Indonezja · 2013

Indonezja Dzień I – Yogyakarta

Adam, Lipek Czas czytania: 6 min 23 zdjęć

DojazdYogyakarta → Indonezja Dzień I ? ~4 km

Yogyakarta, Indonezja
Mapa: Yogyakarta, Indonezja

Indonezja

Kraj

2013

Rok wyprawy

23

Zdjęć

6 min

Czas czytania

Yogyakarta zaczęła się dla nas o piątej rano na dworcu. Najpierw usłyszeliśmy, że nie ma biletów na dalszą drogę, potem szukaliśmy noclegu i zjedliśmy śniadanie. Krótka drzemka przeciągnęła się do kilku godzin. Wieczorem odwiedziliśmy Piotra, pojechaliśmy na plac Alun-alun i wracaliśmy piechotą w ulewie. To relacja z 22 kwietnia 2013 roku; ceny, restauracje i przejazdy opisują tamten dzień.

Adam, Lipek i zarzuty o ponuractwo

Zostało mi zarzucone, zupełnie niesłusznie, że Lipek jest bardziej radosny niż ja. Nic bardziej mylnego. To ponuractwo Grzesia tak działa na moją grafomanię. Ponadto on sprawdza po mnie i zapewne dodaje smutne akcenty, żeby wyszło, że on jest zabawny, a ja nie. Na takiego mi wygląda.

Komentarz Lipka

Poprawiłem On na on – nie urosłem (jeszcze) do roli bóstwa, nawet lokalnego ;) . Zresztą jak chcesz, mogę nie sprawdzać, będzie zabawnie. Ludziom dupy poodpadają ze śmiechu, jak się dowiedzą, jakie błędy robisz :P .

Yogyakarta o piątej rano

Wracając do Yogyakarty, na dworcu byliśmy o rześkiej godzinie 5. Godzina 5 jest świetną godziną do wszystkiego, na przykład do kupowania biletów i szukania hotelu. No dobra, to była ironia, Grześ poprawiając mnie zapewne zechce mnie czymś oczernić.

Komentarz Lipka

P roszę bardzo – nie dość, ze Adam obudził nas w pociągu, to jeszcze wysiadł z niego z bezczelnym uśmiechem przyklejonym do twarzoszczęki. Jakby tego było mało, podczas gdy my zastanawialiśmy się co robić oraz próbowaliśmy lokalnych ciasteczek, on wyłożył się jak gdyby nigdy nic na ławce i udawał, że śpi. Podobno nie spał w ogóle w pociągu, ale przecież nikt go nie widział jak nie spał!

Bilety i szukanie noclegu

Poczekaliśmy do 6 aż otworzą kasę i… okazało się, że biletów do Surabaya na za trzy dni nie ma. Pani nam powiedziała, że na drugim dworcu, na pociąg z kurami i inwentarzem, czyli pewnie biznis+, można jeszcze kupić. Podziękowaliśmy i poszliśmy szukać noclegu. Patrząc na mapę poszliśmy… i 200 metrów do pierwszego hotelu zmieniło się w kilometr. I nic. Postanowiliśmy zapytać o drogę, co było genialnym pomysłem. Poszliśmy w zupełnie inną stronę. Oczywiście okazuje się, że główne wyjście jest w inną stronę na mapie – po co sobie takimi pierdołami zawracać głowę.

Trafiliśmy na dzielnicę z wąskimi uliczkami, bez skuterów i szumu ulicy – po lekkim zamieszaniu z naganiaczem, udało nam się zdecydować o miejscu zamieszkania. Koszt to 100000 za pokój. Czyli jakieś 30PLN. Rewelacji nie ma, ale jest internet. Co prawda z restauracji obok, ale oni tu wszyscy żyją jak jedna rodzina.

Śniadanie i świeże soki

Wzięliśmy prysznic w rewelacyjnie zimnej wodzie i postanowiliśmy odwiedzić restaurację (i dostać hasło do wifi). Z Michałem zamówiliśmy sobie po śniadaniu indonezyjskim za 30000 rupieci (10pln), na które składała się kopa świetnie smakującego, smażonego ryżu, na to omlecik, do tego herbata jaśminowa i duży sok z owoców albo sałatka owocowa. Super! Nina zamówiła sobie bodaj potrójny omlet z pieczarkami i smaczne też było. Co jadły Lipki niech ten promienny i radosny Lipek napisze. A co, niech ma coś z życia.

Komentarz Lipka

Iwona wzięła omlet z salami, pieczarkami i czymś czerwonym, ja zaś, jako iż nie byłem specjalnie głodny zamówiłem naleśnik z owocami (smaczny) oraz za radą koleżanki z pracy milk shake bananowy. Wszyscy popatrzyli na mnie z politowaniem – takie rzeczy to nie dla nas, Europejczyków… Brzuch Cię będzie bolał i nie wiadomo co potem… Miny im zrzedły, jak sami dostali soki ze świeżych owoców o podobnej konsystencji, natomiast bananowy milk shake był rewelacyjny . Podjąłem decyzje, że od dziś dzień bez shake’a dniem straconym!

AKomentarz Adama

To była zemsta za Indie, kiedy Grześ krzywo patrzył jak ja brałem sobie szejka i pytał, czy miewam problemy żołądkowe

Pół godzinki dla słoninki

Następnie udaliśmy się do pokoi na pół godzinki dla słoninki. Pół godzinki skończyło się po jakichś 4 czy 5 godzinkach, ale słoninka poczuła się dopieszczona. Dlatego też z Niną i Michałem udaliśmy się dopieścić ją znów, ale nie będę tego opisywał, bo wyjdzie, ze to blog kulinarny…

Bilety jednak są i spotkanie z Piotrem

Gdy wstaliśmy, zalogowaliśmy się na znany już nam portal z biletami kolejowymi i okazało się, że biletów jest full. Uznałem, że może nasi poligloci nie dogadali się z panią i pani mówiąc, że jest full, miała na myśli, że full miejsc. Dobra, żartowałem, głupie to było. Nie zmienia to jednak faktu, że na dworcu twierdzili, że biletów nie ma, a my mieliśmy do wyboru 70% miejsc. Poszliśmy na dworzec odebrać bilety i udało się to bez problemu. O co chodziło – zielonego pojęcia nie mamy. Następnie pojechaliśmy zawieźć Piotrowi, którego poznałem przez goldenline, czekolady i wafelki – to Polak mieszkający na stałe w Yogyakarcie.

Zapakowaliśmy się w jedną taksówkę, zostaliśmy zawiezieni pod sam dom. Piotr załatwił nam na kolejny dzień kierowcę z autem – będziemy zwiedzać miliony świątyń. Wracając, zaproponował, żeby zajechać jeszcze na główny plac, którego nazwę zapewne napisze Lipek, który do tego może się przydać

Komentarz Lipka

Plac alun-alun.

Rikszą na Alun-alun

(przynajmniej do tego. Choć nie, w sumie jeszcze wieczorem przyniósł kieliszek na odrobaczanie, więc do 2 rzeczy się nadaje). Pojechaliśmy rikszami – Piotr powiedział ile mają kosztować – panowie szczęśliwi nie byli, ale targowanie się jak się zna cenę jest o wiele łatwiejsze. Nie żeby ogólnie było jakieś trudne. Nawet Nina i Iwona zaczęły przejawiać skłonności do targowania się – moje uznanie. Już nie ma śmiania się ze mnie tylko ktoś sam się za to zabiera.

Kolorowe riksze na placu

Na około placu jeżdżą riksze z kolorowymi diodami, przyczepionymi na wszystkim co się da. Imitować ma to ryby, łabędzie i inne sprzęty domowe. Takie strasznie odpustowe dla mnie. Ale posmęciliśmy się po placyku i jakiś diabeł (diabeł, bo rudy i kobieta – Iwona) podkusił nas, aby iść piechotą. Jakoś nikt nie oprotestował, Iwona uparła się, że zwiedzać, zwiedzać, zwiedzać! Teraz natychmiast, trzeba nazwiedzać się za ten czas, kiedy zawiązywaliśmy sadełka.

Powrót w ulewie

Poszliśmy skazańcy. Znaczy skazańcy i PANtofel Lipek, który zaprotestować się bał. Burza na horyzoncie, ale idziemy twardo. I jak tu na nas nie chluśnie wanna wody. Lunęło jak głupie. Schowaliśmy się pod daszek. Potem skokami pod drzewo, jak przestało odrobinę. Potem pod kolejny daszek. Ściana deszczu. I jeszcze złośliwy komentarz Lipka, wygłoszony tak, by jego żona nie usłyszała – a wiecie, że tu może bez przerwy 3 miesiące padać?

Przestało padać i udaliśmy się w drogę. Kluczyliśmy wężykiem naprowadzani przez tuchtonów. Jeśli ktoś by się zapytał o mapę – to odpowiadam, że wedle mapy droga jest prosta i nie ma ani jednego zakrętu. Nie wiem kto takie mapy im rysuje.

Kolacja i pisanie relacji

Następnie kolacyjka, płyn na robaki, paciorek lulu i spać.

Znaczy spać cfaniaczki, a biedny ja klikać muszę.

Spać. Jutro oglądamy świątynie.

Wpis był pozytywny! Zapamiętać sobie!

Wydatki z kwietnia 2013 roku

pancake 8-15.000Rp

śniadanie indonezyjskie 30.000Rp

omlety 10-20.000Rp

herbata 5.000Rp

zupy 12-17.000Rp

dania indonezyjskie ok.25-30.000Rp

soki 8,5-12.000Rp

Podobało się? Podziel się wpisem