Latarnia Cabo Vírgenes, kilometr zero Ruta 40 i Laguna Azul – krater wulkanu wypełniony wodą – to ostatni dzień naszej Patagonii za kierownicą. Po pingwinach z Cabo Vírgenes wiatr zabrał Ninie pół kawy, na granicy z Chile zostały nasze pomarańcze, a wypożyczalnia przypomniała nam, że samochód oddajemy dziś, nie jutro.
W skrócie
Trasa dnia
Cabo Vírgenes → Laguna Azul → Chile
szutrem do asfaltu, przed granicą zjazd do krateru, za granicą San Gregorio
Km 0 Ruta 40
przy latarni
latarnia działa od 1904 roku; obok knajpka z kawą i czekoladą
Granica
ponad 1,5 h
niedziela, kolejki i procedury po obu stronach; świeże owoce zostają
Z dziećmi
wiatr to atrakcja
przy latarni i nad kraterem trudno ustać – trzymajcie dzieci z dala od krawędzi
Owoce zjedzcie przed granicą z Chile albo zgłoście je na kontroli – świeżych owoców nie wolno wwozić. Na przejście doliczcie zapas czasu, zwłaszcza w weekend. I sprawdźcie w rezerwacji, do kiedy macie samochód, zanim zaplanujecie ostatnie przystanki.
Latarnia Cabo Vírgenes, Ruta 40 i kawa zabrana przez wiatr
W końcu trzeba było się zbierać. Pojechaliśmy pod latarnię Cabo Vírgenes, stojącą tutaj w prowincji Santa Cruz. Latarnia działa od 1904 roku i pilnuje okolic wejścia do Cieśniny Magellana. My po drodze mieliśmy trochę szutru i błota, ale patrząc na tutejszy wiatr, wolę sobie nie wyobrażać, jak wyglądało docieranie w te strony żaglowcem. Więcej: historia latarni.
Obok była knajpka i wielki napis Cabo Vírgenes, Santa Cruz. Jesteśmy też przy kilometrze zero słynnej Ruta 40.






To jedna z tych dróg, na które można przeznaczyć całe wakacje i nadal mieć poczucie, że zostało mnóstwo do zobaczenia. Ciągnie się przez ponad pięć tysięcy kilometrów, od Cabo Vírgenes na południu do La Quiaca przy granicy z Boliwią, prowadząc przez zachodnią Argentynę wzdłuż Andów. Łączy patagońskie pustkowia z zupełnie innymi krajobrazami północy. My poznaliśmy już trochę jej okolic przy El Calafate i El Chaltén, a teraz staliśmy przy samym początku. Więcej: przebieg Ruta 40.
Na przejechanie całości czasu nie mieliśmy. Na kawę owszem.

Wzięliśmy kawę i czekoladę, pogadaliśmy z chłopakiem z knajpki. Pojawił się też pomysł, żeby zrobić instagramerskie zdjęcie z kubkiem na końcu świata. Wiecie: człowiek, napój, daleki horyzont. Chwila spokoju i podróżniczego spełnienia.






Nina wyszła na zewnątrz.
Wiatr wychlapał jej pół kawy.
I tyle było tej chwili spokoju.

Patagonia najwyraźniej nie uznaje, że po zapłaceniu za napój nabywa się prawo do wypicia całej zawartości. Część należy oddać okolicy.
Wiało tak, że urywało głowę na wysokości pasa. Dzieciaki co chwilę wyskakiwały na zewnątrz, stawały na wietrze, ledwo utrzymywały się na nogach i uciekały z powrotem.
Potem znowu.
Dorośli potrzebują pingwinów, latarni, historycznych nazw i początku legendarnej drogi. Dzieciom można jeszcze dorzucić atrakcję polegającą na tym, że trudno ustać. Działa.
Laguna Azul — krater dla tych, których jeszcze nie zdmuchnęło
Ruszyliśmy w stronę asfaltu. Po drodze zwierząt nadal było mnóstwo, a do naszej kolekcji dołączyło jeszcze stado koni.








Przed granicą z Chile zjechaliśmy zobaczyć Reserva Provincial Laguna Azul.
I bardzo dobrze, bo miejsce jest świetne. Wśród surowego krajobrazu nagle pojawia się krater wypełniony wodą. Taka konkretna dziura w ziemi, w której przyroda postanowiła urządzić sobie jezioro.
Laguna Azul leży około sześćdziesięciu kilometrów od Río Gallegos, niedaleko granicy. Zajmuje krater nieczynnego wulkanu należącego do pola wulkanicznego Pali Aike. Woda na dnie i otaczające ją skały wulkaniczne wyglądają zupełnie inaczej niż pampa, przez którą jedzie się przez większą część drogi. Warto odbić z trasy choćby po to, żeby zobaczyć tę zmianę krajobrazu. Więcej: opis rezerwatu Laguna Azul.




Na zdjęcia poszedłem sam.
Reszta uznała, że widok widokiem, ale niekoniecznie chce sprawdzać, do którego kraju doleci po silniejszym podmuchu.
Rozsądne podejście. Ja miałem aparat, więc oczywiście moje podejście musiało być inne.
Zrobiłem zdjęcia i wróciłem. Krater pozostał na miejscu. Ja również, chociaż wiatr wyraźnie miał inne plany.

Granica i przemyt cytrusów
Na granicy kolejki. Niedziela, samochodów sporo, a procedury po obu stronach swoje zajmują. Łącznie zeszło nam ponad półtorej godziny.
Przy okazji straciliśmy pomarańcze.
Sami przyznaliśmy się, że je mamy. Pani podczas kontroli ich wcześniej nie znalazła, a wyglądało na to, że niespecjalnie ma ochotę prowadzić dalsze poszukiwania. Mogliśmy więc zakończyć dzień jako ludzie z pomarańczami, ale wybraliśmy uczciwość.
Pomarańcze zostały.
My pojechaliśmy dalej.
Nie powiem, żeby była to najbardziej spektakularna strata tej wyprawy, ale zawsze człowieka trochę boli, kiedy musi pożegnać jedzenie, które jeszcze przed chwilą uważał za swoje.
Znacznie ciekawsza sprawa czekała jednak zaraz za granicą.
Samochód mamy oddać KIEDY?
Ruszyłem i odezwała się wypożyczalnia. Chcieli ustalić, o której będę oddawał samochód. Czy dotrę za godzinę, tak jak byliśmy umówieni.
EEEEEE?
Jak za godzinę?
Przecież jutro. Do dwudziestej. JUTRO.
Byłem o tym głęboko przekonany. Niestety moje głębokie przekonanie nie zostało wpisane do rezerwacji.
Sprawdziłem.
I faktycznie.
Pierwotnie mieliśmy mieć samochód o jeden dzień dłużej. Potem z jakiegoś powodu uznaliśmy, że jednak krócej, i tak go zarezerwowaliśmy. Wszystko poprawione, ustalone, zapisane.
Tylko w mojej głowie pozostała wersja pierwotna.
Bardzo wygodna wersja, trzeba przyznać. Zakładała cały dodatkowy dzień, którego wypożyczalnia nie przewidywała.
Po chwili rozmowy udało się ustalić, że poczekają dłużej. Tak ze dwie godziny, mniej więcej do dwudziestej drugiej.
Super ludzie. Naprawdę. Szczególnie że nasza pozycja negocjacyjna sprowadzała się do tego, iż samochód był daleko, a ja dopiero co odkryłem, jaki mamy termin jego zwrotu.
Nagle skończył się czas na spokojne przystanki.
Ambassador musi poczekać
Po drodze minęliśmy jeszcze wrak Ambassadora przy San Gregorio.
To pozostałości brytyjskiego klipra zwodowanego w 1869 roku, z czasów, kiedy szybkie żaglowce woziły między innymi herbatę z Chin do Europy. Później statek trafił do Patagonii i służył jako pływający magazyn wełny. Dziś jego resztki leżą na brzegu zatoki San Gregorio, przypominając o zupełnie innym sposobie podróżowania przez te okolice. Więcej: historia Ambassadora.
Normalnie chętnie obejrzałbym go dokładniej.
Tym razem historia żeglugi musiała ustąpić historii mojej rezerwacji.
Pojechaliśmy dalej załatwiać wszystko, co jeszcze zostało. Ostatnie zakupy w sklepie, dojazd na kwaterę, wypakowanie rzeczy. Potem oddanie samochodu, taksówka i powrót na nocleg.
Udało się.

Pingwiny obejrzane. Pancernik zaliczony. Tomek wiedział już, że nie każdy pingwin chce poznać jego maskotkę. Nina wypiła tyle kawy, ile zostawił jej wiatr. Pomarańcze zostały na granicy, a samochód wrócił do wypożyczalni zgodnie z terminem.
No dobra. Prawie.
Teraz można było iść spać.












Dodaj komentarz