Świątynie Chiang Mai wpisałem w około pięciokilometrowy spacer zaraz po nocnym pociągu z Bangkoku. Wat Chiang Man, Wat Phan Tao i Wat Chedi Luang udało się odwiedzić, ale Krzyś miał prawo mieć dość. Po drodze były papaja, lody, słodki naleśnik z tuńczykiem i obiad, który wszystkim poprawił humor. Dzień opisała Nina, ja dopisałem swoje uwagi. Ceny noclegu, przejazdów, jedzenia i wejściówek pochodzą z listopada 2016 roku.
Przyjazd do Chiang Mai i nocleg w Panda House
Do Chiang Mai docieramy z 15min opóźnieniem. Dworzec jest śliczny. Najbardziej podoba się Krzysiowi, który po wsadzeniu na drewnianego słonia zażądał, żeby zrobić mu zdjęcie. Podobają mu się również fontanny ikamyczki i jest obrażony na Adama, że ten tak szybko zamówił taksówkę. Decydujemy się ponownie na Graba i przejazd do Panda House Chiang Mai (https://goo.gl/Spzm09) kosztuje nas 100thb. Zameldowanie jest od 12więc postanawiamy zamówić kanapki, herbatę i kawę. Krzyś i jego auta realizują się na podłodze. Pokój jest gotowy ok. 10.30 i pierwsze od czego zaczynamy to prysznic. Oczywiście Krzyś jako pierwszy jest rozebrany.
Pokójjest duży i wygodny, natomiast łazienka na pierwszy rzut oka wydaje się być w gorszym stanie. Po 2 „godzinkach dla słoninki” postanawiamy ruszyć się i coś zwiedzić.




Świątynie Chiang Mai: plan na pięć kilometrów
Adam zaplanował ok. 5km trasę zahaczającą o największe atrakcje Chiang Mai. Intuicja ciuchutko mówi nam, że chyba to nie najlepszy pomysł, bo Krzyś wygląda na zmęczonego a le perspektywa siedzenia cały dzień wpokoju pcha nas do przodu. Zostawiamy ubrania do prania i udajemy się na spacer, który zaczyna się przyjemnie ponieważ wzdłuż naszej trasy są fontanny. W międzyczasie rozglądamy się za czymś do jedzenia.



Wat Chiang Man
Pierwszy punkt programu to świątynia Wat Chiang Man
Adam: Jedna z najstarszych świątyń w okolicy. Wzniesiona około roku 1300. W środku są 2 niezwykle stare figurki Buddy – być może nawet sprzed 2000 lat.
Wejście bezpłatne. Całość zwiedzało się przyjemnie a największe wrażenie zrobiły na mnie żywopłotowe słoniki. W celu skrócenia sobie trasy wychodzimy bocznym wyjściem.






Adam: A to się Nina popisała z opisem.Ewidentnie zła była na potomka… lub na mnie. Tak więc, postaram się nadrobić trochę z tej opowieści. Szliśmy i zaczynaliśmy być głodni. Znaczy Nina i Krzysztof. Ewidentnie podpadałem żonie. Po drodze jak na złość nie byłonic do jedzenia. Ani sklepiku, ani straganów, nic. Kompletnie. No może ze 2 jadłodajnie były, ale takie dla Amerykanów więc nawet nie zaglądaliśmy. Doszliśmy do Wat Chiang Man i Krzysztof się ożywił. Sam wiedział, żetrzeba zdjąć buty, oglądał w środku wszystko, bardzo podobały mu się kolorowe kamienie jakimi budynki były udekorowane. Bardzo zadowolony rozglądał się wszędzie.
Na zewnątrz, z tyłu znajduje się chedi – stupa umieszczona na grzbietach słoni. Wokoło żywopłoty miały kształt słoni – bardzo ładnie to wyglądało.






W Wat Chiang Man ceglana podstawa chedi jest otoczona kamiennymi słoniami, nad którymi wyrasta złocona górna część stupy. Założenie świątyni datuje się na 1296 rok, czas budowy nowej stolicy króla Mengraia. Wewnątrz przechowywane są czczone wizerunki Phra Kaeo Khao i Phra Sila Khao.





Papaja, lody i naleśnik z tuńczykiem
Po drodze kupujemy tackę z papają, której połowę zawartości pochłania Krzyś. Przemieszczanie się idzie nam coraz gorzej – jako motywator występują lody. Ponieważ lody w blue opakowaniu są miętowe udaje mi sięnamówić Krzysia na inny wybór, niestety kolejny również jest nie najszczęśliwszy. Podczas gdy chłopaki jedzą loda w opuszczonym sklepie ja cierpliwie czekam przy ulicznym straganie na swoja kolejkę, aby zamówić naleśnika. Nie wysilając się na komunikację po angielsku wskazuję palcem ser i tuńczyka. Na migi ustalam też, że ma być nieostry. Naleśnik składany jest w wachlarz i pakowany do foliowej a następnie papierowej torebki.Pierwszy gryz i okazuje się, że sam naleśnik jest.. słodki. Kombinacja smakuje nieźle i kosztuje mnie 40thb.




Z Krzysiem w kryzysowym stanie docieramy do jakiejś restauracji. Pad thai, smażony ryż z kurczakiem i jajkiem oraz dla poprawienia humoru sok jabłkowy. Pierwszy łyk i Krzyś wypluwa wszystko – jabłko zostało zmiksowane ze skórką więc ma nieprawidłową konsystencję. Za to ryż zyskuje aprobatę ponieważ ma kukurydzę oraz groszek. Posiłek poprawia nam wszystkim humor. W drodze do kolejnych atrakcji zachodzimy do małego sklepiku, przed którego wejściem jest drewniany konik na biegunach. Krzyś oddaje się przejażdżce, Adam w międzyczasie wymienia pieniądze w najbliższym kantorze (kurs 35,00) a ja wizytuję sklepik.
W środku jestmnóstwo kolorowych drobiazgów więc wiele nie trzeba, żeby Krzyś wyprosił sznurek z nanizanymi kolorowymi koralikami i pomponikami zakończone słonikiem w jedynym słuszny kolorze blue.


Adam: Taaak – jak już sięnajadła, połaziła po sklepach to od razu zaczęła sie rozpisywać.
Wat Phan Tao
Kolejny punkt programu to Wat Phan Tao, która podoba nam się wszystkim. Mi i Adamowi ze względu na swój urok, Krzysiowi ponieważ może podyńdać dzwonami oraz pobiegać po bambusowej kładce.






Przy Wat Phan Tao nad wodą wiszą jasne lampiony. Bambusowe kładki biegną między drzewami i niewielkimi pomostami, a w świątynnej sali ciemne drewno otacza złocony posąg Buddy.






Wat Chedi Luang
Decydujemy się jeszcze na odwiedzenie Wat Chedi Luang , która jest tuż obok. Wejście płatne 40thb/osobę. Zostaję też poproszona o założenie długiej, wiązanej w pasie spódnicy ponieważ ta, którą mam jest za krótka.Wolnym krokiem zwiedzamy kompleks odwiedzając każdego Buddę i zdejmując buty przed każdą świątynią.




Największą budowlą Wat Chedi Luang jest potężna, częściowo zrujnowana chedi. W XV wieku osiągnęła pełną wysokość, a w 1545 roku uszkodziło ją trzęsienie ziemi. Na ceglanym korpusie widać wysokie wnęki, nad schodami ciągną się balustrady w kształcie nag.





W salach wokół chedi są złocone posągi, malowidła i rzeźbione kolumny. Czerwone i złote dekoracje pokrywają belki pod wielopiętrowymi dachami. Przy wejściach stoją figury strażników i naczynia na ofiary.










Koniec spaceru i tuk-tuk do hotelu
Niestety na sam koniec Krzyś nie chce założyć butów a potem wykopuje je przez wyjście. Chowam je do plecaka i z rozhisteryzowanym dzieckiem łapiemy tuk tuka. Jesteśmy na straconej pozycji, aby negocjować cenę więc zgadzamy się na 100thb za 2-2,5km przejażdżkę.
Adam: Oczywiście Krzyś miał prawo mieć dość. Nie dość, że nie wyspał się, to jeszcze 5km w słońcu zrobiło swoje. No i pół dnia na nogach. Biedny grzybek. Wyrodni rodzice.Poprawimy sie przy kolejnym dziecku. Może.
Hotel
W hotelu czekają już na nas Lipki, którzy wrócili ze słoniowej wycieczki. Szybko ustalamy, że oni idą jeść a my pozbyć się dziecka. Jednak dochodzimy do wniosku, że nasz Tuptaczek aż taki zły nie jest, żeby się gopozbywać i fundujemy mu tylko prysznic i piżamka. Po 30 sekundach od przyłożenia głowy do poduszki Krzyś zasypia. Gdy Iwona i Grześ a wraz z nimi Monika i Bartek wracają z kolacji schodzimy na dół w dużo lepszych humorach. Odpalamy połączenie video hang outa jako niańkę i siadamy na zewnątrz. Świętujemy Adama 40-te urodziny tajskim whisky o smaku perfumowanego rumu ze spritem lub colą.
Ok. 22 Krzyś przebudza się więc Adam idzie go utulić a docelowo zostaje w pokoju. Później odpadają Monika i Bartek, ja siedzę z Iwoną i Grześkiem do 24.
Adam: W tym miejsci chciałbym serdecznie podziękować Lipkom za prezent i spędzony czas, a takżeza pokazanie, że prezent zmieszany ze spritem jest lepszy niż z colą :)










Dodaj komentarz