28-29.09.2008 Lot do Indii - z przygodami

Pieknie sie zaczyna. Z Polski udalo sie wyleciec, lecz do Amsterdamu nie mozemy wleciec. Mgla niestety uniemozliwia ladowanie. Zostalismy skierowani do Brukseli. Nigdy nie bylem w Brukseli, wiec nie jest zle ;P Wlasnie $$$$ trafil nasz plan lotu. Mielismy 2h na przesiadke. !adzieja jest to, ze skoro samoloty nie laduja, to tez nie startuja. Tankujemy w Brukseli i mamy czekac na poprawe pogody w Amsterdamie. Okolo godziny. Ogolnie na slowa uznania zasluguje linia KLM. Papu dali, przekaske dali… Mile panie caly czas biegaly z napojami. Czekajac na zatankowanie, tez biegaly z zimnymi napojami. Po godzinie polecielismy do Amsterdamu. Na miejscu zastalismy sodome z gomora i jeszcze odrobine tragedii. Przez mgle, nie zlapalismy samolotu do Delhi. kolejki, zeby przebookowac bilet byly kosmiczne. Na domiar zlego kazdy pytany mowil co innego odnosnie dalszego postepowania. Po blisko 3 godzinach w kolejce, przyszla nasza kolej. Pani zabrala nasze bilety i bez slowa poklikala w klawiature. Klik, Klik, zmarszczenie brwi, klik, klik. Wstala i poszla sobie. wrocila po jakichs 15 minutach i ponownie zajela sie kliklikaniem. Bez slowa wydrukowala bilety, oddala i stwierdzila NEEEXT! WTF pytamy, bilety sa na jutro dopiero i to nie na klm a na austrian airlines. No, mamy jutro na 6.20 byc na samolot. No ok, ale co my ze soba mamy zrobic, dopiero 14h jest. Baba nie wie, nie interesuje jej to. Nie dostarniemy nic za opoznienie,, gdyz wyniklo z przyczyn niezaleznych od przewoznika. Dupa, nie usmiecha nam sie wydawac ponad 100 euro za hotel na kilka godzin, przedziemy sie zwiedzic Amsterdam, a potem przespimy sie na lotnisku.O rany spore to lotnisko.

Nina

Z jednego konca na drugi idzie sie 40 minut. Zjedlismy sobie obiad i pojechalismy pociagiem z lotniska do centrum. Amsterdam jest baaaardzo ciekawym miastem.

Nie bede sie rozpisywal, ale zakonczylismy wycieczke w coffe shopie :P.

O 23 dotarlismy na lotnisko, przekonalismy, ze trzeba nas wposcic, bo tam jest nasz hotel. Udalismy sie na koniec lotniska i polozylismy sie. W sumie w dniu wylotu nie spalem, ale nie bylem spiacy. Zreszta ktos musial dobytku pilnowac, jak beda spali na lezankach. Tak zakonczyl sie 1 dzien wycieczki. Zamiast w Delhi spedzamy go w Amsterdamie. Nawet zaczynamy sie smiac, ze z naszym udzialem kreca film Terminal 2. Miala byc przygoda to jest, nie ma co marudzic

 

 

29.09.2008

Lotnisko w amsterdamie nie jest zbyt pieknym miejscem do spania. Troche zimno, srednio wygodnie, ale w nocy przynajmniej cicho. Rewelacyjne uczucie isc samotnie po kilometrach korytarzy, patrzac za okno, jak pada deszcz. Wrazenie osamotnienia jest ogromne. Rano wsiedlismy do samolotu i polecielismy do Wiednia. Dali nam bilety w klasie business, wiec sniadanie bylo i smaczne i obfite. W Wiedniu musielismy na swoj lot czekac 4h. Lotnisko nie zrobilo na nas dobrego wrazenia, ledwo znalezlismy miejsca siedzace. Co gorsza musialem popracowac, a na lotnisku nie bylo ani jednej kafejki internetowej. Kupilismy sobie po litrze wodki na pare. Taka ilosc to tylko leczniczo w indiach uzywana bedzie. Odlot. Calkiem fajny samolot, 767, dalo sie przespac, jedzonko smaczne. Do przezycia. Pierwszy kontakt z hindusami… kobieta po zakonczeniu posilku wywalila na podloge co jej przeszkadzalo. Tragedia. Wychodzac z samolotu, wygladalo, jakby traba powietrzna przez niego przeszla. Wyladowalismy o godzinie 00:20. To jakies 26 godzin spoznienia. A plan i tak byl napiety..


30.09.2008 New Delhi

Przez małe okienka w samolocie widać miliardy małych światełek. Na ekranie LCD znaleźliśmy sobie widok z kamery samolotu, widać zbliżający się pas startowy. Znaczy dolecieliśmy. Jeszcze tylko chwila dzieli nas od tego magicznego miejsca. Wszystko jest jakieś takie zamglone. 1 w nocy, więc to nie może być mgła – to musi być ten osławiony smog. Samolot kołami dotyka pasa, rozlegają się oklaski. Wychodząc z samolotu oglądamy, jakie pobojowisko zostawili po sobie pasażerowie. Wchodzimy do rękawa i czujemy gorące wilgotne powietrze. Chyba nie jest tak źle, jak opisywali? Ale może to jeszcze nie to? Idziemy dalej. Pierwszy kontakt z biurokracją mieliśmy w samolocie. Jakaś ankieta do wypełnienia, numer paszportu, wizy, daty wystawienia, ważności, miejsce gdzie będziemy mieszkać… Idziemy z paszportem i tą kartką do urzędnika. Mamy natychmiast napisać, gdzie będziemy mieszkali w Indiach. I nie daje się wyjaśnić, że będziemy jeździli z miejsca na miejsce, że nie mamy zarezerwowanych hoteli. To nieważne, wpis musi być. Wpisujemy adres Vivek Hotel i urzędnik jest od razu szczęśliwszy. Możemy wreszcie iść po bagaże. Wyjeżdżają powoli, więc parami udajemy się zwiedzić Indyjskie WC. W sumie nawet czyste, ubikacje europejskie. Wszędzie w miarę czysto. Z relacji oczekiwaliśmy czegoś w rodzaju naszego warszawskiego dworca centralnego. Lipków bagaże wyjechały, więc czekamy na swoje. Podchodzi miły Hinduski urzędnik i pyta, czy nazywamy się jakoś tak, bo ma do tego kogoś wiadomość. Nie, nie nazywamy się tak. Bagaże przestają się pojawiać. Hindus podchodzi i mówi, że to już koniec bagaży, że to co wyjechało, to zostało zdjęte z pasa transmisyjnego i postawione na podłodze. Nie ma tam naszych bagaży… Ten sam urzędnik prowadzi nas do lady help-desku, wyjaśnia sprawę koledze. Tłumaczymy skąd przylecieliśmy, jakim samolotem, w jaki sposób. Dobrze, że Nina zatrzymała wszelkie świstki samolotowe, to ogromnie ułatwia sprawę. Przychodzi kolejny pracownik, tłumaczymy to samo ponownie. Ogólnie niby mówią po angielsku, ale jakoś w dziwny sposób… I znów kolejna osoba pyta o to samo. Nina nie wytrzymuje i mówi, naszemu uprzejmemu hindusowi, że jeszcze raz ktoś o to się zapyta, to wpadnie w szał i coś tej osobie zrobi. Nie kończy tego mówić, podchodzi kolejna osoba i zadaje to samo pytanie… Hindus serdecznie ubawiony mówi koledze, że teraz ta pani wpadnie na niego w szał i mu coś zrobi. Pan nagle znika. Wypełniamy tony papierów. Co było w bagażu, jak wyglądał. Plecak. Patrz mi na usta – plecak! Dostajemy zdjęcia różnych toreb podróżnych, pokazujemy na plecak. Plecak? Ale jak to? Ale może jednak torba na kółkach? Nie! PLECAK twoja mać! A jaki kolor. Niebiesko czarny i zielono czarny. A ile tego zielonego a ile czarnego? Że też mi do głowy nie przyszło zrobić zdjęcie wcześniej… byłoby łatwiej. A jakiej firmy ta torba? PLECAK! No to plecak. Aha. To teraz trzeba iść do bramki numer 1 z 4 papierkami po pieczątkę. Poszliśmy po pieczątkę. Bez słowa dostajemy pieczątki i wracamy. Sprawdzają dokładnie pieczątki, oddają nam 1 papierek i mówią, że pewnie jutro przyjdą bagaże. Ale będą dzwonić do hotelu.

Dooobrze… to teraz taksówkę do hotelu. Trzeba by prepaid taxi wykombinować. A! I kasę trzeba wymienić. Nie wychodząc jeszcze z lotniska, jest kantor Thomas Cook i banku Indii. Wybraliśmy bank, dostaliśmy kurs 45,9 za jednego dolara, wymieniliśmy 500$ i dostaliśmy 22950Rs. Uznaliśmy, że nie ma sensu wymieniać 1000$, bo to będzie ogrom lokalnej waluty, a ponadto dużo papierków.

Kawałek dalej są jakieś biura turystyczne itp. Szukamy wielkiego napisu prepaid taxi, ale nie widzimy. W końcu po prawej i lewej stronie głównej drogi w tych małych turystycznych biurach widzimy napis prepaid taxi. Hehe… spodziewaliśmy się czegoś innego. Ok., idziemy do lewego, podajemy adres i pytamy ile. 350Rs. W relacjach podobne ceny się przewijały, więc zadowoleni zgadzamy się. Podajemy panu 500Rs. Pan oddaje nam rozmienioną kasę i coś gulga po swojemu. Po chwili załapujemy, że komputer się zawiesił i mamy wyjść z lotniska i zaraz za drzwiami lotniska jest budka tej samej firmy i tam to załatwimy. Po chwili wahania wychodzimy z lotniska. Faktycznie jest parno, ale jakoś tak bez przesady. Oczekiwaliśmy, że nie wiem… walnie nas w głowę gorąco i smród, gdy tymczasem ciepło było, ale tego obiecanego smrodu jakoś nie było. Jakichś tabunów ludzi chcących wcisnąć nam taxi też nie było, może ze 4 osoby nas zaczepiły. Po prawej była faktycznie budka z takim samym napisem jak na lotnisku, więc przepchaliśmy się w tamtym kierunku. Po 15 minutach byliśmy szczęśliwymi posiadaczami drukowanego świstka, na którym było dużo znaczków, a najważniejszy to numer naszej taksówki. Na wprost wyjścia z lotniska, lekko na prawo znajduje się ich „postój” – taka bezładna kotłowanina dziwnych pojazdów to jest to. Zapytaliśmy jednego z przechadzających się taksówkarzy o numer taxówki, to znaleźli ją w 3 minuty. Nam zajęłoby to chyba dobę…

Zapakowaliśmy się do dziwnego pojazdu, coś jak skrzyżowanie motocykla z polonezem truckiem. Grzesiek z przodu, my z tyłu a na końcu bagaże. Ruszyliśmy. W sumie nie, nawet jeszcze nie ruszyliśmy, kiedy kierowca włączył klakson. Oparł się na nim, przejechał po wysokim krawężniku przepchał się o grubość lakieru między innymi pojazdami, i podjechał pod bramę lotniska. Pokazał naszą kartkę którą potem mu wyrwaliśmy i ruszyliśmy w nieznane. Strasznie zapylonymi ulicami przemykaliśmy w stronę centrum. Widać było budowę metra – nawet w nocy coś robili, ciężarówki jeździły, klaksony wyły. Ciężarówki jeździły bez świateł, kierunkowskazów, stopów. Nasz kierowca też jechał bez świateł, dość szybko pokonując szmat drogi. Nie były mu straszne nawet skrzyżowania z czerwonymi światłami. Wystarczyło zatrąbić, zwolnić lekko i przejechać bez strachu w sercu. Wjechaliśmy w ciemną uliczkę. Oho… pewnie zaraz się dowiemy, że nasz hotel się spalił. Coś zagadał. Angielski jego jest mocno średni. Aaa, nie wie gdzie nasz hotel. Kazaliśmy mu jechać na Main Bazaar, tam poszukamy. Jedziemy dalej, ciemna ulica, pełna prędkość. Nagle coś majaczy w mroku i chwile później uderzamy w leżący na ulicy sporej wielkości konar z gałęziami. Może z 7 metrów długi, wyższy od pojazdu. Odbijamy się od niego, albo on od nas, przelatujemy dalej. Zleciały się psy, ujadają i biegną za nami. Po jakimś kilometrze kierowca zatrzymuje się i wysiada. Odgina zderzak i wycieraczkę, łaskawie zapala światło i jedziemy dalej. My jakoś żyjemy, aczkolwiek Grzesiek lekko został podrapany, ale jest dzielny. Jesteśmy na Main Bazaar. No nie do końca tego się spodziewaliśmy. Uliczka zamglona, wszędzie na każdej płaskiej powierzchni śpiący ludzie, psy, krowy. Sterty śmieci i papierów. Gdzieniegdzie małe ogniska. Zabudowa też nie sprawia dobrego wrażenia. W Polsce bałbym się do takiej dzielnicy wejść za dnia, a tu będę mieszkał… Tak wygląda ta dzielnica za dnia – może to da Wam jakieś wyobrażenie

Wielki napis Vivek Hotel. To tu! Kierowca oczywiście przejechał. Wypakowujemy się i wchodzimy do środka. Tak, to to miejsce. Oddajemy kierowcy świstek prepaidowy i zaczynamy dyskusje hotelowe. Hej, macie wolne tanie pokoje? Mamy, po 600. Ejże! Na stronie macie za 400 najtańsze! Niemożliwe, na stronie najtańsze są za 600 twierdzi koleś. Wyciągam telefon z kopią strony i nagle przypomina się hindusowi, że jednak mają jakieś tańsze. Prowadzi nas do pokojów. Jeden za 350 drugi za 400. Nie wyglądają tak jak na zdjęciach ze strony. Z Niną, jako poszkodowani na bagażu, dostajemy lepszy, ten za 400, większy ładniejszy.

Lipki biorą pokój 401, za 350Rs. Rano Grzesiek pomstuje na niego jak tylko może. Nie wyspali się, a łazienka była średnich lotów. Grzyb, obłażący tynk gorąc w pokoju oraz hałasy nie pozwoliły im się wyspać.

Plusem Hotelu było jednak to, iż miał restaurację na dachu – rano było to wielce wygodne.

Oczywiście mieliśmy jeszcze wybór spać jak lokalesi, ale jakoś nie pociągało nas to. Dziwne…

 

Dowcip, który można zrozumieć, jak się przyjedzie do Indii:

Angielskie biuro poszukuje pracownika, zglosil sie francuz niemiec i hindus. Aby sprawdzic czy sie nadaja kazali im ulozyc zdanie ktore bedzie zawieralo nastepujace wyrazy: grin, pink, jeloł (jakby kto nie wiedział – green, pink, yellow – zielony, różowy, żółty). Na pierwszy ogien poszedl niemiec :
– When i wake up i se jeloł sun grin grass and pink sky.
nastepny byl francuz:
– When i wake up i wear my jeloł t-shit, pink sox and grin hat.
i ostatni hindus :
– When the phone grin grin i pink up and say jeloł.

 

Godzina 10. Chwila zastanowienia, gdzie jesteśmy. Otwarte oczy widzą kręcący się wentylator, mielący gorące powietrze. Przez głowę przechodzą różne myśli, jednak jest na tyle jasno, by zorientować się, że nie jesteśmy w więzieniu. Za mało krat. Fakt, przyjechaliśmy do hotelu, nadeszło przypomnienie. Hotelu w Indiach. Nadeszło wspomnienie, jak po wypełnieniu papierologii, zostało nam zrobione zdjęcie z jakimiś cyferkami na kartce. Jak na amerykańskim filmie, przestępcom. Ściany błagające o farbę. Prześcieradło, którego kolor może nazwać białym tylko osoba mająca poważne problemy ze wzrokiem. O łazience nie wspomnę nawet.

Tragedia, prawda?

A właśnie nie. Budzimy się zadowoleni z życia, wreszcie wyspani, wreszcie na miejscu. Czas najwyższy odwrócić złą passę. Wstaliśmy, zamkneliśmy naszą klitkę i poszliśmy na dach, do restauracji. Nawet ładnie, trochę zielono, czysto. Usiedliśmy zamówiliśmy Colę. 20Rs za butelkę. Jest wspaniale zimna. Czekamy na Lipków, znanych śpiochów. Po kilku minutach przychodzą. Następuje pewna konsternacja, co zamówić. Czy już ryzykować, czy jednak wybrać bezpieczniejsze potrawy?

No dobra, na śniadanie jeszcze nie ryzykujemy i zamawiamy z Niną po zestawie śniadaniowym po 70Rs

Lipki zamawiają śniadanie amerykańskie za 90 i hiszańskie za 85.

My dostajemy zdechłą bułkę, trochę dzemu i masła, oraz omlet. Lipki dostają to samo, z tą różnicą, że w omlecie jest albo coś mięsoodobnego, albo jakieś warzywa. Razem z napojami płacimy 385Rs. Niecałe 20PLN na 4 osoby. Całkiem milusio.

Najedliśmy się po nos. Teraz czas na dyskusję, co robimy. Alternatywy są dwie. Albo wynajmujemy jeepa z kierowcą i jeździmy w ten sposób, albo walczymy z pociągami, autobusami i innymi środkami komunikacji. Wygrywa opcja jeepa, ze względów czasowych – straciliśmy już jeden dzień w Amsterdamie, a teraz tracimy kolejny, na oczekiwanie na bagaże. Przy takim krótkim wyjeździe, nawet 2 dni to duża różnica. Cieszymy się jednak, że nie zamówiliśmy z Polski pociągów, gdyż takie opóźnienie kompletnie rozwaliłoby nasze plany. Mamy sprawdzone biuro turystyczne. Koleżanka Grześka tydzień wcześniej wróciła z Indii, jeździła wynajętym jeepem z agencji znajdującej się tu na miejscu w hotelu i była zadowolona. Dodatkowym plusem jest to, że agencję prowadzą dwaj „zamachowcy”. No to nie moja wina, że faceci w turbanach wyglądają mi na zamachowców więc tak zostali nazwani. Agencje prowadzą dwaj bracia, którzy są Sikhami. Gwarantuje to, że będą uczciwi… jak na Indie. Zeszliśmy na dół i weszliśmy do klimatyzowanego biura. Pokazaliśmy naszą planowaną trasę, do której zamachowiec odniósł się dość sceptycznie, z racji ograniczeń czasowych. Natychmiast jednak zaproponował alternatywną trasę, rozpisując ją na dni. Rozpisał ją o Rajastanu a kończąc na Varanasi, jednak nam zależało, żeby zobaczyć gathy na gangesie. Stwierdziliśmy, że zaczynamy tymi miejscowościami na których nam zależy, a na koniec zostawiając te, które możemy odpuścić. Przedyskutowawszy przez dłuższy czas nową wersję trasy, doszliśmy do pewnego porozumienia. Najgorsze było to, że zależało nam na Varanasi które było maksymalnie na wschodzie kraju i na Jaisalmerze z noclegiem na pustyni na zachodzie. Dodatkowo jako pewnik, chcieliśmy zobaczyć Khajuracho i Agrę.

Ustaliliśmy zatem, że nasza trasa będzie wyglądała następująco: Delhi – Varanasi – Khajuraho – Agra – Pushkar – Khuri – Jaisalmer -Jodhpur – Jaipur. Razem jakieś 4000km.

Przeszliśmy do negocjacji cenowych. Za samochód, bez klimatyzacji wyszło 720$. Jeep bez klimy to chyba 840$ ale już więcej miejsca. Za 900$ zaproponował nam jeepa z klimą. Oczywiście usiłowaliśmy się targować, ale jeszcze bez przekonania i nic z tego nie wyszło. W każdym 900$ płacimy za wynajem i to koniec naszych opłat – za paliwo, opłaty przy przekraczaniu stanów, za „autostrady” płaci kierowca. Niech będzie i tak. Zapłaciliśmy 600$ dostaliśmy pokwitowanie i radę, że jeśli chcemy jechać dziś do Red Fortu, to najlepiej nie rikszą, ale metrem. Od Vivka stacja metra jest jakieś 10 minut drogi, więc uznaliśmy, że to dobry pomysł.

Posmarowani olejkiem z filtrem SPV 30 wyszliśmy z hotelu…

Głęboki oddech. Czas wyjść z bezpiecznych murów hotelu w tajemnicze zaułki Delhi. Pamiętając relacje śmiałków, które czytaliśmy wcześniej, wiedzieliśmy mniej więcej czego się spodziewać. Czytać a przeżywać, to pewna różnica, więc delikatnie odwlekaliśmy wyjście. Jednak przecież przyjechaliśmy tu po coś, prawda? Drzwi stanęły otworem i wyszliśmy przed hotel, na gorące wilgotne powietrze.

Nie było tak źle. Oczywiście od razu hałas, tłok i ogrom ludzi spowodował pewne zagubienie, ale Nie było jednak tak źle, jak myśleliśmy. Spodziewaliśmy się dzikich tłumów biegnących w naszą stronę by bogatych białasów pozbawić ich dolarów. Owszem, z każdej strony ktoś nas zaczepiał, było to męczące, ale bez przesady. Skierowaliśmy się w stronę wyjścia z Main Bazaar, w stronę metra.

Zamachowcy poinformowali nas, że do metra jest jakieś 15 minut drogi, więc nie ma sensu brać rikszy, czy innego pojazdu. Tak więc szliśmy drogą, mijaliśmy stragany, zerkając na nie z zainteresowaniem. Oczywiście nie bezpośrednio, żeby jeszcze bardziej nie narażać się na nagabywanie. To, co od razu szokuje, to feeria barw. Są wszędzie – na ubraniach, na straganach wszędzie. W pewnym sensie dość mocno odcina się od szarości tła takiego jak budynki czy śmieci na ziemi. Tak jakby miało to stanowić kontrast, iskrę radości w życiu tych ludzi. Zaskakiwani byliśmy co chwilę. Byliśmy pod wrażeniem przewodów elektrycznych które lokalesi rozwieszają wszędzie. Przyzwyczajeni byliśmy, że na słupie są 4 przewody na izolatorach i widok takich słupów w Indiach nas dość mocno zdziwił.

Po dojściu do głównej ulicy skręciliśmy w lewo i po kilku minutach naszym oczom ukazał się budynek, przypominający starą fabrykę.

Nie wyglądało to optymistycznie. Po wejściu po schodach, trafiliśmy jednak do innego świata. Marmury, szkło, czystość zdecydowanie były zaskakujące, szczególnie patrząc na obskurny wygląd budynku. Kupiliśmy bilety za 25rs. Bilety, to takie małe żetony, które przytyka się do czytnika bramki na wejściu do metra, a wychodząc z budynku na bramce wrzuca się do środka. Z zaskoczeniem patrzyłem na zmywanie podłogi. Mianowicie jeden tubylec trzymal miotłe ze szmatą, a drugi go prowadził. Słyszałem o tym, że w Indiach często zatrudnia się ludzi do fikcyjnych prac, ale to było dziwne. Udaliśmy się na peron, który… był nad ziemią.

Ok, tylko w którą stronę jechać? Jak zwykle koniez języka za przewodnika i wydelegowaliśmy Iwonę, by za pomocą swojego uroku osobistego wyciągnęła od pana mundurowego tą informację. Nawet łatwo Jej poszło. Tak przy okazji, wojskowych było sporo. By wejśc na dworzec, trzeba było przejść przez bramkę z detektorem metalu oraz pokazać plecak. Prawda jednak jest taka, że nas o wiele mniej sprawdzali niż swoich współbraci.

Nadjechało metro. Uaaaa… cywilizacja! Usiłowaliśmy być kulturalni, odczekać aż wysiądą ludzie i wtedy wsiadać. Był to gruby błąd. Udało się to tylko Iwonie. Drzwi się zamknęły a my zostaliśmy z głupimi minami na peronie. Na migi pokazaliśmy jeszcze, że spotykamy się na następnej stacji.

Teraz już byliśmy sprytni. Ledwo nadjechał pociąg, ledwo się otworzyły drzwi, zaczeliśmy pchać się do środka, przepychając się z wychodzącymi. Udało się i znaleźliśmy się w klimatyzowanym wnętrzu. Ciche to metro, nie to co nasze. Na kolejnej stacji czekała Iwona, więc przeżyła, nikt Jej nie porwał. Przesiedliśmy się na drugą linie metra. Ogólnie stanowiliśmy całkiem niezłą ciekawostkę, wszystkie spojrzenia były na nas kierowane.

Wysiedliśmy i spotkało nas kolejne zaskoczenie. W pewnym sensie te zaskoczenia w takiej ilości już przestały być zaskakujące, ale jednak. Przed budynkiem stacji, koczowali ludzie. Spali nie tylko na trawnikach, ale też bezpośrednio na chodniku, pod nogami. I to nie był jeszcze wieczór, tylko środek dnia. W naszą stronę wyciągnęło się wiele rąk, prosząc o datek. Mimo, iż serce nakazywało dać choć monetę, wiedzieliśmy czym to się skończy. Nie opędzilibyśmy się od wyciągniętych rąk. Udało nam się dojść do głównej drogi. W tym miejscu pierwszy raz dał się czuć smród. Rozglądając się, dostrzegliśmy w jednym ze zniszczonych domów normalne wysypisko. Śmieci piętrzyły się powyżej głowy. Zresztą wystarczy spojrzeć na zdjęcie, po prawej stronie widać ilość śmieci.

Opis zamachowców był dokładny. Wyjść z metra, dojść do drogi, skręcić w prawo, dojść do większej drogi i iść w lewo. Na wprost wydać było w oddali Red Fort. Szliśmy ulicą i po prawej stronie zobaczyliśmy nabazgraną na naszym planie świątynię zamachowców. Znaczy Sikhów. Nie bardzo wiedzieliśmy jak się zachować. Wierni podchodzili, dotykali dłonią korytka z wodą przez które się wchodzi, czynili magiczne gesty. Ktoś złapał nas za ramię i zaprowadził do małego biura mieszczącego się po lewej stronie od wejścia. Myśleliśmy, że to kolejne biuro turystyczne, lecz nie, było to coś w rodzaju kancelarii parafialnej. Dostaliśmy broszury do czytania, na temat ich religii. Ogólnie sami o niej mówią „Sikh religion – open religion”. Po przeczytaniu, dostaliśmy pomarańczowe nakrycia głowy i byliśmy gotowi do oglądania. Czy chcecie przewodnika? Chwila konsternacji, pewnie znów nas chcą na kasę zrobić… Nie chyba nie chcemy… a ile to by kosztowało? Tu nastąpiła konsternacja z drugiej strony. Ależ za darmo! jeśli będziecie chcieli, to dacie dobrowolny datek, nic nie wymagamy!

Od lewej ja, zamachowiec, Grzesiek, Iwona i kolejny zamachowiec.

Zostawiwszy buty i skarpetki w kancelarii, podreptaliśmy gęsiego za przewodnikiem w turbanie. Weszliśmy mocząc stopy w korytku z wodą i przeszliśmy do innego świata. Przeszliśmy przez salę z modlącymi się i zostaliśmy zaprowadzeni… do kuchni.

Przed wyjazdem oglądaliśmy na Discovery program podróżniczy, jak ktoś był w Amritsarze, w Złotej świątyni. Momentalnie poczuliśmy się jak w takim programie, dziewczyny przysiadły do kobiet robiących ciabatki. Zasadą Sikhów jest to, że każdy może przyjść i zostanie nakarmiony. Wolontariusze pomagają robić jedzenie, zmywać, sprzątać. Dziewczyny zabrały się ochoczo za tworzenie jedzenia. Na początku nie wychodziło im, lecz z czasem doszły do wprawy. Mam ciche wrażenie, ze te pierwsze które ulepiły, zostały jeszcze raz zrobione, ale lepiej nie będę tego głośno mówił, coby po głowie nie oberwać.

Obeszliśmy wszelkie pomieszczenia kuchenne, zaglądaliśmy w gary, wąchaliśmy co tylko się dało.

Następnie przeszliśmy przez cały teren świątyni, do samego środka, gdzie prowadzone były modły. Teoretycznie powiedziano mi, żebym nie robił tam zdjęć, więc się powstrzymałem. Dziewczyny poszły dać na ofiarę, a w tym czasie nasz przewodnik zapytał mnie, czy chciałbym tu zrobić zdjęcie. No zaraz, to nie można czy można, niech się chłopak zdecyduje. Ale skoro pozwala, to protestować nie będę, tak wygląda wnętrze świątyni sikhijskiej.

Byliśmy naprawdę pod wrażeniem zarówno radości tych ludzi, serdeczności jak i klimatu jaki tu panował. Ciężko było wychodzić, ale jak zwiedzanie to zwiedzanie. Wyszliśmy, ubraliśmy buty i powędrowaliśmy w stronę Red Fortu.

Doszliśmy do szerokiej ulicy. O rany, do tej pory myśleliśmy, że widzieliśmy wszystko na temat poruszania się po drogach w Indiach. Myliliśmy się. Długą chwilę zabrało nam zapoznanie się ze specyfiką przejścia przez ulicę. Ogólnie były chyba 4 pasy w jedną stronę, wysepka i 4 pasy w drugą. Czterema pasami równolegle jechały 3 samochody, autobus, 1 motoriksza, 2 riksze i 3 motory.Nie do pomyślenia w Polsce. I to jeszcze przepychają się, trąbią, zmieniają pasy jak tylko chcą. Autochtoni jednak jakoś przechodzili, więc i my dokonaliśmy tej sztuki. Wystarczyła odrobina asertywności, odwagi oraz co ważne – nie patrzeć na zbliżające się pojazdy. Wyglądało to mniej więcej tak:

Ekscytujące, prawda?

Po drugiej stronie rozciągał się wspaniały widok na fort.

Spotkaliśmy tam parę z Kanady, która wyraźnie czekała na nas, byśmy zrobili im zdjęcie. Jednak chyba łatwiej białemu człowiekowi zaufać i dać swój sprzęt do ręki. Porozmawialiśmy sobie radośnie przez jakiś czas i poszliśmy w stronę wejścia do fortu. Zastanawialiśmy się nad wejściem do środka, ale po pierwsze opisy nas zniechęciły, bo niespecjalnie mieliśmy ochotę na zwiedzanie wystaw muzealnych, po drugie podobny fort mieliśmy zwiedzić w Agrze a po trzecie uznaliśmy, że 250Rs za zwiedzanie to za wiele. Usiedliśmy sobie przy fosie na murku i czytaliśmy informacje z przewodnika o forcie. W międzyczasie zajmowaliśmy się oglądaniem fajnych przedstawicielek indyjskiej płci pięknej.

Tfu, chciałem powiedzieć, że oczywiście zabytków, wymknęło mi się niechcący, przepraszam. Trzeba przyznać, że fort robi wrażenie.Wysokie mury, i jego wielkość naprawdę stanowi wyzwanie dla wyobraźni.

Z Czerwonego fortu, postanowiliśmy udać się do największego meczetu Indii. Znów musieliśmy przedzierać się przez tłoczną ulicę, lecz teraz poszło nam to o wiele sprawniej.

Do meczetu trzeba było przedzierać się przez kolejny bazar. Z coraz większą wprawą mijaliśmy zaczepiających nas ludzi. Wystarczyło iść z miną wskazującą na to, że wie się, gdzie się idzie i już tak natarczywie nie zaczepiali. Oczywiście nie byliśmy pewni gdzie idziemy, ale pozory sprawialiśmy idealnie. Zapytaliśmy jakiegoś mundurowego i uzyskaliśmy pewność. Prosto i w lewo, jak ulica prowadzi, potem będzie już widać. Na straganach było wszystko. Od warzyw, przez meble a skończywszy na motocyklach. Ogrom barw, zapachów, głosów. I jeszcze raz podkreślę, że nie było to nieprzyjemne. Nieprzyjemny zapach był tylko przez chwilę z publicznej toalety znajdującej się przy drodze, ale to w miarę naturalne.

W końcu doszliśmy przed bramy meczetu, przeszliśmy przez wykrywacz metalu ( wyłączony ) i weszliśmy na schody.

Niestety, musieliśmy poczekać do godziny 18, aby zostać wpuszczeni do środka. W międzyczasie prowadziliśmy dysputy na tematy religijne, polityczne i wszelkie inne, na które nie mamy za wielkiego pojęcia. Ja mogłem sobie spokojnie porobić zdjęcia, bez poganiania i syków, że chodzmy dalej, bo trzeba zwiedzać, a nie przyklejać się do wizjera i machać na prawo i lewo obiektywem.

Ze schodów mieliśmy świetny widok na Red Fort. To ten w tle, daleko. Mały i czerwony. Z bliska jest też czerwony, ale już nie mały.

Wybiła godzina, zakończyły się modły i muzułmanie wyszli z meczetu

No, nareszcie można wejść i zwiedzać! Oczywiście trzeba było pozbyć się butów. Nie wyglądało tam jednak na zbyt bezpieczne miejsce do pozostawienia ich, więc przywiązaliśmy je sobie do plecaków. Iwona została okryta koszulą nocną, by mogła wejść nie obrażając uczuć religijnych, a Grzesiek dostał seksowną spódniczkę. Co ciekawe, Nina miała podobną ilość odkrytych partii ciała co Iwona, a nie dostała tego jakże twarzowego stroju. Uiściliśmy opłatę za każdy posiadany aparat – nawet ten w plecaku! ( 200Rs) Grzesiek twierdzi, że wejście było za free, ale ja nie jestem o tym zbytnio przekonany.

Weszliśmy na duży dziedziniec, gdzie otoczył nas tłum dzieci, a dorośli zerkali na nas z daleka. Młodzież zaś wyciągnęła telefony komórkowe i bez zbytniego skrępowania robiła nam zdjęcia i nagrywała filmy z naszym udziałem. Normalnie jak gwiazdy bolywoodu. W sumie ktoś nawet Ninie powiedział, że wygląda jak jedna z gwiazd Bolywoodu, ale nie udało nam się ustalić która.

Obeszliśmy całość, przyglądając się uważnie wszystkiemu. Cały czas chodziły za nami dzieci, nie opuszczały nas na krok. Nina filmując panoramę miała problem, żeby za bardzo nie właziły w kadr, aczkolwiek nie dało się. Były za szybkie i za sprytne.

Za 50Rs można było wejść na minaret, wiec skwapliwie postanowiliśmy się tam wdrapać. Oczywiście, żeby było łatwiej, bilety kupowało się na lewo od wejścia do samego meczetu, a na prawo od wejścia na minaret, w odległości jakichś 100 metrów, pełna ergonomia. Oczywiście na minaret wchodzi się bez butów, żeby nie było. Najpierw kilka schodków w górę, na dach. Potem szybko tup tup biegniemy do przodu po gryzącym betonie do narożnej kopułki.

Tam, ryzykując upadek z 7 metrów idzie się wąskim gzymsem przy roku na następną prostą, gryzącym betonem do schodów. Kilkanaście schodów w górę. Każdy sięgający mi prawie do kolan. Kolejna ergonomia. Ciekawe, dlaczego budowali to takie niewygodne. Znów po jakimś dachu i dochodzimy do minaretu.

Teraz nasłuchujemy czy ktoś nie idzie z góry i biegiem do środka. Sił starcza na pierwszy milion schodów. Im wyżej tym ciężej. Gdzieś po połowie człowiek zaczyna wątpić, po co to robi. Z góry nadchodzą ludzie. Używając zdolności akrobatycznych, o które się nie podejrzewaliśmy, wymijamy się z nimi i wleczemy się w górę. Tak, postanawiam sobie, że do końca wycieczki nie będę się wspinał. Jedyne wycieczki będą niskopienne, najlepiej w stronę baru z napojami chłodzącymi. I kolejni schodzą, więc kolejne ciekawe figury robimy, aby się wyminąć. Już blisko szczyt, wreszcie widać światło. Wchodząc na galerię mijamy stopu lokalesów pilnujących, czy nikt nic nie kradnie, albo nie chce skakać. Mogliby je jednak częściej myć. Widok jednak szybko zaciera nieprzyjemne wspomnienia. Delhi jak na dłoni. I z tej wysokości nie wygląda na brudne. Aczkolwiek dalej wygląda jakby żyło tu jakieś półtorej miliarda istnień ludzkich.

Oglądamy zachód słońca z minaretu i zbiegamy w dół. Jest łatwiej, wystarczy pochylić się ku środkowi budynku, rozpędzić się a siła odśrodkowa robi swoje i zbiega się po radosnej spirali. Do momentu spotkania z osobami sunącymi w górę. Wtedy szybki podskok i lecimy dalej. Fascynujące.

Po zejściu, napotkaliśmy ekipę telewizji lokalnej kręcącą jakiś program, zapewne religijny. Znaczy religijny był do momentu, w którym się pojawiliśmy, gdyż od razu staliśmy się atrakcją i kamera skupiła się tylko na naszej skromnej gwiazdorskiej czwórce. Jeszcze idąc przez dziedziniec wyraźnie czuliśmy na swoich plecach oko kamery.Wychodząc, Grzesiek z Iwoną zostali złapani przez ciecia na bramie i oddając soje sexi stroje zostali zmuszeni do zostawienia także banknotu 50Rs. Wychodząc z meczetu pomstowaliśmy zarówno na styl wyciągnięcia od nas kasy, jak również jej ilość. Żałowaliśmy, że daliśmy tak skromny datek w świątyni Sikhijskiej, gdzie naprawdę było to o wiele przyjemniej zrobione i naszym zdaniem o wiele bardziej im się należało.

Szliśmy przez bazar pomstując na muzułmanów, kiedy naszym oczom ukazał się… barwny pochód!

Orkiestry grały, ludzie podrygiwali w takt. Święto, święto! Rozpoznaliśmy Wisznu, Ganeszę jadących w powozach. Po prostu klimat nie z tej ziemi. Ni z tąd, ni zowąd, w osiedlu biedy pojawia się kolorowy roztańczony i rozśpiewany korowód. Było to strasznie odrealnione.

Klimat był strasznie radosny. A mnie osobiście najbardziej rozbawiło, jak było zorganizowane oświetlenie. Mianowicie za każdą plandeką był rower z generatorem, który zasilał światełka. Nawet widać to na filmie

Przeczekaliśmy cały korowód i udaliśmy się w stronę metra. Szczęście trochę mącił autochton, który usiłował wskazywać nam drogę a którego nie można było się pozbyć. Przed samym budynkiem metra usiłował wyciągnąć od nas kasę, ale został zignorowany. Radzimy sobie z trafianiem do miejsc, z których wyszliśmy.

Wróciliśmy do hotelu i zorientowaliśmy się, ze nie jedliśmy obiadu. Ejże! tak być nie może, trzeba w takim razie coś zjeść na kolację dobrego. Wgramoliliśmy się na dach do restauracji i zamówiliśmy sobie dania. Zamówiliśmy sobie różne wariacje na temat kurczaka z pieca tandoori. Smaczne toto! Ja zamówiłem sobie lassi. Grzesiek stwierdził, że jestem odważny, ale przecież po to tu przyjechaliśmy. Lassi piłem już w Polsce, więc wiedziałem co zamawiam. Lipek posmakował napoju i oczy wyszły Mu z orbit. To było zwykłe sweet lassi, bez owoców, jednak wyraźnie zasmakowało. Oblizywał się jeszcze długą chwilę. To była Jego młość od pierwszego łyka.

Reszty kolacji opisywał nie będę, być może zmobilizuje to resztę obiboków, żeby coś napisać.


01.10.2008 Delhi - Varanasi

Cały czas żyliśmy nadzieją, że nasze bagaże dojadą z rana i będziemy mogli jechać spokojnie do Varanasi. Jako alternatywa, był objazd po Delhi jeepem, po bardziej oddalonych zabytkach i innych ciekawych miejscach. Mieliśmy otrzymać z samego rana bagaże, ale postanowiliśmy o 2 w nocy zadzwonić na lotnisko i sprawdzić, czy są, oraz czy dostaniemy je z samego rana. Nawet udało się zasnąć. Budzik, który drze się o takiej godzinie, w kompletnie ciemnym pokoju, bez okna, po tak małej ilości snu zrobił piorunujące wrażenie. Ubraliśmy się i zeszliśmy na dół. Nastąpiła wymiana myśli z recepcjonistą. Chcemy zadzwonić na lotnisko. A po co? A dowiedzieć się czy nasze bagaże przyleciały. A nie macie bagaży? Nie, zgubiły się. I co teraz? Teraz musimy zadzwonić na lotnisko. A po co?
Aaaaargh! krwi! Po kał waszej świętej krowy do jasnej cholery! Dzwoń, tu jest numer.
Zadzwonił. Pogulgotał w lokalnym języku do słuchawki i przekazał ją Ninie. Trwało trochę, zanim udało się wyjaśnić o co chodzi. O, nawet są dobre wieści, mój plecak jest. Plecak Niny? To dwa bagaże zginęły? Niemożliwe! Słuchałem zafascynowany tej rozmowy, kiedy do hotelu wtoczyła się grupka turystów. Zapytali o pokoje i nagle słysze, jak rozmawiają ze sobą po… tak, zgadliście, po polsku. Przywitałem się, wymieniliśmy informacje skąd jesteśmy gdzie jedziemy co i jak i nagle słyszymy, że pokoje mają tylko po 1200Rs. Przecież w internecie były po 400? No ale są zajęte, a wolne są tylko za 1200. Nagle Nina odwraca się i wybucha: „Do jasnej cholery! ja nic prawie nie słysze, a wy tu jeszcze się wydzieracie” po czym użyła kilku epitetów i rabarbarów ( bo nasz język jest dobry do przekleństw – ma dużo r. A w słowie rabarbar jest już kumulacja ). Towarzystwo natychmiast ucichło, nawet recepcjonista. Nowi znajomi przylecieli tym samym samolotem, co my 24h temu. Przekazałem im informacje, które zgromadziliśmy w ciągu tego czasu i poszli szukać innego hotelu. W międzyczasie na lotnisku po akcji poszukiwawczej znalazł się Niny plecak. Ustaliliśmy, że dostaniemy go do hotelu na 6 rano i poszliśmy spać. Znaczy łatwiej napisać niż zrobić, jakby nie patrzeć trochę nerwów nas to kosztowało. Może nie tyle, że się to nie znajdzie, ale że znów będziemy mieli opóźniony wyjazd. A plan napięty. Tak więc do rana zeszło nam na rozmowach. W pewnym momencie bardziej w monolog, bo robal zasnął, ale do tego jestem przyzwyczajony. Około 5 załomotało nam do drzwi. Zerwałem się i rozpaczliwie poszukiwałem bielizny, bo przecież nie otworze drzwi jak naturysta. Za drzwiami był uśmiechnięty od ucha do ucha Hindus i powiedział, że mamy gościa w recepcji. O 5 rano? przecież miał być o 6? W tym kraju to niebywałe. Skończyliśmy się ubierać i zbiegliśmy na dół. Czekał nas tam mały tłum i dwa kokony. Pani tu podpisze odbiór bagażu. A wypchaj Ty się cholero, nic nie podpiszemy, zanim nie zobaczymy plecaków. No przecież tu są, urażony człek pokazał na kokoniki. No w sumie wielkość by się zgadzała, ale nie przypominam sobie, żebyśmy owijali plecaki kilometrami folii i owijali drutem. I jeszcze plombowali. Mimo pewnych problemów, udało nam się oderwać kawałek folii i faktycznie, gdzieś w środku tkwiły nasze bagaże. Podpisaliśmy, a Ninie wyrwało się, że jesteśmy bardzo szczęśliwi z tego powodu. AAA to niech pani to napisze. No ok, niech Ci będzie, napisane zostało, że jesteśmy szczęśliwi. Zaciągneliśmy kokony do pokoju, gdzie udało nam się wydobyć z nich zawartość. O dziwo, wszystko było bez najmniejszego problemu, nic nie zginęło. Nina postanowiła zakomunikować radosną nowinę Lipkom. Co prawda chciałem te śpiochy uratować przed tym, ale Nina była jak taran, nie do powstrzymania. Wróciła z informacją, że wiedzieli o bagażach. Jak ja się pytam, jak! Okazało się, że byliśmy odwrotnie zameldowani i najpierw Oni zostali wyrwani z objęć Morfeusza. Aczkolwiek podobno i tak źle spali, wiec wiele nie stracili, nie mieli powodów do marudzenia.
Około 6 rano zadzwonił telefon. Tak, tak, nie pomyliłem się, mieliśmy w pokoju telefon. Głos w słuchawce zakomunikował mi, że kierowca nas oczekuje. Rewelacja. Znaczy następna rzecz do martwienia się odpadła – nie zostaliśmy oszukani i kierowca nie okazał się tylko snem. Spakowaliśmy się i przed 6:30 byliśmy na dole. Lipki się jeszcze chwilę kokosiły w pokoju, ale też zaraz się pojawili. Teraz jeszcze procedura wymeldowania się, podpisania papierów i można spadać.
Kierowcę wypatrzyliśmy od razu. Pewnie po tym, jak recepcjonista nas pokazywał palcem. Jakkolwiek przywitaliśmy się i oglądneliśmy Go sobie od stóp po czubek głowy. Nogi miał, w sumie nawet proste. Tułów też posiadał. Długie ręce sztuk dwie też. I całkiem sympatyczną fizjonomię, takiego poczciwca. No jak człek na Niego patrzył to miał wrażenie, że biedak jest bardziej przestraszony niż my.
Zaprowadził nas do jeepa. Nie do końca wierzyłem w obietnice pełni luksusu, gdzie ostatni rząd siedzeń można było zmienić w miejsce do spania… i się nie zawiodłem. Aczkolwiek było o wiele lepiej, niż się spodziewałem. Jeep był. 2 miejsca z przodu, kierowca i pasażer. tylna kanapa na 3 osoby i 2 małe zydelki z tyłu w części bagażnikowej. W niej też znajdowała się niebieska torba naszego kierowcy. A, właśnie, kierowca, zapomniałbym. Przedstawił się jako Sonu ( albo Sono… albo Sony… przynajmniej tak na początku zrozumieliśmy, potem okazało się, że prawidłowa forma to Sonu ). Sonu na oko ma ze 30 wiosen. I kilka zim. Zapakowaliśmy się do środka. Siedzenia okazały się być dość mocno twarde, na dodatek, by stwarzać wrażenie luksusu, pokryte były skają czy innym podobnym materiałem. Nie wiem jak z przodu, gdzie usiadła Nina i Sonu, ale u nas z tyłu było w miarę dobrze, aczkolwiek bez rewelacji. No chyba, że jako rewelację zapisać to, że przytulałem się do Iwony ( oczywiście z braku miejsca! nie miałem nic innego na myśli ).

Ruszyliśmy. Jedzie! Ludzie, to jedzie! Pominę już ruch uliczny w Delhi który oglądaliśmy strasznie zafascynowani. Po jakichś 30 minutach kierowca się odezwał. Nie będę pisał w oryginale, od razu będę zapisywał tłumaczenie, bo jeszcze ktoś pomyśli, że odezwał się w naszym języku. A powiedział On – To jest brama Indii. I zamilkł na dłuższy czas. Minęło parę minut i Iwona postanowiła zagaić rozmowę, zapytawszy, w jakiej dzielnicy się znajdujemy. New Delhi. Ahaaa… znaczy się albo nasz kierowca ma focha, albo jest niemową, albo nas nie lubi albo nie wiem co. No dobrze… Nic na siłę. New Delhi wyglądało już trochę lepiej. Wieżowce ze szkła i stali strzelały w niebo. A przy ziemi, zaraz przy nich małe piętrowe rozpadające się budyneczki. Kraj kontrastów. „Incredible India” mówią reklamy i nie ma to jak widać ogrom znaczeń. Kawałek dalej, gdy zniknęły wieżowce, pojawiły się lepianki. Jeśli oglądaliście jakikolwiek program o wioskach afrykańskich – to macie pojęcie jak to wyglądało.Obok tych lepianek leżały naręcza chrustu.

Okolica robiła się coraz dziksza. Tuktuki coraz bardziej zniszczone, góry śmieci coraz wyższe. Nagle zatrzymujemy się. Nina, daj mi 3000 rupii, przypomniał sobie o swoim głosie Sonu. nastąpiła konsternacja, bo jeszcze z Delhi nie wyjechaliśmy, a ten tu już kasę wyciąga z nas. Chyba zobaczył, że coś jest nie tak, więc powiedział, żeby zrobić kartkę i zapisać to, to on podpisze. Iwona, jako pracownik biurowy natychmiast stworzyła arkusz kalkulacyjny na kartce, z miejscami na zapisywanie wydatków, podpisy daty i inne takie. W międzyczasie Sonu z naszymi pieniędzmi i czymś pomiędzy saszetką a kosmetyczką zniknął nam z oczu. Zresztą nie było to trudne, gdyż samochód natychmiast został otoczony przez sprzedawców wszystkiego co tylko się da sprzedać. Wachlarze z pawich piór, piszczałki, żelki przylepiające się do szyby, wszystko co tylko można sobie wykombinować. No i zaglądali przez okna. Już rozumiem, jak czują się ryby w akwarium. Niestety nie wykazaliśmy należytego zainteresowania zakupami, więc pierwsza fala sobie poszła. Teraz nadeszli wędrowni cyrkowcy ze swymi zwierzakami. Przyszedł pan z małpką przywiązaną do kija i zmuszaną do robienia sztuczek. Zastanawiałem się nawet, czy nie wyjść i tą pałą temu panu przez łep nie przywalić, bo małpka była w niespecjalnym stanie. Odwróciliśmy się w drugą stronę, bo zaraz by przyszedł po kasę za bilety. Szybko zrozumiał, że spektakl nas nie interesuje i poszedł sobie. Następny był człowiek z kobrą w koszyku. Postawił ten koszyk na ziemi, zdjął pokrywkę i palnął kobrę fletem w głowę. Potem zaczął dmuchać w ten flet ile tylko miał sił. Nie dziwie się kobrze, że się kołysze… jakby mi ktoś przy uchu ta siś darł, też bym się ogłuszony kołysał. I kolejny raz miałem ochotę wyjść, wepchnąć piszałkę fakirowi w któryś z otworów i napiszeć z całych sił. Kobra wyglądała tak źle, że aż się serce krajało. Głowa poraniona, gdzieniegdzie brak łusek.  I widzieliśmy, że dostawali całkiem spore pieniądze jak na Indie – po 100Rs nawet od ludzi, więc mogliby traktować te zwierzęta jakoś humanitarnie. Potem kolejna fala sprzedawców dotarła i znów została zignorowana. Nastepnie przyszło trzech fakirów z kobrami i piszczałkami. Potem już chyba się wyłączyłem z oglądania świata zewnętrznego, gdyż zaczeła się dyskusja, co będzie, jak Sonu zabrał kasę i zniknął. W sumie trochę głupio, bo samochód zostawił, ale bez kluczyków. Zbadaliśmy dokładnie samochód. Chevrolet Tavera kupiony wyraźnie pod turystykę. Nie miał nic, poza klimą, co możnaby uznać za luksus. Nawet nie miał wspomagania kierownicy. Zapewne też nie miał immobilajzera, więc zastanawialiśmy się, czy udałoby nam się odpalić zwierając jakieś przewody. Na filmach się udaje przecież…

Wreszcie przyszedł, rzucił swoją saszetkę na ziemię i pojechaliśmy. Po kilku kilometrach Iwona nie wytrzymała i zapytała, co robił. Okazało się, że trzeba płacić za przejazd między stanami. Tak samo trzeba przedstawić do kontroli dokumenty swoje, jak i wypełnić papiery sąd się jedzie, dokąd i kogo się wiezie. I jeszcze milion innych papierów. Pojechaliśmy dalej. Spodobały nam się mijane samochody ciężarowe. Wyglądały trochę jak słonie.

Zastanawialiśmy się, jak o naszym kierowcy mówić, żeby nie zorientował się, że to o nim mowa. Padły propozycje kierownik, sterownik i kilka innych, ale te dwie były potem najczęściej stosowane. Poprosiliśmy sterownika, aby zatrzymał się gdzieś na śniadanie, bo przed nami długa droga. Minęła godzina, słońce było coraz wyżej a w brzuchach nam coraz głośniej burczało. Nagle zjechaliśmy do jakiegoś mini fortu przy drodze. No dobrze, co teraz? Pewnie jedzenie, ale sterownik nic nie mówi. Zaparkował i patrzy na nas. Sonu, to ta restauracja? Tak, elokwentnie odpowiedział kierowca. Miejsce nazywało się New Maharaja Motel. W takim razie weszliśmy do środka. Mineliśmy kilka sklepów znajdujących się w galerii i weszliśmy do restauracji. Nawet całkiem nieźle wygląda, cywilizacja normalnie. Spora ilość turystów wskazywała, iż jest do dość popularne miejsce. Zajeliśmy miejsce przy stoliku. Kelner dostarczył nam menu które z zaciekawieniem przestudiowaliśmy. Iwona wybrała dla bezpieczeństwa sandwich z pomidorem i serem za 145Rs. Nina wybrała „pieróg” samosa za 110Rs. Ja postanowiłem wybrać Paneer Masala za 210Rs.

Lipek podpatrzył co zamawiam i zamówił to samo. Do tego wzieliśmy po puszce coli  za 80Rs, a Lipek masala tea za 50. Całość zagryzaliśmy plain naan’ami za 55Rs.

Sandwich jak to kanapka, nic egzotycznego. Samosa, to taki pieróg, a w środku odrobinę pikantna paćka z ziemniaków i innych warzyw. Smaczne toto. Paneer masala zaś, to jakiś rodzaj sera, na ciepło, w sosie, mało ostrym ( jak na indie ). Całość zagryzaliśmy chlebkoplackami naan. Ogólnie smaczne jedzenie. Na wynos zakupiliśmy 2 wody po 20Rs. Cały rachunek wyszedł +- 1450Rs. Na nasze to 70 złotych. Niby niewiele, jak na śniadanie dla 4 osób, po którym ledwo można było się ruszać, ale jak na lokalne warunku był to bardzo drogi posiłek.

update Nina:

a oto odnaleziony rachunek:

 

– paneer masala 210Rs

 

-plain nan 55Rst (zwykły nan)

 

– cola w puszce 80Rs

 

– woda mineralna – 40Rs

 

– sanwich z kurczakiem (duzy tost z kurczakiem w środku, smaczny) – 180Rs

 

–  sanwich z pomidorem – 145Rs

 

–  samosa (2 pierożki z nadzieniem ziemniaczano-groszkowym) – 110Rs

 

– masala tea – 50Rs

 

Razem 1295Rs + 162Rs (podatek) = 1457Rs

 

Płacąc wiedzieliśmy, że to było naprawdę burżujskie śniadanie

Dotoczyliśmy się do samochodu i ruszyliśmy w dalszą drogę. Mieliśmy zaplanowane, że jedziemy do Lucknow, gdzie idziemy spać, a następnie do Varanasi. No chyba, że kierowca byłby na siłach, to od razu do Varanasi moglibyśmy jechać. Cieszyło by nas to drugie rozwiązanie o wiele bardziej, bo nie tracilibyśmy jednego dnia. Było już popołudnie, gdy nagle zatrzymaliśmy się obok dziwnego budynku. Nasz sterownik zakomunikował nam, że teraz będzie jadł obiad. No ok, wyszliśmy z samochodu i przeszliśmy przez lokalną restaurację do zadbanego ogrodu.

Zajeliśmy miejsca w altanie, przyniesiono nam wodę. Gorąc panował niesamowity, nawet na czole Sonu widać było wielkie krople potu. O naszych już nie wspomnę. Dostaliśmy do wody czyste szklanki, co nas dość mocno zaskoczyło, wszak słyszeliśmy opowieści, że mało kiedy są one czyste. Woleliśmy jednak profilaktycznie pić z butelki.

W budynku restauracyjnym było kilka stolików i… kilkanaście łóżek, gdzie po posiłku można było położyć się i odpocząć pół godzinki dla słoninki. W oczekiwaniu aż nasz kierownik zje, oglądaliśmy ogród, gdzie spotkaliśmy zwierze wiewiórkopodobne. Nazwaliśmy je szyszunia.

W trakcie jedzenia postanowiliśmy odrobinę zaprzyjaźnić się z naszym kierowcą, powiedzieliśmy kim jesteśmy i takie tam towarzyskie pogadanki. Gdy już nasza towarzyskość została zaspokojona, Sonu zapytał o trasę. Zaprezentowaliśmy mu napisaną przez zamachowców kartkę z nazwami miast. Przeanalizował ją, zaproponował zmiany, stwierdził też, że może jechać dziś bezpośrednio do Varanasi. Rewelacja! Więc w drogę.

Zrobiło się ciemno. Zresztą dość szybko, bo przed 18 godziną. Przegrupowałem się z tylnej kanapy, gdzie siedziałem z Lipkami, na siedzonko z tyłu. Z jednej strony mniej wygodnie, a z innej można było sobie nogi wyciągnąć na plecaki. Był to ogromny plus. Minus jednak doszedł kolejny i to dość duży – mianowicie z tyłu był głośnik. Właściwie dwa. Takie duże i jedyne w samochodzie. Do mnie nie docierała za bardzo klima, a do przodu nie docierała muzyka. Coś za coś. Niestety klimy nie poprawiali, a muzykę i owszem. Coraz głośniej. Żeby tego było mało, Sonu posiadał dwie płyty CD z nagranym indyjskim popem. Bardziej przerobionymi amerykańskimi kawałkami na język lokalny, z lokalnymi aranżacjami. Na początku był to folklor, ale słuchając tej samej piosenki chciało się gryźć. O, chyba dobrym słowem byłoby indiodisko, takie Indyjskie diskopolo. I grało coraz głośniej i głośniej. I znów ten sam kawałek. Raaaamboooo Raaambooooooo. Nikomu jednak nie przyszło do głowy powiedzieć, żeby ściszył muzykę, wszak kierowca musi mieć jakiś komfort jazdy… Około 22 zjechaliśmy z szerokiej i łądnej drogi na znacznie gorsze. I co skrzyżowanie nasz sterownik pytał lokalesów o coś. Domyśliliśmy się, że pyta o drogę. No pięknie… dostaliśmy kierowce, który pierwszy raz jedzie tą trasą. Nawet mapy nie ma. My mielismy, ale jakoś niespecjalnie chcieliśmy się narzucać, może by się obraził? Widać było, że jest zdenerwowany. Kilka razy zawracaliśmy znaczny kawałek drogi. Około 11 okazało się, że jesteśmy prawie na miejscu. Prawie. Prawie robi znaczną różnicę…

Ale o tym i o innych rzeczach w następnych odcinkach.


02.10.2008 Varanassi - przyjazd

 

23 wieczór. Właściwie noc. Ciemno jest już od trzech godzin, kierowca jedzie jak szaleniec. ociera pot z czoła po wyprzedzaniu na siedemnastego… Powoli oczom naszym ukazuje się cywilizacja. W sensie światła, domy ogrom ludzi. Rany! Jesteśmy na miejscu. Prawdę powiedziawszy mamy już dość. Tyłek boli od siedzenia, uszy i głowa od muzyki, gorąco niemłosiernie mimo klimy. Iść do hotelu, pod prysznic, to jedyne marzenie. Sonu zatrzymuje samochód i gdacze coś do lokalesa. Lokales odpowiedział i pojechaliśmy dalej. Mijamy ogrom autokarów, ciężarówek wypełnionych pielgrzymami. Kolorowe korowody ciągnął się cały czas przy drodze. Kolejny lokales i zmiana kierunku. Następne skrzyżowanie, kolejny lokales i zawracamy. I tak przez kolejną godzinę. Gdy dotarliśmy do mostu, stwierdziliśmy, że to musi być Ganges. Dobrze, że jedziemy w tą stronę, bo w drugą przez cały most i dalej dalej ciągnie się korek ciężarówek, nie ma możliwości przejechać. Komuś z nas wpadła do głowy myśl, że za mostem kolejny lokales powie nam, że to jest po drugiej stronie mostu. To był makabryczny dowcip, wcale, ale to wcale nie śmieszny. Myślę, że to mógł powiedzieć Lipek ;]

Przejechaliśmy za mostem jeszcze z 10km i napotkaliśmy drogowskaz na Kalkutę… To dało do myślenia naszemu kierowcy, który zatrzymał się przy patrolu wojskowym. Tu język był bardziej zrozumiały, pytał się o jakiś garnizon. Ok, niech będzie. garnizon kantyna cy coś takiego. Około 1 w nocy błądząc po zaułkach miasta, dojechaliśmy pod hotel. Co prawda nie wspominaliśmy, że chcemy do tego hotelu, ale czemu nie, wejdziemy zobaczymy. Postanowiłem zostać w samochodzie, poszukać w naszej biblii czegoś na temat tego miejsca. Nawet znalazłem – był określany jako średni. Po chwili wróciła reszta ekipy. 650rs za noc chcą od nas, za pokój 2 osobowy. Nie jest to co prawda tragedia, bo to koło 35pln za noc, ale przecież w naszej biblii jest napisane, że są tu hotele tańsze. A i ten daleko jest. Dyskusja wewnętrzna trwała w najlepsze, gdy przyszedł pan i powiedział 550. Jednak zwyciężyła opcja, że daleko będziemy mieli rano więc Sonu rad nie rad musiał zapakować się w samochód. Została mu zaprezentowana mapa, gdzie ma jechać. Uuuu mapa… popatrzył na to z kilku stron powiedział ok no problem i ruszył. Oczywiście już na pierwszym skrzyżowaniu skręcił nie tam gdzie trzeba, ale zaczeliśmy się przyzwyczajać. Po pewnym czasie jednak dojechaliśmy prawie na miejsce. Napaliliśmy się na guesthouse Ganga. Czyste pokoje i tanio ma także dają jedzenie. Kilkaset metrów przez nim zatrzymali nas bohaterowie narodowi czy jak oni tam się nazywają – starsi ludzie, z brytyjskimi karabinami powtarzalnymi z pierwszej wojny światowej, obwieszeni medalami. Dalej nie pojedziecie, dalej zakaz, dalej STOP, dalej NIE NIE NIE. Wydelegowany zostałem ja i Iwona. Ruszyliśmy za naszym kierowcą pilnując kieszeni, telefonu, siebie nawzajem. Godzina 2 w nocy a na ulicy tłum ludzi. Faceci idący w parach czy większej ilości za ręce, sprzedawcy. Gwar niesamowity. Doszliśmy do celu i… zamknięte. U… niedobrze. Kolejny hotel zamknięty, na dole uzbrojony strażnik, ale wpuszczają nas na górę. 2 pokoje na 2 osoby poprosimy. Recepcjonista ledwo na oczy patrząc zagląda do swej wielkiej księgi czyta ją trzy razy, w jedną i drugą stronę, przekręca odwrotnie, czyta ponownie i oznajmia, że nie ma miejsc. Kolejny hotel to samo. W międzyczasie dostrzegam w rynsztoku szczura wielkości naszego kota. EEEEgzotyyyyka ;]

Dotarliśmy do kolejnego hotelu. Nazwa jego mi gdzieś umknęła w mrokach dziejów, Iwona dostała reklamówkę jego, ale nie oddała mi, zła kobieta. W każdym razie zostaliśmy zaciągnięci w jakiś zaułek, następnie po schodach na górę. Na schodach były takie czarne robale. Jak to karaluchy, to Nina mnie zabije, a wcześniej ucieknie z krzykiem pomyślałem. Iwona dzielnie przeskakiwała pomiędzy robalami i dotarliśmy do śpiącego portiera. Po kilku szturnięciach obudzi się i zaprowadził do na pokoje. na 2 piętrze i na 3 oglądaliśmy. Całkiem fajnie wyglądały, kamień, ładne meble… i zero najmniejszego robaka, sprawdziłem za łóżkiem i w łazience. Pokoje z „klimatyzacją” po 530 bez klimy z wiatrakiem za 450. Blisko do gath, więc może być. Powiedzieliśmy, że idziemy po resztę ludzi i chyba tu zostajemy. Okazało się, że można tu wjechać i nawet mają swój parking podziemny! Kulturka. Gdy doszliśmy do samochodu, dostrzegliśmy koło niego tłum ludzi i kilka świętych krów, a w środku blade twarze Niny i Grześka. Ponoś krowy ich chciały zaatakować. Znaczy się podchodziły blisko. Przekazaliśmy wszystko co wiedzieliśmy i został hotel zaakceptowany. Nawet z  robakami. Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy tam, gdzie jest zakaz wjazdu. I teraz ciekawostka. Droga jest szerokości samochodu + jakieś 1,5 metra. Na wolnej przestrzeni są kramiki. I teraz trzeba dość długim jednak samochodem skręcić o 90 stopni i wjechać w uliczkę taką, że składać trzeba lusterka. Udało się do Sonu za 362 razem, przesunąwszy bokiem samochodu kramik, robiąc sobie ładną szramę na lakierze i doprowadzając do pasji kilkanaście osób. Wchodząc na górę, uznaliśmy że to nie karaluchy tylko świerszcze. Karaluchy są bardziej okrągłe. W takim wypadku można się z nimi zaprzyjaźnić. Okazało się, że pokoje na 3 piętrze, te niby z klimą, to ściema, bo to nie klima tylko też wentylator. W takim razie wzieliśmy za 450 pokoje na 2 piętrze i poszliśmy się wypakować. PRYSZNIC! Rozebrawszy się Nina wskoczyła pod niego i nagle do mych uszu dobiegł dziwny odgłos bulgotania. To Nina wydawała takie odgłosy, chyba oznaczały zdziwienie. Zrozumiałem to dopiero, gdy sam poszedłem pod prysznic. Okazało się, że z prysznica leci 5 małych strumyczków wody, każdy w inną stronę. Gdy brałem prysznic, znalazłem sobie zabawę: ustawić prysznic tak, żeby na raz leciało do ubikacji, zlewu, na mnie , na korytarz i na lustro. Po kilku minutach ćwiczeń dało się ;]

Gdy Nina brała prysznic, nagl zgasło światło. Czytając relacje, wiedzielismy, że nie jest to nic dziwnego, więc nie zdziwiliśmy się. Nagle rozległo się pukanie do drzwi. To zestresowany Lipek przyszedł zapytać, czy u nas jest prąd, bo Iwona przełączyła coś i nagle wszystko zgasło. Zasugerowaliśmy, żeby popatrzył przez okno i wyjaśniliśmy problemy z prądem – oczyszczalnie ścieków pobierają tyle prądu, że czasami dla miasta nie wystarcza – wtedy np na 2 godziny jest wyłączany prąd w mieście. Uspokojony Grzesiek poszedł spać, my uczyniliśmy podobnie…

update Nina:

Z hotelu zaproponowanego przez Sonu (nazwa Surya) rezygnowaliśmy również z tego powodu, że mogliśmy zostać tam tylko 1 noc. Ponieważ plan zakladał 2 noclegi w Varanasi oznaczało to, że o godz. 12 musielibyśmy wymeldować się i poszukać nowego hotelu. Chcielismy sie wyspać, a nie ganiac z bagażami, mieć wszystko pod nosem i tanio dlatego też pojechaliśmy szukać czegoś innego.

Ponadto w nocy podczas kąpieli Adama sięgając do kosmetyczki skaleczyłam się o maszynkę do golenia. Było to jedno z moich gorszych przeżyć w Indiach. Skaleczyć się w najbrudniejszym mieście! Moją panikę zakończył Adam robiąc z mojego palca ładną „kukiełkę”, pod którą nie dostał się żaden brud. Do operacji została wykorzystana m.in woda utleniona w żelu, która sprawdziła sie doskonale.  A co do palca – zagoił się naprawdę szybko (być może przysłużyła mu się indyjska wilgoć) i obecniej nie ma śladu po zdarzeniu.


02.10.2008 Varanassi - dzień I

Otwieram oczy. Żyje. Nie jest źle. Nina jest? Jest. Ok. Plecaki są? są. Kasa jest? jest. Można zacząć oddychać. Szybki prysznic dla otrzeźwienia i zrobienie kukiełki na paluchu Niny. Teraz trzeba śpiochów obudzić. Co dziwne, nie spali więc dość szybko się zebrali. Wczoraj jak się meldowaliśmy, pytaliśmy o restaurację i powiedziano nam, że jest tu.Ruszyliśmy więc na poszukiwanie.

67

Godzina wczesna, bo około 10 ale głód czuliśmy znaczny. Nauczeni doświadczeniem powędrowaliśmyn w górę, po schodach. W poprzednim hotelu też była restauracja na dachu. Weszlismy ze 3 piętra w górę, jakimś wąskim wyjściem na dach. Naszym oczom ukazał się… dach. Stolików brak. jakieś cegły nie cegły, worki. Hmn. Obeszliśmy cały dach, wszedłem  nawet na wierzyczkę – i nic. Pustka. jak okiem sięgnąć ani jednej restauracji na dachu. Zeszliśmy do recepcji zapytać, gdzie jest obiecane jedzenie. No przecież to tu, tu, no ja Was zaprowadzę. Pewnie w piwnicy pomyśleliśmy. Hindus wyprowadził nas z hotelu, z ciemnego zaułka, skręcił w lewo. przeszliśmy jakieś 300 metrów stresując się, gdy po 2 stronie drogi pokazał nam restaurację. A już zaczeliśmy się bać, że będzie gdzieś na drugi koniec miasta nas prowadzi. Weszliśmy na piętro i ukazała nam się całkiem sympatyczna restauracja. Powiem więcej – jak na lokalne warunki, wyglądała rewelacyjnie. Kamienne podłogi, czyste stoliki. To nas będzie nieźle kosztowało pomysleliśmy. Usiedliśmy jednak, gdyż głód dawał sie we znaki. Menu było czytelne, a potrawy w rozsądnych cenach. Jedynym problemem było to, że kompletnie nie wiedzieliśmy, co jest co. Nazwy dla nas były kompletnie obce. W każdym razie postanowiliśmy wylosować, co zjemy.

68

Ja dostałem parathe z sosami. Jeden jasny drugi czerwony. Jasny wyglądał na mdły, czerwony na ostry. Nic bardziej mylnego. Jasny był piekielnie ostry, za to czerwony był smaczny lekko ostrawy ale bez przesady.

70

Placek natomiast był z dość twardego ciasta, z orzechami, kokosem i innymi niezidentyfikowanymi rzeczami.

Iwona zamówiła sobie jakiegoś placka, którego podano Jej z kurdem – ichnim jogurtem.

69

Nina zamówiła sobie vegeburgera, który Jej rewelacyjnie smakował. Usmarowała się przy tym jak norka, ale szczęście na Jej twarzy było nieziemskie.

71

Dostaliśmy swoje porcje i zaczeliśmy je pałaszować, Lipek zaś czekał. I czekał. I czekał. Skończyła Mu się woda mineralna, cola gdy przyszedł pan, niosąc coś osobliwego na talerzu.

72

W pierwszej chwili pomyśleliśmy, że dostał 0,5kg chleba i sosy. Zanim otrząsneliśmy się z wrażenia, kelner przyniósł jeszcze jeden taki chlebek. Z Lipka uszło wszelkie powietrze. Jak On niby ma tyle zjeść. Dziubnął widelcem w chlebek i… nie napotkał oporu. Okazało się, że jest to placek, wypełniony powietrzem, sama skórka od chleba jakby. Jakby jeść skorupkę jajka. Było to na tyle twarde, że po oderwanu kawałka, nie zapadał sie w sobie. Jako sosik dostał coś z soczewicą, dość ostre, do tego kurd i cebulę.

update Nina:

dodam może jeszcze nazwę tej knajpki ponieważ wszystkie posiłki w Varanasi  jedliśmy własnie w tej restauracji  – Keshari Ruchikar Byanjan przy Dasashwamedh Road

a oto odnaleziony rachunek:

– woda mineralna – 15Rs (i tyle powinna kosztować!)

– banana lassi – 30Rs

– fruit lassi – 35 Rs

– burger wegetariański – 55Rs (moje danie)

– chola bhatura – 40Rs (danie Grześka)

– coconut utapam – 50Rs (danie Adama)

– plain curd – 25Rs (jogurt Iwony)

– stuffed besani – 25Rs (reszta dania Iwony)

Razem 428Rs (już z podatkiem)

Ogólnie jedzenie było bardzo smaczne. Czekając aż Lipek dokończy swój talerz obfitości, znaleźliśmy ten lokal w naszej biblii. Polecają go nawet, więc tym bardziej się ucieszyliśmy. Okazało się, że jest to jedna z bardziej znanych restauracji, ściśle wegetariańska. W sumie nie dotarło do nas, że żadna z potraw nie posiadała mięsa. O ile w domu posiłek bez mięsa to nazywa się deser i nie jest traktowany jako posiłek, tu byliśmy tym najedzeni. Postanowiliśmy o ile się da, żywić się jak tubylcy, starając się nie jeść mięsa.

Po zakończeniu posiłku kelner przyniósł nam dziwne naczynie.

73

Oczy nasze przybrały wielkość monet 5 złotych. Rozumiem, że to białe to cukier, a te ziarna to co? obrok dla konia? Nina chyba była najbardziej zdziwiona, bo kelner wziął Jej rękę, nasypał nasionek z pół łyżeczki, nasypał tyle samo cukru i pokazał, by włożyć do ust i „wymuldać”.  Po pewnych manewrach lingwistycznych, dowiedzieliśmy się, że tn obrok, to anyż. Zresztą w czasie muldania od razu to czuć.

Okazuje się, że stosuje się to tu do odświeżenia oddechu po posiłku, zamiast gumy do żucia. I wyobraźcie sobie – to działa!

Z racji lenistwa, nie będę wpisywał kwot jakie zapłaciliśmy – niech się inni zabiorą za dopisywanie, nie mogę przecież całej relacji sam napisać. W każdym razie zapłaciliśmy i poszliśmy szukać gangesu.

Wedle mapy, po wyjściu z knajpy, mieliśmy skierować się w lewo. Droga była taka, że były jakby dwa pasy dla ludzi. W jedną stronę szli ludzie, była barierka i w druga stronę szli. Mineliśmy nasz hotel i szliśmy dalej.

74

Przepychaliśmy się wśród ludzi, motorów rowerów, rikszy i wszystkiego co żyje. Przez większość czasu ja torowałem drogę ( może dlatego że mam największą masę a może dlatego, że reszta była jakaś zawstydzona? ) W każdym razie szliśmy raźno do przodu. Doszliśmy do rozwidlenia w kształcie litery Y. Wybraliśmy lewą odnogę, gdyż widać było jakby koniec domów, a może pustkę dalej – czyli może wreszcie rzeka?

75

Przeszliśmy ten kawaek i okazało się, że mieliśmy rację. To Ganges. Doszliśmy do kamiennych schodów, prwazących do czegoś, co miało kolor kawy. Właściwie kawy z mlekiem.

76

Zobaczyliśmy łodzie i zostaliśmy dosłownie zaatakowani przez tłum nagabywaczy. Mister, mam łódź, popłyń ze mną, tanio! Nie! popłyń ze mną, ja mam lepszą łódź! Kup kwiaty na pudźę! Kup widokówkę! KUP KUP KUP! Nie mam nogi, daj mi rupie! KUP KUP! Nie dało się rozmawiać ze sobą, zaczeliśmy ignorować te zaczepki, przesuneliśmy się najpierw w jedną stronę, a gdy okazało sie, że nie ma dalej przejścia, zaczeliśmy wracać. Sprawdziliśmy na mapie, bylismy na jednej z ghat. Zgodnie z zaleceniami, udaliśmy się w górę rzeki. Niestety daleko nie doszliśmy. Wysoki stan Gangesu nie pozwlił przechodzić przy rzece, tzreba było cofać się wgłąb miasta, iść labiryntem uliczek na azymut i mieć nadzieję, że wyjdzie się w dobrym miejscu. Tak też zrobiliśmy, Poprowadziłem towarzystwo zaułkami koło małych sklepików, straganów jadłodajni, gdzie może ze 2 klientów by się zmieściło. W pewnym momencie dostrzegliśmy namalowaną strzałkę we w miarę dobrą stronę. Oczywiście orientacyjnie. Przeszliśmy przez jakieś podwórko i zobaczylismy rzekę.

77

Iwona dopadła się do kotka i zaaferowana zeszła na brzeg. Pusto wszędzie. Cisza Stojąc tyłem do rzeki Iwona wygłosiła magiczną sentencję ” Jak fajnie, że nie ma tu takiego bydła ” co skwitowalismy gromkim śmiechem. Nie rozumiała o co nam chodzi, do chwili, kiedy się nie odwróciła.

78

W rzece, pasło stado krów. Właściwie bawołów. Zestawienie stwierdzenia o bydle, z widokiem kilkunastu krów obok spowodowało u nas wybuch śmiechu. Ale może to po prostu odreagowanie stresu?

Po chwili przyszedł właściciel stada i zaczął obmywać swoje podopieczne.

79

Patrząc na kolor wody, tak niekoniecznie byliśmy w stanie zrozumieć te czynności. Zaczeliśmy czytać naszą biblię i rozglądać się dookoła. Co jakiś czas mijali nas pielgrzymi, czasem ktoś schodził nad rzekę robić pranie czy brać kąpiel.

80

Bacznym okiem przyglądał nam się święty mąż, który chyba sprawdzał, czy nie naruszamy swoją obecnością zwyczajów. Pilnował nas bacznie, spoglądając na nas patrząc niby gdzieś w dal.

81

Do Lipków dopadł się naganiacz, właściciel łódki motorowej i wiosłowej. Rozmawiali z Nim z godzinę, wypytując o różne rzeczy, a on usiłując przekonać Ich do słuszności wyboru jego łodzi. Dużo ciekawostek się dowiedzieliśmy dzięki temu. W planach mieliśmy wynajęcie łodzi wiosłowej z samego rana, o 4 i wypłynięcie by zobaczyć wschód słońca, lecz nasz przewodnik zaproponował nam wieczorną wycieczkę. Wieczorem, zaraz po zachodzie słoca, jest pudźa, modlitwa wieczorna która jest widowiskowa. Przyszło więc nam do głowy, że popłyniemy na 2 wycieczki – poranną łodzią wiosłową oraz wieczorną, motorową.

82

Więc teraz nastąpiła kwestia ile za to zapłacimy. Więc za motorową, zapłacilibyśmy jakieś 900rs a za wiosłową 300. razem 1200. Nie chcieliśmy sie zgodzić, mówiąc, ze w naszej biblii jest napisane, że to jest tańsze. Oczywiście twierdził, że to z tamtego roku przewodnik, że ceny się zmieniły, że to, że tamto, że wysoka cena ropy. Nie mieliśmy serca o targowania się, więc zeszło do 1100 za całość no chyba, że będziemyz adowoleni, to damy 1200. Umówiliśmy się za godzinę na wypłynięcie łodzią motorową i poszliśmy napić się czegoś. W małej knajpce kupiliśmy zimną colę po 20rs za butelkę. Zostało jeszcze 30 minut, więc postanowiliśmy z Niną odwiedzić kafejkę internetową.

Po drodze spotkaliśmy szaloną krowę, ze świecącymi się oczami. W zaułku robiła niesamowite wrażenie.

83

W kafejce zapłaciliśmy 20rs za 30 minut za komputer. Łącze było mocno średnie, ale udało mi się nablogować kawałek, sprawdzić pocztę, gg, jabbera i inne temu podobne rzeczy, a także znaleźć artukuł na wirtualnej polsce pod tytułem ‚chamstwo poskich kierowców”. Ubawił nas do łez, szczególnie patrząc przez pryzmat kilkudiowego już pobytu w Indiach. To, co oni nazywali chamstwem, było przadną kulturą jazdy, nigdy tu nie stosowaną.

84

Wróciliśmy nad brzeg gdzie czekał nasz kapitan. Weszlismy na łódz i odpłynliśmy, najpierw w pod prąd.

85

Mijaliśmy powoli Varanassi. na brzegu pasły się bawoły,

86

ludzie siedzieli, odpoczywali, pracowali, modlili się. Ogólnie toczyło się życie.

Po jakimś czasie, dopłyneliśmy do ghatyy, gdzie palone są zwłoki. Akurat ta ghata przeznaczona jest dla biednych – można było kupić drewno na stos już za 3000rs. Było to jednak najgorsze drewno, które nie gwarantowało osiągnięcia nirvany – lepsze gatunki drzew kosztowały nawet 50000rs za stos palący sie 10-12h. Budynek obok, ten z kominami to krematorium elektryczne – dla kompetnie najuboższych – koszt sopielenia to 500rs – jakieś 25PLN. Jednak wiele osób woli wykupić spalenie na stosie. Często rodziny nie stać na tyle drewna, by spaliło się cał ciało, kupiją go tylko na np 4 godziny palenia. Po 4 godzinach stos jest rozgrzebywany, drewno zabierane a niedopalone ciało wrzucane do gangesu.

Do gangesu bez palenia wrzycane są też dzieci do lat 10, kobiety w ciąży, ukąszeni przez kobrę, święci mężowie sadu oraz chorzy na whiteskin ( bielactwo? nie udało nam się ustalić, co to za choroba ).

88

Na filmie też widać ghatę i krematorium.

Po spaleniu, członkowie najniższej kasty, niedotykalnych przeszukują popioły szukając kosztowności, stopionego złota itp. I tak wiem, ponoć nie ma już w Indiach kast. Taka jest wersja oficjalna. Prawda jest jednak zdecydowanie inna.

90

Następnie pipioły są wsypywane do rzeki.

92 94

95 96

Zaraz obok toczy się normalne życie. Obok płynących szczątków ludzkich kąpią się ludzie, myją się a nawet pobierają wodę do picia. Jak dla mnie to jest trochę ekstremalne, ale dla Nich gangest jest matką, świętą rzeką.

97

Podobno wioski za Varanassi chorują, dlatego też rząd postanowił coś zrobić. Zostały wybudowane 3 oczyszczalnie.

99

Wszystko byłoby dobrze, żeby one jeszcze dobrze działały. Być  może działają dobrze, ale za mało ich jest, by widzieć poprawę. Mieszkańcy jej nie widzą. Co więcej, czasami mają tak duży pobór prądu, że nie wystarcza go dla mieszkańców miasta. I nagle tak jak już w nocy mieliśmy przykład – prąd w całym mieście znika na kilka godzin.

100 101

Mijamy piękne budynki. Prawde powiedziawszy Varanassi wygląda, jakby było zbudowane na gruzach wcześniejszego miasta. Nasz kapitan to potwierdza. Miasto ma 3-3,5 tysiąca lat. Na miescu zburzonej budowli powstaje nowa, czasem bez czyszczenia placu po starej. Sprawia to wrażenie, jakby oglądało się przekrój skały, na dole najstarsze budowle, a nad nimi nowe…

104

I stało się. Natkneliśmy się na pierwsze zwłoki. Okazało się, ze były to rozkładające się zwłoki krowy. W pewnej odległości było już czuć fetor.  było to może z 50 metrów od miejsca, gdzie zostało poprzednie zdjęcie zrobione. A na nim widać, jak płynie sobie człowiek.

105

Chwilę dalej, jakby specjalnie dla kontrasu napotykamy kolejne piękne budowle.

106

Kawałek dalej widzimy jedną z oczyszczalni – to ten budynek po lewej stronie.

107

Kolejne ciało. Tym razem zwłoki psa płynące z prądem.

108

Kolejną rzeczą którą zobaczyliśmy był meczet. Został wybudowany na miejscu wcześniejszej świątynii, zburzonej przez muzułmanów jak tylko wkroczyli na te tereny. Aktualnie jakieś ugrupowanie terorystyczne ogłosiło, że za to meczet zostanie wysadzony w powietrze i panują tam nadzwyczajne środki ostrożności. Lepiej nie zbliżać się tam mając coś podobnego do broni czy maeriału wybuchowego.

110

W pewnej chwili, zaraz po zachodzie słońca, zaczął się delikatny deszcz i burza. Nie była ona duża, lecz zjawiska świetlne w takim miejscu robiły naprawdę „piorunujące” wrażenie. Dodatkowo nasz kapitan był burza strasznie spanikowany, obwinął się kurtką jakby to miało Mu uratować życie.

111 112

Niebo zrobiło się pomarańczowe i pojawiła się mgiełka. Prawie jak w bajkach dla dzieci. Teraz jeszcze powinien nadpłynąć statek piracki.

113

114

W międzyczasie zapadł zmrok. Płyneliśmy już ze 3 godziny, trochę w górę rzeki, w dół do mostu i znów w górę. Powoli zbliżał się czas Pudźy – wieczornej modlitwy. płyneliśmy więc pośpiesznie, by dotrzeć na czas i znaleźć ciekawe miejsce. Dostrzegliśmy w dali tłumy na brzegu. Oj, chyba nie będzie za wiele widać pomysleliśmy. Okazało się, że nasz kapitan zatrzymał łódkę nad brzegiem, przed miejscem gdzie była uroczystość. Zresztą bardzo dużo ludzi tak zrobiło. Mimo to i tak mieliśmy lepszy widok, niż gdybyśmy oglądali to z lądu.

116

Ogólnie patrząc z laickiego punktu widzenia, wygląda to tak, że wychodzi kilku kapłanów, gra muzyka, ludzie nucą, śwpiewają kiwają się, kapłani machają kadzidłami, świecami i innymi rzeczami. I tak przez godzinę. I tak więm, że głupio te zdania brzmiały i negatywnie, lecz wcale tak nie było. Ludzie byli szczęśliwi rozśpiewani, czuło się ich jedność. Jeśli religia doprowadza ludzi do szczęścia, to dlaczego miałoby to być negatywne?

Po łodziach biegały młode dziewczyny, sprzedając świeczki do puszczania w wodzie. Podobno takie świeczki puszczają kobiety starające się o potomstwo, o dobre rozwiązanie.

122 124

126 127

128 130

Następnie zostaliśmy przetransportowani na brzeg, daliśmy 700rs zadatku i umówiliśmy się na 6 rano dnia następnego. Ciemno już było mocno, wrzemykaliśmy wąskimi słabo oświetlonymi uliczkami miasta do hotelu.

Po drodze jednak stwierdziliśmy, że głód daje nam się we znaki. Postanowiliśmy owwiedzić znaną nam już restaurację. Jak pomyśleliśmy tak zrobiliśmy.

Lipki zamówiły sobie tali.

132

Danie to, to nic innego jak ryż z sosami i dodatkami, je się to ręką biorąc ryż w palce i maczając w sosie. Jest to jedno z typowych dań tego regionu. Tak naprawdę dostaje się kilka smaków na jednym talerzu.

133

Więc teraz od lewej: ryż, sos z fasolkami, bakłażan z pomidorem, ostry sos, średni sos, kurd i coś słodkiego. na środku nan i inne naleśniki. Mieliśmy zapisane dokładnie jak co się nazywa, jak Nina znajdzie, to mam nadzieje, że dopisze.

134

To zaś danie Niny. Ser w panierce, lekko ostry z frytkami. Niezły niezły, aczkolwiek frytki strasz nie słodkie.

135

Ja zaś postanowiłem zamówić sobie sałatkę owocową. Myślałem, że będzie to w jakimś sosie, jogurcie, bitej śmietanie czy czymś takim. Moje zdziwienie było doprawdy ogromne, gdy dostałem pokrojonego banana, jabłko melona i granata rozsypanego gdzieniegdzie. Ciekawostka.

update Nina:

odnaleziony rachunek:

– woda mineralna – 15Rs

– banana lassi – 30Rs

– fruit lassi 35Rs

– sweet lassi – 25Rs

– cold drink (znaczy się cola) – 15Rs

– punjabi thali  110Rs (danie  Iwony &Grześka)

– paneer cutlet chips – 65Rs (moje danie ze słodkimi frytkami, ale dostałam tez ketchup)

– fruit salad big – 60Rs (sałatka Adama, czy była big to niech on już się wypowie, aczkolwiek miska była spora 😉

Wróciliśmy do hotelu. Szybki prysznic i spać. W czasie, gdy byłem pod prysznicem, na ulicy przy hotelu nastąpił wybuch. Gdy wyjrzałem zza obłoków dymu zobaczyłem ludzi sprzątających wybitą szybę. Chwile później życie toczyło się nadal, normalnie, bez zakłóceń, jakby nigdy nic. Nie wiadomo co się stało, nazajutrz nie udało nam się dowiedzieć niczego.


03.10.2008 Varanassi - dzień II

Obudziliśmy się przed świtem. Ciężko się wstawało, nie powiem. Właściwie świt, to za wiele powiedziane. Było tak szaro, ale nie ciemno, a do jasnego brakowało jeszcze dość sporo. Umyliśmy jedno oko i ze trzy zęby i Sprawdziliśmy, czy Lipki żyją. O dziwo, nawet wstali. Szybko wyszliśmy z hotelu mijając śpiącego recepcjonistę w brudnej podkoszulce na ramiączkach. I to jeszcze takiej siatkowanej. Okaz sexu. Udaliśmy się do gathy, gdzie byliśmy umówieni z naszym transportem. Idąc, mijaliśmy już spore ilości ludzi. Pluliśmy sobie w brodę, że daliśmy się namówić, by spotkać się o 6 a nie o 5. Gdy doszliśmy do gangesu, kończyły się poranne modlitwy.

136

Powoli zbierali się do powrotu do swoich świątyń, gasili swoje ognie, pakowali kielichy. Pluliśmy sobie w brodę strasznie. W sumie lepiej, że sobie, niż na kogoś mielibyśmy pluć, mogłoby to nie być zbyt dobrze postrzegane. Wszędzie gdzie okiem sięgnąć, oczywiście na brzegu, rozkładały się małe stoliki z różnościami. Najwięcej chyba było kwiatów.

138

Dodatkowo jakieś liście, kokosy, świeczki i insze inszości. Istny targ. Aczkolwiek większość rzeczy jest dla pielgrzymów,czy to do składania ofiar, czy też obmywania się.  Tłum ludzi, zarówno sprzedających, jak i pielgrzymów zajmował cały brzeg. W wodzie na kilku poziomach byli ludzie, myli się, modlili, medytowali. W oddali dostrzegliśmy naszego wczorajszego kapitana na łódce. Po chwili udało mu się dopłynąć do brzegu na tyle, byśmy mogli spokojnie wejść na pokład. Nie było to proste, o nie. Najpierw przebić się między ludźmi, następnie wejść prawie do wody i wskoczyć do łódki. Plus był taki, że rano jakoś mniej natarczywi byli, bardziej swoimi sprawami zainteresowani. Odpłyneliśmy kawałek od brzegu, zrobiło się ciszej. Po wodzie gdzieniegdzie przepływały kwiaty i świeczki.

137

Po gangesie w obie strony pływały łodzie, łódki, barki i wszystko inne, co tylko można sobie wyobrazić, zapełnione turystami i pielgrzymami. I w sumie nie było głośno. Ciszę jedynie co jakiś czas mącił głos motoru w łodziach, ale nie przeszkadzał. Zaczynało być już w miarę jasno.

139

140

Płyneliśmy jakiś czas w milczeniu, rozglądając się uważnie. Zastanawiające jest, że tym ludziom nie przeszkadza to, jak wygląda ta woda

142

Wiem, że Ganges jest „Matką”, ale w naszej kulturze nikt przy zdrowych zmysłach nie zamoczyłby się w takiej błotnistej cieczy. Co kraj to obyczaj, mieli czas przyzwyczaić się do tego, że tak to wygląda.

143

Pojawiło się słońce. W sumie pojawiło się, jest dobrym określeniem. Aczkolwiek jeszcze lepszym, byłoby przedarło się przez mgły. Okazało się, że jest już dość wysoko na niebie. Mijająca nas na łodziach wycieczka z Buthanu oddawała się modłom.

145

Podpłyneliśmy bliżej brzegu. Faktycznie, po malowidłach było widać, że poziom rzeki jest zdecydowanie wyższy niż zwykle. Część malowideł była cała skryta pod wodą, część wystawała w połowie

144

Im bliżej brzegu, tym więcej brudu w wodzie było widać. W sumie chyba jednym z zabawniejszych widoków, był klapek płynący dziarsko z prądem. Z odległości wyglądał jak mały parostatek.

146

Dokładnie kawałek dalej, była kolejna gatha. W dalszym ciągu trwały poranne obrzędy. Ludzie w ubraniach zanurzali się w nurt rzeki. Nieprzebrane tłumy zbierały się nad brzegiem.

148

149

Przy brzegu zacumowane były łodzie. W niektórych z nich, pod kołdrami spali ludzie. Oficjalnie, to zwykli mieszkańcy, a nieoficjalnie – niedotykalni – wykonujący najgorsze zajęcia, najbrudniejsze, najbiedniejsi. Wszystko oficjalnie jest ładnie, ale to co widać, jednak przeczy temu. Zresztą w sumie nie jest to dziwne, nie da się jednym dekretem przekreślić całych wieków kultury i tradycji.

150

Dopływamy dalej. Wśród łodzi, niedaleko jednej z gath napotykamy ciało zawinięte w całun. Nasz kapitan stwierdza, iż jest to dziecko. Osoby o słabych nerwach lepiej niech nie oglądają zbliżenia tego zdjęcia, dobrze radzę. Widok zwłok w takim stanie, wśród śmieci, resztek gnijących kwiatów naprawdę robi wrażenie. Prawda jest też taka, że bardziej teraz, z perspektywy czasu ten widok działa na wyobraźnię. Na miejscu wydawało się to prawie naturalne. Makabryczne, ale takie jest tamtejsze życie.

151

Dosłownie 10, może 15 metrów dalej toczyło się normalne życie. W wodzie stali ludzie, kilka osób nawet pływało. Wszędzie panował nastrój z jednej strony podniosły, a z innej radosny. Płynące zwłoki są normalną rzeczą, naturalną. Tylko dla nas widok ludzi, pijących wodę 15 metrów od zwłok był w pewnym sensie szokiem.

152

Kolejny kawałek drogi w dół rzeki spotykamy świętego męża medytującego na schodach. Wracając, dalej tkwił w tej samej pozycji, obojętny na otoczenie, prawie bez ruchu.

153

155

156

157

Jadąc do Indii zastanawialiśmy się nad tym, żeby w hotelu skorzystać z usług pralniczych. Nie jest to wcale drogie, koszt to jakieś 10Rs za sztukę ubrania. Problem jednak jest taki, iż nie są to normalne pralnie, a przynajmniej nie w tym mieście. Osoby zajmujące się tym biorą ubrania i idą z nimi nad ganges i w nim piorą. Żeby było ciekawiej, nie używają wcale proszku czy innych wymyślonych przez współczesną cywilizację magicznych rzeczy. Wynik jest rewelacyjny  -wszelkie plamy znikają, jakby ich nie było. A dokonują to za pomocą tarcia kamieniem. Trą, aż cały brud zniknie. Ubranie wtedy mamy czyste, ale kilka takich prań i możemy się ze swoimi ciuchami pożegnać. Na zdjęciu i filmie widać wyprane hotelowe prześcieradła. Są rozkładane na kamieniach, wiec nie ma co się dziwić, że wyglądają jak wyglądają. Tak więc, gdy traficie do hotelu i zobaczycie szare prześcieradło, nie myślcie, że jest ono brudne ( co też jest możliwe i prawdopodobne ) lecz może być ono któryś raz prane i zbliżać się do końca dni swoich.

158

161

Ponownie dość szokujący obrazek – przy jednej z barek widzimy zwłoki noworodka, być może płodu.

160

Powoli dopływamy do gathy, gdzie palone są zwłoki. Wcześniej jednak widać pozostałości po porannych uroczystościach, jeszcze nie uprzątnięte.

162

W tle zaś, widać kolejnego świętego męża. Tłumaczy coś dzieciom. Podobno jest nauczycielem wśród najbiedniejszych. Przepływając obok, zostajemy zaskoczeni faktem, że jest on „białym człowiekiem” prawdopodobnie europejczykiem. Nie jest to odosobniony przypadek, w Indiach pozostaje spora rzesza europejczyków, którzy przybywają tu w poszukiwaniu siebie, wiary i innych metafizycznych doznań i zostają, niejednokrotnie niosąc pomoc mieszkańcom, lub nauczając.

163

W miejscu, gdzie jeszcze wczoraj wieczorem były płonące stosy, dziś były tylko kupy popiołu. W nich niedotykalni grzebali, by znaleźć resztki wytopionych kosztowności oraz zbierali, by wysypać prochy do rzeki.

164

165

W tym miejscu zawróciliśmy i nasz wioślarz miał spory problem, by płynąć pod prąd. Sporej siły to wymagało ale perspektywa zarobku dodawała sił. Kapitan zaproponował, że zaprowadzi nas do znajomej fabryki jedwabiu. W tym miejscu ciśnienie mi się podniosło, bo osobiście miałem dość naciągania, ale Iwonie oczy rozszerzyły się z radości i przekonała nas, by udać się z nim. Przecież nic nie musimy kupować. Jasne. Jak usłyszycie takie propozycje, to grzecznie powiedzcie takiej osobie, by sobie kogoś innego poszukała. W każdym razie jednak postanowiliśmy zobaczyć, jak wygląda fabryka jedwabiu.

Słońce już było wysoko, mgła znikła i zniknął cały taki całun okrywający miasto. Bez niego, okazało się miastem naprawdę radosnych kolorów.

166

167

Zeszliśmy na stały ląd. Od razu odmiana. Nasz kapitan poprowadził nas wąskimi uliczkami miasta, w kierunku dzielnicy kupców jedwabiu i zakładów tkackich. Po drodze z racji naszego zawodu, zainteresowało nas graffiti na ścianie

168

Stwierdziliśmy, że w sumie moglibyśmy iść się czegoś nauczyć. Wszak Indie słyną z niezłych specjalistów IT. Przynajmniej w działach helpdesku.

Doszliśmy do naszej fabryczki. Kapitan załomotał w drzwi, gdzie zaspany właściciel wyburczał po swojemu „czego tu?”

Po wymianie kilku zdań, geście wyciągniętej dłoni od właściciela warsztatu, nasz przewodnik oznajmił nam, ze z oglądania fabryczek nici, bo dziś jest zupełnym przypadkiem święto muzułmanów i nie pracują dziś. No po prostu szok, chwile wcześniej nie wiedział o tym? Pierwszy raz w tym kraju jest? W nagrodę jednak, postanowił zaprowadzić nas do sklepu z jedwabiem. Zapewne nie był on prowadzony przez muzułmanina i dlatego działał. Powiedzieliśmy, że nie tak się umawialiśmy i jak tak, to nie idziemy do sklepu. Jak sami będziemy chcieli, to sobie jakiś znajdziemy, pełno ich tu po drodze. Nagle, no zupełnie jak grom z jasnego nieba przewodnik sobie przypomniał, że jeszcze jest jeden warsztat który może nam pokazać. Przeszliśmy jeszcze ładny kawałek. Na pocieszenie jednak, przechodziliśmy w miejscu gdzie kobiety prasowały ubrania. Tak drogi czytelniku, zgadza się… prasowały takimi żelazkami na duszę…

Warsztat okazał się klitką 2×2 metry. Nawet nie miałem chęci zaglądania tam ani wyciągnięcia aparatu.

176

Sklep… jeśli ktoś jest przyzwyczajony do galerii handlowych czy innych hipermarketów, poczułby się rozczarowany. W domu były wyodrębnione 2 pokoje, usłane materiałem, z poduszkami. Wchodzi się do takiego miejsca bez butów i rozsiada się, a sprzedawca przynosi kolejne materiały. Na początku pokazywane są średniej i gorszej jakości materiały, aby wysondować klienta. Jak się pozna, to niedobrze, Trzeba będzie pokazać lepsze, albo zejść z ceny. Zresztą taki zwyczaj, trzeba się targować.

Jak dla mnie osobiście, to strasznie te wszelkie materiały pstrokate. Od kolorów bolały oczy. I to jakich kolorów. kanarkowołososiowy, krwistoczerwony z zielonym takim, że łzy z oczu ciekły. W sumie ładnie to wyglądało… ale na hinduskach. Pasowało.

Nastąpiło rytualne udowodnienie, że jest to jedwab. Polega to na oberwaniu nitki podpaleniu i zaprezentowaniu, że śmierdzi spalonymi włosami. Im czystszy jedwab tym bardziej śmierdzi i tym mniej zwęglonej materii zostaje. Pierwsze materiały nie podeszły nam, kolejne też. Podłogę zaściełała już warstwa 40 cm różnych tkanin. Przynieśli materiały na ślubne ubiory. No ładne, ale…

W końcu zaprezentowali materiał na sari. Na filmie Iwona w zwojach materiału.

Dziewczynom materiał się spodobał. Sprzedawca następnie zaczął przynosić ubiory. Niestety miały one takie kolory, że dziewczyny zrezygnowały. W tym momencie padła propozycja, że skoro ten czarny materiał się nam podoba, to uszyją z niego bluzki. Z takiego materiału całego, który ma 7m, spokojnie da się zrobić 2.

178

Rozpoczęły się targi. W każdym razie początek był od 2500rs za materiał + jakiś kosmos za uszycie. Zakończyły się zdaje się na 1500rs i 250 za uszycie każdej z bluzek. Warunek – muszą się wyrobić w ciągu 2h, bo za tyle czasu planowaliśmy wyjazd. Dobiliśmy targu i udaliśmy się do hotelu i na śniadanie.

169

170

Grzesiek znów dostał jakieś dmuchane jedzenie, ja zaś zamówiłem sobie takiego placka. Mam nadzieję, że Nina znajdzie rachunki i wpisze koszt śniadania i nazwy potraw.

update Nina:

rachunek odnaleziony a na nim:

– cold drink – 30 Rs (zaczynamy wciągać się w picie coli)

– minerla water – 15Rs (stała pozycja chyba na każdym naszym rachunku)

– sweet lassi – 25Rs (Grzesiek pozazdrościł Adamowi)

– fruit lassi – 35Rs

– baranasi breakfast – 45 Rs (dla Iwony i Adama)

– continental breakfast – 60rs (dla mnie)

– rawa spl. dosa – 60Rs (śniadanie Grześka- był to placek z jakąs bliżej nieokreśloną zawartością w środku)

Jeszcze chciałbym pokazać, jak wyglądał wystrój hotelu:

171

172

173

Ciąg dalszy, w najbliższej przyszłości, mam nadzieję nastąpi.

A


03.10.2008 Droga do Khajuraho

Postanowiliśmy wyjechać o godzinie 12. Wydawałoby się, że była to optymalna godzina. Wszak do Khajuraho nie jest jakoś strasznie daleko, jakieś 250-300km. Normalnie możnaby liczyć jakieś 4, no maksymalnie 5 godzin. Jeszcze nie przyzwyczailiśmy się do tego, że w Indiach czas płynie zdecydowanie inaczej.

Na 12 umówiliśmy się z Sonu, że ruszamy. Około 11 byliśmy w hotelu, zaczeliśmy pakowanie i inne tego typu czynności. Przed 12 Grzesiek poszedł powiedzieć, że jesteśmy prawie gotowi. Niestety, nie odnalazł naszego kierowcy. Otrzymał za to informację, że pojechał załatwić coś z oponą. No fakt, jadąc tu, czasem się zatrzymywał i dziwnie na jedną z nich patrzył. Przemilcze, że miał2 dni na załatwienie tego i wybrał akurat ten moment, jak mieliśmy jechać. Ok, poczekamy. W końcu ile czasu można załatwiać sprawę z oponą, szczególnie, że pojechał z godzinę wcześniej. Z uwagi na to, że musieliśmy wymeldować się z hotelu do 12, spakowaliśmy się i wynieśliśmy.

174

Zeszliśmy na dół i czekaliśmy na schodach, koło garażu. Lipek zadzwonił do naszego szofera i uzyskał informację, ze za 15 minut będzie. Siedzieliśmy i oglądaliśmy życie zaułka, robaków i autochtonów. życie robaki i autochtoni obserwowali nas, tak więc była równowaga. 15 minut później wykonaliśmy kolejny telefon. Nie odbierał. Ciśnienie podniosło nam się dość mocno, z Niną wymyślaliśmy scenariusze, co byłoby gdyby pojechał sobie i nas zostawił. W końcu odebrał i powiedział, że zaraz będzie.

10 minut później… nic się nie zmieniło

Kolejną chwilę później też go nie było

Koło 13 Lipek zadzwonił i powiedział mu kilka uprzejmych słów, aczkolwiek moim zdaniem nie przedstawiały one naszego nastroju choćby w 10%.

10 chwil później wjechał do garażu, spędzając ze 3 chwilę na wykręcenie w uliczkę.

I co? nie, nie pojechaliśmy od razu, to byłoby za piękne, za proste. Tak się nie da. Sonu postanowił soczyć pod prysznic. W sumie nawet dobrze, bo nie bedzie nam wydzielał zapachów, ale już spóźnieni jesteśmy, mieliśmy godzinę temu odebrać ubranka z szycia i pojechać.

Ile czasu można brać prysznic? 5 minut? 10?

Błąd. Zobaczyliśmy naszego kierowcę po 30 minutach. I ani przepraszam ani pocałujcie mnie w dupe.

Ok, to teraz pojedziemy do dzielnicy z jedwabiem, zawieziesz nas tam.

„EEEeee, nie dojade tam, idzcie na piechotę, a ja poczekam w hotelu.”

Osz &*^% twoja mać „NO!” wyrwało się z czterech gardeł a i w oczach chyba mieliśmy morderstwo.

Myślę, że gdyby usiłował coś powiedzieć, zabralibyśmy mu kluczyki i sami byśmy pojechali. Łaskawie zapakował swój szanowny tyłek za kierownicę i pojechaliśmy. Ale ale… przecież nie może być łatwo, prawda? Pamiętacie jak 2 dni wcześniej, jak przyjechaliśmy, Sonu wjeżdżając w uliczkę nie mógł wykręcić przez poustawiane stoliki i jeden z nich zahaczył bokiem? Właśnie teraz dotarło do właściciela, że doznał niepowetowanej straty i musi ją odzyskać. Wywiązała się słowna awantura na gdakanie bulgotanie i machanie rękoma. Po jakichś 17 chwilach Sonu machnął ręką dał właścicielowi ze 20rs i pojechaliśmy. Oczywiście pokazaliśmy na mapie gdzie ma jechać. tak, zdecydowanie mapa to było egzotyczne stworzenie, bo oglądał ja chyba ze wszystkich stron. I oczywiście usiłował pojechać w przeciwną stronę. W końcu został dopilotowany na miejsce.

Pobiegliśmy po ubranka. Niesamowite, ale były gotowe. Co więcej, spodziewaliśmy się tandetnej roboty a to co dostaliśmy, zaskoczyło nas pozytywnie. Bardzo ładnie wykończone materiałem a co więcej – miało podszewkę! po prostu szok.

Iwony ubranie miało idealną wielkość, Niny jednak było za ciasne. W sumie nie całe tylko na piersiach. Sprzedawca przekonywał, że nie, że jest idealne, ale Nina nie była zadowolona. W związku z tym zaproponował że zaraz przerobią, trwać to ma maksymalnie 30 minut. W sumie stwierdziliśmy, że i tak zmarnowaliśmy ogrom czasu, więc nie ma co się śpieszyć, za jasnego nie dojedziemy na miejsce, a przynajmniej Nina będzie zadowolona. To poczekamy. Zapytaliśmy, gdzie moglibyśmy się napić czegoś w okolicy, bo pragnienie dawało nam się we znaki. Zostalismy zaprowadzeni na główną ulicę, prawie przy samochodzie były knajpki. Weszliśmy do pierwszej z brzegu. Oho… to była knajpa wyraźnie lokalesowa. Menu w języku angielskim szukali dość długo, lecz chcieliśmy tylko zimną colę. Dokłądnie 4 butelki. martwiliśmy się, że może nie mają lodówki i dostaniemy ciepłą, ale postanowilikśmy zaryzykować. Usiedliśmy przy kuchni i od razu zaczeliśmy obserwować otoczenie. Otoczenie obserwowało nas zresztą od dłuższego czasu. Otwarte usta i zatrzymane dłonie w połowie drogi z talerza do ust oraz nas trochę zdziwiły. No dobra, staliśmy się żywym cyrkiem. W sumie nam to nie przeszkadzało – wszak dla nas oni też byli ciekawostką, jednak przyzwyczajenie cywilizacyjne nie pozwalało nam aż tak się na nich gapić. Tak jak przypuszczaliśmy w kuchni nie zobaczylismy lodówki. Jednak po chwili z ulicy przybiegł chłopak, który przyjmował zamówienie. ta przy okazji chyba tylko on potrafił jako tako mówić po angielsku. Przybiegł z butelkami zimnej coli. Okazało się, że nawet jak czegoś z menu nie ma w restauracji, to bigną do sklepu czy innej restauracji i przynoszą, nieważne czy klient jest lokalny czy turysta. Świetna sprawa.

Wypiliśmy, zapłaciliśmy dokładnie tyle ile było w karcie ( 12rs za butelkę ), Nie minęło 15 minut od chwili, kiedy zniknęła nam z oczu Niny bluzką, a została przyniesiona. Już przerobiona i to tak, że praktycznie nie było śladu. Podziękowaliśmy i poszliśmy do samochodu. Naszego kierowcy nie było… co już nie było w sumie nowością.

Nagraliśmy za to jak wygląda ruch uliczny, na małej uliczce w Varanasi.

W końcu Sonu wrócił i pojechaliśmy. Cały czas żałowaliśmy, że nie poszliśmy zobaczyć płonących stosów od strony lądu, ale cóż poradzić, czasu się nie rozciągnie. Może następnym razem.

Droga była długa. I jakby ktoś chciał wiedzieć, nie była dobra. Była wąska, kręta i strasznie kiepsko oznakowana. Zaszło słońce i nastąpiły kompletne ciemności. Wsie i miasteczka przez które przejeżdżaliśmy w większości nie były oświetlone. Gdzieniegdzie paliły się małe ogienki. bardzo dziwne uczucie patrzeć, jak normalne życie, handel, toczą się w światłach reflektorów.

Trochę po 23 przejechaliśmy Satnę, najbliższe miejsce gdziem można dojechać pociągiem. Jakbyśmy pociągami jechali, to właśnie z tego miejsca kombinowalibyśmy transport dalej. Ostatnie 80km zajęło nam około 1,5 godziny. Wjechaliśmy do kompletnie martwego miasteczka. Brak samochodów, brak ludzi, brak świateł w oknach, jedynie latarnie co jakiś czas pokazywały, że to żywe miasto. Hotel, w którym Sonu chciał nas zakwaterować był już zamknięty na 4 spusty więc Sonu udał się na poszukiwania. Kilka bram obok, znalazł się hotel, całkiem ładnie wyglądający, gdzie otworzyli nam i zaproponowali pokoje. Wstępna cena jaką chcieli, to 500rs. Prawdę powiedziawszy dość drogo, ale hotel wyglądał naprawdę przyzwoicie. Wejścia do pokoi były z dużego, ładnego patio, z małym stawkiem ze złotymi rybkami. Wiedzieliśmy, że za wielkiego wyboru nie mamy, byliśmy zmęczeni, było późno i mieliśmy wszystkiego dość. Stargowaliśmy do 400Rs i wybraliśmy pokoje. W jednym był ogromny karaluch, ale miał jakieś inne plusy, dlatego dostał się Lipkom. Karalucha nie znaleźli, za to w chwili nieuwagi wkroczyła do ich pokoju ropucha. Przegnali ją do łazienki, zamkneli tam ją i poszli spać.

Ja przyznam się, ze padałem na twarz. Uznałem, że robię sobie dzień brudasa i nie myje się. Padłem na łóżko i zasypiałem. Nina poszła pod prysznic. Z objęć morfeusza wyrwał mnie krzyk. Okazało się, że ogromny karaluch łazi po saszetce z kosmetykami i natychmiast mam go zabrać, bo mi żonę połknie w całości, i nawet nie beknie. Nieprzytomny wstałem by ratować moje kochanie. Podły robal jednak się schował. Dostałem nakaz wyciągnięcia wszystkiego z saszetki i sprawdzenia, czy nie ma go w środku. Wyciągałem rzeczy i podawałem Ninie gdy nagle dotarło do mnie, że robię głupotę. Oczyma wyobraźni zobaczyłem, że nie zauważony przeze mnie robak schowany za pastę do zębów trafia do rąk Niny i co dzieje się później. Nie! tak być nie może. Odebrałem Jej rzeczy i kładłem na umywalkę.

179

Nie znalazłem robaka. Nina zarządziła, że trzeba wytrzepać saszetkę. Uczyniłem to i oczom mym okazał się robal w całej swojej okazałości. Ogromny był. No miał prawie centymetr… Myślę, że mógłby Ją połknąć, ale beknąć by jednak musiał…

Tego było dla mnie za wiele. Musiałem wejść pod prysznic i po tak traumatycznych przeżyciach się oczyścić. Potem, czując ulgę padłem na łóżko czując przyjemne zimne powiewy z wentylatora pod sufitem. jest to bardzo przyjemne, ale trzeba uważać – łatwo można się przeziębić!

180


04.10.2008 Khajuraho

Otworzyłem oczy. kolejny dzień i dalej żyjemy. Co ciekawsze, jest pogańska godzina a w sumie nawet przytomni jesteśmy. W sumie nawet się wyspaliśmy, co nas lekko zdziwiło. Do rzeczy. Znaczy się wstaliśmy, umyliśmy się i zapłaciliśmy za hotel. Check out był o 10 więc spakowaliśmy się i zaciągnęliśmy bagaże do jeepa. Coś okołozołądkowego zaczęło nam doskwierać więc postanowiliśmy zwiedzić lokalną jadłodajnię. Była blisko i pewnie nazywała sie Ganesha, ale to Nina się dogrzebie do rachunków i znajdzie. Może. Ja tu jestem od poezji, prozy wina i śpiewu, a ona od szarej rzeczywistości. ktoś musi, prawda?
Wciągneliśmy się ochoczo na 1 pięterko restauracji, dość obskurnymi schodami i ukazał nam się widok jadłodajni z lat 70. No ciut a nie taka z misia, tylko misek nie było, znaczy cywilizacja.
Cośmy tam nabrali nie pomnę – to znów Niny zadanie wygrzebać i naklikać – zdaje się tosty różnorakie, na przykład z pomidorem i serem – wyśmienite.
Mam ścieśniać, bo coś przydługa się relacja robi a i przydługo powstaje, więc przenieśmy akcję w niedaleką przyszłość. Tup Tup tup poczłapaliśmy w stronę pierwszych świątyń. Znaczy właśnie nie poczłapaliśmy tylko nasz kierownik nas zawiózł, na wyraźne nasze życzenie a wbrew jego wyraźnej chęci. Przełamaliśmy jednak jego opory i udaliśmy się pod bramę. No… ładnie ładnie, z daleka widać że całkiem ślicznie tu. Wybiegliśmy z jeepa świńskim truchtem w stronę bramy, aby zakupić bileciki. czynność ta została dokonana i zostaliśmy zaczepieni przez „jedynego koncesjonowanego przewodnika rządowego”. Czy jakoś tak. Jeszcze kilku takich się kręciło, ale że mu z oczu dobrze patrzyło, przeszliśmy do targów. 500. Nie, no co ty, za 500 to my możemy ho ho ho! Ale to rządowa cena wyskoczył przewodnik. rządowa trądowa, nie kłam nam tu, bo w Looney Planet pisze, że to 250. Nie no poszły ceny w górę, inflacja, kryzys, dzieci płaczą i takie tam. jasne. 400 albo spadaj, Nie będziemy się dalej targować, szkoda czasu. Oczywiście zgodził się bez namysłu.
Weszliśmy przez bramę do innego świata. Za wejściem stoi napis, że to światowe dziedzictwo UNESCO i że dbaja o to, i że my też mamy dbać coby kolejne pokolenia tez miały co oglądać. Ok, w sumie nie przeszkadzają mi kolejne pokolenia, pod warunkiem, że nie kopia mnie w kostkę albo portfela nie wyrywają, mogę dbać.
Zostaliśmy zaciagnięci do pierwszej kapliczki. Świetny pomysł, bo słońce już było wysoko i dawało o sobie znać, a pod kamiennym dachem jakoś człek się czuł lepiej.

182

Okazało się, że byliśmy w świątyni poświęconej Wisznu. A konkretnie Jego trzeciemu awatarowi – dzikowi.
Z tego co pamiętam, pierwszym awatarem Wisznu była ryba – Matsja która uratowała przodka rasy ludzkiej. Kolejnym awatarem był żółw – Kurma. następnie dzik Waraha. Czwartym zaś był człowiek lew – Narasimha, który zabił straszliwego demona. Podobnie kolejny awatar – karzeł Wamana który znów ratował świat przed demoniszczami paskudnymi. Szósty był Rama – Paraszurama. Kolejnym zaś znów Rama – tym razem jako wojownik. Potem Kryszna i Budda. Jeszcze ma nadejść Kalikin ale kiedy tego nie wie nikt, jednak jak nadejdzie będzie to koniec naszej ery i początek nowej. Ma położyć kres zepsuciu, aczkolwiek chyba nie chciałbym tego oglądać. Jeszcze mam kilka rzeczy do zrobienia przedtem.

181

My tu gadu gadu, przewodnik opowiada, ja tu streszczam opowiadania, a tu czas ruszać dalej.

Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie przy posągu Wisznu i można iść dalej. Przewodnik zabrał mi aparat i poinformował, że mu zaraz ptaszek wyleci. Chyba jego. W moim aparacie nie ma ptaszków.  Potem odczekał aż już nie miałem siły wciągać brzucha i zrobił zdjęcie. Ech życie…

183

Następnie Udaliśmy się do kolejnej świątynii, oddalonej od poprzedniej o jakieś 100m i zasiedliśmy przed wejściem. Tu nastąpiły kolejne tłumaczenia historii tego miejsca. Z ciekawostek które mi się zapamiętały, była opowieść o odnalezieniu świątyń przez brytyjskiego oficera, który określił je jako piękne, acz z nadmierną śmiałością erotyczną. Dlatego też część rzeźb jest zniszczona w ramach cenzury.

184

Nawet ktoś się zlitował i mi zdjęcie zrobił:

185

Ok, wiem wiem, oglądacie ten wpis i czekacie, kiedy pojawią się zdjęcia z ciekawymi pozycjami, nagimi kobietami i innymi takimi. Umieszczę je tu i teraz, bo stracicie zapał albo przewiniecie w dół, a nie o to przecież chyba chodzi.

186

190

192

Na razie musi wystarczyć, teraz musicie się skupić bo będzie trudno. Mianowicie świątynie te powstawały mniej więcej od 950 do 1050 roku. To wtedy, gdy w Polsce był chrzest trochę wcześniej myszy zjadły Popiela, ale już mniej więcej Mieszko I był. Dla przypomnienia grody nasze wspaniałe były budowane  z drewna i tak jakby cywilizacyjnie byliśmy kilkaset lat za Indiami. teraz odnośnie rzeźb. Istnieje kilka teorii ( spiskowych? ) przedstawiających przyczynę powstania tak śmiałych nawet jak na dzisiejsze czasy dzieł. jedna z nich głosi, że było to coś w rodzaju sporej wielkości podręcznika Kamasutry. Inna teoria głosi, że zaspokojenie potrzeb cielesnych zapobiega złym duchom oraz zapewnia zbawienie ( Nina – jak to będziesz czytała, to to jest ważne – zapamiętaj to sobie! :} ). Ostatnia z przedstawionych nam teorii, najmniej mnie przekonująca była teoria, że był to obraz świata widziany oczyma artystów. Jakoś nie przekonuje mnie to.

193

194

Jakoś dziwnie świątynie te przypominały nam budowle Majów – inny koniec świata czas podobny… zastanawiające prawda?

195

Ok, było trochę historii, to teraz będzie kilka zdjęć, by zawiesić oko

196

198

200

Prawdę powiedziawszy robi wrażenie. Obeszliśmy kilka świątyń dokoła, zostaliśmy poinformowani ze szczegółami co kto z kim i jak. Na przykład w przekładzie dowolnym – „Pan nie chciał pani więc pani znalazła konia i ten koń okazał się znacznie większy od pana i pani była zadowolona” i temu podobne kwiatki.  następnie udaliśmy się do baru znajdującego się pośrodku i w cieniu drzew piliśmy colę i inne napoje ( 50 rs za puszkę, ale była wspaniale zimna )

201

Nasz przewodnik siedział z nami zabawiał nas różnymi historyjkami, dowcipami z długą brodą i opowieściami o swym życiu. Z ciekawszych rzeczy na które zwróciliśmy uwagę:

– Nie, w Indiach nie ma już kast, już nie istnieją

– A co oznacza ta czerwona kropka na Twoim czole?

– A, bo ja jestem braminem, pochodzę z najwyższej kasty, codziennie jak zakończę modły to maluje sobie taka na czole, to oznaka bramina.

No to zaraz – nie ma kast a bramini to co? Na to odpowiedzi nie usłyszeliśmy.

Przewodnik podziękował nam, powiedział żebyśmy sobie sami resztę świątyń zwiedzili i ulotnił się, zanim ktokolwiek zdołał zaprotestować. Pluliśmy sobie trochę w brodę, ale i tak byliśmy zadowoleni. 400 rs nie majątek, a naprawdę ciekawie opowiadał i warto było zapłacić. Polecamy.

202

204

205

206

207

209

210

Słonko prażyło niemiłosiernie. Po pewnym czasie wszystkie rzeźby wydawały sie takie same. W dalszym ciągu byliśmy pod ogromnym wrażeniem całości. Nie tylko kunsztu budowniczych czy artystów, ale też inżynierii, która pozwoliła tym budowlom dotrwać do dnia dzisiejszego. I nagle oczom naszym ukazał się obraz pracy zespołowej. Mianowicie ekipa naprawiała elementy świątyni. Polegało to na tym, że:

  • człowiek sztuk jeden, nakładał  piach do miski
  • kobieta sztuk dwa niosła na głowie miskę do betoniarki oddalonej o jakieś 10 metrów
  • mężczyzna sztuk jeden pilnował betoniarki
  • mężczyzna sztuk jeden odbierał od kobiet miski i wrzucał do betoniarki
  • z drugiej strony betoniarki czekał kolejny człowiek sztuk jeden, by to co się wykręci w betoniarce nasypać do misek
  • kobiety sztuk dwie niosły miski na głowie 5 metrów do ściany wysokiej na 2 metry.
  • mężczyźni sztuk 3 podawali sobie miski na górę.
  • kobiety sztuk dwie niosły miski na głowach kolejne 10 metrów gdzie wyrzucały zawartość w odpowiednie miejsca …
  • … wskazywane przez mężczyznę w ilości sztuk dwie
  • mężczyźni sztuk trzy rozprowadzali materiał w odpowiednich miejscach.

Wspaniała praca zespołowa – 17 osób wykonywało pracę przeznaczoną dla 3? może czterech osób. Ale fakt, idealny sposób na walke z bezrobociem.

211

Tak sobie tuptamy tuptamy i nagle jakaś myśl zrodziła się w głowie. Przecież to miejsce jest  niepodobne do reszty Indii. czyste, zielone, zadbane. Zupełnie, jakby ktoś wyciął z jakiegoś innego miejsca na ziemi kawałek terenu i umiejscowił Tu. Za płotem widać śmieci, ale tu zielona trawa, kwiaty, miejsce na śmieci… UNESCO dając pieniądze stworzyło swoista enklawę, inny świat.

212

213

214

Kolejna rzecz która nas zdziwiła. Koszenie trawy. Kuca sobie na trawniku kilka takich kosiarek ( kosiarzy? ) i takim trójzębem wycina trawę. Jedną ręką łapie za to zielone co wystaje i ciap ciap. jeden obok drugiego ciapia trawę od rana do nocy. Ekologiczne kosiarki, nie ma spalin, tanie w utrzymaniu…

215

216

217

218

Późno już było… pewnie z jakaś 14. Padaliśmy na twarz, na zielona trawkę czy inne rzeczy, staraliśmy sie iść tylko w cieniu. Nieliczni Hindusi oglądający z rodzinami świątynię przyglądali nam się badawczo.

Po analizie zdjęć przestałem im się dziwić:

219

Następnie przegrupowaliśmy się  do kolejnej grupy świątyń. Dość podobne aczkolwiek nowsze. I tam natknęliśmy się na zakaz wejścia w ubiorach ze skóry. Lipek miał dokumenty w takim kangurzym brzuszku ze skóry więc postanowiliśmy rozbić się na 2 grupy. najpierw jedna siedzi i pilnuje a następnie druga. najpierw z Niną weszliśmy do środka… znaczy ja usiłowałem,a le zostałem pogoniony, coby pozbyć się skarpet. W sumie pisało, że bez butów, ale wcześniej tez tak pisało i można było w skarpetach wchodzić. Zaufajcie… kamień po kilku godzinach na słońcu nie jest najprzyjemniejsza rzeczą do chodzenia…

Posykując i podskakując wesoło ( by mieć najmniejszy kontakt  z ziemią ) weszliśmy do środka. Zwiedziliśmy zrobiliśmy zdjęcia i wyszliśmy. Gdy zmienialiśmy się z Lipkami, okazało się, że saszetka ze skóry nie jest problemem. A moje skarpety tak? No ale nie będę się przecież awanturował, jeśli tego wymagają ich obyczaje to stosować się będę bez gadania i marudzenia. Co najwyżej z lekkim posykiwaniem.

220

Po tym wszystkim zwiedziliśmy jeszcze jedną świątynie i postanowiliśmy jechać w stronę Orchy.

Ale to juz w kolejnym odcinku naszej niekończącej się opowieści.

Bądźcie czujni, albowiem nie wiecie, kiedy nastąpić może apokalipsa lub następny odcinek…

A


05.10.2008 Orcha

Ok.
Mój kochany pamiętniczku, zaniedbałem Cię, wiem.
Kajam się straszliwie. Dlatego też dziś będzie wpis, słitaśne foty i filmidło.
A poważnie, to przepraszam za brak aktualizacji, ale mi się nie chce, a pomocników brak 🙂
Zaczynajmy. Aktualne wpisy będą krótsze ale mimo wszystko chciałbym to skończyć.

Wyjechaliśmy z Khajuraho w stronę Orchhy gdzieś koło 16 godziny. Sonu stwierdził, że jechać będziemy jakieś 2-3h. Miło i przyjemnie. Jedziemy, oglądamy zachód słońca. Dodatkowo oglądamy budowę czegoś jak silos czy coś… już na etapie budowy przypominał krzywą wierze w Pizie… Jedziemy. Jedziemy. Ciemno się robi wszędzie. Ruch spory, samochody, motory, rowery, piesi na drodze szerokości może z 4 metry. Oczywiście muzyka na full, dłoń na klakson i jedziemy przed siebie. Ciemno już od jakiegoś czasu… Nasz driver przegapił zjazd na Agrę i musi na drodze zawracać. To dopiero przeżycie. W tył, w przód, w tył… i tak z 5 minut. Nagle tylne koło spada z asfaltu. Wrzask, panika naszego kierowcy… Lipek z Niną zostali wysłani, by przytrzymać pojazd, by nie stoczył się. Ja olałem to. Niech się nauczy jeździć! I teraz konsternacja, co zrobić? spanikowany kierowiec nie wie, co ze sobą zrobić. Iwona zaproponowała, żeby może ręczny, gazu i skręcić koła, to wyjedziemy. No… to był foch maksymalny, jak BABA może znać się na tak skomplikowanych rzeczach, jak jazda samochodem… Nie używając ręcznego, przy pomocy Niny i Lipka, którzy pchali auto ze wszech sił, udało się uwolnić z pułapki. Gdy wsiedli do pojazdu, okazało się, że przepaść, w którą prawie wpadliśmy miała no z 7 cm… tragedia.

W każdym razie, Sonu miał focha i przestał się odzywać, tylko jeszcze bardziej podkręcił głośność muzyki. Około 23 dojechaliśmy na miejsce. Oczywiście, Sonu przez telefon załatwił nam nocleg. na miejscu okazało się, że po 1 to w pokojach, gdzie tak śmierdziało, że nie dało się wytrzymać a ponadto chcieli za to z 600Rs. No tego to już nie strawiłem, widać miałem dość Sonu, jego muzyki i całokształtu, stwierdziłem, że mamy go w (&^ i idziemy sami szukać. nasi backpakerzy zrobili niezła minę… nastąpiło pytanie, czy nie ma tańszych pomieszczeń. Znalazły się, chyba po 500 ale tragiczne. Tragiczne tragiczne! No może przesadzam, byłem uprzedzony do tego hotelu itp. Jeszcze targując się zamiast 300 powiedziałem 3000 co wszyscy skwitowali salwą śmiechu. Tym bardziej moja irytacja wzrosła, i stwierdziłem, że wynosimy się i idziemy czegoś poszukać. Rozdzieliliśmy się, Nina z Lipkiem poszli droga w stronę „centrum” a Iwona została ze mną, zapewne by bronic ludzi przed moją agresją. Po przejściu 30 metrów znaleźliśmy kolejny hotel i weszliśmy do niego. Pokoje ładne, czyste, za 300Rs. Klucze, były poupychane pod koc na jakiejś wersalce – dość zabawnie to wyglądało. Ustaliliśmy, że nam się podoba, ale musimy jeszcze obgadać z resztą. Wyszliśmy na ciemna ulicę i szliśmy w stronę, w która poszli Lipek i Nina. Zaczęliśmy się z tubylcami i ogólnie z Indiami oswajać, bo z uśmiechem odpowiadaliśmy na zaczepki i naprawdę miło było. Okazało się, że znaleźli hotel, także po 300RS – a że byliśmy blisko, postanowiliśmy obejrzeć  pokoje. Ładne czyste… ale jakieś robactwo – acz martwe. Więc właściciel zaczął wymiatać je z pokoju, widząc ogromne oczy dziewczyn. Postanowiliśmy tu zanocować.

225

Głodni byliśmy niemiłosiernie, więc Lipek dogadał się w knajpie naprzeciwko, że przyjdziemy. Co prawda akurat zamykali, ale chętnie nas przyjmą. Czekali bidulki jeszcze z godzinę, zanim załatwiliśmy wszystko z plecakami, biurokracje z meldunkiem i przyszliśmy. Knajpa była pietrowa, więc zaciągnięto nas na górę, na taras, podano menu i to, co mnie najbardziej ujęło, to to, jak postawiłem plecak z aparatem na podłogę… Własciciel poleciał gdzieś, wrócił z krzesłem i ostrożnie położył plecak na krzesełku. Szok.

O, nawet jest zdjęcie i nazwa – Open Sky Restaurant. Polecam z całego serca. Dostaliśmy menu i zaczęliśmy studiować. Nie pamiętam co zostało zamówione, jakieś lokalne papu, cola lassi itp. I w tym momencie restauracja opustoszała. Został tylko właściciel, a cała rodzina, a było tego z 8 sztuk, poleciała w miasto. Właściciel zabrał się za rozpalanie ognia a my siedzieliśmy wpatrzeni w gwiazdy, Iwona udawała nawet, że rozpoznaje je. Nawet nazwy fachowe podawała, pewnie licząc, że nie będziemy chcieli pokazać swojej ignorancji i przytakniemy. I pierwsza wróciła córa właściciela dzierżąc w dłoniach zimna colę. WOW. Następni przynosili jakieś jajka, zieleninę i wszystko co potrzebne do kolacji. Rewelacja – wiedzieliśmy, że nasza kolacja jest super świeża – kolejny szok. Jedzenie było bardzo smaczne – polecam. Nie ma tej restauracji w LP, ale… warto. Za to Lipek nastawił się na śniadanie w innej restauracji, gdzies pod jakimś drzewem – wedle LP genialna… Ale to już kolejny dzień.

Udaliśmy się na spoczynek… umęczeni ale jacyś tacy zadowoleni…

 

Reszta to początek relacji Lipka, nigdy nie dokończony:

jazda do Orchy początkowo odbywała się po tak samo koszmarnych drogach jak w stronę Kajuraho. zresztą logiczne. więc trzęsło nami nieziemsko i każdy po cichu miał nadzieję, że niedługo wyjedziemy na normalny asfalt bez kilkunastocentymetrowych dziur. z przyjemnych rzeczy po drodze widzieliśmy piękny zachód słońca. nietypowy dla nas bo bez chmur, słońce nie było tak pomarańczowo-krwistoczerwone jak w Polsce ale mimo wszystko wyglądał ślicznie. usiłowaliśmy zatrzymać się gdzieś i zrobić zdjęcie ale Adam nie za bardzo się czuł a mi i Iwonie nie wyszło nic ładnego. z komicznych rzeczy oczywiście zgubiliśmy się kilka razy i podczas zawracania jedno tylne koło obsunęło się z asfaltu na pobocze. nasz Sonu wpadł w taką panikę, kazał nam szukać cegły, żeby podłożyć pod koło samochodu. Lipek i ja wyskoczyliśmy w poszukiwaniu czegokolwiek po czym okazało się, że wcale nie grozi nam wpadnięcie do rowu, różnica poziomów wynosiła ok. 10cm. w związku z tym Iwona udzieliła przyjacielskiej rady naszemu kierownikowi, żeby po prostu ruszył z ręcznego. propozycja spotkała się nie dość, że z brakiem kompletnego zrozumienia to jeszcze Sonu obraził się, no bo jak tu kobieta będzie go pouczać jak się jeździ!. dla nas cała ta sytuacja była zabawna niestety nasz kierowca aż spocił się okropnie. niestraszne mu było wyprzedzać nie widząc czy nic nie jedzie z naprzeciwka, niestraszne wyprzedzanie na trzeciego czy czwartego, niestraszna jazda bez świateł nocą straszne okazało się wyjechanie z małego dołka.

z innych ciekawskich rzeczy przejeżdżaliśmy przez jedną, dwie wioski gdzie w poprzek drogi rozciągnięty był szlaban i gdzie trzeba było uiścić opłatę. nie wyglądało to na oficjalny punkt poboru jakiegokolwiek podatku. wiemy też, że nie była to granica między stanami więc podejrzewamy, że cała ta operacja była z lekka nielegalna, ale aby przejechać musieliśmy zapłacić haracz.

do Orchy dojechaliśmy wyjątkowo wcześnie biorać pod uwagę nasze kilka dni podróży. oczywiście po drodze Sonu, nie konsultując się z nami, zarezerwował nam hotel – Fort View. jego pewność, że zdecydujemy się na ten właśnie hotel była podbudowana tym, że polecali go w LP. pokoje, które nam pokazano nie odbiegały standardem od tych wcześniejszych, może były trochę większe. zażądano od nas, o ile pamięć mnie nie myli, 500Rs za 1 pokój. wiedzieliśmy, że powinno być taniej więc zaczeliśmy się targować. jednak ceny nie udało się ztargować a zyskaliśmy tylko tyle, że pokazano nam pokoje tańsze, które były bardzo małe,  śmierdziało w nich strasznie a ponadto jeden z nich nie miał europejskiego kibelka. pełni wiary w siebie, przecież jesteśmy już w Indiach kilka dni i żyjemy a nawet mamy się całkiem nieżle, postanowiliśmy poszukać tańszego hotelu na własną rękę. panowie z hotelu jak i Sonu byli z lekka oburzeni. zostawilismy bagaże w samochodzie, upewniliśmy się, że Sonu będzie tam na nas czekał a ponadto będzie również i spał w tym hotelu udaliśmy się „na miasto”. rozdzieliliśmy się – Adam i Iwona zaszli do następnego hotelu, ja i Lipek poszliśmy w poszukiwaniu hotelu, który był polecany w następnej kolejności po Fort View w naszej „bibli” czyli w LP. hotelu nie znaleźliśmy za to zdobyliśmy orientacje, w którą stronę do kolejnych ruin, które chcieliśmy zobaczyć oraz wypatrzyliśmy polecaną przez LP knajpkę. samo miasteczko było usłane ogromną ilością krowich kup. spotkaliśmy też Szwedów, z którymi zamieniliśmy kilka słów – mieszkali właśnie w Fort View i płacili za pokoje jakies 800Rs uważając, że to tanio. z lekkim niepokojem zaczeliśmy wracać bo uświadomiliśmy sobie, że nie umówiliśmy się konkretnie ani za ile się spotykamy, ani gdzie. jednak okazało się, że znaleźliśmy się bez wielkich problemów i mimo iż my nic nie znaleźliśmy Iwona i Adam mają całkiem fajne i czyste pokoje za 250rs. jednak wracając po bagaże zaczepił nas jeszcze jeden hotelarz. widać, że albo nie było jeszcze sezonu albo nie miał szczęścia bo bez wielkich ceregieli zgodził się na tą samą kwotę za to za większe pokoje. później dowiedziliśmy się, że przez pękniętą rurę miał potworne problemy i każde pieniądze były mu potrzebne – w sezonie jego pokoje chodziły za 800Rs. poszliśmy po bagaże, pan wymiatał ususzone owady z naszych pokoi, a po drodze umówiliśmy się z właścicielami kanajpki na przeciwko, że niedługo przyjdziemy do nich na kolację. niestety za nim nastapiło zakwaterowanie minęło sporo czasu jednak w knajpce cały czas na nas czekano. w rewanżu na jedzenie też trochę sobie poczekaliśmy. całość była smaczna choć bez rewelacji za to ujęło nas, że czekali nas i byli bardzo uprzejmi – przynieśli Adamowi krzesełko na plecak, strząsali z nas owady, które ciągnęły z powodu światła. ponieważ śniadanie postanowiliśmy zjeść w tej kanjpie, którą wypatrzyliśmy z Lipkiem pożegnaliśmy się coś mrucząc niezobowiązującego na temat śniadania. spać poszliśmy dosyć szybko bo kolejny dzień miał minąć na zwiedzaniu w słońcu. moja  przemiana materii zaczęła się odzywać i po chwili wahania zaczęłam brać tabletki przeciw biegunce.

 

 

ranek rozpoczął się kolejną tabletką i postanowieniem, że dziś nie piję lassi. wstaliśmy ok. 9, wymeldowaliśmy się przed 10, odnieśliśmy bagaże do samochodu i poszlismy na śniadanie. na śniadanie zamówiłam sobie jajecznicę, tosty i czarną herbatę. Iwona i Adam jedli jakieś musli z owocami natomiast Lipek zamówił sobie zestaw,na który składało się trochę jajecznicy, ze 2 tosy i płatki kukurydziane. całość nas rozśmieszyła ponieważ do płatków nie dostał niczego czym można byłoby je zalać. dodatkowo Lipek wyczytał o podobno przepysznym puddingu ryżowym, który warto w tym miejscu zamówić. skusił się nieboraczek i niestety nie było to tak pyszne jak twierdził LP, lub też może my ludzie z Polski nie przyzwyczajeni do luksusów puddingowych nie doceniliśmy jego smaku. ogólnie jedzenie było dobre, obsługa taka sobie – gdy chcieliśmy cos zamówić to musieliśmy wręćz szukać kogoś kto odebrałby od nas to zamówienie. być może rekomendacja lonelyplanetowa ich rozleniwiła.

słonko grzało niemiłosiernie aleprzeszliśmy przez mostek z żebrającymi staruszkami, zakupiliśmy bilety  i rozpoczęliśmy zwiedzanie pałacu Szachangina. oczywiście usiłowali się do nas przykleić przewodnicy ale jakoś ich zbyliśmy i poszliśmy dalej. początkowo wszystko wydawało nam się w strasznym stanie, ruiny w dodatku kompletnie niezadbane. jednak przyczepił sie do nas jakiś Indus, który koniecznie chciał nas oprowadzić zapewniając, że nie jest guide’m. po 3-krotnym upewnieniu się, że nie jest przewodnikiem ustaliliśmy między sobą, że jesli na koniec zażąda od nas kasę to sobie po prostu pójdziemy. nie-przewdonik pokazał nam kilka komnat z pięknymi malowidłami, opowiedział też kilka historii, otworzył kluczem jakieś drzwi i pokazał kolejne ładne lecz zzniszczone i nierestaurowane komnaty. oczywiście na koniec oczekiwał napiwku, usłyszał dziękuję i poszlismy zwiedzać dalej na własną rękę. marzyło nam się wejść na samą górę i po zabłądzeniu parę razy udało się. przedtem Lipek zaliczył jakąś skończoną ilość uderzeń czołem o zbyt niskie nadproża. słońce z każdą chwilą grzało mocniej. z częstymi postojami, zachęcaniem się nawzajem typu: „tyle zapłaciliśmy za zwiedzanie to trzeba to wyzwiedzać”, „no co Ty? na taką fajną wieżyczkę nie wejdziesz?” itp zobaczyliśmy większość zakamarków pałacu.  następnie wycieńczeni zahaczyliśmy o restaurację, która wyglądała na pieruńsko drogą. oczywiście taka była jednak z tego gorąca nie byliśmy głodni – zamówiliśmy colę oraz babska częśc skorzystała w kibelka typ „na narciarza”. kelnerzy kiedy zorientowali się, że nie będzie z nas mamony traktowali nas troche lekceważąco ale szczerze mówiąc było nam to obojętne. z pałacu Szachajgina z powrotem przez mostem i „centrum miasta” usiłowaliśmi trafic do…. za trafiliśmy