Pemuteran na Bali było naszym celem po zejściu z Kawah Ijen. Najpierw prom, potem godzina czekania na pustym dworcu i bemo, które ruszyło dopiero po negocjacjach. Na miejscu czekało nas jeszcze szukanie noclegu. Ostatecznie trafiliśmy do domków Sukiego, z basenem i łazienką otwartą na niebo. To dalszy ciąg dnia z 27 kwietnia 2013 roku; ceny promu, transportu, noclegów i posiłków dotyczą tamtego wyjazdu.
Po Kawah Ijen do portu
W jakiś bliżej nieokreślony sposób dotarliśmy na nadbrzeże. Nie pamiętam zbyt wiele z tego okresu. Możliwe, że spałem, albo zapadłem się w sobie, w swoją traumę. I jeszcze Lipek powiedział, że nie lubi, gdy mu mówię, że go nienawidzę (standardowy tekst przy górzystym terenie, gdzie mnie ktoś ciągnie).
No bo po co on to mówi, skoro i tak wszyscy wiedzą, że mu się podoba.
A uczucia trzeba uzewnętrzniać, bo człek może pęc. Albo pęknąć. Albo cokolwiek. Nie to nie, pęcne se sam, jak on taki jest. Dojechaliśmy do portu, zapłaciliśmy ostatnią część płatności za wycieczkę i Michał triumfalnie spojrzał na Lipka – nie zabili nas, było dobrze – więc o co było tak schizować? Grześ udał, że zapina plecak i jest tym śmiertelnie zajęty.
Prom z Jawy na Bali
Przeprawa na Bali kosztowała nas po 6000 irs.
Dwa złote za prom… Nieźle!
Prom był duży, muzyka trululała, nawet tekst do śpiewania karaoke był. A zespoły jakie, a jakie teledyski! Nasze diskopolo sprzed 15 lat. I artyści, wystylizowani na światowe gwiazdy… Wypas.
Czekanie na bemo do Pemuteran
Na Bali jednak humor klapł lekko. Autobusu brak, transportu brak. Na dworcu zaproponowali nam albo publicznego busa, który odjedzie jak się zapełni, zapewne za jakieś 3 tygodnie, albo prywatny transport za 300.000 (jakieś 100 pln). Nie ma mowy, mamy czas, czekamy na Bemo (lokalny busik – ichni standardowy środek transportu). Pan od prywatnego transportu zszedł do 150.000, niżej nie chciał. Poczekaliśmy sobie grzecznie z godzinę, ale nikt nie pojawił się na dworcu – zero chętnych by jechać gdziekolwiek. Z kierowcą busa wynegocjowaliśmy, że płacimy 150.000 i wiezie nas już teraz.
Znaczy może nie z kierowcą, a z jakimś lokalesem, który robił za translator i zapewne dostał swoją dolę, ale jednak zostały nam tylko 2 tygodnie urlopu i perspektywa spędzenia ich na tym urokliwym dworcu autobusowym nie przekonała nas. Najlepsze, że targowaliśmy się zajadle, myśląc, ze do Pemuteran jest 12 km – okazało się, że jest 2 albo 3 razy dalej.
To prawda. Mapy Lonely Planet nigdy nie były najlepsze, ale te dla Indonezji już nie raz wprowadziły nas w błąd.
Może to dlatego lokalesi niechętni byli do zejścia z ceny… Kurowozem na kołach pojechaliśmy w siną dal. Przez dziury w blachach, wyżarte korozją widać było asfalt pod nogami, ale jechaliśmy. I z sukcesem dojechaliśmy.
Szukanie noclegu w Pemuteran
Wysiedliśmy pośrodku wioski i ekipa odpowiedzialna za rekonesans (Iwona, Michał i Adam) udała się na poszukiwanie noclegu. Trwało to z godzinę, albo półtorej i nie znaleźliśmy nic ciekawego, w rozsądnej cenie. Najtańsze były chyba 2 pokoje jadące wilgocią, 500 m od drogi, 1 km od plecaków, za 550.000. Wytargowaliśmy, że jeśli weźmiemy u właściciela snurklowanie, to zejdzie nam do 500.000 i da pokoje z klimą.
W tak zwanym międzyczasie zdążyliśmy z Niną kupić i wypić soczek, sprawdzić menu cafe naprzeciwko, pooglądać, jak pewna pani chodzi i rozstawia hinduistyczne kadzidełka na ulicy i przed sklepami oraz porozmawiać z panem, który miał uroczego małego pieska wożonego między nogami na skuterze. Dowiedzieliśmy się, że na Bali większość stanowią hinduiści, którzy lubią wszelkie żywe istoty, a na Jawie mieszkają muzułmanie, dla których podobno psy to zwierzęta plugawe.
Rozmowa z Sukim
Po powrocie do Niny i Lipka zapytałem grzecznie i uprzejmie, czy może jednak nie warto dorzucić po 10 pln od osoby i w lepszych warunkach spędzić 2 dni… Chyba dopiero wtedy dotarł do wszystkich absurd sytuacji – nie zawsze musimy spać za grosze. Wobec tego Iwona i Lipek udali się w stronę bankomatu – bo rezerwy zostały tak uszczuplone, że ledwo na jakieś zakupy podstawowe starczyłoby, nie mówiąc o noclegu. Zaczepił ich człowiek przy jednym z hoteli, które odwiedziliśmy na początku, że ma pokoje. Tak, widzieliśmy, masz fajne pokoje, ale drogie i nie masz dla 5 osób. Pan powiedział, że on jest właścicielem i że można z nim ponegocjować, a co do pokoju to można dać materac…
Dostaliśmy taką cenę, że nie dyskutowaliśmy, tylko spakowaliśmy plecaki i podreptaliśmy szybko, by nikt nam nie zajął miejsca (od miejsca pobytu plecaków było to niecałe 100 m).
Domki i łazienka pod gwiazdami
Nocleg jest w domkach, w ślicznym parku, jest basen, własne papaje do zjedzenia prosto z drzewa… Pokoje super czyste, ładne… a najlepsza jest łazienka. Otwiera się drzwi do łazienki, a tam prysznic, muszla, umywalka – na otwartym powietrzu (znaczy bez daszka, a nie bez ścian bocznych). Siedząc na sedesie można patrzeć w gwiazdy…

Łazienka zrobiła na mnie chyba najlepsze wrażenie, ale cały hotel jest fantastyczny. Zresztą sądzę, że jeszcze pojawi się w naszych relacjach, bo zarówno miejsce, jak i właściciel okazali się być więcej niż fantastyczni. Dość powiedzieć, że po zakwaterowaniu i prysznicu, a przed rejestracją, Suki (właściciel) podwiózł Iwonę do bankomatu tam i z powrotem na skuterze.
Ryba na obiad
Po prysznicu poszliśmy jeszcze na obiad. I przynieśli jako sugestię obiadu ogromną rybę – w sam raz na 3 osoby… Iwona uznała, że umarła i jest w raju.





Basen i plany na kolejny dzień
Na koniec dnia jeszcze zorganizowaliśmy sobie na jutro trekking po parku i snurklowanie z łodzi. Dzień skończyliśmy na basenie, pod gwiazdami, pijąc rum jamajski z colą. Takie wakacje, to ja rozumiem. Nawet już trochę mniej nienawidzę Lipka, ale ćssiii, nie mówcie mu.
