Jesteśmy rodziną, która stara się ile tylko może podróżować. Zaczęliśmy podróże we dwójkę, lecz teraz pojawiły się dzieci… i okazało się, że nie jest to przeszkoda w podróżowaniu. Oczywiście, podróże z dzieckiem są zupełnie inne, ale nie znaczy to, że trzeba cały urlop spędzić “pod palemką”. Najczęściej podróż planujemy tak, by część wypoczynkowa, zajmowała ostatnie kilka dni – po intensywnym zwiedzaniu.

Zapraszamy do naszych relacji i galerii. Część pojawi się w przyszłości, część została odzyskana z otchłani internetu. Jednak z czasem starać się będziemy, by wszystkie wpisy i wszystkie nasze podróże znalazły tu swoje miejsce.

29.04.2013 Dzień IX Pemuteran – Ubud

Przed siebie, byle dalej! | 29.04.2013 Dzień IX Pemuteran – Ubud Plan na dziś – dostać się do Ubud. Alternatywny są dwie – albo kombinujemy lokalnym transportem (BEMO) do portu, potem do Denpasar a następnie do Ubud, albo weźmiemy coś prywatnego. Zwyciężyła opcja druga, z domieszką zwiedzania. Nasz szef hotelu zabrał nas do Ubud trasą widokową. Najpierw dotarliśmy do bardzo ładnej świątyni. Żeby nie było, w świątyni byliśmy koło 9, czyli koło 8 musieliśmy wyjechać, czyli koło 7 wstać. Jak na nas to prawie wieczorem. Świątynka była położona na kilku poziomach. Na najwyższym było coś, co przypomniało mi z lekka Borobudur. Tam też Michał zażyczył sobie zdjęcia w pozycji mnicha, albo kung-fu pandy. To wyszło o tyle dobrze, że dostaliśmy szmaty na zasłonięcie się – i Michał mógł od biedy za pandę uchodzić, nawet taką kung-fu. Kolejnym etapem podróży było oglądanie tarasów ryżowych, ale z auta, gdyż nie bardzo dawało
Czytaj więcej

28.04.2013 Dzień VIII Pemuteran

Przed siebie, byle dalej! | 28.04.2013 Dzień VIII Pemuteran Chciałbym napisać, że dziś się wyspaliśmy. Jeśli ktoś wysypia się do 6:30, to może i się wyspał. Dziś na 8:00 mamy zwiedzanie West Bali National Park. Po śniadaniu właściciel hotelu zawiózł nas na parking, gdzie spotkaliśmy naszego przewodnika. Dostaliśmy krem przeciw komarom (ładnie pachnący!) oraz wodę i rozpoczęliśmy zwiedzanie od nabrzeża. Zalewowe lasy mangrowe wyglądają z bliska całkiem fajnie, a wśród nich żyją stada zwierząt. Na nasz widok uciekła iguana, jakieś ptaki i jedyne co nie uciekło, to krab. Ale może dlatego, że już był zdechły. Po wodzie biegają śmieszne kijanki, które nasz przewodnik nazywał Mud Skipper. Może nie jakieś spektakularne, ale było ich na tyle dużo, że każdy z nas znalazł swoją własną do oglądania. W ziemi co chwilę widzieliśmy dziury, zastanawialiśmy się, czy to myszy czy inne paskudztwo – okazało się jednak, że to kraby robią sobie jamki, w
Czytaj więcej

27.04.2013 Dzień VII Droga do Pemuteran

Przed siebie, byle dalej! | 27.04.2013 Dzień VII Droga do Pemuteran W jakiś bliżej nieokreślony sposób dotarliśmy na nadbrzeże. Nie pamiętam zbyt wiele z tego okresu. Możliwe, że spałem, albo zapadłem się w sobie, w swoją traumę. I jeszcze Lipek powiedział, że nie lubi, gdy mu mówię, że go nienawidzę (standardowy tekst przy górzystym terenie, gdzie mnie ktoś ciągnie). L: no bo po co on to mówi, skoro i tak wszyscy wiedzą, że mu się podoba. A uczucia trzeba uzewnętrzniać, bo człek może pęc. Albo pęknąć. Albo cokolwiek. Nie to nie, pęcne se sam, jak on taki jest. Dojechaliśmy do portu, zapłaciliśmy ostatnią część płatności za wycieczkę i Michał triumfalnie spojrzał na Lipka – nie zabili nas, było dobrze – więc o co było tak schizować? Grześ udał, że zapina plecak i jest tym śmiertelnie zajęty. Przeprawa na Bali kosztowała nas po 6000 irs. L: dwa złote za prom… Nieźle!
Czytaj więcej

27.04.2013 Dzień VII Kawah Ijen

Przed siebie, byle dalej! | 27.04.2013 Dzień VII Kawah Ijen Nie ma to jak wakacje. Kolejny dzień wstaliśmy o pogańskiej godzinie. 4:30 To idealny czas, by w wakacje zerwać się z łóżka i iść gdzieś na koniec świata. W sumie dobrze, że nie byłem do końca świadom tego, na co się porywam, bo zapewne nie wyrwaliby mnie spod kocyka traktorem. Wstaliśmy i jak szczenięta, prawie nie otwierając oczu, spakowaliśmy się i załadowaliśmy do busa. Jeszcze dostaliśmy woreczek ze śniadaniem (mikrobułeczka słodka i coś wielkości połowy bułki, posypane serem żółtopodobnym). Droga z plantacji do punktu desantu trwała jakieś 30 minut. Dojechaliśmy i dostaliśmy azymut – tam! Co było robić, poszliśmy. Droga była dość szeroka, kamienisto-pyłowa, szło się całkiem nieźle. Drogą szli w górę pracownicy z pustymi koszami, więc wiedzieliśmy, że mamy dobry kierunek. Po jakichś 500 metrach wpadłem w poślizg na sypkiej nawierzchni i spotkałem się z matką. Ziemią. Twarda jakaś.
Czytaj więcej

26.04.2013 Dzień VI Bromo

Przed siebie, byle dalej! | 26.04.2013 Dzień VI Bromo Teraz Nina poszła w ślady Lipka i mając czas napisała relację z kolejnego dnia. To bardzo fajnie, że jestem odciążany, mam nadzieję tylko, że nie były to próby ostatnie…   Nina: Budzik był nastawiony na 3.35 ale już 25 po obudziło nas walenie w drzwi. Znaczy się pobudka. Lekko nieprzytomni, po 3 godzinach snu zebraliśmy się przed hostelem (Adam: jakich 3? Myślę, że udało mi się zasnąć może na godzinę. Jednak nie było tak źle – problem tylko z tym, że w pokojach było chyba zimniej niż na dworzu.).Iwona: mi nie udało się zasnąć w ogóle, co jest dość dziwne zważywszy moją śpiochowatość. Nasza wycieczka obejmowała wjazd jeepem na punkt widokowy – z którego będziemy podziwiali wschodzące słońce nad Semeru i Bromo, następnie zjazd na dół i podjechanie pod Bromo, na który zamierzaliśmy się dzielnie wspiąć bez wspomagaczy typu podjazd na
Czytaj więcej

25.04.2013 Dzień V Yogyakarta – Bromo

Przed siebie, byle dalej! | 25.04.2013 Dzień V Yogyakarta – Bromo Lipek postanowił zaprezentować swój talent pisarski, więc wklejam w całości, z moimi komentarzami. Sprytny, pisał w drodze, kiedy mieliśmy czas na pisanie i teraz mi dogaduje, że on to pisze dużo, a ja mało… To niech cfaniura pisze między 24 a 3 w nocy… Lipek: – Misiek! Wstawaj. Wstaaawaj! Już siódma! – biedna Iwona nie wie, że mój wewnętrzny spokój, opanowanie i kontemplacja po wizycie na 10. poziomie świątyni Borobudur pozwoliły mi dokonać samoobudzenia zaledwie piętnaście minut wcześniej. No, chyba że był to startujący samolot z lotniska usytuowanego chyba 100m od naszego pokoju.                 Naturalnie rzecz biorąc reszta ekipy już dawno siedzi w patio, czytają newsy, sprawdzają zdjęcia, widzę suszące się ręczniki. Szeptam do Iwony:                 – Jo tego nie forsztyjuja. Łoni nie muszą spać siedym abo łosiym godzin jednyj nocy?                 – Mie sie widzi, że muszom. Ale
Czytaj więcej