Tajlandia

/Tajlandia
Tajlandia2018-10-13T23:24:18+00:00

Pakowanie się na wyjazd z dzieckiem do Tajlandii

Wyjazd z dzieckiem do Tajlandii

Paszporty są, można jechać.
Paszporty są, można jechać.

Za niecałe 3 tygodnie wyjazd z dzieckiem do Tajlandii. Plan kończy się układać, bilety i noclegi dopinane na ostatni guzik.

Z okazji święta i zarazem dnia wolnego można było zrobić przymiarkę do pakowania się. Lista do zapakowania gotowa jest od dawna, modyfikowana pod każdy wyjazd indywidualnie. Wiadomo – jak wszystkie trzeba nosić na grzbiecie w plecaku, to człowiek zastanowi się kilka razy, czy aby jest sens zabrać kolejną podkoszulkę.

Spisanie wszystkiego ma swoje dobre strony. Porządkuje to, co jest a co trzeba dokupić, a nade wszystko – powoduje, że dzień przed wyjazdem nie biega się w panice w poszukiwaniu konkretnych rzeczy do zabrania. A przy wyjazdach z dzieckiem zawsze na ostatnią chwilę człowiek chce coś dopakować.

Pakowanie

Lista - "do zabrania" - wersja 3 tygodnie przed wyjazdem
Lista – „do zabrania” – wersja 3 tygodnie przed wyjazdem

Pakujemy to na oddzielne kupki „rzeczoosobowe” zastanawiając się, jak to rozsądnie spakować. W tym roku wygrywa opcja – do każdego plecaka spakować po połowie rzeczy każdej osoby – by w przypadku zagubienia bagażu (jak to już raz mieliśmy – w Indiach) była szansa, że jednak będziemy mieli choć kilka ubrań. kartony spoczęły w Krzysia pokoju i znosiliśmy do nich wszystko z listy

Każdy swoje rzeczy wstępnie pakuje do kartonu
Każdy swoje rzeczy wstępnie pakuje do kartonu

Przyniesione zostały też plecaki, na przymiarkę, ile zajmie to miejsca. Do mojego plecaka sprawdziłem, że ewentualnie wejdzie też plecak podręczny. Lepiej sprawdzić to w domu, niż na wyjeździe zdziwić się, że coś jest nie tak.

Pomoc dziecka przy pakowaniu

Krzysztof postanowił w tym roku nam pomóc i też chciał nosić plecak. Wyciągnął trzeci plecak, Niny i zażądał zamontowania go na plecy oraz wypakował go pluszakami i zabawkami. W tym roku nie będzie miał swojego plecaka – 3 lata to jeszcze nie wiek, by nosić ciężary – ale plecak podręczny z własnym jedzeniem i piciem oraz maskotkami raczej będzie swój miał. Na koniec został przygięty życiem i plecakiem. Dobrze od samego początku pozwalać dziecku pomagać przy pakowaniu. Dzięki temu będzie po pierwsze wiedziało, że pakować się trzeba, a po drugie – z wiekiem nauczy się trudnej sztuki wyboru. Bo może zabrać duże auto – ale musi pamiętać, że będzie musiało je nieść… albo nie będzie miejsca na ulubioną maskotkę.

Wszyscy mają plecaki, to Krzyś też chce mieć swój. Zapakowany "po nosek" zabawkami. tak kończy się pakowanie na wyjazd z dzieckiem do Tajlandii
Wszyscy mają plecaki, to Krzyś też chce mieć swój. Zapakowany „po nosek” zabawkami.

Wstępne pakowanie może być bardziej męczące, niż pakowanie na ostatnią chwilę. jest dużo czasu na wybory, zastanawianie się. My dziś polegliśmy w 3/4 pakowania. Znaczy zapakowane zostało wszystko, poza kosmetyczką i apteczką. I nie zostało zapakowane do plecaka. Jeszcze…

Edycja, godzina 20:19

Plecaki zapakowane poza kosmetykami. Jeden plecak 10,5kg drugi 5,5kg. Nie jest źle.

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


Lot do Tajlandii przez Doha - 2016-11-17

Lot do Tajlandii z dzieckiem

spakowany! Sandały keen’a w wersji „blu” wraz z plecakiem „pod kolor”
spakowany! Sandały keen’a w wersji „blu” wraz z plecakiem „pod kolor”

Adam: Na swoje czterdzieste (nie wstydzę się wieku)urodziny, żona moja postanowiła zabrać rodzinę do ciepłych krajów. Mam pewne podejrzenia, że chciała nas tam zostawić, ale nie wyszło. Zupełnym przypadkiem Qatar Airways miał rewelacyjną promocję do Tajlandii… więc wybraliśmy się w tym kierunku. I wyszło, że wylot nastąpił w moje urodziny, a urodziny Krzysia spędzić mieliśmy na plaży. Dodatkowo – Nina uznała, że w pracy za bardzo używa języka urzędowego – i powoli zapomina jak pisze się w języku „popularnym” – postanowiła napisać relację. Sama, bez przymusu.

O Tajlandii będę pisać ja. Ja czyli Jarząbek, czyli Nina – ale raczej nie liczcie na poczucie humoru. Ono objawia się u mnie głównie końskim rżeniem a nie rzucaniem żartów. 
Start – godz. 5. Mamy godzinę na ogarnięcie siebie, śniadanie, resztki pakowania itp. O 6 budzimy Krzysia – wstaje w lekkimi oporami, śniadania nie chce jeść więc zawijamy je w folię i zabieramy ze sobą Adam: Zawijamy kanapkę, a nie Krzysia.  Wychodzimy zabierając ciepłe rzeczy, które przydadzą nam się po powrocie (część Adam wyniósł poprzedniego dnia wieczorem). Ruszamy 6.43 – czyli na wejściu 3 min opóźnienia. Modlińska pocieszenia nie daje, dużo samochodów, gdzieniegdzie stoimy. Staram się „nieczarnomyśleć” i cały czas powtarzam sobie w duchu: nie spóźnimy się, przecież mamy jeszcze dużo czasu, nie spóźnimy się… Na lotnisko przyjeżdżamy jednak o czasie – 7.30. Owijam Krzysia w koc i wynoszę go do hali, za chwilę zjawia się Adam z bagażami i biletami. Plan zakłada, że razem z Krzysiem oddajemy bagaże a Adam jedzie zostawić samochód na parkingu i dobija do nas. Adam: Z parkingiem to też było fajnie. Wrzuciłem w wyszukiwarkę parkingi, wyszukałem od 7:30 17.11 i zarezerwowałem. Przy wpisywaniu w kalendarz patrzę – parking mamy od 12:00 dnia 18.11. Tak to jest jak się płaci zamiast patrzeć najpierw za co się płaci. Na szczęście szybki telefon na Parking Holiday Lotnisko Okęcie i zmieniłem datę przyjazdu. Swoją drogą, polecam ten parking – tanio i dość szybko – a obsługa super.

Lotnisko Chopina

Nasz samolot

Ponieważ okazało się, że odlatujemy z terminalu A musimy przejechać całe lotnisko. Krzysiowi podoba się to bardzo bo jedzie na wózku i wszystko dokładanie widzi. Tradycyjnie spinam wszystkie latające paski naszych plecaków i bez problemu nadajemy bagaże. Waga – mój 10,2 kg, Adama 15,2 kg. Przy wstępnym pakowaniu wydawało się, że miał mało więc trochę mu dorzuciłam ale nie myślałam, że tak przesadzę. Następuje lekka konsternacja ponieważ Krzyś stanowczo nalega, żeby jego plecak też pojechał taśmą.

Domowa kanapka
Domowa kanapka

Na szczęście udaje się go przekonać, że jednak każdy ma swój mały plecak przy sobie. Dowiaduję się też, że mimo, że Adam nie będzie nadawał bagażu rejestrowanego to ułatwi sobie życie jeśli jeszcze raz odprawi się (dzień wcześniej odprawiałam nas on-line). Dostajemy „nalepki” na plecaki i idziemy zwiedzać lotnisko w oczekiwaniu na tatę. Po 12 przejeździe ruchomymi schodami i zakupie gazetki na drogę pojawia się tata. Krótki pobyt przy stanowisku odprawy, obklejenie plecaka i udajemy się w stronę bramek bezpieczeństwa. I tu pierwsza z niespodzianek – pani puszcza nas bramką, która wg nas zarezerwowana jest dla niemowlaków i osób niepełnosprawnych. Dodatkowo na widok naszej skonsternowanej miny każe się stanąć tuż przy taśmie, bo z dziećmi jest pierwszeństwo. Niby tacy oblatani, niby tacy podróżnicy a takich myków nie znają! Krzyś uprzedzony o procedurze sprawdzania bagażu najbardziej zafascynowany jest rolkami i skrzynkami na bagaż podręczny. Jego plecak to był dobry pomysł – pół roku temu podczas podróży do Mediolanu zaliczyliśmy aferę ponieważ trzeba było oddać na chwilę Mu, jego nieodłączoną przytulankę do zasypiania – teraz Mu i druga przytulanka Sio schowane są w plecaku i bez problemu ze strony właściciela przechodzą kontrolę. Adama plecak zostaje wybrany do losowej kontroli – na szczęście sumienie mieliśmy czyste więc kontrolę znieśliśmy ze spokojem. Adam: Taaa. plecak kupiony ze 2 tygodnie wcześniej, nie wiadomo gdzie był i w jakich świństwach moczony… lekko się zdziwiłem jak celnik papierkiem do testów pocierał go. Na szczęście nic nie znalazł. Ale plecak jest super. Chyba znalazłem sobie idealny plecak na codzień oraz jako podręczy do samolotu.Model to Caracal Special – produkt polski! Czas do odlotu spędzamy zwiedzając lotnisko, oglądając samoloty przez szybę i kupując wodę w automacie. Przydaje się kanapka przezornie zabrana z domu.

Kolejne zaskoczenie (niby podobnie było ostatnim razem przy locie do Gruzji ale chyba odzwyczajeni jesteśmy od luksusów) – pasażerowie z dziećmi, osoby starsze i niepełnosprawne mają pierwszeństwo przy wejściu na pokład. Reszta będzie wchodzić sekcjami, po wyczytaniu. Adam: Ma to swoje plusy i minusy. Plusem jest to, że można szybko wejść, pozbyć się bagażu podręcznego i ma się pewność, że znajdzie się na niego miejsce. Minusem jest to, że czeeeeka się długo na odlot.A lecąc z dzieckiem każda chwila na wagę złota – żeby się nie zaczęło nudzić…


Lot do Ad‑Dauha (a kto wie, że to prawidłowa nazwa polska miasta Doha?)

Jedzenie "katarskie"
Jedzenie „katarskie”

Na wejściu na pokład Krzyś dostaje sporą saszetkę do rysowania, 3 kredki w jego ulubionych kolorach (blu, jet i giń), linijkę oraz bliżej nieokreśloną szmatkę a później maskotkę. Dzięki temu lot do Tajlandii z dzieckiem powinien być o wiele łatwiejszy. Praktycznie po wyrównaniu lotu dostaje też zgrabną, fioletową walizeczkę z jedzeniem – makaron w sosie pomidorowym, bułeczkę i do tego masło i serek, mus czekoladowy, milky way’a i sok pomarańczowy.

Domowa kanapka zalega jeszcze w brzuchu więc wypija tylko sok. Nasze jedzenie dociera do nas trochę później i jest bardzo smaczne. Lot jak to lot z dzieckiem – przekazujemy go sobie na zmianę, chłopaki zaliczają siku i zostają chipsami przepędzeni z siedzenia na drzwiach awaryjnych. Wreszcie jednocześnie trafia nas drzemka, co przedkłada się też na sen Krzysia. Śpi do końca lotu (czyli jakieś 2h) i ewidentnie nie jest szczęśliwy, kiedy budzimy go, bo samolot ląduje w Doha. Z wyjściem nie śpieszymy się – na lotnisku czeka nas 3.15h oczekiwania na kolejny samolot, a biorąc pod uwagę fakt, że wylądowaliśmy 30min wcześniej to prawie 4 godziny. Podczas wysiadania okazuje się, że walizeczkę i maskotkę możemy zabrać ze sobą. Ponieważ czeka nas dalszy lot nie chcemy jej i oddajemy sympatycznemu panu, który chciałby zrobić córce prezent.
Czas na lotnisku spędzamy pilnując Krzysia na placu zabaw (zamiennie korzystając z darmowego wifi) oraz oglądając spory sklep z zabawkami. Chłopaki odnajdują też kolejkę i robią sobie kilka rundek pociągiem.

Natomiast ja z Krzysiem udajemy się na zakup picia po czym najpierw okazuje się, że zapomniałam pieniędzy a potem, że nie potrafię trafić z powrotem na plac zabaw. Na szczęście dziecko jest wyrozumiałe i chodząc od wystawy do wystawy wreszcie namierzam odpowiedni kierunek i docieramy do Adama i naszych bagaży. Podejście nr 2 jest udane ponieważ bardzo skupiam się na tym którędy idziemy, a nie dokąd. Podczas płacenia zaliczam nieprzyjemną niespodziankę – jeśli daję kartę płatniczą w złotówkach to mogę wybrać pomiędzy płatnością w euro albo katarską walutą. Po zmianie na kartę, która jest w euro do wyboru mam złotówki lub oczywiście katarską walutę.

Przed udaniem się w stronę naszej bramki chcemy jeszcze zaliczyć przejażdżkę pociągiem a drogę powrotną ruchomym chodnikiem, który w opinii Krzysia jest tylko ciut gorszy od ruchomych schodów i windy. Krzyś biega po chodnikach jakbyśmy trzymali go tydzień w klatce.

Po mimo naszych wielokrotnych próśb kompletnie nie pilnuje się a na informację, że mógłby się zgubić pokazuje swoją rękę z opaską, na której jest numer telefonu do mnie i mówi: mam to! Opaskę założyliśmy mu profilaktycznie i poinformowaliśmy, że jest na niej napisane, że jest mamy i taty i jak się zgubi to jest numer telefonu do nas. Najwidoczniej Krzyś uznał, że jest to magiczny przedmiot, który załatwi sprawę jak się zgubi. Musimy pomyśleć, gdzie popełniliśmy błąd. Krzysio przebiega 4 zestawy ruchomych chodników i orientuje się, że nie ma rodziców. Nie przeszkadza mu to zbytnio, stoi sobie na końcu pasa, woła na zmianę: „nie ma mama!” i „nie ma tata!”, wskakuje i zeskakuje z chodników, wspina się na poręcz. Ochroniarze zastanawiają się nad interwencją ale na widok machającego Adama orientują się, że wszystko jest pod kontrolą. Znudzony Krzyś przebiega z powrotem wszystkie chodniki kierując się w stronę, gdzie widział nas po raz ostatni. Wreszcie wygląda na trochę zmartwionego. Nie chcemy doprowadzać go do płaczu więc podchodzimy, całość trwała chyba ze 20min. Bardzo się cieszy, tłumaczymy mu co zrobił nie tak. Niby przytakuje ale zaraz wskakuje z powrotem na ruchomy chodnik. Postęp polega na tym, że co chwilę się ogląda i sprawdza czy jesteśmy.

Do Bangkoku

W oczekiwaniu na wejście do samolotu zaliczamy jeszcze siedzenie na wykładzinie i zabawę autkami. Wchodzimy na pokład i najmilsza niespodzianka dzisiejszego dnia – miejsca, które wybrał nam Qatar Airways to rząd 10 – pierwsze miejsca za biznes klasą z ogromną przestrzenią na nogi. Adam wybacza im zamianę miejsc – podczas odprawy on-line okazało się, że miejsca, które wybraliśmy ponad tydzień wcześniej zostały zmienione. Adam: No jeśli muszę pomarudzić – to jedynym marudzeniem byłoby, że nie można się zaprzeć nogami z przodu – bo ścianka jest za daleko. No i dlatego też czasem ludzie przechodzą z jednego rzędu do drugiego, myśląc, że to korytarz…

Krzyś dostaje kolejną torebkę z zestawem do rysowania. Niestety na jego jedzenie musimy czekać dużo dłużej, co bardzo uszczupla nasze zapasy cierpliwości. Wreszcie dziecko poddaje się i zjada cały zapas jabłek, które mamy przygotowane. Gdy dociera jedzenie pochłania też makaron w sosie pomidorowym (dumny, że zjadł gorące), deser w postaci białego musu i sok jabłkowy. Planuje też zjedzenie bułki i pochłonięcie całego posiłku ale z obawy przed wymiotami spowodowanymi przejedzeniem zamykamy, tym razem, zieloną walizeczkę. Nasze jedzenie jest równie smaczne co poprzednio. Po wielu prośbach, groźbach i szantażach Krzyś zasypia traktując Adama rękę jako poduszkę. Ja również zasypiam i jestem tylko budzona przez Adama na roznoszone picie i jedzenie. Oczywiście pobudka = afera ale jakoś udaje nam się opanować potomka.

Adam: Lot do Tajlandii z dzieckiem zakończył się pełnym sukcesem!

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


Tajlandia - Bangkok przylot i pierwsze kroki. 2016-11-18

Tajlandia – Bangkok – pierwsze kroki, streetfood

W oczekiwaniu na transport z lotniska koczowaliśmy przy automatach telefonicznych.
W oczekiwaniu na transport z lotniska koczowaliśmy przy automatach telefonicznych.

Lądujemy punktualnie o 6.55 czasu tajlandzkiego. Nie musimy się śpieszyć wręcz przeciwnie – zameldowanie w hotelu jest od godziny 14. Karty potrzebne do wjazdu na teren Tajlandii wypełniam tuż przed lądowaniem. Wyładunek z samolotu i kolejne kilka ruchomych chodników. Mimo iż wiemy, że kurs jest słaby (33,45) decydujemy się na wymianę 100$, bo nie wiemy jak to będzie później wyglądało. Przy przejściu kierują nas do bramek z dziećmi i zachwyceni mijamy ogromne kolejki osób oczekujących na wizę. Odbiór bagażu to chwila strachu ponieważ po pełnym obrocie taśmy naszych plecaków nie ma a na tablicy jest komunikat „last bag”. Jednak przy kolejnym obrocie plecaki pojawiają się. Adam: Wypadałoby nadmienić, że mamy lekką traumę w tym temacie. Nasza pierwsza wielka wyprawa – do Indii rozpoczęła się z jednodniowym opóźnieniem ponieważ nie doleciały na czas nasze bagaże. Stąd też zawsze z pewnym niepokojem czekamy na walizki. Szczególnie jak pojawia się napis „last bag” a naszych plecaków dalej nie widzimy…

Po drodze do wyjścia Adam kupuje kartę sim – 4GB internetu i 100 min za 600thb. Adam: Wybrałem sieć True Move – pakiet na 2 tygodnie z opcją darmowego transferu w przypadku dostęu do ich hotspotów WiFi. Nastawiliśmy się na taksówkę więc zjeżdżamy na 1 piętro. Idąc w stronę taksówek zaczepia nas na facet w jakimś uniformie i pyta gdzie chcemy jechać. Twierdzi, że taksówki są drogie – tańsze rozwiązanie to biały minivan, do którego bilety sprzedają przy wyjściu nr 8. Stoimy nie zdecydowani – już ktoś nas chce naciągnąć czy faktycznie facet ma rację? Postanawiamy sprawdzić. Krzyś posłusznie chodzi z nami choć widać, że jest już bardzo zmęczony. Natomiast przy wyjściu nr 8 faktycznie jest stoisko z napisem Khao Sam Rd. Kobieta stojąca za stoiskiem prosi o pokazanie adresu hotelu i potwierdza, że van nas tam dowiezie. Koszt biletu to 100thb za osobę. Chcemy 3 – pani aż wychodzi zza stoiska, żeby obejrzeć Krzysia. Uśmiecha się do naszego blondasa i mówi, że jest za free. Czemu by nie? Musimy poczekać jeszcze 20 minut, aż zbierze się pełen bus i ruszamy.

Dzięki zakupionemu wcześniej internetowi Adam otrzymuje komunikaty o korkach na naszej trasie, wygląda to trochę zabawnie.

Adam: Jedziemy zapakowanym po dach busikiem. Norma, tego się spodziewaliśmy. To czego się nie spodziewaliśmy, a przynajmniej ja – to tego, że Bangkok nie wygląda jak Azja, którą znam. Owszem dużo pojazdów, ale przez 1,5h jazdy NIKT nawet nie zatrąbił. NIKT! Wpychali się na 5-tego, ale nikt nie trąbił. No jakby im wymontowali klaksony. Pierwszy kraj azjatycki, w którym coś takiego widziałem. Nawet Chiny były dużo głośniejsze.

Korek na ulicy zygzołzygzołzygzoł. No i 29 stopni o 9 rano...
Korek na zygzołzygzołzygzoł. No i 29 stopni o 9 rano… Kto to widział?

Krzyś siedzący na kolanach zasypia pod koniec podróży. Van faktycznie dowozi nas na Khao San Road – odpalamy google maps i w ciągu 15min bardzo wolnego spaceru docieramy do naszego hotelu o nazwie Happio. Adam: Oczywiście mieliśmy mieć transport do hotelu, tak nam obiecano – ale nie nastawialiśmy się zbytnio na to. Szczególnie, że wedle mapy drogi było na 8 minut. Z dzieckiem wyszło ze 20.

Wcześniej zarezerwowaliśmy pokój dwuosobowy typu Superior w cenie 850thb/noc ponieważ bardzo zależało nam na dużym, wygodnym pokoju. Panie są bardzo uprzejme i otrzymujemy klucze, mimo iż jest przez 11. Pokój jest rozsądny wielkościowo z dużym łóżkiem i balkonem, z którego wchodzi się do łazienki. Jest to świetne rozwiązanie ponieważ po chłodnym prysznicu można posiedzieć sobie na balkonie na ławeczce, jak w saunie. W pokoju opuszczają nas siły na dalsze działania – chłopaki biorą przynajmniej 3 prysznice, ja drzemię. Wreszcie ok. 14 zbieramy się na miasto.

Ulubione miejsce Krzysia - była fontanna, były rybki. Zawsze tam zachodziliśmy. Raz nawet Krzyś dostał karmę do karmienia rybek.
Ulubione miejsce Krzysia – była fontanna, były rybki. Zawsze tam zachodziliśmy. Raz nawet Krzyś dostał karmę do karmienia rybek.

Pierwsze kroki na mieście

Obchodzimy kilka kolejnych uliczek i decydujemy się zjeść przy zachęcająco wyglądających stolikach pokrytych ceratą, przy których siedzi sporo ludzi. Prawdziwy tajski streetfood.

Nasza ulubiona knajpka

Liczmy, że to gwarancja świeżości i zaliczamy pierwsze pad thai – dla mnie z kurczakiem a dla Adama z krewetkami. Pycha. Zamawiamy też shake’i – mango, papaya i owocowy z jogurtem. Krzyś dostaje pancake’a z bananem – zjada 1/4 i całego banana. Ku naszemu zdziwieniu shake’i tylko próbuje bo są za zimne, nie odpowiada mu też ich konsystencja.  Adam: Jedną ze standardowych rzeczy, która słyszeliśmy jadąc z dzieckiem do Tajlandii, było ” a co on będzie jadł?” Ludzie, którzy nigdy tam nie byli uparcie twierdzili, że jedzenie w Tajlandii jest ostre. Owszem, są dania ostre, lecz duża ilość jest lekko słodkawych, kwaskowych, słonych. W sumie w większości potraw pojawiają się słodkie smaki. Jeśli danie jest ostre, najczęściej obsługa o tym poinformuje. Przynajmniej w ulicznych knajpkach, które odwiedzaliśmy. W RESTAURACJACH nie bywamy – w większości przypadków jedzenie tam jest mniej smaczne niż na ulicy, przesiadują tam turyści… a nade wszystko – jest drożej

Pancake z bananem
Pancake z bananem

Ponownie dzięki google maps lokalizujemy 7/11 (czyli naszą Żabkę) i kupujemy picie oraz bułki z budyniem na kryzysowe sytuacje. Wracamy powolnym krokiem do pokoju. Kolejny prysznic i zasypiamy wszyscy. Przed zaśnięciem Adam wyłącza klimatyzację więc po 1,5h budzę się z lekkim bólem głowy. Adam z Krzysiem kręcą się strasznie. Decyduję się na włącznie klimy i jak tylko spada temperatura w pokoju obydwaj zasypiają już w spokoju.  Po 2 godzinach wstaje Adam i za chwilę Krzysio. Rozważamy różne opcje – śpimy dalej, jedziemy do China Town, nocny market… W międzyczasie Krzyś zasypia. Dorzucamy opcję wypadu pojedynczo w celu zaspokojenia głodu. Krzyś budzi się. Po kolejnym prysznicu zbieramy się do wyjścia. Decydujemy, że Krzyś dostanie teraz swój prezent urodzinowy czyli aparat. Adam: Podłe plotki i pomówienia. Nie kręciliśmy się z Krzychem. Po prostu tak przebiegała nasza walka z jetlagiem i przyzwyczajanie się do temperatury o dobre 30 stopni wyższej niż w Polsce. Mieliśmy pomieszczenie z klimatyzacja a nie wiatrakiem – z jednej strony dobrze, z innej słabo. Klimatyzacja jest jedną z przyczyn przeziębień, angin i innych świństw na wyjazdach do ciepłych krajów. Owszem, przyjemny chłodek jest miły – ale by zwiedzać świat z taką żoną i synem, trzeba mieć końskie zdrowie. I nerwy. W każdym razie po ustawieniu klimatyzacji na 28 stopni czyli o całe 5 stopni chłodniej niż na zewnątrz przestaliśmy się kręcić i zasnęliśmy snem sprawiedliwych.

Wieczorne wyjście.

Uliczki Bangkoku nocą
Uliczki Bangkoku nocą

W trakcie spaceru dochodzimy do wniosku, że w zakresie możliwości potomka będzie co najwyżej spacer najbliższymi ulicami. I faktycznie w trakcie co i rusz prosi o wzięcie go na ręce – na szczęście przyjmuje ofertę taty na barana skąd więcej widać. Adam: Chciałbym tu sprostować lekko. Krzysztof wyszedł z hotelu, i szedł sam. W sumie to nawet nie patrzył, gdzie my jesteśmy. Miał opaskę z numerem telefonu do mamy, więc był przecież bezpieczny. Dodatkowo zajęty był robieniem zdjęć wszystkiemu co się ruszało. Lub nie ruszało. Albo trochę ruszało. Na barana trafił dopiero po prawie godzinie chodzenia w tłumie, gdzie był notorycznie zaczepiany. Z wysokości taty ramion mógł spokojnie wszystko oglądać a i Tajowie byli mniej skorzy do zaczepek. Może po prostu nie sięgali do Krzysia? Wzdłuż ulic knajpki, w sporej części bardzo głośna muzyka na żywo. Krzyś podskakuje, czasem tańczy, co wzbudza uśmiech przechodzących ludzi. W ogóle to możemy potwierdzić, że Tajowi lubią dzieci. Co i rusz ktoś zaczepia Krzysia, uśmiecha się do niego, zagaduje a nawet często głaszcze czy usiłuje pogilgotać. Na szczęście młody z reguły albo zawstydza się i chowa za nogę rodziców, albo uśmiecha się. Czasem odpowiada. Mam nadzieję, że do końca wyjazdu nie będzie zmęczony tymi objawami czułości. Gdy dochodzimy do końca części dla turystów pojawiają się garkuchnie ze stolikami, przy których siedzą tylko Tajowie. Krzyś znienacka decyduje, że siadamy przy jednym z ostatnich stolików.

Stoisko z jedzonkiem
Stoisko z jedzonkiem

Jesteśmy już głodni więc z leżącego na stoliku menu wybieram szybko ryż ze smażonym kurczakiem. Krzyś nie chce oddać menu Adamowi więc ten nie zamawia nic. Potrawa pojawia się na stole praktycznie od razu, a jako dodatek mała miseczka rosołku. Planowałam zjeść to dzieląc się z Krzysiem niestety młody zjada prawie wszystko na koniec zapijając rosołkiem. Adam: No dobra, fochnąłem się. Dziecko mi zabrało menu więc fochnałem się. Jak dziecko. Na złość mamie odmrożę sobie uszy. W tym przypadku umrę z głodu. Co prawda patrząc na zapasy tłuszczu posiadane, trwałoby to gdzieś do roku 2035 ale zawsze.

Dajemy Krzysiowi 5 thb w monecie i za chwilę jeszcze 40 w papierkach, żeby zapłacił za kolację. Zadowolony kucharz chce oddać Krzysiowi monetę ten jednak kamienieje i nie chce jej zabrać. Trudno, potrącimy mu z kieszonkowego. Adam: Nina, naczelna matematyczka naszej wyprawy uznała, że potrawa kosztowała 45. To, że kosztowała 40 nie było ważne. Miała kosztować 45 i Krzyś miał wręczyć 45. I wręczył. Ale już mama nie powiedziała, że jak pan oddaje resztę, to trzeba brać. Widocznie obraził się, no bo jak to, Krzyś coś mu daje, a ten gardzi i oddaje?

Robaczki w ryżu
Robaczki w ryżu

Zbierając się Adam zauważył, że w słoiku z ryżem fruwały i pełzały jakieś owady i stwierdził, żeby gdybyśmy wcześnie to zobaczyli to nie jedlibyśmy tutaj. Nie myślałam, że mam takiego małostkowego męża – dużo mu taki owad zje? Adam: Żona moja chciała popisać się żarcikiem. Nawet wyszło. Ale tak naprawdę, to martwiłem się, że za białko z robaków policzą nam extra… Pełen streetfood.

W poszukiwaniu miejsca gdzie jeszcze my moglibyśmy zjeść kolację wracamy do knajpy, gdzie jedliśmy w południe. Po drodze kupujemy woreczek ananasów chcąc zafundować Krzysiowi deser. Niestety Krzyś nawet nie chce spróbować. Korzystamy zjadając całość. W knajpce pełno więc Krzyś wybiera nam miejsca koło kuchni. Ja tym razem decyduję się na smażony ryż z kurczakiem a Adam na zupę. O ile jesteśmy pewni, że ja dostałam to, co zamawiałam to w przypadku Adama już takiej pewności nie mamy. Adam:  Miałem ochotę na zupę. Dostałem zupę. Zjadłem ją pałeczkami bo w większości jednak była ciałem stałym. Miało być lokalnie, streetfoodowo – to jest.  Do jedzenia zamawiamy shake’i – ananasowy i dragon fruit oraz tajską herbatę. Krzyś wyprasza tajski odpowiednik Lipton Ice Tea.

Sanepid dostałby zawału - a jedzenie bardzo smaczne
Sanepid dostałby zawału – a jedzenie bardzo smaczne

Żegnani uśmiechami, objedzeni na maksa turlamy się do hotelu. W pokoju Krzyś jako pierwszy jest rozebrany do prysznica. Leniuchujemy mimo później godziny. Idziemy spać ok. 1 – jakoś słabo widzę to przestawianie się na tajski czas.

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


Tajlandia - Bangkok z Tuktuka. 2016-11-19

Śniadanie na ulicach Bangkoku

Pobudka o 11. Niby wyspani a jednak nie do końca. Kto pierwszy był pod porannym prysznicem? Oczywiście, że Krzyś. Po prostu obudził się, oznajmił, że nie jest już ciemno a po kolejnych 20min był gotowy pod prysznic. Po spakowaniu się udajemy się na śniadanie. Bo wiadomo jak Polak głodny to zły. Na śniadanie pancake z bananem, jajecznica i tosty (tak wiem bardzo po europejsku ale kto wie, co będzie jadł 3 latek?) i zupa dla Adama. Miała być clear więc nikt nie przypuszczał, że będą w niej: grzyby, makaron, mięsko, zielone warzywa.. Wg Adama więcej w tej zupie było zawartości niż zupy.

Adam: Tu wychodzą różnice kulturowe i nieprzygotowanie. Miałem ochotę na zupę, odpowiednik rosołu. Coś jak Krzyś dostał do kurczaka z ryżem, dzień wcześniej. Taki bulion. Założyłem, nie wiem dlaczego, że clear noodle oznacza że a) noodle – znaczy makaron b) clear – czyste (albo jasne, khe khe, ale kto by się takimi rzeczami przejmował). Wyszło mi, że skoro jest w kategorii zupy, to będzie to czysta zupa, w domyśle rosołek. Trochę zdziwiło mnie to, co dostałem, ale było bardzo smaczne. Oczywiście zjadłem pałeczkami a resztę wysiorbałem.

Krzyś dziubie placka, zjada całego banana i trochę jajecznicy. Ja zjadam resztki, bo już moja teściowa i babcia odkryły, że kto zjada ostatki ten piękny i gładki. Adam: Raczej chodziło o to, że jest TŁUSTY i gładki… ale kto by teściową dokładnie słuchał…


Bangkok zwiedzanie

Następnie odwiedzając wszystkie stragany dotarliśmy do tuk tuków. Chcieliśmy dotrzeć do Wat Mahathat Yuwarat, ale początkowo oferowane ceny tj. 100thb trochę nas zniechęciły. Wg google maps odległość wynosiła trochę ponad 1km m więc cena wydawała się wygórowana. Adam: Kierowcy okupowali róg ulicy i wołali przechodniów. Oczywistym było, że kurs 1km jest dla nich nieopłacalny. Nazwijcie mnie małostkowym dusigroszem, ale kurcze, w kraju, w którym za taką kasę zje się dobry obiad… to przesada. A 1 km można iść z buta. Oczywiście na początku dnia człowiek jest jeszcze pełen sił i energii i jakby trzeba było iść z gnomem kilka razy po kilometrze, to zapewne bym zmienił zdanie, ale było rano a ja czułem (jeszcze) że mogę wszystko. Jednak, gdy jeden z kierowców wyciągnął mapę i powiedział, że chce 100thb za transport w trzy miejsca doszliśmy do wniosku, że taka cena nas satysfakcjonuje.

Tuk tuk driver uczciwie uprzedził nas, że przejażdżka obejmuje również wizytę w tajskiej fabryce i że on dostanie za to kupony na paliwo. Proceder był nam znany i mimo lekkich oporów Adama dobiliśmy targu. Wówczas nastąpił najtrudniejszy moment wycieczki tj. zapakowanie Krzysia do pojazdu. Młody autorytatywnie stwierdził, że „nie on tam” i koniec. Jednak co byliby z nas za najlepsi z rodziców, gdybyśmy nie znali magicznych sposobów na przekonanie naszego dziecka. Okazało się, że tuk tuk jest w jedynym słusznym kolorze czyli BLUE i załadunek poszedł bez problemów. Następnie okazało się, że nasz trud poszedł na marne ponieważ tuk tuk, do którego wsiedliśmy był zastawiony i musieliśmy przesiąść się do innego. Jednak już pierwsze lody zostały przełamane, kolejny tuk tuk miał również coś w niebieskim kolorze i przesiadka poszła sprawnie. Sam pojazd nie był za duży ale nasze dwa duże tyłki i jeden mały Krzysia zmieściły się bez problemów. Adam:Problem był taki, że Krzyś chciał wsiadać od razu, ale czas stracony, wedle niego na targowanie i negocjacje spowodował, że znudziło mu się i postanowił iść dalej pieszo. W końcu ile czasu można stać i przyglądać się tuk tukowi, jak jest tyle fajnych rzeczy do zobaczenia. Na szczęście okazało się, że jazda tuk tukiem, wiatr we włosach to to, co Krzysie lubią najbardziej.

Miejsce w tuk tuku dla strudzonych wędrowców
Miejsce w tuk tuku dla strudzonych wędrowców


Świątynia Wat Intharawihan

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Wat Intharawihan, pierwotnie nazwana Wat Rai Phrik, gdzie Phrik znaczy warzywo. Świątynia najbardziej spodobała się Krzysiowi, który odkrył jak fajnie jest biegać na bosaka. Sama świątynia jak świątynia – nie chcę wyjść na zblazowaną, ale widziałam ładniejsze rzeczy. Niemniej wypada jednak coś zwiedzić a nie tylko spędzać czas w hotelu. Załadunek do kolejnej przejażdżki poszedł bez problemu, Krzysiowi wręcz zaczęła podobać się jazda, mimo iż trochę wiało mu w oczy. Adam: Pozwolę sobie nie zgodzić się z moją szanowną żoną. Oczywiście, widzieliśmy ładniejsze rzeczy, ale to nie było złe. Było ładne, ciekawe a przede wszystkim nie było tłumu ludzi. Można by rzec, że zwiedzaliśmy świątynie w dość kameralnym gronie – jak na Azję oczywiście. Znaczy mniej niż milion osób na kilometr kwadratowy.

Jestem w stanie uwierzyć, że cały posąg jest pozłacany
Jestem w stanie uwierzyć, że cały posąg jest pozłacany

Adam: Kompleks świątyni składa się z dwóch części – świątyni oraz kompleksu ze stojącym buddą (32 metry wysokości). Najpierw zwiedziliśmy część z Buddą. Czysto, spokojnie. Druga część to typowa świątynia. Z Krzysiem zdejmujemy buty i ładujemy się do środka. Obawiałem się, że będzie w środku biegał i krzyczał – ale przed wejściem wystarczyło powiedzieć, że to świątynia i trzeba być cicho i spokojnie – i podziałało. Może jeszcze pamiętał zwiedzanie Włoch? Grzecznie podchodził, przysiadał i przyglądał się obrazkom, figurom i … ludziom. Ma u mnie plusa.


Świątynia Wat Benchamabophit

Świątynia Wat Benchamabophit
Świątynia Wat Benchamabophit
Boczne drzwi do Marble temple
Boczne drzwi do Marble temple

Kolejny przystanek to Wat Benchamabophit (Marble temple). Za wejście zapłaciliśmy po 20thb od osoby, Krzyś za darmo. Rozległa przestrzeń, ładnie przystrzyżone trawniki – to miejsce spodobało nam się wszystkim. Postanawiamy rozdzielić się – Adam pospaceruje z Krzysiem a ja zwiedzę wnętrze a potem zamienimy się. Jednak zanim docieram do wejścia zaczepiają mnie trzy dziewczyny, które ćwiczą angielski. Urzeczona sławą, która mnie czeka zgadzam się na przeprowadzenie wywiadu. Zanim skończymy chłopaki docierają do mnie i całą trójką wchodzimy do środka. Zastanawiamy się co zrobić z biletami ponieważ przy wejściu nie ma nikogo. W trakcie Krzyś zauważa, że tu trzeba zdjąć buty i zanim skończyliśmy rozważania był w połowie zdejmowania. Bilety zostawiamy na stoliku. Przed wejściem do świątyni Adam wytłumaczył Krzysiowi, że tutaj należy być cicho i trzeba przyznać, że nie musieliśmy ani razu zwracać uwagi dziecku. Adam: W poprzedniej świątyni to Nina opiekowała się Krzysiem, ja robiłem zdjęcia. Chciałem, aby teraz ona mogła spokojnie pooglądać – dlatego zaproponowałem, że niech idzie oglądać, a ja zajmę Krzysia. To nie. Wybrała sławę i jak tylko ktoś ją zagadał, to od razu zaczęła gadać, gadać gadać. A jak już z Krzysiem znudziło nam się oglądanie świątyni od zewnątrz, to okazało się, że Nina jeszcze nawet nie weszła do środka. Moim zdaniem, to przez to gadanie, nawet nie oglądała jej zbyt dobrze z zewnątrz… Świątynia ładna, ale z zewnątrz ładniejsza. I jak zwykle – skąpana w złocie i złotych odcieniach farby. Wpadające promienie słońca jeszcze potęgują wrażenie, że ZŁOTO, ZŁOTO, ZŁOTO!!!AAAArgh!

Adam: Zaraz po wyjściu, okazało sie, że jednak pan bileter jest. Patrzył na nas krzywo, ale nie zaczepił nas – a byliśmy przygotowani na pokazanie, gdzie nasze bilety wetknęliśmy. Nina z Krzysiem znaleźli jeszcze księgę pamiątkową i we dwoje postanowili się wpisać. Znaczy Nina się wpisała, a Krzyś narysował KOŁO.

Po wyjściu ze świątyni postanowiliśmy jeszcze zwiedzić plac, oczywiście na bosaka. Adam złorzeczył jakiejś wycieczce, która co rusz pchała mu się w kadr, Krzyś biegał po placu a ja usiłowałam zrobić moje #jednozdjęciedziennie. Wyjście z kompleksu napotkało na problemy bo przecież tak fajnie się biega. Jednak nasze perfekcyjne rodzicielstwo bez problemu dało radę przekonać potomka, że kolejna przejażdżka tuk tukiem to super pomysł. Adam: Pro tip dla rodziców małych dzieci. Okrzyk „kto pierwszy do … (wstaw miejsce docelowe) i tupanie w miejscu powoduje zdecydowane zagęszczenie ruchów w porządaną stronę. Ewentualnie powoduje zatrzymanie się w miejscu i obrazę, że rodzic jest bliżej danego miejsca i pewnie wygra. Ale kto nie ryzykuje…


Przerwa na reklamę czyli fabryka biżuterii ze sklepem oraz koszule na wymiar

Następnym punktem podróży ma być tajska fabryka. W trakcie jazdy trafia nam się niespodziewany postój – z naprzeciwka błyskając czerwono-niebieskimi światłami jedzie konwój. Widok migających wozów policyjnych wynagradza Krzysiowi zatrzymanie. Jadąc stwierdzam, że przyjemnie byłoby, żeby fabryka, do której jedziemy była jubilerem, bo przynajmniej zwiedzanie byłoby przyjemne. Okazuje się, że mamy farta i faktycznie trafiamy do szumnie nazwanego „gem factory”. W środku są rybki, klima i całe mnóstwo biżuterii. Adam: Tak po prawdzie to trochę się dziwnie czuliśmy, bo dość daleko jechaliśmy od głównego szlaku i już nawet zaczynały nam błyskać w głowie ostrzegawcze światełka. 

Chłopaki skupili się na rybkach, ja na biżuterii ale mimo intensywnej opieki i zachęcania nic nie kupujemy. Na szczęście pani nie była mocno nachalna więc wizytę można zaliczyć do przyjemnych. Adam: Niestety ja reaguję alergicznie na przydzielenie anioła stróża, który dyszy mi na plecach. Z tego powodu udaliśmy się z Krzychem dokładnie w druga stronę niż Nina – i  pani zachwalająca towary miała utrudnione zadanie. A jeszcze Krzysztof uznał, ze musi dokładnie zwiedzić cały budynek, a najlepiej zwiedza się w biegu, to już tym bardziej było ciekawie. Niestety okazuje się, że musimy jeszcze zajechać do sklepu z garniturami. Podchodzimy do tego na luzie. Tutaj wykazuje się Adam, który naprawdę wytworzył wrażenie, że zamierza coś kupić. Ja na wieść, że jedna koszula kosztuje 2000thb gram rolę złej żony, która nie pozwala mężowi kupić porządnego ciucha i udając dyskusję wychodzimy ze sklepu. Adam: Pan sprzedający jakoś za mocno nie nalegał. Zapewne w myślach liczył, że nie opłaca się na mnie marnować materiału, który wystarczy na trzy koszule dla normalnych wymiarowo. Może bym się na jakąś zdecydował, ale nie pasowały mi kolory a dodatkowo – no nieeee, nie za taką cenę 🙂 Krzyś w trakcie całego pobytu w sklepie ćwiczy kolory po angielsku. W trakcie jazdy do ostatniego punktu programu kierowca proponuje nam na kolejny dzień wycieczkę poza Bangkok do pływającego targu (floating market) ale nie możemy się zdecydować. Pod pałacem postanawiamy dopytać się o tą wycieczkę. Oferta wyglądała następująco: godzina jazdy do marketu, 2 godziny łódką na miejsce i godzina jazdy z powrotem. Za naszą trójkę 600thb po chwili 500thb. Wyjazd o 8. Jednak nie dobijamy targu ponieważ okazuje się, że stoimy w miejscu, gdzie nie można się zatrzymywać i policja wygania naszego kierowcę.

Kto pierwszy do Tuk Tuka?
Kto pierwszy do tuk tuka?

Uroczystości żałobne czyli jak nie zwiedziliśmy Wat Mahathat Yuwarat

Nie wiedząc w którą udać się stronę poszliśmy chińskim zwyczajem za tłumem. Tłum kierował się na plac.

Plac zmieniony na miejsce modłów
Plac zmieniony na miejsce modłów

Wejście na plac odbywa się przez bramki, gdzie należy pokazać dowód tożsamości – w naszym wypadku paszport i dać przeszukać plecak. Krzyś dostał do ręki swój paszport i usiłował pokazać go każdemu facetowi w mundurze. Niestety zawiódł się srodze ponieważ strażnicy tylko uśmiechali się do niego i bardziej interesował ich plecak jego taty. Adam musiał mieć wyjątkowo apatyczny wyraz twarzy ponieważ kazali mu również wyjąć wszystko z kieszeni. Po przejściu przez bramki tłum rozproszył się i nie wiedzieliśmy, w którą stronę powinniśmy iść. W związku z tym dowodzenie przejął Krzyś – udaliśmy się w prawo. Jednak po jakichś 300m okazało się, że nasz dzielny tuptaczek ma już chyba na dzisiaj dość i postanawiamy wrócić do hotelu. Adam: Trochę nie tak. Owszem młody miał już powoli dość, ale z innej strony usilnie staraliśmy się znaleźć świątynię. Google maps mówiło jedno, mapa drugie a patrząc w tych kierunkach – nie było tam nic. Dlatego też ustaliliśmy, że chyba powoli zaczynamy się zbierać do hotelu. Po drodze trafiamy na punkt rozdawnictwa napojów gazowanych – w nagrodę za dzielną postawę Krzyś otrzymuje kubeczek czegoś bliżej nieokreślonego w kolorze czerwonym, co wyjątkowo mu smakuje, bo nie chce się podzielić. Przy kolejnym punkcie wybiera sobie markizy o smaku kawowym – wiem, bo załapuję się na małego gryza. Wielkim wydarzeniem okazuje się korzystanie z toalety oraz mycie rąk i buzi. Obok stoją panie i panowie „częstujący” chusteczkami higienicznymi do wytarcia rąk po skorzystaniu z umywalki. Krzyś załapuje się na kolejną darmową rzecz, tym razem małą butelkę zimnej wody. Wyjście okazuje się być chwilowo zamknięte – porozpinane linki blokujące wyjście i gwiżdżący strażnicy – wychodzi jakaś duża, zorganizowana grupa. W sumie nie załapujemy o co chodzi. Adam:  Były to centralne uroczystości żałobne, odbywające się nieopodal pałacu królewskiego. Wielki plac, 600 na 200 metrów ogrodzony i przygotowany do codziennych uroczystości żałobnych. Jedna część przeznaczona na modły, jedna na jedzenie, jedna na odpoczynek. Naprawdę dobrze zorganizowane. Tam, gdzie dostaliśmy napoje i ciasteczka była własnie część wypoczynkowa. Obok część z sanitariatami – kilka stałych, ale też kilka przewoźnych toalet – takich na 20 osób. To jest dobre przygotowanie. Idąc w stronę hotelu usiłujemy złapać jakiegoś tuk tuka ale niestety wszyscy zatrzymani jadą w przeciwną stronę a jeśli decydują się na zabranie nas to chcą 100thb podczas gdy do hotelu jest mniej niż 1km. Decydujemy, że najpierw dojdziemy do poprzecznej ulicy, która już prowadzi do naszego hotelu. Po dotarciu do rogu siadamy sobie na krawężniku i podczas gdy ja z Krzysiem delektujemy się z lekka pogniecionymi m&m’sami Adam ustailł, że po pierwsze to w stronę naszego hotelu jedzie autobus nr 51 i po drugie, że szybciej będzie na piechotę, bo to 700m niż czekać na ten autobus. Nasze zapasy wzbogaciła kanapka z masłem, którą poczęstował Krzysia starszy pan. Nasz dziedzic powoli przyzwyczaja się, do tego, że ciągle ktoś mu coś daje i ma coraz mniejsze opory w braniu. Jedyny plus tego to, że od razu wszystko oddaje rodzicom. Odpoczynek na krawężniku i m&m’sy zregenerowały Krzysztofa i drogę do hotelu pokonał sam z niewielką pomocą tatowego barana. Adam: Nina wymyśliła, żeby może jechać tramwajem albo autobusem. Ale kombinować dla jednego kilometra nie było sensu. Dlatego też gnom na plecy i w drogę do hotelu!

Nareszcie wieczór

Tuż przed hotelem zatrzymaliśmy w knajpce, bo zachęcił nas widok smakowicie wyglądających zupek. Menu było częściowo po angielsku i trochę na migi zamówiliśmy jedną małą, wietnamską zupę i jedną dużą wietnamską zupę z jajkiem, a po chwili jeszcze grass jelly, co okazało się być czarną galaretką o dziwnym posmaku posypaną kruszonym lodem. Kolejne migi i otrzymaliśmy dodatkową miskę z łyżką dla Krzysia. Niestety zupa nie wzbudziła u młodego entuzjazmu i zjadł jej tylko trochę. My za to wciągnęliśmy całość dopychając się galaretką.

Grass jelly. Nie polecam, szału nie ma. W smaku jak przypalona galaretka.
Grass jelly. Nie polecam, szału nie ma. W smaku jak przypalona galaretka.

Ostatni odcinek drogi sponsorowała myśl o prysznicu. Oczywiście dodawać nie trzeba, że pierwszym rozebranym był Krzyś.


Kolacja

Po kąpieli postanowiliśmy wyjść jeszcze na miasto i załatwić trzy rzeczy: kolację dla potomka, wymienić kasę oraz kupić wodę. Po wyjściu na dwór okazało się, że kropi.. Dobra z cukru nie jesteśmy, idziemy.

Pieniądze wymieniliśmy w upatrzonym wcześniej kantorze (35,38). Niestety w poprzednim był troszeczkę lepszy kurs, ale nie chciało nam się chodzić tam i z powrotem z głodnym dzieckiem. Krzysia postanowiliśmy nakarmić tam, gdzie wczoraj i nie zniechęcił nas do tego słoik pełen ryżu i fruwających robaków. Tym bardziej, że Adam doszedł do wniosku, że wczoraj nie sfotografował tego należycie. Przy naszym straganie wszystkie miejsca pod daszkiem były zajęte a deszcz mimo, że wcześniej przestał padać teraz jak na złość jest mocniejszy. Krzyś odmawia siedzenia przy stoliku z Tajką więc zostaje nam jedzenie przy mokrym stole na mokrych krzesłach. Nie przeszkadza mu jednak w tym, żeby zjeść praktycznie całe danie i wypić rosołek z miseczki. W drodze powrotnej zatrzymujemy się i kupujemy banany, który wcześniej pływały w jakimś syropie. Całość wyglądał bardziej interesująco niż smakuje a my mamy kolejne tajskie smaki na koncie. Kolejny przystanek to stragan z owocami – Krzyś wybiera mango. Gryzie tylko kawałek i reszta do podziału między rodziców – taki układ nam odpowiada. W tym miejscu należy dodać, że ulica, która chodziliśmy to nie słynna Khao San Road lecz Rambuttri Alley. Pełno wzdłuż niej między innymi knajpek z muzyką na żywo. Krzysiowi podoba się tam na tyle, że praktycznie przy każdej spędzamy dłuższą chwilę. Wreszcie przy jednej z ostatnich, gdzie łomot był chyba najgłośniejszy Krzysztof zdecydowanym ruchem pokazuje stolik a po chwili sam przy nim siada. Z wielką powagą ogląda menu, która rozbawiona kelnerka kładzie przed nim a nam każe nam usiąść naprzeciwko siebie.

Bangkok nocą - streetfood
Bangkok nocą – streetfood

Na szczęście wiemy, kto w tej rodzinie rządzi i po 10min udajemy się w stronę hotelu. Przedostatni przystanek to nasza knajpka i thai tea, które zasmakowało Adamowi. Najbliższy 7/11 jest bardzo zatłoczony więc Adam zostaje na zewnątrz. Zakupy w postaci wody i banana nie budzą w nim radości ponieważ miał ochotę na kolejne eksperymentalne picie. Adam: Jak żyć, jak żyć ja się pytam?

Kapliczka
Kapliczka

W hotelu ostatni tego dnia prysznic i decyzja, że wycieczka na pływający targ będzie za bardzo męcząca tym bardziej, że transport powinien zająć 2 godziny w jedną stronę a nie jak obiecywał kierowca jedną. Krzyś zasypia a my pakujemy jeden z plecaków i również kładziemy się spać.

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


Tajlandia – Bangkok kanałami - widok z łodzi. 2016-11-20

Śniadanie

Mimo kilkukrotnego przebudzenia docelowo otwieram oczy o 10. Nie oszukujmy się – dobrego humoru nie mam. Adam nie śpi od 6 i ani nas nie spakował, ani nie opisał wczorajszego dnia. Podobno nie chciał nas budzić, podobno nie chciał odbierać mi przyjemności pisania.  Adam: Hej. Ustaliliśmy, że pisze Nina, to co ja się mam wciskać? ja już swoje w życiu napisałem, teraz czas na młodszych. Człowiek sobie leżał, myślał o niebieskich migdałach i teraz afera, phi.

Pakowanie idzie w miarę sprawnie, choć do tej pory nie wiemy jak to jest możliwe, że nagle obydwa plecaki są praktycznie wypakowane po brzegi podczas, gdy lecąc do Tajlandii mieliśmy tyle miejsca, że na upartego mogliśmy zapakować do dużych plecaków bagaż podręczny.  Adam: Ja wiem. Bo zobaczyłaś, że jeszcze jeden plecak jest pusty, to wciskałaś przydasie. I tych przydasi wcisnęłaś 15kg.

Wymeldowujemy się a plecaki zostawiamy w przechowalni za 15thb/bagaż. Gdybyśmy zdecydowali się na prysznic to jednaprysznicoosoba kosztuje 50thb.

Karmienie potomka pad thaiem, za pomocą patyczków. Żeby nie odgryzł palca.
Karmienie potomka pad thaiem, za pomocą patyczków. Żeby nie odgryzł palca.

Na śniadanie udajemy się w stałe miejsce i zamawiamy spring rollsy dla mnie, pad thai z kurczakiem dla Adama i pancake’a z czekoladą dla dziecka, z którym nie możemy się dogadać. Do tego shake’i ananas i papaja. Na stół pierwszy ląduje pad thai. Krzyś jest chyba na tyle głodny, że głośno oznajmia, że „on to am am”.  Adam nie protestuje w wyniku czego dziecko zjada mu 3/4 porcji. 
Adam: Nie śmiałbym dziecku od ust odejmować. Jakbym coś takiego zrobił, na 100% przeczytałbym o tym tutaj i musiałbym kasować przed publikacja, żeby nie oczerniało mojej skromnej osoby.

Moje spring rollsy bez ostrego sosiku są nijakie. Z rozpędu zaczynam podjadać krzysiowego pancake’a na szczęście wygłodniały Adam zabiera mi połowę. W trakcie posiłku Krzyś wylewa na siebie papajowego shake’a w związku z czym musi zostać przebrany w zapasowe ubrania – oznacza powrót do hotelu w celu uzupełnienia garderoby. Najedzeni i przebrani udajemy się w stronę tuk tuków i włączając wszystkie neko po drodze. Chyba się skuszę na zakup jednego dla Krzysia. Adam: Ta. To jest Azja, więc koty z machająca łapą są wszędzie. No i oczywiście mój potomek musi, MUSI każdego dotknąć.


Bangkok kanałami

Praktycznie od razu spotkamy wczorajszego kierowcę. Mówimy mu, że chcemy dostać się do pływającego marketu Khlong Lat Mayom, jednak kierowca proponuje wycieczkę łódką. Tą atrakcję chcielibyśmy również zaliczyć więc zgadzamy się. Proponowana cena to 2000thb za naszą trójkę. Protestuję – Lipki (nasi przyjaciele, którzy przylecieli kilka dni wcześniej) za podobną wycieczkę wytargowali 650thb za osobę. A dziecko? – pyta kierowca. Rozbestwiona mówię mu, że my nigdzie nie płacimy za dziecko, w hotelach, itp. Krzysio jest za darmo. Kierowca podejrzanie szybko zgadza się na nasze warunki czyli 20thb za podwózkę na pirs i 1300thb za godzinną przejażdżkę łodzią bez dodatkowych osób. Na miejscu musimy poczekać ok. 20 min i zapłacić z góry. Ponieważ mają nas przywieźć w to samo miejsce z lekkimi oporami ale jednak płacimy. Wycieczka podoba nam się.

Bankgok – Longboat – takim płyneliśmy

Adam: Co się dziecko ma męczyć. Pojechaliśmy tuk tukiem. To, że jechaliśmy taką droga, że pieszo byłoby szybciej nie jest argumentem, jeśli widzi się zadowoloną twarz dziecka. Co do rejsu – trochę się zdziwiliśmy, gdy zostaliśmy przekazani kolejnemu Tajowi, który zaprowadził nas na wielki statek wycieczkowy zacumowany przy brzegu. A w środku trwała jakaś impreza, obiad czy coś. Przeszliśmy przez cały statek i okazało się, że druga burta statku służy jako miejsce zatrzymywania longboat’ów. Po pewnym czasie oczekiwania na naszą łódkę (w którym z Krzysiem zwiedziliśmy cały statek) – załadowano nas do łodzi.

Łódka nie płynie szybko więc spokojnie rozglądamy się wymieniając się aparatem i dzieckiem. Niestety nie opanowałam jeszcze aparatu w swoim telefonie więc #jednozdjęciedziennie wychodzi mi słabo. W trakcie wycieczki zaliczamy trzy atrakcje – najpierw podpływają do nas kobiety w małych łódeczkach, na których mają owoce i róże gadżety. Dzięki temu mamy namiastkę pływającego marketu.

Decyduję się na zakup kokosa za 100thb (na ulicy 50thb), aby Krzyś poznał nowy smak a my żebyśmy upewnili się, że dalej za nim nie przepadamy. Podpuszczone dziecko wypija sporo ale widać, że jemu ten smak również nie leży. Co się dziwić, nie wszyscy przepadają za smakiem starych skarpetek. Adam: Tu rodzi się pytanie, skąd Nina zna smak starych skarpet…

Karmienie potworów
Karmienie potworów

Kolejną atrakcją jest możliwość kupna chleba i pokarmienia rybek. Chlebek kosztował 20thb a „rybki” maja nawet i po metr długości. Krzysia, który przyzwyczajony jest do karmienia gołębi małymi kawałkami chleba trzeba przekonywać, żeby rwał większe kęsy. Ryby kotłują się a ja mocno trzymam dzieciaka, żeby ryby nie dostały wkładki mięsnej. Im dalej odpływamy tym ładniejsze widoki.

Adam:To akurat jest bardzo fajne a Krzyś, który kocha wszystkie zwierzęta może wykazać się rzucając jedzenie tym tucznikom.

W drodze powrotnej całkiem spory waran jest trzecią i ostatnią atrakcją. O ile my moglibyśmy jeszcze popływać i pooglądać sobie Bangkok od strony wody to godzinna przejażdżka dla naszego prawie 3latka jest jak w sam raz.


Obiad

Do hotelu wracamy piechotą. Następuje leniuchowanie na fotelach w restauracji naszego hotelu oraz konsumpcja napojów wyskokowych w postaci piwa Chang, napoju liptonopodobnego oraz mrożonej kawy. Na obiad udajemy się do knajpy obok naszej ulubionej ponieważ mają ładne, niebieskie krzesła. Zamówienie powtarzamy trzy razy i do końca nie jesteśmy pewni, co dostaniemy.

Moje zielone curry, które miało być nie ostre po trzech kęsach wypaliło mi na tyle buzię, że smaku Adama zupy tom yum z owocami morza praktycznie nie czuję. Chyba smakowała pomidorami ale nie jestem pewna. Krzyś tradycyjnie zjada 3/4 pad thai. Uznanie też zdobywa shake arbuzowy bez lodu. Oczywiście część ląduje na bluzce, na szczęście nie wymaga to przebrania.

Krzysztofowi shake arbuzowy zdecydowanie zasmakował.
Krzysztofowi shake arbuzowy zdecydowanie zasmakował.

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


Tajlandia - Pociąg Bangkok - Chiang Mai 2016-11-20

Pociąg do Chiang Mai z Bangkoku – Dworzec Bangkok

Dworzec, widok z galerii
Dworzec, widok z galerii

Kolejna godzinka leniuchowania i Adam zamawia tajlandzkiego Ubera czyli Graba. Przyjeżdża różowa taxi, która zawozi nas pod dworzec kolejowy. Po drodze kierowca kupuje dwa woreczki ze smażonymi bananami i częstuje nas. Adam: Bardzo mi się podobało, jak kierowca zatrzymał się obok jakiejś babinki, wymienił banknoty na woreczki i poczęstował nas. Znaczy jeden worek dla nas a drugi dla niego. Banany były tłustawe, ale bardzo smaczne. Licznik pokazuje 61thb lecz płacimy 40thb. Wynik wklepania kodu do Grab’a – warto szukać czy to w mapach googla, czy czytać napisy pojawiające się po uruchomieniu aplikacji. Do pociągu mamy jeszcze 1,5 godziny lecz wcześniej musimy odebrać wcześniej zamówione bilety. Krzyś wpada w amok i biega jakbyśmy pół dnia trzymali go w klatce. Na szczęście udaje się go pokierować w kierunku wyjścia nr 1 a następnie do agencji 12GO Asia , przez którą kupiliśmy bilety. Po drodze przechodzimy przez nieczynną bramkę. Obok duży rysunek przekreślonego duriana. Czyżby bramka wykrywała przemycane duriany? Adam:  Nina nie napisała, ale obok bramki była pani od kontroli, która część osób sprawdzała – skanowanie bagaży albo obmacywani. Widać my nie wyglądaliśmy jak przemytnicy durianów.  Co 12GO Asia to możemy polecić ją z czystym sumieniem – prowizja za zakup jednego biletu to 200thb czyli nie najmniej ale wszystko sprawnie, przejrzysta polityka rezerwacji i anulowania, powiadomienia mailowe o terminie podróży, uprzejma i komunikatywna obsługa i bilety zgodne z zamówieniem. Z tego co zaobserwowaliśmy nie my jedni korzystaliśmy ponieważ cały czas ktoś przychodził i odbierał bilety. Ponieważ nasze bilety kosztowały mniej niż pobrano nam z konta w związku z tym otrzymujemy zwrot 230thb. Adam: Mając czas, można zamówić bilety bezpośrednio za pomocą maila – w kolejach tajskich – ale na pierwszy raz, mając w pamięci barierę komunikacyjną z jaką się spotkaliśmy na dworcu w Szanghaju jednak woleliśmy nie ryzykować. Udajemy się do hali dworcowej – ja i Krzyś zostajemy z bagażami a Adam po obejrzeniu lokalnych sklepów udaje się w kierunku najbliższego 7/11.

Koczowanie na dworcu

Oczywiście koczujemy na podłodze, bo na miejscach siedzących jest taki tłum, że nawet nie podchodzimy. Zresztą podłoga to idealne miejsce do zabawy samochodzikami. Podczas nieobecności Adama ranga przenośnego nocnik Potette wzrasta przynajmniej pięciokrotnie – sprawa zostaje załatwiona w ciągu kilku minut i nikt z siedzących koło nas osób nie zauważył sytuacji. Adam: Ok. Obszedłem cały dworzec. Kiedyś dla mnie szczytem brudu, syfu i smrodu były dworce Olsztyn Główny oraz Warszawa Wschodnia – jednak okazało się, że ten przebił je o jeden poziom. Na dole była dość duża jadłodajnia. Jednak zapach, który z niej się wydobywał spowodował, że nie byłem w stanie tam wejść. Zresztą nie tylko ja, bo kilku lokalesów cofało się po uderzeniu zapachem. Przeszedłem się górą dworca, nie znalazłem jednak nic sensownego do jedzenia. Sprawdziłem gdzie jest najbliższy 7/11 i okazało się, że jest po drugiej stronie ulicy od bocznego wyjścia. Kupiłem 2 wielkie siaty picia i jedzenia i dostałem jakieś naklejkokupony! Po 30min wraca dumny Adam dzierżąc dwie reklamówki z napojami, bananami i ciastkami francuskimi. Jednak to nie zakupy tak go napawają dumą lecz otrzymane trzy naklejki! Chyba zamierza zdobyć jakieś tajlandzkie świeżaki.

Dworzec w Bangkoku
Dworzec w Bangkoku

Adam: Z Krzysztofem chodzimy oglądać pociągi stojące na peronie, dworzec i okolice, robimy zdjęcia i powoli się niecierpliwimy. Pociąg zostaje postawiony ok. 30min przed odjazdem. Idziemy i idziemy, i idziemy wzdłuż pociągu szukając napisu „Chiang Mai” oraz wagonu nr 2 w 2 klasie. Mina mi rzednie ponieważ wagony zaczynają wyglądać coraz gorzej. Zamiast do wagonu z przedziałami, w których w każdym są po 4 łóżka trafiamy do otwartego „kurnika”, gdzie na pierwszy rzut oka może i na górze są łóżka ale na dole są zwykłe siedzenia. Pani sprzedająca sok pomarańczowy potwierdza, że jesteśmy w dobrym wagonie i wskazuje nam miejsca, przy których akurat stoimy. Wręcza nam również ulotkę z posiłkami i usiłuje namówić nas na obiad i śniadanie. Jestem tak otumaniona, że biorę ulotkę, sok dla Krzysia i dopiero po dłuższej chwili dociera do mnie wyjaśnienia Adama, że po pierwsze dolne łóżka rozkładają się a po drugie prawdopodobnie zostały podstawione inne wagony. Chcieliśmy folklor to mamy folklor. Adam: Tak kończy się, jak się męża nie słucha.

Adam na piętrze pociągu sypialnego do Chiang Mai
Adam na piętrze pociągu sypialnego do Chiang Mai

Dziecku bardzo podoba się, szczególnie wchodzenie po drabince na górne łóżko i po chwili schodzenie a raczej zdejmowanie przez rodziców. Zanim wreszcie zaśnie zrobi tak chyba z 50 razy. Pociąg rusza z 15 minutowym opóźnieniem i po chwili nadchodzi konduktor z księgowym i zwracają nam 100thb, prawdopodobnie za niedogodności związaną ze zmianą wagonu. Adam: Żeby tylko z księgowym… to była grupa 3 osób, w tym 2 w mundurach, w tym jednej z całą piersią orderów. To własnie ten z orderami zabrał nasz bilet i z grubego pliku banknotów 100tbh wybrał nam 2 banknoty i oddał za pokwitowaniem. Ale bilety zabrał…. Czas do pójścia spać upływa nam na opędzaniu się od nachalnej pani, która cały czas próbuje namówić nas na jakiś posiłek a pilnowaniem Krzysia, żeby nie spadł z górnego łóżka. Wreszcie wszyscy powoli zbierają się do spania a najważniejszą osobą staje się Project Development Manager od Ścielenia Łóżek. Dolne siedzenia zamieniane są na łóżka – rozkładane są materace, poduszki otrzymują poszewki a materace prześcieradła, zawieszane są też niebieskie zasłonki, które pozwalają na odgrodzenie się od korytarza. Dostajemy też koce podobne do grubych ręczników. W trakcie ścielenia idziemy umyć zęby i o ile wagon, łóżka i korytarz są całkiem ok to część sanitarna jest mocno syfiata. Na szczęście mycie zębów idzie szybko. Za to na swoje łóżko Krzyś wylewa wodę. Wyciągamy swoje prześcieradło, materac odwracamy na drugą stronę i próbujemy położyć spać potomka. Zajmuje na to chyba ze 2 godziny i kończy się tym, że ładuje mi się do łóżka i po 14-krotnej zmianie pozycji zasypia. Nasze profesjonalne doświadczenie podróżnicze podpowiedziało nam, żeby do spania ubrać go na długą nogawkę i porządnie przykryć niestety jakoś fakt, że my również powinniśmy ubrać się cieplej nie dotarł do mnie.

Trochę jak w trumnie

W związku z tym jak udało mi się wreszcie zasnąć to obudziłam się tak zmarznięta, że wyciągnęłam skarpetki i polar zarówno dla siebie jak i Adama. Próbowałam delikatnie przykryć Adama jednak jedyne co mi się udało to go obudzić. Górne łóżko było droższe czyli niby powinno być wygodniejsze ale ponieważ w korytarzu przez całą noc pali się światło a między zasłonką z sufitem jest szpara na 3 palce to nie ma możliwości zaciemnienia swojej koi. Dodatkowo długość łóżka to jakieś max 190cm co oznacza, że Adam czuje się jak w jasno oświetlonej trumnie. W efekcie noc w pociągu to w jego wypadku przespane jakieś 3 godziny, w moim chyba z 5. Adam: Nie będę się skarżył. Nie było źle. Mam 182 cm wzrostu (rano) i opierając się stopami o ścianę, włosy smyrały mi drugą ścianę. Światło paliło się non stop. Dodatkowo co jakieś 15 minut słyszałem, że Krzyś płacze albo wychodzi ze swojego miejsca, więc szybko spadałem ze swojego miejsca, zaglądałem za kotarę i… widziałem słodko śpiącego gnoma… I tak wiele wiele razy. Masakra. Następnym razem wziąłbym dolne miejsce i poszedł spać z gnomem, pewnie byłoby mniej wygodnie, ale większa szansa, że bym się wyspał.


PORANEK

W drogę
W drogę

Rano budzi mnie nachalna pani od posiłków a Krzysia budzi Adam, któremu nerwica cały czas podpowiadała, że młody budzi się i go woła, więc co i rusz schodził i sprawdzał, co się dzieje u dziecka za zasłonką. Project Development Manager od Ścielenia Łóżek awansował na Directora i po kolei wygania nas z łóżek, żeby doprowadzić wagon do porządku. Mokry materac budzi jego wielką dezaprobatę ale ponieważ to tylko woda udaje nam się uzyskać wybaczenie. Dostajemy kawę, na szczęście nie jest wyjątkowo lurowata, i bierzemy sok dla Krzysia. Za te luksusy przyjdzie nam zapłacić 260thb. Do Chiang Mai docieramy z 15min opóźnieniem. Adam: Z Krzysiem zwiedzamy cały pociąg, przeskakując przestrzenie między wagonami i ogólnie budząc spore zainteresowanie współpasażerów.

z okna
z okna
Pociąg do Chiang Mai
Pociąg do Chiang Mai

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


Tajlandia – Świątynie Chiang Mai - 2016-11-21

Dziś będziemy zwiedzać świątynie w Chiang Mai!

Pozujemy

Do Chiang Mai docieramy z 15min opóźnieniem. Dworzec jest śliczny. Najbardziej podoba się Krzysiowi, który po wsadzeniu na drewnianego słonia zażądał, żeby zrobić mu zdjęcie. Podobają mu się również fontanny i kamyczki i jest obrażony na Adama, że ten tak szybko zamówił taksówkę. Decydujemy się ponownie na Graba i przejazd do Panda House Chiang Mai (https://goo.gl/Spzm09) kosztuje nas 100thb. Zameldowanie jest od 12 więc postanawiamy zamówić kanapki, herbatę i kawę. Krzyś i jego auta realizują się na podłodze. Pokój jest gotowy ok. 10.30 i pierwsze od czego zaczynamy to prysznic. Oczywiście Krzyś jako pierwszy jest rozebrany. Pokój jest duży i wygodny, natomiast łazienka na pierwszy rzut oka wydaje się być w gorszym stanie. Po 2 „godzinkach dla słoninki” postanawiamy ruszyć się i coś zwiedzić.

Fosa i mury dookoła starego miasta w Chiang Mai
Fosa i mury dookoła starego miasta w Chiang Mai
Krzyś: Idziemy taaak, taaaak i taaaaaam
Krzyś: Idziemy taaak, taaaak i taaaaaam

Adam zaplanował ok. 5km trasę zahaczającą o największe atrakcje Chiang Mai. Intuicja ciuchutko mówi nam, że chyba to nie najlepszy pomysł, bo Krzyś wygląda na zmęczonego ale perspektywa siedzenia cały dzień w pokoju pcha nas do przodu. Zostawiamy ubrania do prania i udajemy się na spacer, który zaczyna się przyjemnie ponieważ wzdłuż naszej trasy są fontanny. W międzyczasie rozglądamy się za czymś do jedzenia.

Wat Chiang Man

Pierwszy punkt programu to świątynia  Wat Chiang Man.

Adam: Jedna z najstarszych świątyń w okolicy. Wzniesiona około roku 1300. W środku są 2 niezwykle stare figurki Buddy – być może nawet sprzed 2000 lat.

Wejście do Wat Chiang Man
Wejście do Wat Chiang Man

Wejście bezpłatne. Całość zwiedzało się przyjemnie a największe wrażenie zrobiły na mnie żywopłotowe słoniki. W celu skrócenia sobie trasy wychodzimy bocznym wyjściem. Adam: A to się Nina popisała z opisem. Ewidentnie zła była na potomka… lub na mnie. Tak więc, postaram się nadrobić trochę z tej opowieści. Szliśmy i zaczynaliśmy być głodni. Znaczy Nina i Krzysztof. Ewidentnie podpadałem żonie. Po drodze jak na złość nie było nic do jedzenia. Ani sklepiku, ani straganów, nic. Kompletnie. No może ze 2 jadłodajnie były, ale takie dla Amerykanów więc nawet nie zaglądaliśmy. Doszliśmy do Wat Chiang Man i Krzysztof się ożywił. Sam wiedział, że trzeba zdjąć buty, oglądał w środku wszystko, bardzo podobały mu się kolorowe kamienie jakimi budynki były udekorowane. Bardzo zadowolony rozglądał się wszędzie. Na zewnątrz, z tyłu znajduje się chedi – stupa umieszczona na grzbietach słoni. Wokoło żywopłoty miały kształt słoni – bardzo ładnie to wyglądało.

Przed wejściem do świątyni należy zdjąć buty
Przed wejściem do świątyni należy zdjąć buty
Altanka bez mostu. Ciekawe czy da się doskoczyć?
Altanka bez mostu. Ciekawe czy da się doskoczyć?

Droga

Po drodze kupujemy tackę z papają, której połowę zawartości pochłania Krzyś. Przemieszczanie się idzie nam coraz gorzej – jako motywator występują lody. Ponieważ lody w blue opakowaniu są miętowe udaje mi się namówić Krzysia na inny wybór, niestety kolejny również jest nie najszczęśliwszy. Podczas gdy chłopaki jedzą loda w opuszczonym sklepie ja cierpliwie czekam przy ulicznym straganie na swoja kolejkę, aby zamówić naleśnika. Nie wysilając się na komunikację po angielsku wskazuję palcem ser i tuńczyka. Na migi ustalam też, że ma być nieostry. Naleśnik składany jest w wachlarz i pakowany do foliowej a następnie papierowej torebki. Pierwszy gryz i okazuje się, że sam naleśnik jest.. słodki. Kombinacja smakuje nieźle i kosztuje mnie 40thb.

Z Krzysiem w kryzysowym stanie docieramy do jakiejś restauracji. Pad thai, smażony ryż z kurczakiem i jajkiem oraz dla poprawienia humoru sok jabłkowy. Pierwszy łyk i Krzyś wypluwa wszystko – jabłko zostało zmiksowane ze skórką więc ma nieprawidłową konsystencję. Za to ryż zyskuje aprobatę ponieważ ma kukurydzę oraz groszek. Posiłek poprawia nam wszystkim humor. W drodze do kolejnych atrakcji zachodzimy do małego sklepiku, przed którego wejściem jest drewniany konik na biegunach. Krzyś oddaje się przejażdżce, Adam w międzyczasie wymienia pieniądze w najbliższym kantorze (kurs 35,00) a ja wizytuję sklepik. W środku jest mnóstwo kolorowych drobiazgów więc wiele nie trzeba, żeby Krzyś wyprosił sznurek z nanizanymi kolorowymi koralikami i pomponikami zakończone słonikiem w jedynym słuszny kolorze blue. Adam: Taaak – jak już się najadła, połaziła po sklepach to od razu zaczęła sie rozpisywać.

Na koniku przed sklepem z badziewiakami
Na koniku przed sklepem z badziewiakami

Wat Phan Tao

Kolejny punkt programu to Wat Phan Tao, która podoba nam się wszystkim. Mi i Adamowi ze względu na swój urok, Krzysiowi ponieważ może podyńdać dzwonami oraz pobiegać po bambusowej kładce.

Wejście na teren świątyni Wat Phan Tao. Ale miałem frajdę robiąc zdjęcie „rybim okiem!”
Wejście na teren świątyni Wat Phan Tao. Ale miałem frajdę robiąc zdjęcie „rybim okiem!”

Wat Chedi Luang

Decydujemy się jeszcze na odwiedzenie Wat Chedi Luang, która jest tuż obok. Wejście płatne 40thb/osobę. Zostaję też poproszona o założenie długiej, wiązanej w pasie spódnicy ponieważ  ta, którą mam jest za krótka. Wolnym krokiem zwiedzamy kompleks odwiedzając każdego Buddę i zdejmując buty przed każdą świątynią.

Na wejściu do świątyni Wat Chedi Luang
Na wejściu do świątyni Wat Chedi Luang
Wejście do tej świątyni tylko dla mężczyzn (i chłopców)
Wejście do tej świątyni tylko dla mężczyzn (i chłopców)
Replika chedi zbudowanego w XV wieku. Tu przechowywano Szmaragdowego Buddę
Replika chedi zbudowanego w XV wieku. Tu przechowywano Szmaragdowego Buddę

Niestety na sam koniec Krzyś nie chce założyć butów a potem wykopuje je przez wyjście. Chowam je do plecaka i z rozhisteryzowanym dzieckiem łapiemy tuk tuka. Jesteśmy na straconej pozycji, aby negocjować cenę więc zgadzamy się na 100thb za 2-2,5km przejażdżkę.  Adam: Oczywiście Krzyś miał prawo mieć dość. Nie dość, że nie wyspał się, to jeszcze 5km w słońcu zrobiło swoje. No i pół dnia na nogach. Biedny grzybek. Wyrodni rodzice. Poprawimy sie przy kolejnym dziecku. Może. 

Hotel

W hotelu czekają już na nas Lipki, którzy wrócili ze słoniowej wycieczki. Szybko ustalamy, że oni idą jeść a my pozbyć się dziecka. Jednak dochodzimy do wniosku, że nasz Tuptaczek aż taki zły nie jest, żeby się go pozbywać  i fundujemy mu tylko prysznic i piżamka. Po 30 sekundach od przyłożenia głowy do poduszki Krzyś zasypia. Gdy Iwona i Grześ a wraz z nimi Monika i Bartek wracają z kolacji schodzimy na dół w dużo lepszych humorach. Odpalamy połączenie video hang outa jako niańkę i siadamy na zewnątrz. Świętujemy Adama 40-te urodziny tajskim whisky o smaku perfumowanego rumu ze spritem lub colą. Ok. 22 Krzyś przebudza się więc Adam idzie go utulić a docelowo zostaje w pokoju. Później odpadają Monika i Bartek, ja siedzę z Iwoną i Grześkiem do 24. Adam: W tym miejsci chciałbym serdecznie podziękować Lipkom za prezent i spędzony czas, a także za pokazanie, że prezent zmieszany ze spritem jest lepszy niż z colą 🙂

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


Tajlandia – Słonie – 2016-11-22

Słonie!

Dziś dzień słonia! Pobudka ok. 6 i gdy ja nas pakuję Adam idzie do 7/11 kupić jakieś banany i bułki dla Krzysia. Zamawiamy śniadanie i o 7.30 budzimy Krzysia. Po 13 godzinach snu nie specjalnie ma ochotę wstać. Na szczęście myśl o słoniach podnosi go dosyć szybko. Zjada też połowę mojej jajecznicy z kukurydzą, groszkiem i marchewką. Wycieczkę do słoni kupiliśmy wcześniej, bezpośrednio na stronie:
www.elephantnaturepark.org/  Zależało nam na tym, żeby było to miejsce, gdzie nie męczą słoni, gdzie nasza wizyta przyniesie jak najmniejszą szkodę. Park zajmuje się ratowaniem słoni z ulic, cyrków i plantacji, gdzie słonie wykorzystywane są ponad swoje siły, zmuszane do żebrania na ulicach czy zabawiania ludzi w cyrkach. Słonie te często są już wiekowe, ślepe, z przetrąconymi kręgosłupami. Park zapewnia im opiekę i emeryturę.

Plan naszej wycieczki miał obejmować karmienie słoni, oglądanie ich i kąpiel w rzece. Pełen program naszej wycieczki dostępny jest tutaj –
https://www.elephantnaturepark.org/enp/visit-volunteer/projects/elephant-nature-park-single-day-42/view  Koszt to 2500thb za osobę dorosłą i 1250thb za dziecko w wieku od 2 do 11 lat.

W drogę!

Wygodny, klimatyzowany busik przyjeżdża po nas ok. 8.15 – jesteśmy pierwsi więc siadamy z tyłu. Następnie zabiera dwójkę Anglików, potem parę angielsko-belgijską a na koniec Amerykanina. Po ponad godzinnej podróży, w trakcie której nasz opiekun Zaa przedstawił siebie, opowiedział pokrótce czym zajmują się w parku i puścił nam film, docieramy na miejsce. W trakcie smarowania się kremem przeciwsłonecznym i preparatem przeciwko komarom okazuje się, że jednak nasze rodzicielstwo nie jest tak doskonałe jak myśleliśmy – zapomnieliśmy czapeczki dla Krzysia. Na szczęście nasz przewodnik stanął na wysokości zadania i zorganizował nam czapeczkę… w kolorze różowym. Krzyś początkowo nie chciał jej założyć, ale gdy tylko wyszliśmy na słońce protest znikł. Po dłuższej przerwie przeznaczonej na zapoznanie się z miejscem i ogarnięciem się przyniesiono 3 duże kosze z kawałkami arbuzów i bananami. Zaa pokazał jak trzymać jedzenie, żeby słoń w łatwy sposób mógł je zabrać sobie trąbą, szczególnie, że słonica, którą karmiliśmy była ślepa.

Śniadanie!

Karmienie słonia
Karmienie słonia

Po kilku namowach Krzyś postanowił dać słoniowi arbuza jednak gruby włos słonia ukuł go w rączkę, co go przestraszyło i zniechęciło do dalszego karmienia. Nie przeszkodziło mu to jednak w wyjmowaniu kolejnych owoców i podawaniu mi, żebym karmiła słonia. Samo karmienie szło mi nadspodziewanie dobrze i doszliśmy do wniosku, że to efekt posiadania dziecka, które również trzeba karmić. Zarówno na nasz gust jak i słonia owoce skończyły się za szybko. Szybkie mycie rąk i poszliśmy oglądać słonie, które w 2-3 słoniowych grupkach posilały się w pobliżu.  Nasz opiekun opowiadał o każdym słoniu ile ma lat, czym się zajmował przed uwolnieniem i przywiezieniem go do parku oraz inne ciekawostki. Pokazywał też jak podchodzić do słonia i jak go dotykać, aby go nie wystraszyć. Wymieniamy się z Adamem opieką nad Krzysiem starając się jak najwięcej usłyszeć z opowiadania przewodnika.

Krzyś zadowolony skacze w pobliżu, rysuje patykiem po ziemi i od czasu do czasu podchodzi obejrzeć słonie. Prawdopodobnie ich wielkość trochę go przeraża a powolność powoduje szybki spadek zainteresowania. Do lunchu zaliczamy też wizytę w przychodni, gdzie słonie w trakcie leczenia pozamykane są w dużych boksach.  Lunch to szwedzki stół z naprawdę dużym wyborem potraw. Do tego kawa, herbata i woda. Jest też możliwość kupienia innych napoi. W trakcie lunchu dopłacam resztę pieniędzy za wycieczkę i kupuję Krzysiowi podkoszulkę. Będzie idealna na przyszłe wakacje.

Myjemy słonie!

Pień dla słonia jest świetną zabawką
Pień dla słonia jest świetną zabawką

Po lunchu udajemy się nad rzekę, gdzie powoli docierają słonie przeznaczone do mycia. Dostajemy wiaderka do polewania wodą i z pewną nieśmiałością rozpoczynamy polewanie przydzielonego słonia. Do rzeki wchodzimy w butach, które otrzymaliśmy od firmy Keen do testów i które w dniu dzisiejszym miały przejść generalną próbę. Przyznam się, że i bez niej buty zasługują na 6 ponieważ początkowo zakładaliśmy, że będą one naszymi „backupowymi” butami a skończyło się na tym, że cały wyjazd przechodziliśmy tylko w nich. Z naszej trójki ja mam najbardziej wymagające stopy i ten dzień kiedy moje keeny wysychały po kąpieli w rzece był najniewygodniejszy obuwniczo. Podczas polewania słonik jadł sobie arbuzy i przymykał z przyjemnością oczy. Krzyś coraz pewniej podchodził do słonia, aż wreszcie udało mu się ochlapać mu nogę do wysokości kolana. W sumie to nie wiadomo co sprawiło mu większą przyjemność oblewanie słonia czy taplanie się w butach w rzece.

Karmimy słonie!

Szybkie przebranie się w suche rzeczy i idziemy na platformy pooglądać lunch dużej, zdrowej słoniowej rodziny, w skład której wchodzi 6 m-czny słonik i 3 letnia słoniczka. Wszyscy rozpływają się z zachwytu i pstrykają zdjęcia. Na koniec kilka słoni udaje się w stronę kuchni i usiłuje trąbami wyciągnąć dodatkowe owoce. Prawie 1,5 metrowe, kamienne słupy blokują je ale opiekunowie przynoszą kilka dodatkowych dyń, które sprytne słoniki zdejmują im z głów.

Krótka przerwa na ryżowe ciastka i słodki kompot, o smaku hibiskuopodobnym. Następnie idziemy pooglądać wspomnianą wcześniej rodzinę słoni, która kończy swój lunch. Krzyś przyglądając się słoniom kopie niedużą kłodę, która leży na ziemi. Najmłodsze słoniątko chyba dochodzi do wniosku, że to musi być super zabawa i rusza raźnym krokiem w nasza stronę. Cofamy się w szybkim tempie a słonik najpierw przednimi nóżkami i trąbą a potem tylnymi kopie sobie kłodę. Cała sytuacja po pierwszej chwili grozy, gdy ruszył na nas niby mały ale jednak spory słoń, jest całkiem zabawna.

Pieseł
Pieseł
I jeszcze kolacja i do domu
I jeszcze kolacja i do domu

Na koniec szybkie siku i ruszamy w drogę powrotną. Krzyś zasypia po pierwszych 15min jazdy.

 Adam: Zostawiłem sobie miejsce na komentarz na koniec. Nie do końca jestem przekonany do tego typu miejsc. Z jednej strony owszem, w porównaniu do innych miejsc, gdzie można spotkać się „oko w oko” ze słoniem dbają o słonie… ale… Moim osobistym, gdzieś tam głęboko zakopywanym zdaniem, dbanie o te słonie jest niezłym interesem. Płaci się 4 razy więcej niż za inne tego typu atrakcje, za możliwość wolontariatu, za wszystko – więc jest to typowy biznes, moim zdaniem tylko zrobiony w otoczce proekologicznej. Oczywiście, zdecydowanie wolę oglądać słonie w takich warunkach, niż zmuszane do pracy, bite itp…

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


Tajlandia – Chiang Mai - jedzenie – 2016-11-22

Jedzenie w Chiang Mai

Na wejściu do hotelu spotykamy Iwonę i Monikę wracające z lekcji gotowania, Grześka, którego zadaniem była konsumpcja przygotowanych przez dziewczyny potraw oraz Bartka, który zaliczył 3 godzinny kurs tajskiego masażu. W tym miejscu bardzo chciałabym podziękować Grześkowi, który mimo iż nie był uczestnikiem kursu gotowania to dostał fajną książeczkę z przepisami i oddał mi ją. Wielkie dzięki! Umawiamy się za 2 godziny w polecanej przez nich knajpce Cooking Love. Odbieramy pranie, którego uzbierało się aż 3kg (40thb/1kg). Lipki idą nadrobić zwiedzanie Chiang Mai a my i Monika z Bartkiem idziemy poleżakować na godzinę za następnie w drodze do restauracji zahaczyć o targ i kupić przyprawy.

Wybieranie przypraw trwa na tyle długo, że Bartek kupuje sobie podkoszulkę a Krzyś prawie demoluje słupki drogowe.

Kolacja

Po dotarciu do knajpy okazuje się, że jest chwilowo zamknięta ponieważ mają problem z toaletą. Siadamy na krawężniku. Prawdopodobnie na widok dziecka miękną i zapraszają nas do środka.  Mimo naszego 15 minutowego spóźnienia Lipki docierają po kolejnych 15 min. Zamawiamy shake’i i dania, które pojawiają się w losowej kolejności. Niestety pad thai jest za ostry dla Krzysia więc zamawiamy peanut cashoew, który niestety mu nie smakuje. Ponieważ czekanie na rachunek przedłuża się Adam z Krzysiem ruszają w stronę hotelu. Ida na tyle szybko, ze byłam przekonana, że wzięli tuk tuka. W drodze powrotnej dziewczyny zostają dokupić przypraw a ja z Grześkiem i Bartkiem wracamy do hotelu.

Podczas usypiania Krzysia zasypiam już nie chce mi wstać. Adam schodzi na dół pogadać z towarzystwem i zgrać zdjęcia. Wraca do pokoju około północy.

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


Tajlandia – autem z Chiang Mai do Sukhothai 2016-11-23

Mimo braku budzika Krzyś budzi nas ok. 8. Pakujemy się i schodzimy na śniadanie. Tym razem jajecznica nie wzbudza w Krzysiu takiego entuzjazmu ale coś tam zjada. Płacimy za pranie i dotychczasowe śniadania. Ponieważ w nocy dotarły instrukcje brata jakie przyprawy kupić na targu zostawiamy plecaki i i po burzliwej wymianie zdań z Krzysztofem idziemy na zakupy. Mimo iż przechowanie plecaka kosztuje 50thb pani nie bierze od nas ani batha. Po powrocie z zakupów Adam zamawia Graba – orientacyjny koszt dojazdu do lotniska to 100-150thb. Taksówka przyjeżdża po 10min i zostawia nas pod wejściem nr 5 lotów krajowych (domestic flights). Ku mojemu zaskoczeniu płacimy 22thb dzięki skorzystaniu z kodu rabatowego i promocji na Chiang Mai. Kierowca pomaga nam zorganizować wózek i wypakować bagaże. Stanowczo lubię tą sieć. Przechodzimy przez bramki bezpieczeństwa i kierujemy się całkiem w prawo. Okazuje się, że to dobry kierunek ponieważ na końcu znajdujemy sieć Hertza, w której wypożyczyliśmy samochód. Korzystaliśmy z wyszukiwarki rentalcars, z której korzystaliśmy również podczas wyjazdu do Szkocji 3 lata temu. Pani kseruje nasze paszporty, prawo jazdy (zarówno te polskie jak i międzynarodowe) oraz kartę kredytową Adama. Obciąża ją kaucją 10.000thb za samochód oraz kwotą 1.605thb za fotelik samochodowy. Dostajemy hondę city zamiast toyoty altis. Szybkie obejrzenie samochodu podczas którego pracownik wypożyczalni sumiennie zaznacza wszelkie zadrapania samochodu (wszystkie koła oraz z tyłu na bagażniku). Pan montuje nam fotelik i po chwili niepewności ruszamy w drogę. Przed nami około 308 km oraz 4 godziny 20 minut jazdy a cel podróży to miasto Sukothai. Adam uparcie odsuwa się od prawej strony więc co i rusz lewymi kołami zbliżamy się do pobocza albo jedziemy po sąsiednim pasie. Ponieważ ruszyliśmy na głodniaka rozglądamy się za miejscem, gdzie moglibyśmy coś zjeść. Niestety nic nie budzi naszego zaufania a w jednym z miejsc, do którego zajeżdżamy nie ma nikogo. Wreszcie decydujemy się na zajechanie do naszego odpowiednika MOPa na autostradzie. Pomysł wyglądał na dobry dopóki nie weszliśmy do środka. Pierwsze wrażenie – PRL pełną gębą, miejsce opuszczone przez Boga. No nic. Zatrzymaliśmy się więc tu zjemy. Czujemy się jak pierwsi klienci w tym roku. Decydujemy się na 2 pad thai’e i wodę sodową z sokiem kiwi i chyba jagodową bez lodu. Pad thai jest z tofu ale szybko rozprawiamy się w trójkę dwoma talerzami. Jeszcze siku i ruszamy w dalszą drogę. Sprawdzam, o której zachodzi słońce – 17.46 i wiemy już, że dojedziemy jak będzie zupełnie ciemno czyli tuż przed 19. Po pewnym czasie Krzyś zasypia, ja wyciągam laptopa, żeby trochę popisać a Adam czuje się coraz pewniej za kierownicą. Dzięki kombinacji internetu, gpsu i google maps do At Home Sukothai docieramy bez problemu.

Nocleg w At Home Sukothai

Przed hostelem At Home Sukothai
Przed hostelem At Home Sukothai

Z rozpędu Adam parkuje pod wiatą. Sympatyczni gospodarze częstują nas wodą z lodem, dają mapkę z zaznaczonym miejscem, gdzie zjeść i którędy dojechać do kompleksu, który zamierzamy zwiedzić oraz pokazują pokój na pierwszym piętrze. Pokój przestronny z czyściutką łazienką w japońskim klimacie.

Pokój w hostelu At Home Sukothai
Pokój w hostelu At Home Sukothai

Kolacja w Night Market Sukothai

Szybkie ogarnięcie się i idziemy na Night Market coś zjeść. PO drodze Adam pstryka kilka zdjęć, m. In. Wieży zegarowej stojącej po środku miasta.

Wieża zegarowa w Sukothai

Dzięki mapce docieramy bez problemu ale mimo iż jest ok. 20 miasto wygląda jak wymarłe a stragany zaczynają się zwijać. Do kolacji zamawiamy 2 duże piwa. Trzeba jakoś uczcić pierwsze 300 km lewostronnego ruchu. Wracając na kwaterę drogę przebiega nam duży karaluch, a później kolejne. Adam z Krzysiem uważają to za wielką zabawę ja modlę się, żeby żaden nie przebieg mi po nodze bo swoim wrzaskiem postawię wszystkich mieszkańców na nogi. Zahaczamy o 7/11 i dostajemy kolejne punkciki – może jednak uzbieramy na jakiegoś świeżaka?. Chłopaki oczywiście są pierwsi pod prysznicem. Zasypiamy szybko.






Krzyś studiuje mapę

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


Tajlandia – zwiedzanie Sukhothai 2016-11-24

[et_pb_section fb_built=”1″ _builder_version=”3.0.47″][et_pb_row _builder_version=”3.0.47″ background_size=”initial” background_position=”top_left” background_repeat=”repeat”][et_pb_column type=”4_4″ _builder_version=”3.0.47″ parallax=”off” parallax_method=”on”][et_pb_image src=”http://wyjazdowo.com/wp-content/uploads/20161124_09-59-24-Krzys-Olympus-TG-4.jpg” align=”center” force_fullwidth=”on” _builder_version=”3.0.92″][/et_pb_image][/et_pb_column][/et_pb_row][et_pb_row _builder_version=”3.0.47″ background_size=”initial” background_position=”top_left” background_repeat=”repeat”][et_pb_column type=”1_4″ _builder_version=”3.0.47″ parallax=”off” parallax_method=”on”][et_pb_text _builder_version=”3.0.92″ background_size=”initial” background_position=”top_left” background_repeat=”repeat”]

Tajlandia – zwiedzanie Sukhothai

Poranek

Rano budzą mnie głosy z sąsiedniego pokoju – okazuje się, że ściana łącząca nasz i sąsiedni pokój zakończona jest oknem bez szyby. Bardzo wpływa to na akustykę. Dzień zaczynamy od śniadania – mamy do wyboru 3 wersje zachodnie i 1 tajską, Krzyś dostaje szklankę mleka i 2 croissanty. Podczas pakowania chłopaki zwiedzają nasz guesthouse. Żegnamy się z naszymi gospodarzami i udajemy się w stronę Historical Park Sukothai.

[/et_pb_text][/et_pb_column][et_pb_column type=”3_4″ _builder_version=”3.0.47″ parallax=”off” parallax_method=”on”][et_pb_gallery gallery_ids=”3402,3401,3404″ gallery_captions=”OLYMPUS DIGITAL CAMERA,OLYMPUS DIGITAL CAMERA,OLYMPUS DIGITAL CAMERA,OLYMPUS DIGITAL CAMERA” posts_number=”3″ show_title_and_caption=”off” show_pagination=”off” _builder_version=”3.0.92″ caption_text_align=”justify” pagination_text_align=”center” pagination_font_size_tablet=”51″ pagination_line_height_tablet=”2″ text_orientation=”justified” animation_style=”fade”] [/et_pb_gallery][/et_pb_column][/et_pb_row][et_pb_row _builder_version=”3.0.47″ background_size=”initial” background_position=”top_left” background_repeat=”repeat”][et_pb_column type=”3_4″ _builder_version=”3.0.47″ parallax=”off” parallax_method=”on”][et_pb_gallery gallery_ids=”3405,3406,3407,3408,3410,3411″ posts_number=”6″ show_title_and_caption=”off” show_pagination=”off” _builder_version=”3.0.92″ pagination_font_size_tablet=”51″ pagination_line_height_tablet=”2″][/et_pb_gallery][/et_pb_column][et_pb_column type=”1_4″ _builder_version=”3.0.47″ parallax=”off” parallax_method=”on”][et_pb_text _builder_version=”3.0.92″]

Sukhothai – dawna stolica Tajlandii

Droga faktycznie jest prosta, ok. 13km od centrum miasta. Parkujemy bez problemu. Ze względu na śmierć króła do końca stycznia 2017r. wejście do kompleksu jest bezpłatne. Po przejściu ok. 50m widzimy, że będzie ciężko zwiedzić choć najbliższą świątynię więc postanawiamy wrócić się i wynająć tuk tuka. Większość ludzi wypożycza rowery i muszę przyznać, że to świetny pomysł ponieważ drogi są w większości asfaltowe i bardzo dobrze utrzymane. Kierowca chce od nas 300thb i wiedząc, że tutaj nasze pole do negocjacji jest również marne zgadzamy się. Przy wjeździe czeka nas niespodzianka – bilet za tuk tuka w wysokości 50thb. Z przeczytanych wcześniej informacji wiedzieliśmy, że płaci się za wstęp również za pojazdu ale przy ustalaniu ceny za 2 godzinną przejażdżkę nie było o tym mowy. Zbulwersowana zarządzam, że wysiadamy. Kierowca poddaje się i w sumie nikt nie płaci za bilet.

Zwiedzanie zaczynamy od Wat Mahathat  gdzie najbardziej podoba się Krzysiowi. Mimo napisów zakazujących wspinaczki młody wdrapuje się na niższe i wyższe postumenty i murki. Ludzi jest umiarkowanie dużo. Trochę ganiamy się z tajską szkolną wycieczką między kolumnami. Następnie kierowca wiezie nas do kolejnej świątyni.

[/et_pb_text][/et_pb_column][/et_pb_row][et_pb_row _builder_version=”3.0.47″ background_size=”initial” background_position=”top_left” background_repeat=”repeat”][et_pb_column type=”4_4″ _builder_version=”3.0.47″ parallax=”off” parallax_method=”on”][et_pb_gallery gallery_ids=”3409,3413,3415,3424″ posts_number=”4″ show_title_and_caption=”off” show_pagination=”off” _builder_version=”3.0.92″ pagination_font_size_tablet=”51″ pagination_line_height_tablet=”2″][/et_pb_gallery][/et_pb_column][/et_pb_row][et_pb_row _builder_version=”3.0.47″ background_size=”initial” background_position=”top_left” background_repeat=”repeat”][et_pb_column type=”1_3″ _builder_version=”3.0.47″ parallax=”off” parallax_method=”on”][et_pb_text _builder_version=”3.0.92″]

Wat Si Sawai

Spędzamy tu Sporo czasu. bardzo urokliwe miejsce. Krzyś biega dookoła i wchodzi w każdą dziurę. Trochę czujemy się jak w filmie Indiana Jones – Może nie jest to Angkor Wat, ale za to prawie nie ma tu ludzi. A to jednak dużo daje. Cieszymy się, gdyż jako alternatywę mieliśmy zwiedzenie Ayutthaya – lecz tam, podobno, ze względu na bliskość Bangkoku są tłumy.  [/et_pb_text][et_pb_image src=”http://wyjazdowo.com/wp-content/uploads/20161124_10-46-42-Adam-Olympus-E-M1.jpg” show_in_lightbox=”on” show_bottom_space=”off” align=”center” force_fullwidth=”on” _builder_version=”3.0.92″][/et_pb_image][/et_pb_column][et_pb_column type=”2_3″ _builder_version=”3.0.47″ parallax=”off” parallax_method=”on”][et_pb_gallery gallery_ids=”3414,3416,3417,3419,3420,3422,3423,3424,3426,3429″ posts_number=”8″ show_title_and_caption=”off” show_pagination=”off” _builder_version=”3.0.92″ pagination_font_size_tablet=”51″ pagination_line_height_tablet=”2″][/et_pb_gallery][/et_pb_column][/et_pb_row][et_pb_row _builder_version=”3.0.47″ background_size=”initial” background_position=”top_left” background_repeat=”repeat”][et_pb_column type=”4_4″ _builder_version=”3.0.47″ parallax=”off” parallax_method=”on”][et_pb_text _builder_version=”3.0.92″]

Wat Sa Si

[/et_pb_text][et_pb_gallery gallery_ids=”3428,3430,3431,3432″ posts_number=”4″ show_title_and_caption=”off” show_pagination=”off” _builder_version=”3.0.92″ pagination_font_size_tablet=”51″ pagination_line_height_tablet=”2″][/et_pb_gallery][/et_pb_column][/et_pb_row][et_pb_row _builder_version=”3.0.47″ background_size=”initial” background_position=”top_left” background_repeat=”repeat”][et_pb_column type=”1_3″ _builder_version=”3.0.47″ parallax=”off” parallax_method=”on”][et_pb_text _builder_version=”3.0.92″]

Wat Si Chum

[/et_pb_text][et_pb_image src=”http://wyjazdowo.com/wp-content/uploads/20161124_11-51-20-Adam-Olympus-E-M1.jpg” show_in_lightbox=”on” force_fullwidth=”on” _builder_version=”3.0.92″][/et_pb_image][/et_pb_column][et_pb_column type=”2_3″ _builder_version=”3.0.47″ parallax=”off” parallax_method=”on”][et_pb_gallery gallery_ids=”3434,3435,3437,3438″ posts_number=”4″ show_title_and_caption=”off” show_pagination=”off” _builder_version=”3.0.92″ pagination_font_size_tablet=”51″ pagination_line_height_tablet=”2″][/et_pb_gallery][/et_pb_column][/et_pb_row][et_pb_row _builder_version=”3.0.47″ background_size=”initial” background_position=”top_left” background_repeat=”repeat”][et_pb_column type=”4_4″ _builder_version=”3.0.47″ parallax=”off” parallax_method=”on”][et_pb_text _builder_version=”3.0.92″]

W każdym miejscu spędzamy po ok. 20-30 min, oglądając, robiąc zdjęcia i nie śpiesząc się. Kiedy wydaje nam się, że powinniśmy już wracać tuk tuk zawozi nas pod pomnik wielkiego Buddy. Tu też nam się podoba. Wracając oglądamy pola ryżowe i inne przyjemne dla oka widoczki. Z kierowcą rozstajemy się z uśmiechem. Postanawiamy jeszcze coś zjeść – wybieramy jeden z barów zaraz obok kompleksu. Ceny nie najniższe ale jedzenie w porządku.

[/et_pb_text][et_pb_gallery gallery_ids=”3433,3439,3440,3441″ posts_number=”4″ show_title_and_caption=”off” show_pagination=”off” _builder_version=”3.0.92″ pagination_font_size_tablet=”51″ pagination_line_height_tablet=”2″][/et_pb_gallery][/et_pb_column][/et_pb_row][/et_pb_section]

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


Tajlandia – droga z Sukothai do Kanchanaburi 2016-11-24

[et_pb_section bb_built=”1″][et_pb_row][et_pb_column type=”1_2″][et_pb_blurb _builder_version=”3.0.98″ url_new_window=”off” use_icon=”off” image=”http://wyjazdowo.com/wp-content/uploads/20161124_16-25-57-Adam-Olympus-E-M1.jpg” use_circle=”off” use_circle_border=”off” icon_placement=”top” use_icon_font_size=”off” background_layout=”light”]

Droga z Sukhotai do Kanchanaburi

Nastawiamy mapę na kolejny punkt podrózy czyli Kanchanaburi i widzimy, że tego dnia również dotrzemy po zmroku. Przed nami około 430 km i około 6h jazdy  Już od pierwszego kilometra widać, że Adam czuje się dużo lepiej za kierownicą. Wyprzedzanie z prawej zaczyna być na porządku dziennym i zaczyna rozważać możliwość wyprzedzania również z lewej. Krzyś dosyć szybko zasypia zmęczony wspinaniem i bieganiem po świątyniach. Ja usiłuje nadrobić zaległości w pisaniu.

[/et_pb_blurb][/et_pb_column][et_pb_column type=”1_2″][et_pb_text _builder_version=”3.0.98″ background_layout=”light”]
[/et_pb_text][/et_pb_column][/et_pb_row][et_pb_row][et_pb_column type=”4_4″][et_pb_gallery _builder_version=”3.0.98″ show_title_and_caption=”off” show_pagination=”off” gallery_ids=”3488,3486,3487,3489″ fullwidth=”off” orientation=”landscape” zoom_icon_color=”#2ea3f2″ hover_overlay_color=”rgba(255,255,255,0.9)” background_layout=”light” pagination_font_size_tablet=”51″ pagination_line_height_tablet=”2″ /][et_pb_divider _builder_version=”3.0.98″ show_divider=”on” divider_weight=”3″ /][/et_pb_column][/et_pb_row][et_pb_row][et_pb_column type=”1_2″][et_pb_text admin_label=”nocleg” _builder_version=”3.0.98″ background_layout=”light”]Mimo iż Adam nadrabia ok. 30min w Kanchanaburi jesteśmy jak jest już całkowicie ciemno. Dodatkowo położenie guesthouse nie ułatwia sprawy ponieważ jest on położony w gąszczu ciasnych uliczek. Na szczęście kilka kroków od wejścia udaje nam się zaparkować samochód. Dostajemy klucze do niedużego ale czystego pokoju z wiatrakiem i łazienką. Zostawiamy bagaże i udajemy się w stronę dworca autobusowego, który jest niedaleko, aby coś zjeść. 
Adam: Tak. Z dniem dzisiejszym zdecydowanie spodobała mi się jazda po Tajlandii. Dowolność w stronach wyprzedzania, dowolność w używaniu kierunkowskazów, całkiem niezłe drogi… Jechaliśmy na nawigacji google, która miejscami prowadziła nas opłotkami, ale dzięki temu mieliśmy fajne widoki na zdecydowanie mniej turystyczne miejsca tego kraju. Co do jazdy autem w Tajlandii – zdecydowanie polecam, szczególnie wypożyczenie auta z automatyczną skrzynią biegów, by nie przejmować się zmiana biegów. Mimo lewostronnego ruchu – całkiem fajna przygoda.
[/et_pb_text][/et_pb_column][et_pb_column type=”1_2″][et_pb_image _builder_version=”3.0.98″ src=”http://wyjazdowo.com/wp-content/uploads/20161125_080610.jpg” show_in_lightbox=”on” url_new_window=”off” use_overlay=”off” always_center_on_mobile=”on” force_fullwidth=”off” show_bottom_space=”on” /][/et_pb_column][/et_pb_row][et_pb_row][et_pb_column type=”4_4″][et_pb_divider _builder_version=”3.0.98″ show_divider=”on” divider_weight=”3″ /][et_pb_text admin_label=”streetfood” _builder_version=”3.0.98″ background_layout=”light”]Zaliczamy najbardziej street foodowy posiłek, który bardzo nam smakuje. Przechadzamy się jeszcze między straganami i kupujemy kawałek brązowego ciasta, które wygląda trochę jak pasztet ale jest smaczne i polane jakby sosem karmelowym, i kawałek czerwonego cista, która wygląda jak galaretka ale smakuje jak słodki makaron ryżowy. Po drodze do pokoju kusimy się jeszcze na naleśnika z dżemem jagodowym, bananami i czekoladą. Jeszcze tylko prysznic i kładziemy się spać bo jutro czeka nas wczesna pobudka.[/et_pb_text][et_pb_gallery _builder_version=”3.0.98″ posts_number=”12″ show_title_and_caption=”off” show_pagination=”off” gallery_ids=”3492,3504,3503,3501,3500,3499,3496,3497,3495,3494,3493,3498″ fullwidth=”off” orientation=”landscape” zoom_icon_color=”#2ea3f2″ hover_overlay_color=”rgba(255,255,255,0.9)” background_layout=”light” pagination_font_size_tablet=”51″ pagination_line_height_tablet=”2″ /][/et_pb_column][/et_pb_row][/et_pb_section]

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


Wodospady Erawan Tajlandia 2016-11- 25

[et_pb_section bb_built=”1″ _builder_version=”3.0.47″][et_pb_row][et_pb_column type=”4_4″][et_pb_text _builder_version=”3.0.98″ background_layout=”light”]

 W drodze na wodospady Erawan

 [/et_pb_text][/et_pb_column][/et_pb_row][et_pb_row _builder_version=”3.0.47″ background_size=”initial” background_position=”top_left” background_repeat=”repeat”][et_pb_column type=”1_4″][et_pb_image src=”http://wyjazdowo.com/wp-content/uploads/20161125_08-54-53-Adam-LG_G5.jpg” show_in_lightbox=”on” _builder_version=”3.0.98″ /][/et_pb_column][et_pb_column type=”3_4″][et_pb_text _builder_version=”3.0.98″ background_layout=”light”]Plan na dziś to Erawan Waterfalls. Ponieważ nasz nocleg nie przewidywał śniadania więc po spakowaniu się ruszamy samochodem w stronę dworca. Niestety okazuje się, że na miejscu gdzie wczoraj było mnóstwo straganów z jedzeniem dzisiaj stoją busiki. Krążymy po uliczkach rozglądając się za czymś do jedzenia. Decydujemy się na pizzę – niby nie tajskie jedzenie  ale biorąc pod uwagę klimat całości jest to stanowczo street food. Nasz wybór podyktowany jest też nadzieją, że może Krzyś skusi się na cos wyglądającego znajomo ponieważ nasze dziecko zaczyna z dnia na dzień jeść coraz mniej. Na szczęście dużo pije więc jeszcze nie martwimy się.
Adam: No szału z jedzeniem to rano nie było. Obeszliśmy okolice dworca i jedyne sensowne co znaleźliśmy to właśnie wózek z pizzą, która jakoś za bardzo na lokalne danie nie wyglądała… Ale w smaku już byo bliżej smakom Azji – choćby ketchup – który był zdecydowanie inny niż jesteśmy przyzwyczajeni. I trochę może jak konfitury smakował?
 [/et_pb_text][/et_pb_column][/et_pb_row][et_pb_row _builder_version=”3.0.47″ background_size=”initial” background_position=”top_left” background_repeat=”repeat”][et_pb_column type=”4_4″][et_pb_divider divider_weight=”3″ _builder_version=”3.0.98″ show_divider=”on” /][/et_pb_column][/et_pb_row][et_pb_row _builder_version=”3.0.47″ background_size=”initial” background_position=”top_left” background_repeat=”repeat”][et_pb_column type=”1_4″][et_pb_text admin_label=”mapa” _builder_version=”3.0.98″][/et_pb_text][/et_pb_column][et_pb_column type=”3_4″][et_pb_text _builder_version=”3.0.98″ background_layout=”light”]

Z Kanchanaburi do Erawan Waterfall

Kanchanaburi znana jest głównie z mostu na rzece Kwai. Tą atrakcje postanowiliśmy sobie odpuścić a w zamian za to podjechać pod wodopospady Erawan. Z miasta to ok. 50 km i prawie godzina jazdy samochodem. Wjazd na teren parku kosztuje 300thb za osobe dorosłą, 200thb za dziecko i 30 za samochód. Krzyś zostaje uznany za malucha i nie płaci biletu. Parkujemy i nauczeni doświadczeniem od razu decydujemy się na podwózkę wózkiem golfowym. Koszt to 30thb za dorosłego i 15thb za dziecko. Po ok. 10min wózek zostawia nas niedaleko 1 poziomu wodospadów.[/et_pb_text][et_pb_gallery gallery_ids=”4019,4020,4021″ show_title_and_caption=”off” show_pagination=”off” _builder_version=”3.0.98″ pagination_font_size_tablet=”51″ pagination_line_height_tablet=”2″ fullwidth=”off” orientation=”landscape” zoom_icon_color=”#2ea3f2″ hover_overlay_color=”rgba(255,255,255,0.9)” background_layout=”light” /][/et_pb_column][/et_pb_row][et_pb_row _builder_version=”3.0.47″ background_size=”initial” background_position=”top_left” background_repeat=”repeat”][et_pb_column type=”4_4″][et_pb_divider divider_weight=”3″ _builder_version=”3.0.98″ show_divider=”on” /][et_pb_gallery gallery_ids=”4025,4024,4023,4022″ show_title_and_caption=”off” show_pagination=”off” _builder_version=”3.0.98″ pagination_font_size_tablet=”51″ pagination_line_height_tablet=”2″ fullwidth=”off” orientation=”landscape” zoom_icon_color=”#2ea3f2″ hover_overlay_color=”rgba(255,255,255,0.9)” background_layout=”light” /][/et_pb_column][/et_pb_row][et_pb_row _builder_version=”3.0.47″ background_size=”initial” background_position=”top_left” background_repeat=”repeat”][et_pb_column type=”1_2″][et_pb_text _builder_version=”3.0.98″ background_layout=”light”]

Wodospady Erawan

Praktycznie od razu dochodzimy do 2 poziomu. Aby wejść wyżej należy zostawić całe jedzenie a za każdą butelkę z piciem zostawić kaucje 20thb. Bierzemy 1 butelkę, wpisuję swoje imię i nazwisko do zeszytu, zostawiam pieniądze i idziemy górę. Na 3 poziomie decydujemy się na dłuższy postój. Chłopaki rozbierają się i wchodzą do rzeki. Ponieważ ryby lekko szczypią w nogi zapewniając darmowy peeling Krzyś chce na ręce ale nie chce wychodzić z wody. Pstrykam im kilka zdjęć. Kiedy zaczyna padać wychodzą z wody. Zastanawiamy się, czy wracać czy iść jeszcze wyżej ale Krzysio decyduje za nas i biegnie w stronę 4 poziomu. Schody nie zniechęcają go a wręcz przeciwnie powodują, że koniecznie musi wejść na górę. Niestety wejście do wody jest mało wygodne. Potomek przekonuje nas, że idziemy dalej do góry. Jednak w połowie drogi następuje zmęczenie materiału i zaliczamy klastyczny odwrót na z góry upatrzone pozycje, czyli na 2 poziom. Po drodze odbieramy jeszcze jedzenie i 20thb za przyniesioną z powrotem butelkę.Adam podpuszcza mnie, żebym weszła do wody. Niby ryby dużych pyszczków nie mają, niby jak nawet trochę mnie zjedzą to mam czym się dzielić ale tchórzę i wchodzę do rzeki tam, gdzie płynie woda a więc nie ma ryb. Po chwili dołącza do mnie Krzyś i przez 20min chlapie tajskie dziewczyny, skacze z niedużej kaskady i wdrapuje się na nią z powrotem. Wyjście nie należy do najprzyjemniejszych ale dajemy radę.Na drogę powrotną również kupujemy bilety na melexa. Przy parkingu wybieramy na chybił-trafił knajpę i zjadamy obiad.[/et_pb_text][/et_pb_column][et_pb_column type=”1_2″][et_pb_gallery gallery_ids=”4030,4029,4028,4027″ show_title_and_caption=”off” show_pagination=”off” _builder_version=”3.0.98″ pagination_font_size_tablet=”51″ pagination_line_height_tablet=”2″ fullwidth=”off” orientation=”landscape” zoom_icon_color=”#2ea3f2″ hover_overlay_color=”rgba(255,255,255,0.9)” background_layout=”light” /][/et_pb_column][/et_pb_row][et_pb_row _builder_version=”3.0.47″ background_size=”initial” background_position=”top_left” background_repeat=”repeat”][et_pb_column type=”4_4″][et_pb_divider divider_weight=”3″ _builder_version=”3.0.98″ show_divider=”on” /][/et_pb_column][/et_pb_row][et_pb_row _builder_version=”3.0.47″ background_size=”initial” background_position=”top_left” background_repeat=”repeat”][et_pb_column type=”1_2″][et_pb_video src=”https://youtu.be/mrEVh24ingc” _builder_version=”3.0.98″ /][et_pb_text _builder_version=”3.0.98″ background_layout=”light”]

Dopiski Adama

Adam: Niestety nie dane nam było wdrapać się na 7 poziom wodospadów. Krzyś mimo wielkich chęci zmęczył się wdrapywaniem się po stromych schodach. Dodatkowo pogoda nie nastrajała optymistycznie. Być może, gdyby nie deszcz, zrobilibyśmy sobie jeszcze kawałek drogi w górę, by zaliczyć atrakcję do końca – ale mamy alternatywę – albo zobaczymy wszystko, albo potem nie będzie czasu pochlapać się w wodzie i do kolejnego noclegu znów dojedziemy o pogańskiej godzinie. Więc wziąłem Krzysia na barana i powoli podreptaliśmy w dół. Kręgosłup nie był szczęśliwy, ale dotarliśmy na dół bez większych tragedii. I nawet udało mi się Ninę wysłać z Krzysiem do wody…
[/et_pb_text][/et_pb_column][et_pb_column type=”1_2″][et_pb_image src=”http://wyjazdowo.com/wp-content/uploads/20161125_11-20-37-Adam-Olympus-E-M1.jpg” show_in_lightbox=”on” align=”center” _builder_version=”3.0.98″ /][/et_pb_column][/et_pb_row][/et_pb_section]

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


Z Kanhanamburi do Sam Roi Yot - Tajlandia 2016-11- 25

Do Sam Roi Yot

Do Sam Roi Yot mamy 323km i około 5h drogi. Zwiedzanie wodospadów zajęło nam tyle czasu, że po raz kolejny do noclegu dotrzemy po ciemku ale Adam jest już wytrawnym pożeraczem szos i nie straszna nam żadna pogoda. Szybko mamy się okazję o tym przekonać ponieważ praktycznie zaraz po wyjechaniu z parku łapie nas ulewa. Mimo ustawionych co kilka kilometrów znaków ostrzegających przed wolnochodzącymi słoniami trafiamy na przechodzącego przez ulicę warana. Chłopak nic sobie nie robi z tego, że mógłby się stać torebką czy portfelem i spokojnie znika między drzewami. Teraz jeszcze tylko tankowanie i standardowo Krzyś zasypia a ja wyciągam laptopa.

Adam: Jedzie mi się już naprawdę fajnie. Mimo ulewnego deszczu który momentami zalewa nam szybę, jedziemy do celu. Pod sam koniec jestem już zmęczony, ale Nina dzielnie mnie pilotuje. Jest to potrzebne, bo nawigacja prowadzi nas w las w coraz węższe ścieżki. Asfalt dawno się kończy, jedziemy drogą o szerokości auta – krzaki drapią nam boki auta. W pewnym momencie dojechaliśmy do trochę lepszej drogi, do jakichś ludzkich siedzib. Dotarliśmy na miejsce, ale… nie ma tu nazwy naszego noclegu. Zawracamy i szukamy z drugiej strony. Udało się znaleźć, przejeżdżając przez gęstwiny krzaków. Oczywiście okazuje się, że można było dojechać tam prostą drogą od głównej ulicy… (co nie znaczy, że szeroką i wygodną)

Blue Beach Resort Sam Roi Yot

Do Blue Beach Resort docieramy od tyłu co początkowo budzi w nas obawę, czy dobrze trafiliśmy. Na szczęście dwie Niemki siedzące w recepcji informują nas, że gospodarze maja również bar przy plaży i tam należy ich szukać. Zostawiamy samochód na najbliższym placu i spacerkiem docieramy do baru. Okazuje się, że właściciele resortu to para słowacko-tajska. Dostajemy klucze do domku nr 2. Przed domkiem jest na tyle sporo miejsca, że przestawiamy samochód, który okazało się, że zaparkowaliśmy koło basenu.

Kolacja

Po rozpakowaniu bagaży zahaczamy o plażę. Jest odpływ. Stoimy przez chwile przy brzegu ale nie decydujemy się na zamoczenie nóg. Lekko wystraszony Krzyś prosi o wzięcie na ręce. Na kolację wracamy do baru – Saloon Six Palmas. Ponieważ bar wygląda z lekka europejsko więc liczę na to, że uda się zamówić pancake’i i przekonać do ich zjedzenia Krzysia. Niestety w menu nie ma żadnych dziecięco wyglądających potraw więc zamawiamy piwa i frytki. Krzyś, który nigdy frytkowy nie był tutaj również nie jest zainteresowany jedzeniem. Za to zyskuje towarzyszkę do rysowania i naklejania czyli 3 letnią Sonię, córkę właścicieli. Niestety po burzliwej wymianie zdań dotyczącej naklejenia żółtego kółka Sonia wraca do stolika babci. Krzyś usiłuje zagaić zabawę w berka ale robi to na tyle nieśmiało, że dziewczynka nie zauważa.

Basen

Wracamy do pokoju, przebieramy się w stroje kąpielowe i pomimo później pory postanawiamy zaliczyć kąpiel w basenie. Woda jest ciepła aż trochę zanadto jak na moje potrzeby. Do dyspozycji mamy materac i dwa małe kółka. Młody dosyć szybko opanowuje pływanie w kółku co napawa nas prawdziwą, rodzicielska dumą.

Nocleg

Wreszcie wracamy do pokoju i przygotowujemy się do spania. Niestety bungalow na pierwszy rzut oka robił lepsze wrażenie. O ile do części sypialnej nie można się przyczepić to w łazience deska klozetowa jest częściowo wyrwana, kran w umywalce przekręcony tak, że ciężko umyć ręce a sama woda cieknie na podłogę to dodatkowo zepsuta jest terma i nie ma ciepłej wody. W porównaniu z poprzednimi noclegami tutaj stosunek jakości do ceny mocno kuleje.

Co robić będziemy jutro? Będziemy zwiedzać Park!

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


Tajlandia – Park Sam Roi Yot 2016-11- 26

Pobudka

Budzimy się po 9 i zamiast słodkiego leniuchowania zrywamy się ponieważ śniadanie wydawane jest tylko do godz. 10. Miejsce nad którym się dziś zastanawiamy, to jaskinia Phraya Nakhon. Informacje wyczytane w internecie dotyczące dotarcia do jaskini nie zachęcają ale Jai, właścicielka resortu, mówi, że była z Sonią tylko, że momentami musiała ja nieść ponieważ dziewczynka bała się. Wciąż nieprzekonani dajemy się zaciągnąć Krzysiowi na basen. Krzyś ćwiczy swoje nowe umiejętności pływackie.

Po powrocie do domku robię małą przepierkę ponieważ nie ufam zapewnieniom gospodarza, że rano oddane pranie będzie gotowe wieczorem. Tym bardziej, że na pytanie ile będzie to kosztowało słyszę, że w zależności od wielkości a nie od kilograma, do jakiej wyceny jestem przyzwyczajona w trakcie dotychczasowych podróży.

Rejs w stronę Phraya Nakhon

Droga w stronę wejścia do jaskini
Droga w stronę wejścia do jaskini

Postanawiamy jednak spróbować zwiedzić jaskinię. Wybieramy trasę składającą się z dopłynięcia łódką a następnie wejścia na górę. Droga do miejsca gdzie przybijają łódki to 8,5km od naszego bungalowu. Na miejscu zostawiamy samochód a uczynna Tajka pokazuje nam miejsce gdzie kupuje się bilety wstępu do parku i tłumaczy, że koszt wynajęcia łódki to 400thb, co potwierdza informacje od Jai. Bilety kosztują 200thb/dorosły i 100thb dziecko. W trakcie rozmowy dotyczącej łódki dostajemy propozycję popłynięcia pobliskim kanałem i opłynięcia wysp po powrocie z jaskini za cenę 1200thb. Po krótki namyśle zgadzamy się. Dostaję numerek 12, który mam pokazać łódkowemu odbierającemu nas z plaży.

Do łódki wsiada się bezpośrednio z morza więc zdejmujemy buty a Krzysia przenosimy. Sama przeprawa trwa max 15min. Wysiadamy na pięknej plaży, gdzie sympatyczna pani kasuje nam bilety i proponuje przewodnika w cenie 300thb. Ponieważ nie wiemy, czy uda nam się w ogóle gdziekolwiek wejść dziękujemy i idziemy w stronę podejścia. Po drodze zaczepiam pana z ok. 5 letnią córką i podpytuję się jak wygląda wejście. Pan w odpowiedzi pyta o wiek Krzysia i po chwili namysłu mówi, że może nie jest łatwo, ale są punkty widokowe, można robić postoje a sama jaskinia warta jest tego by wejść na samą górę. Upewnia się jeszcze, że mamy wodę. O ile ścieżka przez las wymaga zachęcania Krzysia tak schody powodują, że startuje pierwszy.

W górę, do jaskini Phraya Nakhon

Niestety po kilku pierwszych zwalnia a po kilku następnych chce wracać. Postanawiamy jeszcze nie włączać tajnego, rodzicielskiego systemu motywującego i po 15 min osiągamy punkt widokowy. Decydujemy, że Adam idzie w górę a ja z Krzysiem zostaję i jeśli nie będzie nas w miejscu, gdzie rozstaliśmy się to będziemy na plaży. W międzyczasie Krzyś zaczyna bawić się czerwonym autkiem i nawet nie zauważa kiedy Adam nas opuszcza. Jednak po kilku minutach zaczyna dopytywać się o tatę. Kiedy dowiaduje się, że Adam poszedł w górę zaczyna marudzić, że chce iść do taty. Licząc na to, że daleko nie zajdziemy zgadzam się i ruszamy. Mimo mojego sceptycyzmu  i kilku postojów docieramy całkiem wysoko. Zaczepiam starszego pana pytaniem, czy jesteśmy w połowie. Okazuje się, że jesteśmy praktycznie przy jaskini i teraz czeka nas łagodne podejście a potem zejście w dół. 

Jaskinia Phraya Nakhon

Gdy dochodzimy do zejścia w dół spotykamy Adama a Krzyś radośnie oznajmia „tata jest!”. Adam proponuje, żeby zeszła na dół i obejrzała jaskinię a on zajmie się Krzysiem. Jednak młody nie daje się zbyć i powoli schodzą na dół. Jaskinia faktycznie jest piękna a dodatkowe wrażenie tworzą rosnące drzewa i świątynia wybudowana na jej dni. Wysoko w górze widać dziury w skałach. Warunki do robienia zdjęć są ciężkie ale udaje się zrobić kilka ładnych. W celu poszukiwania potworów Krzyś zakłada latarkę czołówkę i eksploruje co ciemniejsze miejsca. Niestety wyjście z jaskini wymaga już motywacji więc najpierw w nagrodę robimy piknik z tajskich batoników bang. Później jest coraz gorzej więc koniec końców Krzysio ląduje Adamowi na barana. Końcówkę schodzi sam.

Rejs łodzią

Na plaży wszyscy zdejmujemy buty i brodzimy w płytkiej wodzie. W oczekiwaniu na transport siadamy na plaży, Krzyś bawi się swoim czerwonym autkiem. Zabiera nas dopiero czwarta łódka ale kieruje się prosto w stronę kanału. Musimy też założyć kapoki. Niestety chcąc opłukać ręce z malutkich kawałków muszelek, które tworzą nadbrzeżny piasek Krzyś wypuszcza z rąk swoje czerwone autko. Nie ma krzyków czy płaczu, po prostu jest bardzo smutny – obiecuję mu kupno nowego, oczywiście w kolorze blue. 

Płyniemy sobie spokojnie rozglądając się w koło gdy naglę widzę dziwna kłodę. Okazuje się, że to nieduży krokodyl albo waran. Brzeg jest bardzo ładny ale niestety zaśmiecony. Biorąc pod uwagę ile zapłaciliśmy za wejście (Tajowie płacą 1/10 tego) wkurza mnie to ponieważ wystarczyłoby co jakiś czas przepłynąć się i pozbierać te śmieci, które prawdopodobnie są efektem mieszkających nieopodal rybaków. Wzdłuż kanałów stoją łódki służące do połowu ryb, które wyglądają trochę jak chińskie dżonki. Gdy zawracamy zastanawiam się, czy płyniemy już do brzegu, jednak okazuje się, że zgodnie z umową płyniemy dookoła wysp.

 Adam robi zdjęcia, Krzyś niestety znudził się przejażdżką więc gra na moim telefonie, który od czasu do czasu wypożyczam chcąc zrobić zdjęcie. Po drodze mijamy rybaków, zaplątujemy się też w linę od sieci ale szybko wyplątujemy. Słońce powoli zachodzi. Warto było wydać dodatkowe pieniądze na tą przejażdżkę. U naszemu zdziwieniu łódka zatrzymuje się daleko od brzegu a nasz sternik zamierza wysiąść. Czyżby byłoby tu aż tak płytko? Faktycznie w międzyczasie zrobił się odpływ, co oznacza, że do brzegu mamy spory kawałek. Z operatorem łódki rozstajemy się w uśmiechach.

Spacer o zachodzie słońca

 Woda jest ciepła jak zupa, chyba cieplejsza od powietrza. Krzyś niesiony przez Adama szybko zaczyna pokazywać, że on też chce pobrodzić w wodzie. Postawiony na ziemi zaczyna biegać chlapiąc wodą naokoło. I nagle stojąc w tej wodzie ogarnia mnie niesamowite uczucie, wypełnia mnie szczęście od stóp do głów i jeszcze trochę. Krzysio biega i śmieje się, Adam robi zdjęcia i kręci filmiki a ja mam ochotę krzyczeć z radości. Czuję się taka bezgranicznie szczęśliwa. Na to uczucie składa się wiele rzeczy – mam świadomość, że mamy zarezerwowany nocleg a na parkingu czeka nasz samochód więc nie muszę martwić się o transport powrotny czy targowanie a nam wcale nigdzie nam się nie śpieszy. 

Na horyzoncie słońce już zaszło i powoli robi się zmierzch, stoimy w ciepłej wodzie, nadbrzeże jest prawie puste i ciemne. dogłębnie czuję, że jestem na wakacjach i nic nie muszę – mogę wszystko powoduje, że czuję się szczęśliwa od stóp do ostatniego zakręconego loka. A tle brzmi muzyka, spokojna, sentymentalna muzyka, która już na zawsze będzie kojarzyła mi się z tą chwilą szczęścia. Gdy decydujemy się na kolację w knajpce na nadbrzeżu okazuje się, że muzyka dobiega z jednego z kilku samochodów Toyota Hilux, którymi przyjechała grupa Tajów świętujących coś przy jednym ze stolików.

Góra! Mogę ją dotknąć!
Góra! Mogę ją dotknąć!

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


Samochodem do Krabi, Tajlandia 2016-11-27

633 km, 8h 55m drogi
Realna trasa tego dnia. 633 km, 8h 55m drogi
Droga samochodem do Krabi
Droga samochodem do Krabi

Samochodem do Krabi

Dziś ciężki dzień. Przed nami 570 km drogi autem, do Krabi. Na godzinę 16 jesteśmy umówieni na lotnisku. Google maps mówi, że będziemy jechać ponad 7h. Z doświadczenia wiem, że będziemy szybciej, więc ruszamy o godzinie 9. Wszak rano trzeba zjeść śniadanie, odwiedzić basen, spakować się i oddać klucze.

Droga samochodem do Krabi

Droga była nudna. Człowiek przywykł już do ruchu, nie przeszkadzał mi już ruch lewostronny, czułem się jakbym jeździł po Warszawie. W związku z tym, cały dzień jazdy jawił się mocno nudno. Pomysł, aby dojechać samochodem do Krabi był dobry, ale ostatni kawałek był za długi, lepiej byłoby rozbić go na 2 dni. Niestety, nie znalazłem nic po drodze, co warte byłoby „straty” jednego dnia plaży. Owszem, widokowo było całkiem całkiem – szczególnie, że google maps prowadziło nas czasem naprawdę drogami zapomnianymi przez Boga i ludzi… Dzięki temu oglądaliśmy, choć przez szybę samochodu, życie tajskich wsi i miasteczek.

Pod koniec drogi, przed oddaniem auta, trzeba było zatankować. Przy okazji w 7eleven kupiliśmy coś do jedzenia, a ja podratowałem się wściekle słodkim energetykiem. I ledwo ruszyliśmy gdy dopadł nas…

Deszcz

Nadszedł deszcz
Nadszedł deszcz

Na szczęście nie padał długo, może ze 30 minut. Gdy wjechaliśmy samochodem na lotnisko w Krabi, gdzie mieliśmy oddać auto, zaczynało znów przebijać słońce.

Zwrot auta

Oddając auto, spodziewałem się dokładnego sprawdzenia, czy wszystko jest w porządku. dziewczyna, która odbierała auto obejrzała je dookoła, spisała licznik, zerknęła w środek i powiedziała, że OK. Trwało to może ze 2 minuty. Zaskakujące. Do umówionego spotkania z naszym transportem na Ko Lantę mieliśmy jeszcze godzinę, więc spędziliśmy ją snując się po lotnisku i usiłując dostać kontakt do kierowcy. Trochę nerwów z tym było, bo nie odbierał lub nie dawało się dogadać, ale koniec końców przyjechał.

Na Ko Lantę!

Podróż na Ko Lantę zajęła nam godzinę, może 1,5godziny. Do widoków z auta byłem już przyzwyczajony, więc nie było to coś ah-oh. Przepłynęliśmy promem i już w ciemnościach dotarliśmy do naszego hotelu na Ko Lanta – Cha-ba bungalows & art gallery.

Hotel

Szybko wykonaliśmy check-in, dostaliśmy naprawdę ładny bungalow, rozpakowaliśmy się i poszliśmy na kolację do baru na plaży. Spędziliśmy wieczór przy świecach (świeczce) kilkanaście metrów od morza. Jednak warto było tyle czasu jechać…

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


Plaże Tajlandii -Ko Lanta , Tajlandia 2016-11-27 - 30

Raj na ziemi – Ko Lanta

Widok z baru przy plaży

Ko Lanta – dużo by pisać  –  jest fajnym miejscem. Niestety dla nas wszystkich zapamiętała się mocno średnio. Najpierw dopadł mnie ból ucha, który skończył się jazda karetką do punktu ambulatoryjnego (całość pokrywała ubezpieczalnia) a potem Krzysia dopadł bunt. Prawdopodobnie całość była zbyt męcząca dla 3 latka, szczególnie końcówka wyjazdu i w momencie, w którym można było odetchnąć – nastąpił bunt. Z tego właśnie powodu nie zwiedziliśmy Ko Lanty prawie wcale, ograniczyliśmy się do pobliskich plaż, i okolicznych sklepików i barów. Tu też spędziliśmy 3 urodziny Krzysia. 

Tak po prawdzie, pisząc te słowa jakiś czas po wyjeździe, przypominam sobie te gorsze chwile tylko patrząc na kilka zdjęć. Reszta zapamiętała się jako naprawdę ładne miejsce, gdzie mimo wszystko odpoczęliśmy po forsownej podróży. Szkoda tylko, że były to tylko 4 dni…

Jedzenie na Ko Lanta

Ko Lanta jest miejscem, gdzie poza odpoczynkiem można było dobrze zjeść. Oczywiście, do BKK jej daleko, ale to nie znaczy, że było źle – co to, to nie. Była po prostu mniejsza różnorodność, lecz wszystko smaczne i świeże. Stołowaliśmy się przede wszystkim w hotelowej restauracji, co jest rozwiązaniem tyleż wygodnym co mało ekonomicznym. I najczęściej jednak w takich miejscach jedzenie jest mniej smaczne. Tu jednak mieliśmy szczęście.

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


Powrót Krabi - Bangkok, Tajlandia 2016-11-30

Urodziny Krzysia

3 urodziny Krzysia
3 urodziny Krzysia

Od samego ranka, poza pakowaniem, przygotowywaniem się do powrotu… świętowaliśmy 3 urodziny Krzysia. Dostał tort z omleta z czekoladą, 3 świeczki przywiezione jeszcze z z Polski, oraz kilka zabawek, też z Polski. I przez cały wyjazd nie znalazł ich – co uważam, za nasz sukces. No chyba, że nie znalazł ich z powodu bałaganu w bagażu…

Lot

Przetransportowaliśmy się z Ko Lanty do Krabi na Lotnisko. Odczekaliśmy swoje na lot, bo jednak lepiej być za wcześnie niż spóźnić się na samolot, jak to było w Indonezji.

Lot z Krabi do Bangkoku nie trwa długo, około 1,5h. Na miejscu byliśmy już po zmroku. Lot był spokojny, wszyscy już są do latania tak przzwyczajeni, jak do jazdy samochodem, Nina zasypia jeszcze przed startem…

Bangkok – Prince Palace Hotel

Z lotniska do hotelu jedziemy jak zwykle Grabem. Jazda trwa z godzinę, gdyż korki są spore. Hotel wybraliśmy ze względu na jego wysokość i widoki… ale jesteśmy zbyt zmęczeni na szukanie wjazdu na górę. jesteśmy szczęśliwi, bo mamy dużo miejsca i … WANNĘ! Tego mi zawsze w podróży brakuje. Mieliśmy jeszcze przejść się gdzieś na kolację, ale zmęczenie wygrywa. Zamawiamy kolację do pokoju, jak burżuje. raz się żyje. Zasypiamy szybciej niż myśl…

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.


Bangkok, Tajlandia 2016-12-01-02

Obudziliśmy się w doskonałych humorach. Śniadanie w hotelowej restauracji było bardzo smaczne i obfite. Po śniadaniu ustaliliśmy, że idziemy negocjować cenę noclegu, gdyż mieliśmy nocować na wyższym piętrze. Nie dało się wynegocjować satysfakcjonującej nas kwoty, więc spakowaliśmy się i pojechaliśmy w okolice Khao San Road do hotelu w którym nocowaliśmy poprzednio. Za 1/5 ceny. No i blisko do street foodu, na który dalej mieliśmy ochotę.


Khao San Road

Happio. To nasz hotel. Wzieliśmy nocleg w pokoju bez okna. W sumie z oknem, ale na korytarz. Przecież chcieliśmy przespać się tylko jedną noc. Większość pokoju stanowiło łóżko – i to nam wystarczyło do spania i pakowania się. Zwiedzaliśmy okolice Khao San, wieczorem wyskoczyliśmy jeszcze na kolację i następnego dnia, w środku nocy wezwaliśmy Graba, by zawiózł nas w stronę zachodzącego słońca. A przynajmniej na razie w stronę lotniska. Przygoda w Tajlandii zakończyła się. Teraz czas planować kolejną… Tyko jeszcze trzeba dotrzeć do domu.

Lot Bangkok – Doha – Warszawa

A w domu – ZIMA!

Auto trzeba najpierw odkopać…

Szaman IT, zmuszony przez rodzinę do dokumentowania ich szalonych pomysłów. Z charakteru domator – z przymusu – szwędacz.