Meksyk – Chichen Itza i Merida

Chichen Itza i Merida

Adam Czas czytania: 2 min 23 zdjęć

DojazdValladolid → Chichen Itza i Merida ? ~160 km

-
Merida, Jukatan, Meksyk
Mapa: Merida, Jukatan, Meksyk

Meksyk

Kraj

2012

Rok wyprawy

23

Zdjęć

2 min

Czas czytania

Chichen Itza

Do Chichen Itza postanowiliśmy pojechać z dużymi plecakami. Leży ono na drodze do Meridy, która jest naszym kolejnym etapem, więc rozsądne wydało się je zwiedzić a następnie na nocleg pojechać do Meridy. Szczególnie, że w Chichen Itza można przy wejściu zostawić plecaki, za free.
Zjedliśmy śniadanie w ogrodzie hostelowym, spakowaliśmy się i podreptaliśmy na autobus. Podróż porannym autobusem była bezproblemowa. Wysiedliśmy na miejscu, oddaliśmy bagaże, kupiliśmy wejściówki (177 pestek) i poszliśmy. -W środku spotkaliśmy polską wycieczkę z rainbow tours. Włazili w kadr bardziej niż inni, czym o dziwo bardziej wnerwiali Michała niż mnie. Ja po Chinach chyba się uodporniłem na ludzi stających pół kroku przed moją skromną osobą i zasłaniających mi widok. Uznaliśmy, że jednak tu przyda się przewodnik – Nina zgarnęła jakiegoś sprzed wejścia, cena za anglojęzycznego przewodnika to 600. Było to dobrym pomysłem, zaserwował nam 2h wycieczki ze szczegółowym omówieniem każdej ruinki.-Byliśmy z samego rana, co dało nam sporo możliwości. Przede wszystkim nie było tłumów. Minusem było to, że nie trafiliśmy w przesilenie wiosenne – ale z innej strony wtedy koczuje tu około 30-40 tysięcy ludzi.A dlaczego? Ha. Tu właśnie widać geniusz lub wiedzę starożytnych. Gówna piramida w Chichen Itza zbudowana jest w bardzo przemyślny sposób. Nie dość, że jest kalendarzem, właściwie na raz dwoma kalendarzami, to jeszcze jest tak zbudowana, że w dniu przesilenia wiosennego cień piramidy, na schodach powoduje, jakby wąż się poruszał. Dzieje się to też przez kilka dni przed i po przesileniu. By coś takiego wymyślić, trzeba było nieźle pokombinować. I na dodatek perfekcyjnie zbudować.

Merida.

Następnie pojechaliśmy do Meridy. Zaleźliśmy hostel niedaleko dworca, o średnich warunkach, ale przynajmniej daleko nie trzeba było z plecakami biegać. Aczkolwiek obsługa słowa po angielski nie mówi. Da się przeżyć…

Wieczorem poszliśmy na zwiedzanie. I zdziwienie, bo jest dość podobne do Valladolid. Tylko głośniejsze, bardziej tłoczne i brzydsze.

Na koniec Nina padła w hostelu, a ja z Michałem poszliśmy na koncert. Podobno koncert Majów, full wypas. Aha. Jak to Michał mówi, ubawiliśmy się na tym koncercie tak, jak On ostatnio zawiązując buty… Występy w stylu naszego Daukszewicza, poprzedzone wywołaniem osobnika na scenę. Pełnym nazwiskiem. Brzmiało to mniej więcej tak: A teraz wystąpi przed państwem Hose Marija Marta Santa De Labuda de domo Koste de Verde, la nocze, Ne habla ja komprendo vaskez domingez trzeci. A Babcia mówiła na niego dziubdziuś…. Ale nie nie, jeszcze nie wchodził. Najpierw trzeba było odczytać jego dorobek artystyczny, jakieś 15 minut. Przy 2 zawodniku zrezygnowaliśmy.

I dopadło nas fatum. Okazało się, że wracając nie można już kupić piwa. Jest po 22 i lodówki z piwem zamknięte. Prohibicja normalnie. Michał załkał gorzkimi łzami pod lodówka, ale nie skruszyły one serc sprzedawców. Chlipiąc pod nosem udał się spać…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *