Cała wyprawa na jednej stronie

2023 Turcja

2023 Rodzinna Turcja Nina, Adam, Krzysztof, Tomasz
27 z 29 relacji gotowe 543 zdjęć łącznie

Wszystkie relacje z tej wyprawy po kolei – do czytania od początku do końca. Każdy dzień ma też swoją osobną stronę z komentarzami.

Dzień 1 z 27 · 25 kwietnia 2023

Lot Warszawa-Stambuł-Ankara [TURCJA 2023]

Balıkhisar, Ankara Airport, Akyurt/Ankara, Turcja

Lot Warszawa-Stambuł-Ankara [TURCJA 2023]

Dziś pragniemy podzielić się z Wami wspomnieniami z naszej ostatniej niezwykłej podróży do Turcji.

W skład naszej pięcioosobowej wyprawy wchodzą Adam, Nina, Krzyś, Tomek oraz Michał – brat Niny zwany szwagrem.

Nasza wyprawa rozpoczęła się od lotu z Warszawy do Stambułu.

Lot Warszawa – Stambuł: Początek Przygody

Standardowo, chwilę przed startem uścisnęliśmy sobie dłonie i zgodnie z rodzinnym zwyczajem zakrzyknęliśmy – „Ahoj Przygodo„

Lot z Warszawy do Stambułu przebiegł bezproblemowo, Zaskoczyło nas tylko lądowanie. Podchodziliśmy w poprzek pasa i dość późno i gwałtownie nastąpiło odejście na kolejne podejście do lądowania. Oglądaliśmy jednak dzięki temu dużo więcej widoków wybrzeża oraz statków czekających na przejście przez cieśninę Bosfor.

Na lotnisku spędziliśmy kilka godzin, przed lotem do Ankary. Zjedliśmy nasze zapasy, znaleźliśmy źródło wody i ogólnie odpoczywaliśmy w oczekiwaniu na nowe przygody. W końcu nadszedł czas i wsiedliśmy do samolotu do Ankary.

Nocny lot do Ankary

Następny etap naszej podróży to lot nocny do Ankary. Pomimo zmęczenia, nie mogliśmy się doczekać, aby zobaczyć, co jeszcze nas czeka w Turcji. Startowaliśmy już po zmierzchu więc udało nam się zobaczyć fragment oświetlonego wieczornego Stambułu wraz z Bosforem.

Brak bagaży na lotnisku w Ankarze: Niespodzianka Po Przylocie

Po wylądowaniu w Ankarze zostaliśmy skierowani w inną stronę niż reszta pasażerów. Doszliśmy do taśmy z bagażami, gdzie po dłuższej chwili oczekiwania nie zastaliśmy naszych bagaży. zostaliśmy zaskoczeni informacją, że nasze bagaże zaginęły. To był pierwszy moment, w którym nasza determinacja była wystawiana na próbę. Było już grubo po 23, byliśmy zmęczeni a pracownicy lotniska niespecjalnie współpracujący. W sumie chyba też mający problemy z angielskim. Najciekawszym pomysłem obsługi było, żebyśmy wybrali sobie jakiś bagaż z tego co stoi pod okienkiem… W końcu po dłuższym czasie udało nam się ustalić, że zostaliśmy wysłani do odbioru bagaży z lotów międzynarodowych, kiedy przylecieliśmy lotem lokalnym. Trochę dziwne tłumaczenie, skoro nad taśmą wyświetlał się nasz lot Stambuł – Ankara… Ale cóż – co poradzić… To była chwila, w której na własnej skórze doświadczyliśmy, że podróżowanie to także umiejętność radzenia sobie w nieplanowanych sytuacjach. jak się okazało dopiero pierwsza.

Wypożyczenie auta: Nieoczekiwane problemy

Mieliśmy zarezerwowane auto w Rentalcars. Wybraliśmy Ford Tourneo lub podobny. Niestety, ze słów przedstawiciela wypożyczalni Alamo wynikało, że jest to samochód ciężarowy zamiast pojazdu osobowego. Oczywiście, jechać można było na prawie jazdy kategorii B, ale były ograniczenia prędkości na autostradzie oraz co ciekawe, było to auto 4 miejscowe (rezerwacja na auto 5 miejscowe) . Kontakt z Rentalcars okazał się dodatkowym elementem naszej przygody. Wymiana samochodu była wyzwaniem, ale w końcu udało się nam zdobyć Hyundaia Bayona, którym mogliśmy kontynuować naszą podróż. Niestety wygenerowało to dodatkowe koszty, lecz około północy stwierdziliśmy, że nasze nerwy nie są warte awantur i walki o pieniądze. Z plusów, to Hyundai był w automacie, co jest jednak dużą wygodą.

Nocleg w hotelu Dr Aslan Apart Hotel: Czas na Odpoczynek

Na koniec dnia dotarliśmy do hotelu Dr Aslan Apart Hotel. To byłaby chwila, w której mogliśmy opaść w łóżka i zastanowić się nad tym, co przyniesie nam kolejny dzień. Jednak najpierw trzeba było się do niego dostać. Hotel okazał się jednak zamknięty. Dzwoniliśmy domofonem, dzwoniliśmy telefonem. Nic. Po chwili zainteresował się nami (w środku nocy) pan pod „mocnym wpływem” – usiłował wejść do budynku – jednak nie wyszło mu to i zmył się jak niepyszny. W końcu udało nam dodzwonić się do właściciela który po 10 minutach przyjechał. Pokój z salonem okazały się istnieć, szału nie było, ale też nie było dramatu. Nie mieliśmy tu mieszkać, mieliśmy tylko przenocować i jechać rano dalej. Chwilę po 1 w nocy wszyscy już smacznie spali.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 2 z 27 · 26 kwietnia 2023

Jezioro krasowe Obruk [TURCJA2023]

39.062511,34.517144

Jezioro krasowe Obruk [TURCJA2023]

Budzik w hotelu dzwonił cicho, lecz uparcie. Gdy otworzyłem oczy, promienie wschodzącego słońca powoli przemywały wnętrze naszego pokoju. To był początek dnia, który obiecywał nam kolejne pasjonujące rozdziały naszej wyprawy. Banda jeszcze spała.

Po szybkim prysznicu otworzyłem Google Maps w poszukiwaniu idealnego miejsca na śniadanie. Wskazało nam małą, rodzinna knajpkę w okolicy. Obok była inna kebabownia, więc ustaliłem, że głodni nie będziemy. Dalej po drodze też jakąś otwartą rano knajpkę dostrzegłem.

Zebraliśmy się niechętnie, spakowaliśmy i udaliśmy do auta. Jednak wszyscy byli chyba jeszcze niewyspani, gdyż poszukiwania knajpek w realnym świecie nie poszły za dobrze. Z innej strony chyba też nie byliśmy nadmiernie głodni. Pamiętałem, że na wyjeździe była otwarta restauracja, jednak tym razem nawigacja poprowadziła nas w inną stronę niż proponowała rano – tym razem bliżej Ankary – i cały plan diabli wzięli. Jechaliśmy obwodnicą Ankary. Droga była szeroka, dość pusta a okolica malownicza. W oddali mijaliśmy wysokie wieżowce mieszkalne stolicy. Zaskakiwały nas swoją ilością i wielkością, nowoczesnością. Cały czas rozglądałem się wypatrując mitycznych problemów na drodze. Przed przyjazdem do Turcji straszono nas, że ruch jest okropny, kierowcy jeżdżą jak chcą. Nie zaobserwowałem tego. Jechało się dużo przyjemniej niż po miastach europejskich. Ale uznałem, że trzeba być czujnym.

Śniadanie w drodze

Jechaliśmy sobie spokojnie po tureckich drogach, podziwiając piękno krajobrazu i marząc o pysznym jedzeniu. Nie było to łatwe zadanie, bo nasze żołądki były puste jak portfele po zakupach na lotnisku w Stambule. Zaczęliśmy więc rozglądać się za jakimś miejscem, gdzie moglibyśmy się posilić i napić gorącej herbaty. Nie chcieliśmy jednak tracić czasu na zbaczanie z trasy i szukanie jakiejś dziurawej knajpy w zapomnianym przez Boga miasteczku. Woleliśmy coś szybkiego i sprawdzonego, co nie zrujnuje nam żołądków ani budżetu.

Na szczęście nasze modlitwy zostały wysłuchane i po kilkunastu kilometrach natknęliśmy się na MOP’a, czyli miejsce obsługi podróżnych. Był to duży budynek z kilkoma restauracjami, sklepami i toaletami. Wybraliśmy największą restaurację, która oferowała standardowe śniadanie tureckie za przystępną cenę. Zamówiliśmy po jednym zestawie dla każdego i oczywiście herbatę – bez niej nie ma śniadania w Turcji.

Śniadanie okazało się być bardzo obfite i smaczne. Na stole pojawiło się chrupiące pieczywo z lokalnymi serami, oliwkami i różnymi pastami – hummusem, ajvarem, tahini i innymi. Były też jajka gotowane, pomidory, ogórki oraz słodkie dodatki – miód i dżem. Krzyś zachwycił się oliwkami z serem, które były tak soczyste i aromatyczne, że aż mu łzy stanęły w oczach (możliwe, że to z powodu tego, iż były baaardzo słone). Tomek natomiast nie mógł się najeść sera z miodem oraz kanapeczek z czekoladą – twierdził, że to najlepsze połączenie na świecie. Wszyscy zajadaliśmy się wszystkim, co było na stole – trzeba było spróbować każdego elementu.

Za 4 osoby zapłaciliśmy 275 lir, co w przeliczeniu na nasze dało 59,22 PLN. Biorąc pod uwagę jakość i ilość jedzenia to było prawie darmo. Byliśmy bardzo zadowoleni i najedzeni, gotowi na dalszą podróż.

Ruszyliśmy dalej. Droga była prawie pusta, bardzo szeroka i wygodna. Zatankowaliśmy auto za 590 lir (ze 30 litrów weszło) i jechaliśmy dalej. Naszym najbliższym celem było jezioro Obruk. Leży ono na tyle blisko drogi z Ankary do Kapadocji, że postanowiliśmy zrobić tam postój na rozprostowanie nóg. No i w internecie widzieliśmy, że wygląda całkiem ciekawie.

Jezioro Obruk

Jezioro Obruk to tajemnicze zjawisko przyrody, które powstało, gdy ziemia postanowiła zrobić sobie dziurę. Dziura ma kształt koła o średnicy kilometra i głębokości 50 metrów. Jego woda jest tak przejrzysta i błękitna, że można by się w niej zakochać. Do tego dochodzi malownicza sceneria: drzewa oliwne i migdałowe, które dają cień i orzechy, oraz urocza wioska z meczetem i kilkoma chatkami. To miejsce jest idealne na odpoczynek od zgiełku i hałasu cywilizacji.

Droga była trochę wyboista, ale nasz samochód dał radę. Zatrzymaliśmy się przy meczecie i zachwyciliśmy się panoramą: w dole, otoczone skałami, leżało jeziorko jak z bajki. Zastanawialiśmy się, czy można do niego zjechać, ale stwierdziliśmy, że lepiej nie ryzykować.

Zaparkowaliśmy nasz wypasiony samochód na parkingu nad jeziorem i ruszyliśmy na rekonesans. Nie było tu tłumów, tylko kilku tubylców. Podziwialiśmy cudowny widok jeziora i jego okolicy, robiliśmy sobie selfie i nagrywaliśmy filmy dronem. Znaleźliśmy też drogę w dół, która prowadziła do jeziora. Postanowiliśmy się tam wybrać. Michał zdecydował się zostać na górze, a reszta poszła na dół. Nad brzegiem jeziora poza tubylcami spotkaliśmy żaby, które skakały i rechotały. Słyszeliśmy też świerszcze, które grały nam koncert. Było bardzo przyjemnie. Zauważyliśmy jaskinię i postanowiliśmy ją zbadać. Towarzyszył mi Tomek, a Krzyś z Niną poszli obejrzeć jezioro z innej strony.

Wejście do jaskini wyglądało na łatwe, ale okazało się być pułapką. Tomasz kilka razy się poślizgnął i prawie spadł. Na szczęście udało nam się wejść bez większych problemów. W jaskini czekała nas niespodzianka: była tam mała izba, w której w niepogodę chronili się pasterze owiec. Było tam nawet miejsce na ognisko i jak zwykle góra śmieci.

Po chwili do nas dołączył Krzyś, który opowiedział nam o swojej przygodzie. Okazało się, że on i Nina spotkali żółwie. I to nie byle jakie żółwie – były to żółwie miłosne, które uprawiały seks na środku drogi. Krzyś nagrał to na telefon i pokazał nam filmik. Było to bardzo zabawne – była to naprawdę „wolna miłość”

Po zdobyciu jaskini, która był naszym celem, nie mogliśmy się długo cieszyć naszym sukcesem. Czekało nas bowiem kolejne wyzwanie – zejście z góry. Nie było to proste, ponieważ ścieżka była bardzo stroma i pełna kamieni. Nie mieliśmy czasu podziwiać pięknych widoków, bo musieliśmy skupić się na utrzymaniu równowagi. Niektóre odcinki były tak strome, że nie mogliśmy iść normalnie, tylko biegliśmy lub zjeżdżaliśmy na tyłkach. Było to dość zabawne, ale też niebezpieczne. Na szczęście nie mieliśmy żadnych wypadków i udało nam się dotrzeć do Niny, która czekała na nas na dole z uśmiechem i gratulacjami. Potem wróciliśmy do naszego samochodu i pojechaliśmy dalej. Naszym następnym celem była Kapadocja – region w Turcji słynący z niezwykłych formacji skalnych i jaskiń. Tam mieliśmy zarezerwowany nocleg w uroczym hotelu o wdzięcznej nazwie KEMAL STONE HOUSE HOTEL. Pokoje były przytulne i klimatyczne, a personel bardzo miły i pomocny. Byliśmy bardzo ciekawi, co nas czeka w Kapadocji i poprosiliśmy obsługę o zapoznanie się z naszym planem podróży i ewentualne wprowadzenie poprawek. Do tego od razu przypomnieliśmy, że chcieliśmy kupić lot balonem o świcie. Niestety, wiedzieliśmy już od kilku dni, że będzie to prawie niemożliwe – pogoda była słaba. Deszczowa i zimna. Ale nie traciliśmy nadziei. Gospodarz obiecał nam dać znać jak tylko warunki pozwolą na lot, oraz zaproponował niewielkie zmiany naszej marszruty po Kapadocji – dał też namiar na „polecaną prze niego” knajpę. Jak zwykle w Azji popełniliśmy błąd i pierwszy raz daliśmy się naciąć 😊

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 3 z 27 · 26 kwietnia 2023

Tajemniczy zamek w Kapadocji – Uçhısar Castle [TURCJA2023]

Tekelli, Uchisar Castle, Uçhisar/Nevşehir Merkez/Nevşehir, Turcja

Tajemniczy zamek w Kapadocji – Uçhısar Castle [TURCJA2023]

Obiad

Zajechaliśmy do serca Uchisar, gdzie skusiliśmy się na obiad w poleconej restauracji BBQ HOUSE restaurant (hamburger& Testi &makarna), którą polecano nam jako najlepszą w okolicy. Nie było tam nikogo poza nami, co nie wróżyło dobrze, ale zignorowaliśmy ten fakt. Jedzenie było smaczne, ale drogie jak na tureckie warunki. Nie mieliśmy ochoty na dalsze poszukiwania, więc zadowoliliśmy się tym, co mieliśmy. Za obfity posiłek dla piątki głodnych podróżników zapłaciliśmy 980 lir, czyli ponad 200 złotych.

Zamek Uçhısar

Zjedliśmy obiad i ruszyliśmy na podbój zamku Uchisar, który wyglądał jak gigantyczny kaktus z dziurami. Zamek był wydrążony w skale i panował nad całą okolicą. Zamek Uchisar to najwyższy punkt Kapadocji, ma aż 60 metrów wysokości. Jest też bardzo stary, bo podobno jego historia sięga 100 lat przed naszą erą, a w czasach bizantyjskich, ludzie musieli się bronić przed najeźdźcami. W środku skały jest wiele pokoi i tuneli, gdzie kiedyś żyli ludzie i zwierzęta. Niektóre z nich są nadal zamieszkałe przez ludzi, którzy lubią mieć chłodno latem i ciepło zimą. Może są tu jakieś tajne przejścia albo ukryte skarby? Niestety nie udało nam się ich dostrzec.

Za wejście na zamek zapłaciliśmy 400 lir (około 85 złotych) za naszą piątkę.

Szczyt zamku

Zdobyliśmy szczyt, skąd widzieliśmy całą Kapadocję jak na dłoni. Nad nami wisiały groźne chmury, które sprawiały, że krajobraz wyglądał jak z filmu o końcu świata. Na szczycie dumnie powiewała turecka flaga. Wiatr był tak mocny, że prawie nas porwał. Zrobiliśmy masę zdjęć i filmów, a potem zbiegliśmy na dół, nie przestając robić pstryków. Po drodze spotkaliśmy kilka kotów, które były bardzo przyjazne i chętnie pozowały do zdjęć.

Suszone owoce

Na dole Nina kupiła suszone owoce, którymi zajadaliśmy się po drodze. Były przede wszystkim różnokolorowe mango – czyli słodkie smakołyki. Znaleźliśmy też bankomat, gdzie wypłaciliśmy 7000 lir na zapas. Znaleźliśmy też lodziarnię, gdzie sprzedawano magiczne lody. Niektórzy z nas nie wiedzieli, co to znaczy, więc byli zaskoczeni, gdy sprzedawca robił z nimi sztuczki i zabierał im lody w ostatniej chwili. Dzieciom to nie przypadło do gustu… chciały po prostu zjeść swoje lody bez zbędnych ceregieli. Po tej lodowej przygodzie pojechaliśmy do wąwozu gołębi, gdzie czekały nas kolejne atrakcje.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 4 z 27 · 26 kwietnia 2023

Pigeon valley [TURCJA 2023]

Aşağı, Pigeon Valley, Uçhisar/Nevşehir Merkez/Nevşehir, Turcja

Pigeon valley [TURCJA 2023]

Pigeon valley

Postanowiliśmy zwiedzić wąwóz gołębi. To niesamowite miejsce, pełne skalnych formacji, jaskiń, gołębników. Nasza wycieczka zaczęła się od dojazdu na parking przy wąwozie, gdzie podzieliliśmy się na dwie grupy. Nina i Michał postanowili iść górą wąwozu, żeby podziwiać widoki z wysokości, a Krzyś, Tomek i Adam wybrali się dołem, żeby zwiedzać jaskinie. Dzieciaki poszły ze mną chętnie i żwawo.

Nasza trasa była dość łatwa więc dzieci postanowiły ją utrudnić – wspinały się na strome skały i usiłowały spaść. Niektóre fragmenty były tak wąskie, że ledwo się mieściliśmy. Dobrze, że Nina tego nie widziała, bo dostałaby zawału. Albo by nas zabiła. Albo oba. Nie wiem, co gorsze.

Winniczki

Po kilku minutach dotarliśmy do miejsca, gdzie można było zobaczyć winniczki pełzające po całym dnie doliny. Były tak urocze, że chcieliśmy jednego zabrać do domu. Tomaszek mówił ślimak ślimak, pokaż rogi, dam ci sera na pierogi. Ale pomyślałem, że może nie będzie się czuł dobrze w naszej lodówce. Poza tym nie wiem, czy lubią ser. A ja lubię ser. Bardzo lubię ser. A ponadto ustaliliśmy, że nasze dzieci nie będą miały zwierzaków do pełnoletności… za mało przy nich pomagają.

Widok na zamek Uçhısar

Po chwili ruszyliśmy dalej w stronę zamku Uçhısar – w sumie nie widzieliśmy go do wyjścia zza któregoś zakrętu – wcześniej tylko widzieliśmy wysokie skały po bokach i umieszczone w skałach otwory domostw i gołębników. Zastanawiałem się, jak ludzie tam żyli. Czy mieli prąd? Czy mieli telewizję? Czy mieli winniczki? Czy mieli ser? Czy mieli lodówkę? W sumie winniczki musieli mieć…

Zamek Uçhısar wyglądał imponująco. Wyglądał jak z Indiana Jones. My byliśmy jak Indiana. Tylko bez kapelusza. I bez latających talerzy. I bez świętego Graala.

Wracając spotkaliśmy się z Niną i Michałem, którzy też byli zachwyceni widokami. Opowiedzieli nam o swojej trasie górą wąwozu, która była prawie równie ciekawa jak nasza. Pokazali nam zdjęcia. Ale ich opowieści nie były tak urocze jak winniczki.

Wracając do parkingu, byliśmy bardzo zadowoleni z naszej wycieczki. Wąwóz gołębi to naprawdę magiczne miejsce, które warto odwiedzić. Polecam każdemu, kto lubi przyrodę, historię i winniczki.

Tak… winniczki to jest to.

A poważnie. Fajny wąwóz na chwilę, może bez szału, ale na 30 minut spaceru z rozbieganymi dziećmi – idealny

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 5 z 27 · 27 kwietnia 2023

Targ po drodze do Ihlary [TURCJA2023]

Gülağaç, Aksaray, Turcja

Targ po drodze do Ihlary [TURCJA2023]

W drodze

Zaplanowaliśmy sobie wakacje w Kapadocji, ale pogoda była do kitu. Przez cały tydzień miało lać jak z wiadra. Piękne mi wakacje. Nie daliśmy się jednak zrazić i postanowiliśmy zwiedzić okolicę. Wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy w kierunku doliny Ihlary. Po drodze zauważyliśmy, że każda stacja benzynowa ma inną nazwę. Zrobiliśmy sobie zabawę, kto pierwszy znajdzie dwie takie same. Nie było to łatwe, bo stacji było mnóstwo, a nazwy były bardzo dziwne. Na przykład: Petrol, Petrola, Petrolina, Petrolis, Petrolum… Kto to wymyślał? Może jakiś fan Harry’ego Pottera?

– Może to jakieś zaklęcia? – zapytał Krzyś.

– Nie sądzę – odpowiedziałem. – Chyba że to zaklęcia na podwyższenie cen paliwa.

– A może to nazwy smoków? – zaproponowała Nina.

– Nie, to raczej nazwy trolli – powiedziałem. – Albo goblinów.

– A może to po prostu nazwy stacji benzynowych? – zasugerowała Nina.

– Nuuuuuuudaaaaaaaa!

Zjechaliśmy z głównej drogi i podziwialiśmy piękne widoki na ośnieżone góry. Było cicho i spokojnie. Aż do momentu, gdy zatrzymała nas policja. Chyba jechaliśmy ciut za szybko, ale nie dostaliśmy mandatu. Policjanci tylko spojrzeli na nasze paszporty, na nasze dzieci siedzących z tyłu i machnęli ręką, żebyśmy jechali dalej. Może nie chcieli się z nami kłócić, albo nie umieli po angielsku, albo po prostu uznali, że w czasie się z nami dogadają i dostaną łapówkę złapią 3 innych.

Targ

Dotarliśmy do miasteczka Gülağaç i tu nas czekała niespodzianka. Na głównej ulicy stał autobus poprzecznie do jezdni i blokował przejazd. Nie było nikogo w środku ani w pobliżu. Wyglądało to jak scena z filmu o zombie. Zastanawiałem się czy mamy w aucie jakiś toporek do samoobrony. Postanowiliśmy objechać przeszkodę boczną uliczką, ale tam też nie było przejścia. Gdy się przyjrzeliśmy, zobaczyliśmy, że cała ulica jest pełna straganów z warzywami, owocami, ubraniami i innymi rzeczami. To był targ! Prawdziwy! Nie wiemy, czy to był jakiś specjalny dzień targowy , czy tak jest częściej, ale postanowiliśmy skorzystać z okazji i poszukać czegoś ciekawego.

Targ był długi i kolorowy. W końcu ciągnął się całą główną ulicą miasteczka. Było tam wszystko, co sobie można wyobrazić. Nawet żywe kurczaki w pudełkach. Krzyś bardzo chciał kupić jednego i zabrać do Polski. Nie mogliśmy mu wytłumaczyć, że to niemożliwe. Był bardzo smutny i marudny.

– Tato, proszę, kup mi kurczaka – błagał Krzyś.

– Nie mogę synku – odpowiedziałem. – Nie możemy go zabrać do Polski.

– A dlaczego nie? – pytał Krzyś.

– Bo nie przejdzie przez kontrolę na lotnisku – wyjaśniłem.

– A dlaczego nie? – dalej pytał Krzyś.

– Bo to jest żywy kurczak – powiedziałem.

– A dlaczego żywy? – nie dawał za wygraną Krzyś.

– Bo tak jest lepiej – powiedziałem.

– A dlaczego lepiej? – kontynuował Krzyś.

– Bo można go zjeść – powiedziałem.

– A dlaczego zjeść? – pytał Krzyś.

– Bo jest smaczny – powiedziałem.

– A dlaczego smaczny? – pytał Krzyś.

– Bo jest z kurczaka – powiedziałem.

Tak w uproszczeniu wyglądała nasza dyskusja. Może średnio wychowawcza, ale przynajmniej nie będzie nas budziła jakaś kura skoro świt.

W drogę

Zwiedziliśmy cały targ i wróciliśmy do samochodu. Krzyś nadal rozpaczał za kurczakiem. Pojechaliśmy dalej w stronę doliny Ihlary, mając nadzieję, że tam coś go rozbawi. Wróciliśmy do słuchania audiobooka…

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 6 z 27 · 27 kwietnia 2023

Magiczna dolina Ihlara [TURCJA2023]

Ihlara Valley, Ihlara/Güzelyurt/Aksaray, Turcja

Magiczna dolina Ihlara [TURCJA2023]

Zatrzymaliśmy się na pierwszym parkingu przed doliną Ihlary. Zza drzew zobaczyliśmy ogromny wąwóz. Jak zawsze w krajach na wschód od Europy nikt nie zadbał o zabezpieczenie. Można było podejść pod samą krawędzi i spojrzeć śmierci w oczy.

Wszystko zaczęło się od tego, że nie wiedzieliśmy, gdzie zaparkować nasze auto, które wynajęliśmy na czas podróży. Zobaczyliśmy tylko znak „Ihlara Vadisi” i postanowiliśmy zostawić samochód na parkingu przy szkole imienia Atatürka. Myśleliśmy, że to blisko wejścia do doliny. No cóż, myśleliśmy… Okazało się, że to było prawie kilometr od bramki, gdzie trzeba było kupić bilety. A bilety kosztowały 800 lir od osoby (to jakieś 170 złotych!). Nie wiem, czy to drogo czy tanio, ale na pewno nie za darmo. No ale co tam, przecież nie przyjechaliśmy tu dla pieniędzy. Kupiliśmy bilety i zeszliśmy po schodach nad rzekę.

Tam dopiero się zorientowaliśmy, że zrobiliśmy głupotę. Okazało się, że można było zaparkować samochód tuż przy wejściu do doliny, a nie przy szkole. No ale co zrobisz, już po ptakach. Będziemy się martwić wracając… Postanowiliśmy więc cieszyć się widokami i spacerować wzdłuż rzeki. A widoki były naprawdę piękne. Nie sądziłem, że zobaczę takie cuda natury. Natura była tak niesamowita, że aż trudno było uwierzyć, że to nie jest jakiś film albo gra komputerowa. Skały, które miały różne kolory i były pełne otworów i zakamarków. Do niektórych z nich można było wejść i zobaczyć kościoły i jaskinie, w których były freski. Były to dzieła ludzi, którzy żyli tam dawno temu i chcieli wyrazić swoją wiarę. Musieliśmy przechodzić przez rzekę, która płynęła między skałami. Nie było to łatwe, bo nie było żadnych mostów, tylko gałęzie drzew, które trzeba było balansować jak akrobaci w cyrku. To było jak gra w zręcznościówkę, tylko bez joysticka i instrukcji obsługi. To dawało nam trochę emocji do naszej wycieczki, bo nie wiedzieliśmy czy nie spadniemy do wody albo czy nie złamiemy sobie nogi.

Po drodze spotkaliśmy też kilka zwierząt, które żyły w tym miejscu. Były to kaczki, żaby i inne stwory, które wyglądały jakby uciekły z jakiegoś zoo albo bajki. Niektóre z nich były takie śmieszne, że aż chciało się je pogłaskać albo nakarmić.

W końcu doszliśmy do miejsca, gdzie była polana i meczet. Tam postanowiliśmy zrobić sobie przerwę i odpocząć trochę. Słońce świeciło mocno i było bardzo gorąco. Ale nie na długo. Zauważyliśmy bowiem, że na horyzoncie zbierają się ciemne chmury. Wyglądało na to, że zbliża się burza. Nie chcieliśmy ryzykować i postanowiliśmy wracać.

Ja jako kierowca samochodu postanowiłem się poświęcić i zostawić resztę grupy na pastwę losu (żartuję oczywiście). Powiedziałem im, że pójdę szybciej i pojadę po samochód, żeby ich odebrać przy wejściu do doliny. Oni mieli iść wolniej i podziwiać widoki (albo uciekać przed burzą). Tak więc zostawiłem ich i ruszyłem w drogę powrotną.

I tu zaczęła się prawdziwa zabawa. Zacząłem gonitwę po ścieżkach i mostkach nad rzeką. Przepychałem się jak na wyprzedaży w Zara. Skakałem przez rzekę lub biegłem po konarach drzew jak Tarzan.

Niestety nie zdążyłem dotrzeć do samochodu przed ulewą. Na wysokości schodów nad rzeką spadł na mnie potężny deszcz. Byłem cały przemoczony i zziębnięty. Pozostało jeszcze przejść prawie kilometr do naszego samochodu, który stał na parkingu przy szkole. Nie było to zbyt przyjemne, ale też nie było to nudne. Śmiałem się z siebie i z naszej sytuacji. W końcu to była tylko woda, a nie ogień… Nie poddałem się i dotarłem do samochodu. Wsiadłem do środka i pojechałem po resztę grupy.

Pojechaliśmy na obiad do Nevşehir, gdzie znaleźliśmy uroczą knajpkę o wdzięcznej nazwie Maydonoz Döner. Była to część sieci restauracji, ale nie zwracaliśmy na to uwagi, bo byliśmy tak głodni, że zjedlibyśmy nawet buty. Zamówiliśmy tam tradycyjne kebaby z grilla, które pachniały tak dobrze, że aż nam łzy napływały do oczu. Do tego wypiliśmy orzeźwiające lemoniadki i zajadaliśmy się kebsami, które były tak ciepłe i miękkie, że aż się rozpływały w ustach. Na koniec dostaliśmy jakieś kwaśne i słone napoje z fermentowanych warzyw, które miały być dobre dla zdrowia. Nie wiem, czy to prawda, ale na pewno były nie do picia. Smakowały jak stara kapusta z solą i octem. Nie to, żebym taką kiedyś próbował. Za cały posiłek zapłaciliśmy 474 lir (to mniej więcej 100 złotych). Nie żałowaliśmy ani grosza, bo te kebaby były tak pyszne, że aż mi ciekła ślinka. No i zjedzenie pół metra kebaba to jest coś… A te fermentowane napoje? No cóż, one były… dziwaczne. Może i zdrowe, ale na pewno nie smaczne. Za to ajran był przepyszny

Wieczorem poszliśmy na zakupy spożywcze za 194,85 lir (to około 42 złote). Kupiliśmy głównie napoje i przekąski, bo nie chcieliśmy już nic więcej jeść. Potem wróciliśmy do naszego hotelu i padliśmy na łóżka jak worki ziemniaków. Byliśmy tak zmęczeni i najedzeni, że zasnęliśmy w mgnieniu oka.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 7 z 27 · 28 kwietnia 2023

Kapadocja na niepogodę – podziemne miasta [TURCJA2023]

Kaymaklı Underground City, Kaymaklı/Nevşehir Merkez/Nevşehir, Turcja

Kapadocja na niepogodę – podziemne miasta [TURCJA2023]

Miał być lot balonem nad Kapadocją, a wyszła z tego podziemna wyprawa. Pogoda nas zaskoczyła. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zamiast oglądać Kapadocję z góry, poznaliśmy ją od podszewki. I to dosłownie. Zaplanowaliśmy sobie niezapomnianą przygodę: lot balonem nad Kapadocją, krainą baśniowych kominów wróżek i skalnych kościołów. Niestety, los pokrzyżował nam szyki. Zamiast błękitnego nieba i słońca, zastała nas zimna i mglista aura. Temperatura ledwo przekraczała 3 stopnie, a chmury wisiały nisko nad ziemią. Lot balonem był niemożliwy.

Kapadocja z okien auta

Nie daliśmy się jednak zniechęcić i postanowiliśmy zwiedzić Kapadocję na własną rękę. Ruszyliśmy w drogę przed siebie po okolicach. Przez godzinę jeździliśmy po malowniczych trasach 4×4, podziwiając niesamowite formacje skalne, takie jak kominy wróżek czy wąwozy. Niestety, wiatr, chłód i mżawka nie sprzyjały długiemu zwiedzaniu na świeżym powietrzu. Zamarznięci i zmoknięci, postanowiliśmy udać się tam, gdzie pogoda nie ma znaczenia: do podziemnych miast.

Podziemne miasta

Podziemne miasta w Kapadocji to jedna z największych atrakcji turystycznych tego regionu. Są to ogromne kompleksy mieszkalne wykute w miękkiej skale wulkanicznej, które służyły jako schronienia dla ludności przed najazdami i prześladowaniami religijnymi. Pierwsze podziemne miasta powstały prawdopodobnie już w VII wieku p.n.e. Do dziś odkryto ponad dwadzieścia takich obiektów, a największe z nich mogły pomieścić nawet 20 tysięcy ludzi.

Kaymaklı Underground City

Pierwsze na naszej liście było Kaymaklı Underground City. Zapłaciliśmy za bilety 1000 lir (około 215 zł) i zeszliśmy do ciemnej otchłani. Czekała nas tam prawdziwa wyprawa. Wąskie i niskie korytarze wymagały od nas zwinności i odwagi. Czasem trzeba było się przeciskać na czworakach lub bokiem, a osoby o większej tuszy miały spore problemy. Tu właśnie powstało moje postanowienie o przejściu na dierę. Natychmiast. Miasto było ciekawie podświetlone i pełne zakamarków. Można było się tam zgubić i odkrywać nowe miejsca bez końca. Nie było gorąco, ale wysiłek sprawił, że byliśmy cali spocony. Tylko dzieci były zachwycone, bo miasto idealnie do nich pasowało.

Kaymaklı to jedno z najstarszych i największych podziemnych miast w Kapadocji. Składa się z ośmiu poziomów, z których cztery są udostępnione dla turystów. Miasto ma około 100 metrów głębokości i zajmuje powierzchnię około 2,5 hektara. W jego wnętrzu znajdują się m.in. magazyny, kuchnie, kaplice, winnice i szkoła. Miasto posiada także system wentylacji zapewniający dopływ świeżego powietrza oraz studnie zapewniające dostęp do wody pitnej. Dobrze, że powiedzieli, że ma 8 poziomów, bo człowiek po wejściu natychmiast traci rozeznanie na jakiej głębokości jest, w jakim kierunku idzie… No po prostu nie widać słońca i mech nie rośnie od północy…

Derinkuyu Underground City

Następnie pojechaliśmy do Derinkuyu Underground City, gdzie zapłaciliśmy 500 lir (około 108 zł) za bilet dla jednego dorosłego i dwóch dzieci. Nina i Michał postanowili zwiedzić dokładnie samochód w którym jechaliśmy, nie chcąc się przeciskać przez ciasne korytarze. Stwierdzili, że skoro widzieli jedno skalne miasto to widzieli wszystkie. Nie do końca prawda, bo one jednak ciut różniły się od tych widzianych przez nas w Gruzji czy Iranie. Przed wejściem spotkaliśmy dwie starsze panie z Polski, które podziwialiśmy za to, że w takim wieku i przy problemach z poruszaniem się dalej podróżują i odwiedzają takie miejsca. Pomogliśmy im kupić bilety i zeszliśmy razem w dół. Było tam zdecydowanie mniej ludzi i bardziej klimatycznie. Miasto było mniejsze niż Kaymaklı, ale równie ciekawe. Dzieci bawiły się świetnie, a my cieszyliśmy się z ich radości. Usiłowały się zgubić i było to nawet koszącą perspektywą… bałem się jednak, że znajdą kogoś i pokażą swoje bransoletki niezgubki z naszymi numerami telefonów i będziemy musieli po nich wracać… Z innej strony te kilka godzin ciszy… hmn.. Następnym razem.

Derinkuyu podobno ma 18 poziomów, z których 8 jest dostępnych dla zwiedzających. Miasto ma około 85 metrów głębokości i zajmuje powierzchnię około 1 hektara. Podobno – nie wiem, nie widziałem – podziemne miasta były połączone ze sobą systemem tuneli o długości nawet kilkunastu kilometrów. Niektóre z nich były na tyle szerokie, że można było nimi przejechać konno. Na pewno jednak było wyposażone w różne udogodnienia dla mieszkańców, takie jak piece do pieczenia chleba, prasy do oliwy czy kadzie do produkcji wina. Miało też sale sądowe oraz liczne kaplice i kościoły wykute w skale, ozdobione freskami. Co ciekawe… był tam nawet cmentarz. – Podziemne miasta były także miejscami obrony przed wrogami. W razie ataku mieszkańcy mogli zamknąć się za kamiennymi drzwiami o grubości nawet 55 cm, które otwierały się tylko od środka. Niektóre miasta miały nawet własne systemy obronne, takie jak pułapki czy otwory do rzucania kamieni lub oleju na intruzów.

Obiad

Nie mogliśmy się doczekać, kiedy zjemy coś po całym dniu zwiedzania. Michał, który wcześniej zrobił dokładny research w internecie, zaprowadził nas do Lahmacun Doner – małej, ale uroczej knajpki (no dobra, może nie urocza. Normalna lokalna.) w samym sercu miasta. Zamówiliśmy lahmacuny i pidy w takich ilościach, że kelner patrzył na nas z niedowierzaniem. Jedzenie było przepyszne, chrupiące, pikantne i soczyste. Lahmacuny i pidy były tak dobre, że aż się oblizywaliśmy. Kelner był tak zaskoczony naszym apetytem, że spytał nas czy jesteśmy pewni, że nie chcemy jeszcze czegoś zamówić. Powiedzieliśmy mu, że nie mamy już miejsca w brzuchach, ale może za chwilę zmienimy zdanie. Zapłaciliśmy niewiele, akceptowali tylko gotówkę, ale to nie był problem, bo mieliśmy zapas lir.

Słodkości

Po wyjściu z restauracji zobaczyliśmy obok cukiernię, która kusiła nas swoimi słodkościami. Nie mogliśmy się oprzeć i weszliśmy do środka. Wydaliśmy tam 300 lir na różne ciastka, babeczki i ciasteczka. Były tak pyszne, że aż nam się uszy trzęsły. Niektóre były tak słodkie, że musieliśmy popijać je wodą. Postanowiliśmy już wracać do domu i odpoczywać. Jednak jak się okazało, nie dla wszystkich było to koniec dnia…

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 8 z 27 · 28 kwietnia 2023

Goreme Open-Air Museum i Fairy Chimneys [TURCJA2023]

Goreme Open-Air Museum i Fairy Chimneys [TURCJA2023]

Wieczorny spacer

Zanim zaczął się dzień, zaczął się deszcz. Nie był to jednak zwykły deszcz, lecz taki, który sprawiał, że wszystko wyglądało jak z bajki. Niebo było szare, ale nie smutne, tylko pełne tajemnic i magii. Ziemia była mokra, ale nie brudna, tylko lśniąca. Wiatr był silny, ale niestety zimny. W taką pogodę nie można było siedzieć w hotelu i oglądać telewizji. Trzeba było wyjść na zewnątrz i odkrywać świat. A świat był piękny i niesamowity. I deszczowy

Tak postanowiliśmy z Niną, i zostawiliśmy resztę rodziny w hotelu. Oni woleli zostać w ciepłym łóżku i marzyć o słońcu. I grać na tablecie… My zaś chcieliśmy zobaczyć coś wyjątkowego i niepowtarzalnego. Coś takiego jak kominy wróżek – Fairy Chimneys.

Kominy Wróżek Fairy Chimneys

Kominy wróżek to dziwne formacje skalne, które wyglądają jak ogromne grzyby lub kapelusze czarodziejów. Powstały one w wyniku erozji wulkanicznej skał i są jednym z symboli Turcji. Dojechaliśmy do nich bez problemu, bo droga była dobra i oznakowana. Większym problemem było poruszanie się po nich. Ciut szkoda, że się dało wspinać na nie po drabinach lub linach. Miały takie kształty, że trzeba było mieć dużo wyobraźni, żeby nie pomylić ich z czymś innym…

Nie będę ukrywał, że kominy wróżek rozbudziły naszą ciekawość i fantazję. Niektóre z nich wyglądały jak ludzie lub zwierzęta. Inne jak przedmioty lub symbole. A jeszcze inne jak… no cóż… jak sceny z kamasutry. Nie wiem, czy to był zamierzony efekt natury czy przypadkowy zbieg okoliczności, ale niektóre kominy były bardzo… ekspresywne. Nie mogliśmy się powstrzymać od śmiechu i komentarzy. Dobrze, że nikogo nie było w pobliżu, bo pewnie by nas uznali za zboczeńców lub szaleńców. Kształty skał są no… dość kontrowersyjne jak się ma zbyt bujną wyobraźnię… dobrze, że nikomu nie przyszło do głowy zrobić tak jak w Kajuracho – gdzie Anglicy skuwali rzeźby zawierające sceny z kamasutry ze świątyń.

Co ciekawe, w części z tych skał mieszkają ludzie. Tak naprawdę to nie są skały, tylko domy wykute w skale. Ludzie żyją tu od wieków i mają swoje tradycje i zwyczaje. Niektóre domy są bardzo najczęściej proste i skromne. Widzieliśmy domy z oknami, drzwiami, balkonami i nawet panelami fotowoltaicznymi. To niesamowite, jak ludzie potrafią się dostosować do warunków i korzystać z tego, co mają.

Dojechaliśmy do auta i pojechaliśmy dalej. Mieliśmy jeszcze wiele do zobaczenia i do przeżycia. Dzień był jeszcze młody. Znaczy nie było ciemno.

Göreme Open Air Museum

Zanim dotarliśmy do Göreme Open Air Museum, mieliśmy już za sobą cały dzień pełen przygód i wrażeń. Ale nie mogliśmy sobie odpuścić tej atrakcji, bo słyszeliśmy, że to jedno z najciekawszych miejsc w Kapadocji. Göreme Open Air Museum to nic innego jak zespół ponad 30 kościołów i klasztorów wykutych w tufie wulkanicznym. To niesamowite, jak ludzie potrafili stworzyć takie cuda architektury i sztuki w tak trudnym materiale. Niektóre z tych budowli mają ponad 1000 lat i zachowały się do dziś w doskonałym stanie.

Zaparkowaliśmy nasz samochód na parkingu obok muzeum i ruszyliśmy na zwiedzanie. Było już późno, więc nie było tłoku. Pogoda też nam sprzyjała – po deszczu wyszło słońce i oświetliło pięknie krajobraz. Na wejściu kupiliśmy bilety za 300 lir od osoby i dostaliśmy mapkę z zaznaczonymi najważniejszymi punktami. Muzeum jest wpisane na listę UNESCO, więc warto było wydać te pieniądze.

Pierwszym obiektem, który nas zainteresował, był klasztor Nunnery. To sześciopiętrowa budowla z wieloma pomieszczeniami, które służyły zakonnicom do życia i modlitwy. Na pierwszym piętrze była jadalnia, kuchnia i spiżarnia, na drugim kaplica z freskami przedstawiającymi sceny z życia Jezusa, na trzecim kościół z kopułą i trzema absydami, a na czwartym i piątym cele zakonnic. Ze schodów można było podziwiać widok na całą okolicę. Wchodząc po schodach, czuliśmy się jak odkrywcy, którzy zaglądają do tajemniczych zakamarków historii.

Następnie poszliśmy dalej po ścieżce, która prowadziła nas przez obok innych kaplic i klasztorów. Byliśmy pod wrażeniem ilości i różnorodności tych budowli. Każda z nich miała swój własny charakter i historię. Niektóre były proste i skromne, inne bogate i ozdobne. Niektóre były małe i ciasne, inne duże i przestronne. Niektóre były ciemne i ponure, inne jasne i radosne. Było to jak podróż przez wieki.

Budynki z oddali robią naprawdę dobre wrażenie. Z bliska już mniej. Widać, że skała została niedawno pokryta siatką i tynkiem i już powoli zaczyna to odpadać nie razi to bardzo. Zrobiliśmy sporo zdjęć, nawet udało się że mamy wspólne małżeńskie zdjęcie. Zwiedzanie muzeum zajęło nam około godziny Przed zachodem słońca skończyliśmy i wróciliśmy do hotelu, odwiedzając jeszcze sklep spożywczy robiąc zakupy na kolejny dzień, który spędzimy w drodze na wybrzeże.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 9 z 27 · 29 kwietnia 2023

Wulkan Meke i droga do Alanya [TURCJA2023]

Lake Meke, Ulus, Karapınar/Konya, Turcja

Wulkan Meke i droga do Alanya [TURCJA2023]

Wyjazd

Spakowaliśmy się z samego rana, zjedliśmy śniadanie i poszliśmy zanieść do auta bagaże. Naszym oczom ukazał się… śnieg. W maju. W Turcji. W Kapadocji… MA-SA-KRA. Przy okazji, nie mogę się powstrzymać przed opowiedzeniem Wam o śniadaniach, które jadłem w Kemal Stone house hotel. Były to prawdziwe uczty dla podniebienia i żołądka, a także dla oczu i nosa. Nie dość, że każdego ranka czekał na nas bogaty szwedzki stół w przytulnym pomieszczeniu na piętrze, to jeszcze wszystko było świeże, aromatyczne i apetyczne. Nie wiedzieliśmy od czego zacząć, bo wybór był ogromny. Był ciepły chlebek, chrupiący i puszysty, jajka na twardo, na miękko, chyba też jajecznica, 3 rodzaje oliwek – zielone, czarne i eeee no czarne ale inne czarne. Dżemy z różnych owoców na przykład moreli i fig, wędliny sery – od klasycznego żółtego po lokalny biały. A jeśli ktoś wolał coś lżejszego i zdrowszego, to miał do dyspozycji płatki owsiane i kukurydziane, mleko, suszone owoce – daktyle, figi, morele i miód. Każdy mógł skomponować sobie idealne śniadanie i zjeść tyle, ile chciał. No i herbata! PRZE-PYS-NA! Była to herbata turecka, mocna i aromatyczna, podawana w małych szklanych kubeczkach z cukrem lub miodem. Pijąc ją czułem się jak prawdziwy Turek i cieszyłem się każdym łykiem. Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam takie śniadania. Dają mi energię na cały dzień i sprawiają, że jestem szczęśliwy. A na pewno nawodniony.

Jezioro Meke (Meke Gölü)

No więc (tak, wiem, nie zaczyna się od więc) ruszyliśmy w drogę po śniadanku. Droga na dziś była dość długa, bo z Kapadocji do Alanya jest około 500km. Po drodze w planie mieliśmy jezioro Meke (Meke Gölü), które jest tak niesamowite, że aż trudno uwierzyć, że istnieje. Jezioro Meke (turecki: Meke Gölü) to wulkaniczne jezioro kraterowe składające się z dwóch zagnieżdżonych jezior położonych w prowincji Konya w środkowej Turcji. Jest to zarejestrowany pomnik przyrody kraju i obszar Ramsar. Znajduje się 9 km od Karapınar i 2 km na południe od autostrady E981 Konya-Adana. To miejsce wygląda jak z innej planety!

Zostało utworzone przez zalanie krateru wygasłego wulkanu około 4 milionów lat temu, kiedy wulkan wybuchł. Około 9000 lat temu (we wtorek zapewne) druga erupcja utworzyła kolejny stożek wulkaniczny wewnątrz jeziora. Jezioro Meke składało się z dwóch jezior z różnymi wysepkami. Ma 800 m (długości i 500 m szerokości oraz głębokość 12 m. Kiedyś wewnętrzne jezioro wewnątrz stożka wulkanicznego o wysokości 50 m miało głębokość 25 m i zawierało słoną wodę. Stożek wulkaniczny jest odporny na erozję spowodowaną trudnymi warunkami pogodowymi ze względu na swój masywny materiał i zachował swój kształt przez tysiące lat. Niestety ze względu na rabunkową gospodarkę wodną jeziora wyschły.

Miejsce robi niesamowite wrażenie. Dotarliśmy tam około południa i byliśmy zachwyceni widokiem. Zrobiliśmy mnóstwo zdjęć i filmów, które chcemy się z Wami podzielić. Nie mogliśmy się napatrzeć na ten cud natury, który wyglądał jak sceneria z filmu science fiction. Byliśmy jedynymi turystami na miejscu, co dodawało uroku temu niezwykłemu miejscu. Zastanawialiśmy się, jak to możliwe, że tak mało ludzi wie o tym skarbie Turcji.

Jezioro jak już pisałem było całkowicie wyschnięte. Nie było śladu po wodzie, tylko biała sól pokrywająca dno krateru. Zamiast podziwiać piękno jeziora, mogliśmy tylko spacerować po jego solnym pustkowiu. Pod nogami chrzęściły i łamały się białe płytki soli, które tworzyły ciekawe wzory i kształty.

Nie daliśmy się jednak zniechęcić i postanowiliśmy spróbować zdobyć szczyt wulkanu. Był to wyzwanie nie lada, ponieważ stożek wulkaniczny był bardzo stromy i zbudowany z luźnego piasku i żwiru. Każdy krok był jak walka z grawitacją. Musieliśmy wspierać się nawzajem i zachęcać do dalszego marszu.

Nie wszyscy jednak byli tak zdeterminowani jak my. Nasza grupa podzieliła się na dwie drużyny: drużynę wysokogórską i drużynę leniwców. Drużyna wysokogórska składała się z Adama, Krzysia i Tomka, którzy byli najbardziej wytrzymali i sprawni fizycznie. Albo naiwni. Albo chcieli się popisać. Drużyna leniwców to Michał i Nina, którzy woleli odpoczywać i kibicować męczennikom. Oni zdecydowali się na wejście na mniejszy wierzchołek i obserwowanie naszej wspinaczki z bezpiecznej odległości.

Gdzieś po 30 minutach (lub wieczności) ciężkiej pracy udało nam się dotrzeć na szczyt wulkanu. Byliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi. Z góry rozpościerał się niesamowity widok na całą okolicę. Mogliśmy podziwiać góry, doliny, pola i wyschnięte słone jezioro. Postanowiliśmy pobawić się trochę na szczycie wulkanu. Zrobiliśmy sobie zdjęcia, rzucaliśmy kamieniami do kaldery, biegaliśmy po stożku i machaliśmy do drużyny leniwców, którzy nam odpowiadali z mniejszego wierzchołka. Nazwaliśmy ich szczurami nizinnymi.

Po kilkunastu minutach zabawy postanowiliśmy zejść w dół. Było to znacznie łatwiejsze i szybsze niż wejście. Zjeżdżaliśmy po żwirze jak po śniegu. Dołączyliśmy do drużyny leniwców i razem wróciliśmy do naszego auta

Obiad.

Nie mogłem uwierzyć, że tak długo jechaliśmy bez przerwy. I do tej pory dzieci miałczały jeeeeeeeść. Jednak powoli nasze żołądki burczały jak wściekłe lwy, a moja ekipa zaczęła mnie zasypywać pytaniami o to, kiedy i gdzie zjemy. Nie miałem pojęcia, gdzie jesteśmy, ani czy znajdziemy jakąś knajpę w tej pustynnej okolicy. Na szczęście, w ostatniej chwili dostrzegłem na horyzoncie napis „Restoran” i skręciłem na parking. To był strzał w dziesiątkę. Zanim wysiedliśmy z samochodu, musieliśmy się ubrać ciepło, bo na zewnątrz panował piekielny chłód i wiał ostry wiatr. Restauracja nazywała się Korukent Restoran i znajdowała się gdzieś za Konya, na trasie z Kapadocji do Alanya.

W środku panowała miła atmosfera i zapach orientalnych przypraw. Zauważyliśmy, że większość gości to miejscowi, co oznaczało, że jedzenie musi być dobre i autentyczne. Zamówiliśmy korzystając z menu obrazkowego i gestykulując rękami. Ja postanowiłem spróbować Iskender Kebab, bo wiedziałem, że to jedno z najlepszych dań tureckiej kuchni – i nie żałowałem. To była uczta dla podniebienia: cienkie plasterki baraniny polane sosem pomidorowym i jogurtem, zawinięte w pidea. Tomek, jak zwykle niechętny do eksperymentów, zamówił pide z serem – coś w rodzaju tureckiej pizzy. Krzyś też się skusił na to samo. Nina i Michał wybrali kebab zwykły – mielone mięso nadziewane na szpikulce i pieczone na grillu. Wszystko było pyszne i sycące. Podczas jedzenia rozmawialiśmy o naszej podróży i planach na następne dni. Byliśmy pełni entuzjazmu i ciekawości świata. Nie spodziewaliśmy się, że Turcja okaże się tak fascynującym krajem, pełnym kontrastów i zabytków. Nie mogliśmy się doczekać, co jeszcze nas czeka.

Przełęcz

Zmęczeni po wielu godzinach jazdy, ale pełni zapału do odkrywania nowych miejsc, kontynuowaliśmy naszą podróż w stronę Alanya.

Krajobraz wokół nas zmieniał się z każdym kilometrem. Zamiast nudnych pól i łąk, które widzieliśmy na początku naszej trasy, pojawiały się malownicze wzgórza pokryte drzewami i kwiatami, a potem majestatyczne góry ośnieżone szczyty. Były to góry Taurus, które rozciągają się na długości ponad 1500 km i stanowią naturalną granicę między Anatolią a Morzem Śródziemnym. Nie spodziewałem się, że będziemy musieli je pokonać, ale okazało się, że nasza trasa wiedzie przez jedną z najwyższych przełęczy – Alacabel Zirve. Na wysokości prawie 2000 metrów czułem się jak na dachu świata.

Widok był zapierający dech w piersiach – niebieskie niebo kontrastowało z białym śniegiem i zielonymi dolinami. A na dodatek, na poboczu drogi leżały resztki śniegu! Nie mogliśmy się oprzeć i zrobiliśmy sobie przerwę na bitwę na śnieżki. Było to niesamowite doznanie – bawić się w śnieg w maju, wiedząc, że za chwilę zjedziemy do ciepłego morza.

Hotel

W końcu dojechaliśmy do Alanya. Nocleg mieliśmy zarezerwowany niedaleko morza – w Hotel Larsens Suit Hotel. Dojechaliśmy akurat na zachód słońca. Zrobiliśmy zakupy i szybko poszliśmy spać.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 10 z 27 · 30 kwietnia 2023

Kanion Sapadere [TURCJA2023]

Sapadere, Sapadere Kanyonu, Alanya/Antalya, Turcja

Kanion Sapadere [TURCJA2023]

Sapadere Kanyon

Zanim słońce zaczęło prażyć, postanowiliśmy zrobić sobie wycieczkę do Sapadere Kanyon. Zapełniliśmy brzuchy pysznym śniadaniem i ruszyliśmy w drogę. Nie było łatwo, bo droga była ciasna jak spodnie po świętach, ale na szczęście nie mieliśmy konkurencji na asfalcie. Po godzinie jazdy dotarliśmy do celu i zobaczyliśmy niesamowity widok. Wąwóz był jak wielka rana w ziemi, a my jak małe bakterie, które się tam dostały. Otaczały nas wysokie skały, które mieniły się różnymi kolorami w słońcu. Słyszeliśmy szum wody, która płynęła przez kanion. Przeszliśmy przez mostek i dotarliśmy do wodospadu, który był jak fontanna życia w tym suchym miejscu. Woda była zimna i orzeźwiająca, a wokół rosły zielone rośliny. Oczywiście jeśli udało im się znaleźć miejsce na skałach.

Sapadere Kanyon ma 380 metrów długości i jest położony w górach Taurus, około 40 km od Alanyi. Kanion został dobrze zagospodarowany podestami i schodkami, które umożliwiają eksplorację kanionu suchą nogą i bez większego wysiłku. To idealne miejsce dla rodzin z dziećmi lub dla osób o słabej kondycji fizycznej(no chyba, że chcesz wejść po milionie schodów na górę, to zmienia postać rzeczy). Kanion oferuje nie tylko piękne widoki na skalne formacje i strumienie wodne, ale także możliwość kąpieli w naturalnych basenach lub pod wodospadem. Woda jest jednak bardzo zimna, nawet latem nie przekracza 12 stopni Celsjusza, więc trzeba być odważnym i zahartowanym, aby się tam zanurzyć. My się nie zdecydowaliśmy, choć teraz zastanawiam się czemu…

Była też opcja wejścia wyżej, ale nasze dzieciaki nie były zachwycone pomysłem pokonania kolejnej góry schodów. Zrezygnowaliśmy więc z tego wyzwania w połowie i wróciliśmy do samochodu, zadowoleni z naszej przygody. Na dole spotkaliśmy już tłumy okupujące restauracje. Dzieci też zgłodniały więc postanowiliśmy dołączyć do tłumów. Spróbowaliśmy naleśników z lokalnymi ziołami, a dzieciaki oczywiście z czekoladą. No i herbatę, a jakże…

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 11 z 27 · 30 kwietnia 2023

Alanya – Jaskinia Dim [TURCJA2023]

Kestel, Jaskinia Dim, Dim Mağarası İşletmesi, Alanya/Antalya, Turcja

Alanya – Jaskinia Dim [TURCJA2023]

Jaskinia Dim

Zanim dotarliśmy do Jaskini Dim, musieliśmy pokonać drogę wąskimi dróżkami. Było to dość stresujące dla moich pasażerów, bo co chwilę mijały nas inne jeepy z turystami, którzy wyglądali na bardzo podekscytowanych myślą o zobaczeniu kanionu Sapadere. Na szczęście, przy jaskini Dim nie było tłoku i znaleźliśmy miejsce parkingowe bez problemu. Zostawiliśmy samochód i ruszyliśmy w górę, bo jak to zwykle bywa, wejście do jaskini znajdowało się na szczycie wzgórza. Nie wiem, czy to jakaś zasada, że jaskinie muszą być na górze, ale może to ma swój sens, bo potem łatwiej się schodzi. Jaskinia była bardzo ładna i nowoczesna, z metalowymi podestami i oświetleniem. Ktoś wpadł na genialny pomysł, żeby oświetlić jaskinię na kolor krwi. Pewnie chciał nadać jej tajemniczego klimatu, ale dla mnie to raczej wyglądało jak scena z filmu o seryjnym mordercy. Nie dałem się jednak zniechęcić i postanowiłem podziwiać cuda natury, które ukrywały się w podziemiach. Jaskinia była naprawdę piękna i imponująca, z różnymi kształtami i fakturami skał. Szkoda tylko, że była tak krótka, że zanim się obejrzałem, byliśmy już na wyjściu. Nie przeszkadzało nam to jednak w zwiedzaniu i podziwianiu niesamowitych form skalnych. Jaskinia nie była zbyt długa, więc szybko dotarliśmy do końca. Tam Nina z dziećmi postanowili zrobić sobie sesję zdjęciową, bo przecież nie można wrócić z wakacji bez pamiątkowych fotek. Wyszliśmy z jaskini, zeszliśmy do auta i wróciliśmy do miasta na obiad.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 12 z 27 · 30 kwietnia 2023

Alanya wieczorny Plażing [TURCJA2023]

alanya

Alanya wieczorny Plażing [TURCJA2023]

Obiad

Zrobiłem sobie mały żarcik i zaproponowałem rodzinie, że na obiad zjemy pide. Dawno nie jedliśmy pid. Wczoraj? Wszyscy się zgodzili, bo co innego można jeść w Turcji? Poza kebabem oczywiście… A przynajmniej co innego zje najmłodszy. No właśnie. Pojechaliśmy więc do Lokma Pide Salonu, gdzie czekały na nas pyszne placki z różnymi nadzieniami. Nie wiem, co tam dają do ciasta, ale jest tak chrupiące i miękkie zarazem, że aż się chce jeść więcej. Do tego jeszcze ajran, czyli jogurt z wodą i solą.

Plażing

Po obiedzie wróciliśmy do hotelu i poszliśmy na plażę Kleopatry. Słońce już się chyliło ku zachodowi, ale to nie przeszkodziło dzieciom w zabawie w piasku. Morze było jeszcze zimne, więc nikt nie ryzykował kąpieli. Dzieci zbudowały zamek z fosą i wieżami, a ja wykorzystałem okazję, żeby polatać dronem i nagrać trochę ujęć. Nagle dzieci znalazły na plaży kokosa i postanowiły uczynić go królem zamku. Bawiły się nim jak szalone, rzucając go do siebie i odbijając od piasku. Zanim ktoś dostał kokosem w głowę, zabraliśmy je do hotelu.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 13 z 27 · 1 maja 2023

Zamek w Alanya [TURCJA2023]

Hisariçi, Zamek w Alanii, Alanya/Antalya, Turcja

Zamek w Alanya [TURCJA2023]

Zaraz po śniadaniu, które składało się z trzech kromek chleba i jednego sera, wrzuciliśmy nasze walizki do bagażnika i ruszyliśmy na podbój Turcji. Ale nie tak od razu! Przecież nie mogliśmy opuścić Alanyi bez zobaczenia jej największej atrakcji – Zamku w Alanii. To seldżucka twierdza z XIII wieku, która leży na skalistym cyplu otoczonym z trzech stron przez morze. Nie wiem, jak oni to zbudowali, ale musieli mieć niezłą kondycję. Nie chciałbym tam wchodzić piechotą. A tym bardziej atakować twierdzy z wody czy lądu. Droga była kręta i wąska. Na szczyt dotarliśmy cało i zdrowo. A może nawet lepiej niż zdrowo, bo okazało się, że byliśmy pierwsi na miejscu. Nie było ani żywej duszy, tylko my i ten olbrzymi zamek. Zaparkowaliśmy nasze auto tak blisko bramy, że prawie ją zahaczyliśmy. Wysiedliśmy i poczuliśmy się jak królowie. Widok był niesamowity. Z góry widzieliśmy całą Alanyę, jej plaże, port i i całe miasto. A do tego morze błyszczało się w słońcu. Nie mogliśmy się napatrzeć. Postanowiliśmy zwiedzić każdy zakątek zamku, zanim przyjdą tłumy turystów. Wchodziliśmy do meczetu, kaplicy, stoczni i Czerwonej Wieży – symbolu miasta. Dowiedzieliśmy się też trochę o historii zamku i jego budowniczym – sułtanie Alaeddinie Keykubadzie. Zamek ma 6,5 km długości murów obronnych i jest jednym z najlepiej zachowanych zabytków seldżuckich w Turcji. Na terenie zamku znajdują się też inne ciekawe budowle, takie jak Tophane (arsenał), Grobowiec Akşebe (meczet i mauzoleum) i Łaźnia Seldżucka (hamam). Zamek był nie tylko fortecą militarną, ale też centrum kulturalnym i handlowym dla całego regionu.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 14 z 27 · 1 maja 2023

Park Przyrody Wodospadu Kurşunlu Alantaya [TURCJA2023]

Kurşunlu Waterfall, Aksu/Antalya, Turcja

Park Przyrody Wodospadu Kurşunlu Alantaya [TURCJA2023]

Zanim rozpoczęliśmy naszą przygodę z Alantayą, mieliśmy jeszcze kilka godzin wolnego czasu do zagospodarowania. Postanowiliśmy więc nie tracić czasu i wybrać się na małą wycieczkę do Parku Przyrody Wodospadu Kurşunlu, który znajduje się zaledwie 19 km od centrum miasta. To było jak rzut beretem, tylko że nie mieliśmy beretów. A może i dobrze, bo park był pełen ludzi i pewnie byśmy ich nie znaleźli… Na szczęście udało nam się znaleźć wolne miejsce na parkingu tuż przy wejściu. Po wejściu i przetuptaniu za tłumem jakichś 400 metrów zobaczyliśmy pierwszą atrakcję – stary młyn wodny, który wyglądał jak z bajki. Ale to nie był koniec naszych niespodzianek. Okazało się, że park kryje w sobie nie tylko wodospad Kurşunlu, ale cały system mniejszych i większych kaskad, które tworzą siedem pięknych jeziorek. Zeszliśmy do największego z nich i byliśmy zachwyceni. Woda spadała z wysokości 18 metrów i tworzyła mgiełkę, która delikatnie chłodziła nasze twarze. Zauważyliśmy, że można przejść za wodospad i zobaczyć go od drugiej strony. Nie trzeba było długo namawiać dzieci, które natychmiast pobiegły tam. Czuliśmy się jak odkrywcy tajemniczej jaskini. Tylko nie było jaskini, albo była, ale dobrze ukryta. Ze skarbami…

Zrobiliśmy mnóstwo zdjęć – miejsce było naprawdę magiczne. Kolory jezior zmieniały się od zieleni po błękit, a wokół rosły egzotyczne rośliny. W dalszej części parku podziwialiśmy skalne formacje, kolorowy mostek i liany, po których dzieci próbowały się huśtać.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 15 z 27 · 2 maja 2023

Dzień wolny Antalya [TURCJA2023]

Antalya, Turcja

Dzień wolny Antalya [TURCJA2023]

Dziś w planach miał być rafting. Zamiast szaleć na pontonie po rwącej rzece, postanowiliśmy zaszaleć na kanapie po rwącej sieci. Nie było to w naszych planach, ale zmęczenie zwyciężyło i zrezygnowaliśmy z raftingu na rzecz surfingu – internetowego, oczywiście. Nie odrywaliśmy wzroku od ekranów naszych tabletów, telefonów i książek, pochłaniając treści z różnych źródeł. Nawet na obiad nie mieliśmy ochoty gotować, więc pojechaliśmy do restauracji i zamówiliśmy sobie aromatyczne kebaby z sosem czosnkowym i sałatką. Po obiedzie wróciliśmy do naszej kanapowej przygody, ciesząc się z tego, że mamy taki dzień lenistwa. Wiedzieliśmy, że jutro znów czeka nas akcja, więc korzystaliśmy z każdej chwili relaksu.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 16 z 27 · 3 maja 2023

Alantaya Dolne wodospady [TURCJA2023]

Çağlayan, Düden Waterfalls, Lara Caddesi, Muratpaşa/Antalya, Turcja

Alantaya Dolne wodospady [TURCJA2023]

Dziś szybko zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy się i przed wyjazdem z miasta postanowiliśmy jeszcze zobaczyć dolny wodospad. Bardzo fajnie wygląda woda wpadająca do morza. Zebraliśmy się i pojechaliśmy dalej… zobaczyć ognie himery. Ale to już w następnym odcinku

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni