronę wejścia do jaskini
Droga w stronę wejścia do jaskini

Postanawiamy jednak spróbować zwiedzić jaskinię. Wybieramy trasę składającą się z dopłynięcia łódką a następnie wejścia na górę. Droga do miejsca gdzie przybijają łódki to 8,5km od naszego bungalowu. Na miejscu zostawiamy samochód a uczynna Tajka pokazuje nam miejsce gdzie kupuje się bilety wstępu do parku i tłumaczy, że koszt wynajęcia łódki to 400thb, co potwierdza informacje od Jai. Bilety kosztują 200thb/dorosły i 100thb dziecko. W trakcie rozmowy dotyczącej łódki dostajemy propozycję popłynięcia pobliskim kanałem i opłynięcia wysp po powrocie z jaskini za cenę 1200thb. Po krótki namyśle zgadzamy się. Dostaję numerek 12, który mam pokazać łódkowemu odbierającemu nas z plaży.

Do łódki wsiada się bezpośrednio z morza więc zdejmujemy buty a Krzysia przenosimy. Sama przeprawa trwa max 15min. Wysiadamy na pięknej plaży, gdzie sympatyczna pani kasuje nam bilety i proponuje przewodnika w cenie 300thb. Ponieważ nie wiemy, czy uda nam się w ogóle gdziekolwiek wejść dziękujemy i idziemy w stronę podejścia. Po drodze zaczepiam pana z ok. 5 letnią córką i podpytuję się jak wygląda wejście. Pan w odpowiedzi pyta o wiek Krzysia i po chwili namysłu mówi, że może nie jest łatwo, ale są punkty widokowe, można robić postoje a sama jaskinia warta jest tego by wejść na samą górę. Upewnia się jeszcze, że mamy wodę. O ile ścieżka przez las wymaga zachęcania Krzysia tak schody powodują, że startuje pierwszy.

W górę, do jaskini Phraya Nakhon

Niestety po kilku pierwszych zwalnia a po kilku następnych chce wracać. Postanawiamy jeszcze nie włączać tajnego, rodzicielskiego systemu motywującego i po 15 min osiągamy punkt widokowy. Decydujemy, że Adam idzie w górę a ja z Krzysiem zostaję i jeśli nie będzie nas w miejscu, gdzie rozstaliśmy się to będziemy na plaży. W międzyczasie Krzyś zaczyna bawić się czerwonym autkiem i nawet nie zauważa kiedy Adam nas opuszcza. Jednak po kilku minutach zaczyna dopytywać się o tatę. Kiedy dowiaduje się, że Adam poszedł w górę zaczyna marudzić, że chce iść do taty. Licząc na to, że daleko nie zajdziemy zgadzam się i ruszamy. Mimo mojego sceptycyzmu  i kilku postojów docieramy całkiem wysoko. Zaczepiam starszego pana pytaniem, czy jesteśmy w połowie. Okazuje się, że jesteśmy praktycznie przy jaskini i teraz czeka nas łagodne podejście a potem zejście w dół. 

Jaskinia Phraya Nakhon

Gdy dochodzimy do zejścia w dół spotykamy Adama a Krzyś radośnie oznajmia “tata jest!”. Adam proponuje, żeby zeszła na dół i obejrzała jaskinię a on zajmie się Krzysiem. Jednak młody nie daje się zbyć i powoli schodzą na dół. Jaskinia faktycznie jest piękna a dodatkowe wrażenie tworzą rosnące drzewa i świątynia wybudowana na jej dni. Wysoko w górze widać dziury w skałach. Warunki do robienia zdjęć są ciężkie ale udaje się zrobić kilka ładnych. W celu poszukiwania potworów Krzyś zakłada latarkę czołówkę i eksploruje co ciemniejsze miejsca. Niestety wyjście z jaskini wymaga już motywacji więc najpierw w nagrodę robimy piknik z tajskich batoników bang. Później jest coraz gorzej więc koniec końców Krzysio ląduje Adamowi na barana. Końcówkę schodzi sam.

Rejs łodzią

Na plaży wszyscy zdejmujemy buty i brodzimy w płytkiej wodzie. W oczekiwaniu na transport siadamy na plaży, Krzyś bawi się swoim czerwonym autkiem. Zabiera nas dopiero czwarta łódka ale kieruje się prosto w stronę kanału. Musimy też założyć kapoki. Niestety chcąc opłukać ręce z malutkich kawałków muszelek, które tworzą nadbrzeżny piasek Krzyś wypuszcza z rąk swoje czerwone autko. Nie ma krzyków czy płaczu, po prostu jest bardzo smutny – obiecuję mu kupno nowego, oczywiście w kolorze blue. 

Płyniemy sobie spokojnie rozglądając się w koło gdy naglę widzę dziwna kłodę. Okazuje się, że to nieduży krokodyl albo waran. Brzeg jest bardzo ładny ale niestety zaśmiecony. Biorąc pod uwagę ile zapłaciliśmy za wejście (Tajowie płacą 1/10 tego) wkurza mnie to ponieważ wystarczyłoby co jakiś czas przepłynąć się i pozbierać te śmieci, które prawdopodobnie są efektem mieszkających nieopodal rybaków. Wzdłuż kanałów stoją łódki służące do połowu ryb, które wyglądają trochę jak chińskie dżonki. Gdy zawracamy zastanawiam się, czy płyniemy już do brzegu, jednak okazuje się, że zgodnie z umową płyniemy dookoła wysp.

 Adam robi zdjęcia, Krzyś niestety znudził się przejażdżką więc gra na moim telefonie, który od czasu do czasu wypożyczam chcąc zrobić zdjęcie. Po drodze mijamy rybaków, zaplątujemy się też w linę od sieci ale szybko wyplątujemy. Słońce powoli zachodzi. Warto było wydać dodatkowe pieniądze na tą przejażdżkę. U naszemu zdziwieniu łódka zatrzymuje się daleko od brzegu a nasz sternik zamierza wysiąść. Czyżby byłoby tu aż tak płytko? Faktycznie w międzyczasie zrobił się odpływ, co oznacza, że do brzegu mamy spory kawałek. Z operatorem łódki rozstajemy się w uśmiechach.

Spacer o zachodzie słońca

 Woda jest ciepła jak zupa, chyba cieplejsza od powietrza. Krzyś niesiony przez Adama szybko zaczyna pokazywać, że on też chce pobrodzić w wodzie. Postawiony na ziemi zaczyna biegać chlapiąc wodą naokoło. I nagle stojąc w tej wodzie ogarnia mnie niesamowite uczucie, wypełnia mnie szczęście od stóp do głów i jeszcze trochę. Krzysio biega i śmieje się, Adam robi zdjęcia i kręci filmiki a ja mam ochotę krzyczeć z radości. Czuję się taka bezgranicznie szczęśliwa. Na to uczucie składa się wiele rzeczy – mam świadomość, że mamy zarezerwowany nocleg a na parkingu czeka nasz samochód więc nie muszę martwić się o transport powrotny czy targowanie a nam wcale nigdzie nam się nie śpieszy. 

Na horyzoncie słońce już zaszło i powoli robi się zmierzch, stoimy w ciepłej wodzie, nadbrzeże jest prawie puste i ciemne. dogłębnie czuję, że jestem na wakacjach i nic nie muszę – mogę wszystko powoduje, że czuję się szczęśliwa od stóp do ostatniego zakręconego loka. A tle brzmi muzyka, spokojna, sentymentalna muzyka, która już na zawsze będzie kojarzyła mi się z tą chwilą szczęścia. Gdy decydujemy się na kolację w knajpce na nadbrzeżu okazuje się, że muzyka dobiega z jednego z kilku samochodów Toyota Hilux, którymi przyjechała grupa Tajów świętujących coś przy jednym ze stolików.

Góra! Mogę ją dotknąć!
Góra! Mogę ją dotknąć!

Z Kanhanamburi do Sam Roi Yot – Tajlandia 2016-11- 25

Do Sam Roi Yot

Do Sam Roi Yot mamy 323km i około 5h drogi. Zwiedzanie wodospadów zajęło nam tyle czasu, że po raz kolejny do noclegu dotrzemy po ciemku ale Adam jest już wytrawnym pożeraczem szos i nie straszna nam żadna pogoda. Szybko mamy się okazję o tym przekonać ponieważ praktycznie zaraz po wyjechaniu z parku łapie nas ulewa. Mimo ustawionych co kilka kilometrów znaków ostrzegających przed wolnochodzącymi słoniami trafiamy na przechodzącego przez ulicę warana. Chłopak nic sobie nie robi z tego, że mógłby się stać torebką czy portfelem i spokojnie znika między drzewami. Teraz jeszcze tylko tankowanie i standardowo Krzyś zasypia a ja wyciągam laptopa.

Adam: Jedzie mi się już naprawdę fajnie. Mimo ulewnego deszczu który momentami zalewa nam szybę, jedziemy do celu. Pod sam koniec jestem już zmęczony, ale Nina dzielnie mnie pilotuje. Jest to potrzebne, bo nawigacja prowadzi nas w las w coraz węższe ścieżki. Asfalt dawno się kończy, jedziemy drogą o szerokości auta – krzaki drapią nam boki auta. W pewnym momencie dojechaliśmy do trochę lepszej drogi, do jakichś ludzkich siedzib. Dotarliśmy na miejsce, ale… nie ma tu nazwy naszego noclegu. Zawracamy i szukamy z drugiej strony. Udało się znaleźć, przejeżdżając przez gęstwiny krzaków. Oczywiście okazuje się, że można było dojechać tam prostą drogą od głównej ulicy… (co nie znaczy, że szeroką i wygodną)

Blue Beach Resort Sam Roi Yot

Do Blue Beach Resort docieramy od tyłu co początkowo budzi w nas obawę, czy dobrze trafiliśmy. Na szczęście dwie Niemki siedzące w recepcji informują nas, że gospodarze maja również bar przy plaży i tam należy ich szukać. Zostawiamy samochód na najbliższym placu i spacerkiem docieramy do baru. Okazuje się, że właściciele resortu to para słowacko-tajska. Dostajemy klucze do domku nr 2. Przed domkiem jest na tyle sporo miejsca, że przestawiamy samochód, który okazało się, że zaparkowaliśmy koło basenu.

Kolacja

Po rozpakowaniu bagaży zahaczamy o plażę. Jest odpływ. Stoimy przez chwile przy brzegu ale nie decydujemy się na zamoczenie nóg. Lekko wystraszony Krzyś prosi o wzięcie na ręce. Na kolację wracamy do baru – Saloon Six Palmas. Ponieważ bar wygląda z lekka europejsko więc liczę na to, że uda się zamówić pancake’i i przekonać do ich zjedzenia Krzysia. Niestety w menu nie ma żadnych dziecięco wyglądających potraw więc zamawiamy piwa i frytki. Krzyś, który nigdy frytkowy nie był tutaj również nie jest zainteresowany jedzeniem. Za to zyskuje towarzyszkę do rysowania i naklejania czyli 3 letnią Sonię, córkę właścicieli. Niestety po burzliwej wymianie zdań dotyczącej naklejenia żółtego kółka Sonia wraca do stolika babci. Krzyś usiłuje zagaić zabawę w berka ale robi to na tyle nieśmiało, że dziewczynka nie zauważa.

Basen

Wracamy do pokoju, przebieramy się w stroje kąpielowe i pomimo później pory postanawiamy zaliczyć kąpiel w basenie. Woda jest ciepła aż trochę zanadto jak na moje potrzeby. Do dyspozycji mamy materac i dwa małe kółka. Młody dosyć szybko opanowuje pływanie w kółku co napawa nas prawdziwą, rodzicielska dumą.

Nocleg

Wreszcie wracamy do pokoju i przygotowujemy się do spania. Niestety bungalow na pierwszy rzut oka robił lepsze wrażenie. O ile do części sypialnej nie można się przyczepić to w łazience deska klozetowa jest częściowo wyrwana, kran w umywalce przekręcony tak, że ciężko umyć ręce a sama woda cieknie na podłogę to dodatkowo zepsuta jest terma i nie ma ciepłej wody. W porównaniu z poprzednimi noclegami tutaj stosunek jakości do ceny mocno kuleje.

Co robić będziemy jutro? Będziemy zwiedzać Park!

Wodospady Erawan Tajlandia 2016-11- 25

Erawan waterfall - 2 poziom

W drodze na wodospady Erawan

Plan na dziś to Erawan Waterfalls. Ponieważ nasz nocleg nie przewidywał śniadania więc po spakowaniu się ruszamy samochodem w stronę dworca. Niestety okazuje się, że na miejscu gdzie wczoraj było mnóstwo straganów z jedzeniem dzisiaj stoją busiki. Krążymy po uliczkach rozglądając się za czymś do jedzenia. Decydujemy się na pizzę – niby nie tajskie jedzenie  ale biorąc pod uwagę klimat całości jest to stanowczo street food. Nasz wybór podyktowany jest też nadzieją, że może Krzyś skusi się na cos wyglądającego znajomo ponieważ nasze dziecko zaczyna z dnia na dzień jeść coraz mniej. Na szczęście dużo pije więc jeszcze nie martwimy się.

Adam: No szału z jedzeniem to rano nie było. Obeszliśmy okolice dworca i jedyne sensowne co znaleźliśmy to właśnie wózek z pizzą, która jakoś za bardzo na lokalne danie nie wyglądała… Ale w smaku już byo bliżej smakom Azji – choćby ketchup – który był zdecydowanie inny niż jesteśmy przyzwyczajeni. I trochę może jak konfitury smakował?

Kanchanaburi do Erawan Waterfall

Kanchanaburi znane jest głównie z mostu na rzece Kwai. Tą atrakcje postanowiliśmy sobie odpuścić a w zamian za to podjechać pod wodospady Erawan. Z miasta to ok. 50 km i prawie godzina jazdy samochodem. Wjazd na teren parku kosztuje 300thb za osobe dorosłą, 200thb za dziecko i 30 za samochód. Krzyś zostaje uznany za malucha i nie płaci biletu. Parkujemy i nauczeni doświadczeniem od razu decydujemy się na podwózkę wózkiem golfowym. Koszt to 30thb za dorosłego i 15thb za dziecko. Po ok. 10min wózek zostawia nas niedaleko 1 poziomu wodospadów.

Wodospady Erawan

Praktycznie od razu dochodzimy do 2 poziomu. Aby wejść wyżej należy zostawić całe jedzenie a za każdą butelkę z piciem zostawić kaucje 20thb. Bierzemy 1 butelkę, wpisuję swoje imię i nazwisko do zeszytu, zostawiam pieniądze i idziemy górę. Na 3 poziomie decydujemy się na dłuższy postój. Chłopaki rozbierają się i wchodzą do rzeki. Ponieważ ryby lekko szczypią w nogi zapewniając darmowy peeling Krzyś chce na ręce ale nie chce wychodzić z wody. Pstrykam im kilka zdjęć. Kiedy zaczyna padać wychodzą z wody. Zastanawiamy się, czy wracać czy iść jeszcze wyżej ale Krzysio decyduje za nas i biegnie w stronę 4 poziomu. Schody nie zniechęcają go a wręcz przeciwnie powodują, że koniecznie musi wejść na górę. Niestety wejście do wody jest mało wygodne. Potomek przekonuje nas, że idziemy dalej do góry. Jednak w połowie drogi następuje zmęczenie materiału i zaliczamy klastyczny odwrót na z góry upatrzone pozycje, czyli na 2 poziom.

Po drodze odbieramy jeszcze jedzenie i 20thb za przyniesioną z powrotem butelkę.Adam podpuszcza mnie, żebym weszła do wody. Niby ryby dużych pyszczków nie mają, niby jak nawet trochę mnie zjedzą to mam czym się dzielić ale tchórzę i wchodzę do rzeki tam, gdzie płynie woda a więc nie ma ryb. Po chwili dołącza do mnie Krzyś i przez 20min chlapie tajskie dziewczyny, skacze z niedużej kaskady i wdrapuje się na nią z powrotem. Wyjście nie należy do najprzyjemniejszych ale dajemy radę.Na drogę powrotną również kupujemy bilety na melexa. Przy parkingu wybieramy na chybił-trafił knajpę i zjadamy obiad.

Słowo od Adama

Adam: Niestety nie dane nam było wdrapać się na 7 poziom wodospadów. Krzyś mimo wielkich chęci zmęczył się wdrapywaniem się po stromych schodach. Dodatkowo pogoda nie nastrajała optymistycznie. Być może, gdyby nie deszcz, zrobilibyśmy sobie jeszcze kawałek drogi w górę, by zaliczyć atrakcję do końca – ale mamy alternatywę – albo zobaczymy wszystko, albo potem nie będzie czasu pochlapać się w wodzie i do kolejnego noclegu znów dojedziemy o pogańskiej godzinie. Więc wziąłem Krzysia na barana i powoli podreptaliśmy w dół. Kręgosłup nie był szczęśliwy, ale dotarliśmy na dół bez większych tragedii. I nawet udało mi się Ninę wysłać z Krzysiem do wody…

Tajlandia – droga z Sukothai do Kanchanaburi 2016-11-24

Night Market Kanchanaburi

Droga z Sukhotai do Kanchanaburi

Nastawiamy mapę na kolejny punkt podrózy czyli Kanchanaburi i widzimy, że tego dnia również dotrzemy po zmroku. Przed nami około 430 km i około 6h jazdy  Już od pierwszego kilometra widać, że Adam czuje się dużo lepiej za kierownicą. Wyprzedzanie z prawej zaczyna być na porządku dziennym i zaczyna rozważać możliwość wyprzedzania również z lewej. Krzyś dosyć szybko zasypia zmęczony wspinaniem i bieganiem po świątyniach. Ja usiłuje nadrobić zaległości w pisaniu.

Mimo iż Adam nadrabia ok. 30min w Kanchanaburi jesteśmy jak jest już całkowicie ciemno. Dodatkowo położenie guesthouse nie ułatwia sprawy ponieważ jest on położony w gąszczu ciasnych uliczek. Na szczęście kilka kroków od wejścia udaje nam się zaparkować samochód. Dostajemy klucze do niedużego ale czystego pokoju z wiatrakiem i łazienką. Zostawiamy bagaże i udajemy się w stronę dworca autobusowego, który jest niedaleko, aby coś zjeść. 

Adam: Tak. Z dniem dzisiejszym zdecydowanie spodobała mi się jazda po Tajlandii. Dowolność w stronach wyprzedzania, dowolność w używaniu kierunkowskazów, całkiem niezłe drogi… Jechaliśmy na nawigacji google, która miejscami prowadziła nas opłotkami, ale dzięki temu mieliśmy fajne widoki na zdecydowanie mniej turystyczne miejsca tego kraju. Co do jazdy autem w Tajlandii – zdecydowanie polecam, szczególnie wypożyczenie auta z automatyczną skrzynią biegów, by nie przejmować się zmiana biegów. Mimo lewostronnego ruchu – całkiem fajna przygoda.

Kanhanaburi

Zaliczamy najbardziej street foodowy posiłek, który bardzo nam smakuje. Przechadzamy się jeszcze między straganami i kupujemy kawałek brązowego ciasta, które wygląda trochę jak pasztet ale jest smaczne i polane jakby sosem karmelowym, i kawałek czerwonego cista, która wygląda jak galaretka ale smakuje jak słodki makaron ryżowy. Po drodze do pokoju kusimy się jeszcze na naleśnika z dżemem jagodowym, bananami i czekoladą. Jeszcze tylko prysznic i kładziemy się spać bo jutro czeka nas wczesna pobudka.