Podziemne miasta Kapadocji odwiedzamy po spacerze w dolinie Ihlara. Deszcz i temperatura niewiele powyżej zera przekreśliły lot balonem, więc tego dnia jedziemy do Kaymaklı i Derinkuyu. W jednym zwiedzamy całą ekipą, w drugim zostaję z chłopcami. To dalszy ciąg naszej wyprawy do Turcji w 2023 roku.
Miał być lot balonem nad Kapadocją, a wyszła z tego podziemna wyprawa. Pogoda nas zaskoczyła. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zamiast oglądać Kapadocję z góry, poznaliśmy ją od podszewki. I to dosłownie. Zaplanowaliśmy sobie niezapomnianą przygodę: lot balonem nad Kapadocją, krainą baśniowych kominów wróżek i skalnych kościołów. Niestety, los pokrzyżował nam szyki. Zamiast błękitnego nieba i słońca, zastała nas zimna i mglista aura. Temperatura ledwo przekraczała 3 stopnie, a chmury wisiały nisko nad ziemią. Lot balonem był niemożliwy.

Kapadocja z okien auta
Nie daliśmy się jednak zniechęcić i postanowiliśmy zwiedzić Kapadocję na własną rękę. Ruszyliśmy w drogę przed siebie po okolicach. Przez godzinę jeździliśmy po malowniczych trasach 4×4, podziwiając niesamowite formacje skalne, takie jak kominy wróżek czy wąwozy. Niestety, wiatr, chłód i mżawka nie sprzyjały długiemu zwiedzaniu na świeżym powietrzu. Zamarznięci i zmoknięci, postanowiliśmy udać się tam, gdzie pogoda nie ma znaczenia: do podziemnych miast.










Podziemne miasta Kapadocji zamiast lotu balonem
Podziemne miasta w Kapadocji wykuto w tufie wulkanicznym. Sale, magazyny i wąskie korytarze pozwalały schronić się pod ziemią, a szyby wentylacyjne doprowadzały powietrze. Broszura tureckich muzeów o podziemnych osadach Kapadocji opisuje około 150–200 osad różnej wielkości. Nie należy utożsamiać tej liczby z liczbą miast otwartych dla turystów. W środku były miejsca na zapasy, przygotowanie jedzenia, zwierzęta i praktyki religijne. Okrągłe kamienne zamknięcia pozwalały odciąć przejście w razie zagrożenia. To właśnie te niskie przejścia i ciężkie drzwi dobrze widać na naszych zdjęciach.
Kaymaklı: niskie tunele i cztery poziomy zwiedzania
Pierwsze na naszej liście było Kaymaklı Underground City. Zapłaciliśmy za bilety 1000 lir (około 215 zł) i zeszliśmy do ciemnej otchłani. Czekała nas tam prawdziwa wyprawa. Wąskie i niskie korytarze wymagały od nas zwinności i odwagi. Czasem trzeba było się przeciskać na czworakach lub bokiem, a osoby o większej tuszy miały spore problemy. Tu właśnie powstało moje postanowienie o przejściu na dietę. Natychmiast. Miasto było ciekawie podświetlone i pełne zakamarków. Można było się tam zgubić i odkrywać nowe miejsca bez końca. Nie było gorąco, ale wysiłek sprawił, że byliśmy cali spoceni. Tylko dzieci były zachwycone, bo miasto idealnie do nich pasowało.
Kwoty w tej relacji dotyczą naszego wyjazdu w 2023 roku i opisanych składów grupy. Za Kaymaklı płaciliśmy za wspólne wejście; do Derinkuyu wszedłem z dwójką dzieci, bez Niny i Michała.
Kaymaklı to jedno z najstarszych i największych podziemnych miast w Kapadocji. Składa się z ośmiu poziomów, z których cztery są udostępnione dla turystów. Oficjalny opis muzeum wymienia osiem poziomów, a jako trasę zwiedzania wskazuje cztery oświetlone kondygnacje. Nie oznacza to, że odwiedzający schodzą na sto metrów pod ziemię. W jego wnętrzu znajdują się m.in. magazyny, kuchnie, kościół, magazyny wina i pomieszczenia gospodarcze. Miasto posiada także system wentylacji zapewniający dopływ świeżego powietrza oraz studnie zapewniające dostęp do wody pitnej.
Dobrze, że powiedzieli, że ma 8 poziomów, bo człowiek po wejściu natychmiast traci rozeznanie na jakiej głębokości jest, w jakim kierunku idzie… No po prostu nie widać słońca i mech nie rośnie od północy… Opis Kaymaklı na stronie tureckich muzeów wymienia też szyby wentylacyjne, studnie i wielkie kamienie służące do zamykania przejść od środka.











Derinkuyu: drugi podziemny spacer z chłopcami
Następnie pojechaliśmy do Derinkuyu Underground City, gdzie zapłaciliśmy 500 lir (około 108 zł) za bilet dla jednego dorosłego i dwóch dzieci. Nina i Michał postanowili zwiedzić dokładnie samochód w którym jechaliśmy, nie chcąc się przeciskać przez ciasne korytarze. Stwierdzili, że skoro widzieli jedno skalne miasto to widzieli wszystkie. Nie do końca prawda, bo one jednak ciut różniły się od tych widzianych przez nas w Gruzji czy Iranie. Przed wejściem spotkaliśmy dwie starsze panie z Polski, które podziwialiśmy za to, że w takim wieku i przy problemach z poruszaniem się dalej podróżują i odwiedzają takie miejsca.
Pomogliśmy im kupić bilety i zeszliśmy razem w dół. Było tam zdecydowanie mniej ludzi i bardziej klimatycznie. Miasto było mniejsze niż Kaymaklı, ale równie ciekawe. Dzieci bawiły się świetnie, a my cieszyliśmy się z ich radości. Usiłowały się zgubić i było to nawet kuszącą perspektywą… bałem się jednak, że znajdą kogoś i pokażą swoje bransoletki niezgubki z naszymi numerami telefonów i będziemy musieli po nich wracać… Z innej strony te kilka godzin ciszy… hmn.. Następnym razem.
Derinkuyu ma około 85 metrów głębokości, ale trasa dla zwiedzających obejmuje tylko część całego kompleksu. Oficjalny opis wymienia między innymi stajnie, magazyny, jadalnie, kościół, miejsce produkcji wina i szkołę misyjną na drugim poziomie. Szyb wentylacyjny o głębokości 55 metrów pełnił również funkcję studni. Nie oznacza to, że zeszliśmy na samo dno miasta. Podobno, nie wiem, nie widziałem, podziemne miasta były połączone ze sobą tunelami. Na naszej trasie przejścia były przede wszystkim niskie i ciasne. Na zdjęciach widać ciasne korytarze, schody, wykute komory i duży okrągły kamień przy przejściu. Taki kamień służył do zamykania dostępu od środka.
Przy tych wąskich tunelach wentylacja i możliwość odcięcia wejścia były istotną częścią działania schronienia. Co ciekawe, był tam nawet cmentarz. W jednym miejscu trzeba było się schylić, w innym przecisnąć bokiem. Skala całego miasta robi wrażenie, ale podczas takiego przejścia uwagę zajmuje raczej wysokość najbliższego stropu.






Oficjalny opis Derinkuyu podaje około 85 metrów głębokości całego obiektu i szyb wentylacyjny sięgający 55 metrów. Podaje też, że udostępniona jest część kompleksu. Podziemne miasta Kapadocji są więc znacznie większe od odcinków, które przechodzi się podczas zwykłego zwiedzania. Nie mierzyliśmy naszych tras ani głębokości zejścia.
Lahmacun i pide po zwiedzaniu
Nie mogliśmy się doczekać, kiedy zjemy coś po całym dniu zwiedzania. Michał, który wcześniej zrobił dokładny research w internecie, zaprowadził nas do Lahmacun Doner – małej, ale uroczej knajpki (no dobra, może nie urocza. Normalna lokalna.) w samym sercu miasta. Zamówiliśmy lahmacuny i pidy w takich ilościach, że kelner patrzył na nas z niedowierzaniem. Jedzenie było przepyszne, chrupiące, pikantne i soczyste. Lahmacuny i pidy były tak dobre, że aż się oblizywaliśmy. Kelner był tak zaskoczony naszym apetytem, że spytał nas czy jesteśmy pewni, że nie chcemy jeszcze czegoś zamówić. Powiedzieliśmy mu, że nie mamy już miejsca w brzuchach, ale może za chwilę zmienimy zdanie.
Zapłaciliśmy niewiele, akceptowali tylko gotówkę, ale to nie był problem, bo mieliśmy zapas lir.








Cukiernia i słodkości na koniec dnia
Po wyjściu z restauracji zobaczyliśmy obok cukiernię, która kusiła nas swoimi słodkościami. Nie mogliśmy się oprzeć i weszliśmy do środka. Wydaliśmy tam 300 lir na różne ciastka, babeczki i ciasteczka. Były tak pyszne, że aż nam się uszy trzęsły. Niektóre były tak słodkie, że musieliśmy popijać je wodą. Postanowiliśmy już wracać do domu i odpoczywać. Jednak jak się okazało, nie dla wszystkich było to koniec dnia…


