Chichen Itza zwiedziliśmy po drodze z Valladolid do Meridy. Duże plecaki zostały przy wejściu, a my przez dwie godziny chodziliśmy z przewodnikiem między budowlami Majów. Wieczorem w Meridzie trafiliśmy jeszcze na koncert, z którego wyszliśmy przy drugim wykonawcy, i zamknięte lodówki z piwem. To nasza relacja z marca 2012 roku, z ówczesnymi cenami i warunkami przejazdu.
Chichen Itza z przewodnikiem
Chichen Itza
Z plecakami po drodze do Meridy
Do Chichen Itza postanowiliśmy pojechać z dużymi plecakami. Leży ono na drodze do Meridy, która jest naszym kolejnym etapem, więc rozsądne wydało się je zwiedzić a następnie na nocleg pojechać do Meridy. Szczególnie, że w Chichen Itza można przy wejściu zostawić plecaki, za free.
Zjedliśmy śniadanie w ogrodzie hostelowym, spakowaliśmy się i podreptaliśmy na autobus. Podróż porannym autobusem była bezproblemowa. Wysiedliśmy na miejscu, oddaliśmy bagaże, kupiliśmy wejściówki (177 pestek) i poszliśmy.
W środku spotkaliśmy polską wycieczkę z rainbow tours. Włazili w kadr bardziej niż inni, czym o dziwo bardziej wnerwiali Michała niż mnie. Ja po Chinach chyba się uodporniłem na ludzi stających pół kroku przed moją skromną osobą i zasłaniających mi widok.





Dwie godziny z przewodnikiem
Uznaliśmy, że jednak tu przyda się przewodnik – Nina zgarnęła jakiegoś sprzed wejścia, cena za anglojęzycznego przewodnika to 600. Było to dobrym pomysłem, zaserwował nam 2h wycieczki ze szczegółowym omówieniem każdej ruinki.
Byliśmy z samego rana, co dało nam sporo możliwości. Przede wszystkim nie było tłumów.












Równonoc i cień węża
Minusem było to, że nie trafiliśmy w równonoc wiosenną – ale z innej strony wtedy koczuje tu około 30-40 tysięcy ludzi.

Piramida Kukulkana
A dlaczego? Ha. Tu właśnie widać geniusz lub wiedzę starożytnych. Gówna piramida w Chichen Itza zbudowana jest w bardzo przemyślny sposób. Nie dość, że jest kalendarzem, właściwie na raz dwoma kalendarzami, to jeszcze jest tak zbudowana, że w dniu równonocy wiosennej cień piramidy, na schodach powoduje, jakby wąż się poruszał. Dzieje się to też przez kilka dni przed równonocą i po niej. By coś takiego wymyślić, trzeba było nieźle pokombinować. I na dodatek perfekcyjnie zbudować.
Nocleg w Meridzie
Merida.
Następnie pojechaliśmy do Meridy. Zaleźliśmy hostel niedaleko dworca, o średnich warunkach, ale przynajmniej daleko nie trzeba było z plecakami biegać. Aczkolwiek obsługa słowa po angielski nie mówi. Da się przeżyć…

Wieczorny spacer po Meridzie
Wieczorem poszliśmy na zwiedzanie. I zdziwienie, bo jest dość podobne do Valladolid. Tylko głośniejsze, bardziej tłoczne i brzydsze.



Koncert i zamknięte lodówki z piwem
Na koniec Nina padła w hostelu, a ja z Michałem poszliśmy na koncert. Podobno koncert Majów, full wypas. Aha. Jak to Michał mówi, ubawiliśmy się na tym koncercie tak, jak On ostatnio zawiązując buty… Występy w stylu naszego Daukszewicza, poprzedzone wywołaniem osobnika na scenę. Pełnym nazwiskiem. Brzmiało to mniej więcej tak: A teraz wystąpi przed państwem Hose Marija Marta Santa De Labuda de domo Koste de Verde, la nocze, Ne habla ja komprendo vaskez domingez trzeci. A Babcia mówiła na niego dziubdziuś…. Ale nie nie, jeszcze nie wchodził. Najpierw trzeba było odczytać jego dorobek artystyczny, jakieś 15 minut. Przy 2 zawodniku zrezygnowaliśmy.
I dopadło nas fatum. Okazało się, że wracając nie można już kupić piwa. Jest po 22 i lodówki z piwem zamknięte. Prohibicja normalnie. Michał załkał gorzkimi łzami pod lodówka, ale nie skruszyły one serc sprzedawców. Chlipiąc pod nosem udał się spać…

