Park Sam Roi Yot tego dnia oznaczał dla nas jaskinię Phraya Nakhon, rejs kanałem i powrót przez ciepłą wodę przy zachodzącym słońcu. Z wejściem do jaskini długo się wahaliśmy. Krzyś miał własne pomysły, a zgubienie czerwonego autka mocno popsuło mu humor. To relacja Niny z listopada 2016 roku, dzień po przyjeździe do Blue Beach Resort . Ceny biletów, łodzi i przewodnika dotyczą tamtej wizyty.
Pobudka
Budzimy się po 9 i zamiast słodkiego leniuchowania zrywamy się ponieważ śniadanie wydawane jest tylko do godz. 10. Miejsce nad którym się dziś zastanawiamy, to jaskinia Phraya Nakhon . Informacje wyczytane w internecie dotyczące dotarcia do jaskini nie zachęcają ale Jai, właścicielka resortu, mówi, że była z Sonią tylko, że momentami musiała ja nieść ponieważ dziewczynka bała się. Wciąż nieprzekonani dajemy się zaciągnąć Krzysiowi na basen. Krzyś ćwiczy swoje nowe umiejętności pływackie. Po powrocie do domku robię małą przepierkę ponieważ nie ufam zapewnieniom gospodarza, że rano oddane pranie będzie gotowe wieczorem.
Tym bardziej, że na pytanie ile będzie to kosztowało słyszę, że w zależności od wielkości a nie od kilograma, do jakiej wyceny jestem przyzwyczajona w trakcie dotychczasowych podróży.



Rejs w stronę Phraya Nakhon
Postanawiamy jednak spróbować zwiedzić jaskinię. Wybieramy trasę składającą się z dopłynięcia łódką a następnie wejścia na górę. Droga do miejsca gdzie przybijają łódki to 8,5km od naszego bungalowu. Na miejscu zostawiamy samochód a uczynna Tajka pokazuje nam miejsce gdzie kupuje się bilety wstępu do parku i tłumaczy, że koszt wynajęcia łódki to 400thb, co potwierdza informacje od Jai. Bilety kosztują 200thb/dorosły i 100thb dziecko. W trakcie rozmowy dotyczącej łódki dostajemy propozycję popłynięcia pobliskim kanałem i opłynięcia wysp po powrocie z jaskini za cenę 1200thb. Po krótkim namyśle zgadzamy się. Dostaję numerek 12, który mam pokazać łódkowemu odbierającemu nas z plaży.





Do łódki wsiada się bezpośrednio z morza więc zdejmujemy buty a Krzysia przenosimy. Sama przeprawa trwa max 15min. Wysiadamy na pięknej plaży, gdzie sympatyczna pani kasuje nam bilety i proponuje przewodnika w cenie 300thb. Ponieważ nie wiemy, czy uda nam się w ogóle gdziekolwiek wejść dziękujemy i idziemy w stronę podejścia. Po drodze zaczepiam pana z ok. 5 letnią córką i podpytuję się jak wygląda wejście. Pan w odpowiedzi pyta o wiek Krzysia i po chwili namysłu mówi, że może nie jest łatwo, ale są punkty widokowe, można robić postoje a sama jaskinia warta jest tego by wejść na samą górę.
Upewnia się jeszcze, że mamy wodę. O ile ścieżka przez las wymaga zachęcania Krzysia tak schody powodują, że startuje pierwszy.





W górę, do jaskini Phraya Nakhon
Niestety po kilku pierwszych zwalnia a po kilku następnych chce wracać. Postanawiamy jeszcze nie włączać tajnego, rodzicielskiego systemu motywującego i po 15 min osiągamy punkt widokowy. Decydujemy, że Adam idzie w górę a ja z Krzysiem zostaję i jeśli nie będzie nas w miejscu, gdzie rozstaliśmy się to będziemy na plaży. W międzyczasie Krzyś zaczyna bawić się czerwonym autkiem i nawet nie zauważa kiedy Adam nas opuszcza. Jednak po kilku minutach zaczyna dopytywać się o tatę. Kiedy dowiaduje się, że Adam poszedł w górę zaczyna marudzić, że chce iść do taty. Licząc na to, że daleko nie zajdziemy zgadzam się i ruszamy.





Mimo mojego sceptycyzmu i kilku postojów docieramy całkiem wysoko. Zaczepiam starszego pana pytaniem, czy jesteśmy w połowie. Okazuje się, że jesteśmy praktycznie przy jaskini i teraz czeka nas łagodne podejście a potem zejście w dół.





Jaskinia Phraya Nakhon
Gdy dochodzimy do zejścia w dół spotykamy Adama a Krzyś radośnie oznajmia „tata jest!”. Adam proponuje, żeby zeszła na dół i obejrzała jaskinię a on zajmie się Krzysiem. Jednak młody nie daje się zbyć i powoli schodzą na dół. Jaskinia faktycznie jest piękna a dodatkowe wrażenie tworzą rosnące drzewa i pawilon wybudowany na jej dnie. Wysoko w górze widać dziury w skałach. Warunki do robienia zdjęć są ciężkie ale udaje się zrobić kilka ładnych.





Phraya Nakhon ma potężne otwory w sklepieniu. Przez nie do środka wpada światło i rosną drzewa, których korony sięgają ponad skalne ściany. Jasne wapienne powierzchnie przechodzą w ciemne wnęki, przy ścieżkach leżą wielkie odłamki skał.








Królewski pawilon w Phraya Nakhon powstał na wizytę króla Chulalongkorna w 1890 roku. Zbudowano go w Bangkoku, a następnie złożono wewnątrz jaskini. Ma otwarte boki i ozdobny dach, stoi na niewielkim podwyższeniu pośród kamieni i zieleni.






Czołówka, potwory i zejście na plażę
W celu poszukiwania potworów Krzyś zakłada latarkę czołówkę i eksploruje co ciemniejsze miejsca. Niestety wyjście z jaskini wymaga już motywacji więc najpierw w nagrodę robimy piknik z tajskich batoników bang. Później jest coraz gorzej więc koniec końców Krzysio ląduje Adamowi na barana. Końcówkę schodzi sam.








Dalej w głębi są zacienione miejsca z niewielkimi ołtarzykami i płonącymi świecami. Po wyjściu ku otworowi kontrast robi się bardzo duży: od ciepłego, słabego światła w skałach do jasnej zieleni pod niebem.




Rejs łodzią
Na plaży wszyscy zdejmujemy buty i brodzimy w płytkiej wodzie. W oczekiwaniu na transport siadamy na plaży, Krzyś bawi się swoim czerwonym autkiem. Zabiera nas dopiero czwarta łódka ale kieruje się prosto w stronę kanału. Musimy też założyć kapoki. Niestety chcąc opłukać ręce z malutkich kawałków muszelek, które tworzą nadbrzeżny piasek Krzyś wypuszcza z rąk swoje czerwone autko. Nie ma krzyków czy płaczu, po prostu jest bardzo smutny – obiecuję mu kupno nowego, oczywiście w kolorze blue.


Kanał i rybackie łodzie
Płyniemy sobie spokojnie rozglądając się w koło gdy naglę widzę dziwna kłodę. Okazuje się, że to nieduży krokodyl albo waran. Brzeg jest bardzo ładny ale niestety zaśmiecony. Biorąc pod uwagę ile zapłaciliśmy za wejście(Tajowie płacą 1/10 tego) wkurza mnie to ponieważ wystarczyłoby co jakiś czas przepłynąć się i pozbierać te śmieci, które prawdopodobnie są efektem mieszkających nieopodal rybaków. Wzdłuż kanałów stoją łódki służące do połowu ryb, które wyglądają trochę jak chińskie dżonki. Gdy zawracamy zastanawiam się, czy płyniemy już do brzegu, jednak okazuje się, że zgodnie z umową płyniemy dookoła wysp.





Wokół wysp i powrót podczas odpływu
Adam robi zdjęcia, Krzyś niestety znudził się przejażdżką więc gra na moim telefonie, który od czasu do czasu wypożyczam chcąc zrobić zdjęcie. Po drodze mijamy rybaków, zaplątujemy się też w linę od sieci ale szybko wyplątujemy. Słońce powoli zachodzi. Warto było wydać dodatkowe pieniądze na tą przejażdżkę. U naszemu zdziwieniu łódka zatrzymuje się daleko od brzegu a nasz sternik zamierza wysiąść. Czyżby byłoby tu aż tak płytko? Faktycznie w międzyczasie zrobił się odpływ, co oznacza, że do brzegu mamy spory kawałek. Z operatorem łódki rozstajemy się w uśmiechach.






Spacer o zachodzie słońca
Woda jest ciepła jak zupa, chyba cieplejsza od powietrza. Krzyś niesiony przez Adama szybko zaczyna pokazywać, że on też chce pobrodzić w wodzie. Postawiony na ziemi zaczyna biegać chlapiąc wodą naokoło. I nagle stojąc w tej wodzie ogarnia mnie niesamowite uczucie, wypełnia mnie szczęście od stóp do głów i jeszcze trochę. Krzysio biega i śmieje się, Adam robi zdjęcia i kręci filmiki a ja mam ochotę krzyczeć z radości. Czuję się taka bezgranicznie szczęśliwa. Na to uczucie składa się wiele rzeczy – mam świadomość, że mamy zarezerwowany nocleg a na parkingu czeka nasz samochód więc nie muszę martwić się o transport powrotny czy targowanie a nam wcale nigdzie nam się nie śpieszy.





Na horyzoncie słońce już zaszło i powoli robi się zmierzch, stoimy w ciepłej wodzie, nadbrzeże jest prawie puste i ciemne. dogłębnie czuję, że jestem na wakacjach i nic nie muszę – mogę wszystko powoduje, że czuję się szczęśliwa od stóp do ostatniego zakręconego loka. A tle brzmi muzyka, spokojna, sentymentalna muzyka, która już na zawsze będzie kojarzyła mi się z tą chwilą szczęścia. Gdy decydujemy się na kolację w knajpce na nadbrzeżu okazuje się, że muzyka dobiega z jednego z kilku samochodów Toyota Hilux, którymi przyjechała grupa Tajów świętujących coś przy jednym ze stolików.




