Meksyk · 2012

Meksyk – Valladolid

Adam, Nina Czas czytania: 4 min 18 zdjęć

DojazdTulum → Valladolid ? ~104 km

Cenota koło Valladolid: woda pod skalnym sklepieniem
Valladolid, Jukatan, Meksyk
Mapa: Valladolid, Jukatan, Meksyk

Meksyk

Kraj

2012

Rok wyprawy

18

Zdjęć

4 min

Czas czytania

Do Valladolid przyjechaliśmy z Tulum. Zostawiliśmy plecaki w La Candelaria, zjedliśmy tacos i pojechaliśmy do cenoty. Potem był spacer po mieście, kościelne podwórze z krzyżami przygotowanymi na Wielki Piątek i czekolada z wodą. Michał w końcu dorwał też kokosa, po dwóch wcześniejszych niepowodzeniach. To relacja z marca 2012 roku; ceny i opis noclegu dotyczą tamtej podróży.

Z Tulum do Valladolid

Pobudka wstać. Ćwierćmartwym, bo praca dogania człowieka nawet tak daleko. Na szczęście tylko telefonopatycznie. Zjedliśmy śniadanie, wymeldowaliśmy się z hostelu i udaliśmy się na dworzec.Dzisiejszy kierunek, to Valladolid. Jechaliśmy całkiem sprawnie, ADO, w TV leciał Iron Man 2 z hiszpańskim dubbingiem, a później Bear Brylls przemierzający Meksyk. Jak się rozbijemy, to już wiem co mam robić i jaką padlinę jeść. W sumie to widziałem tu sępy więc już z padliną zapewne sobie poradzę.

Nocleg w La Candelaria

Dotarliśmy do Valladolid i udaliśmy się do hostelu z LP – Nina zapewne zaraz wklika nazwę, bo mi takie rzeczy się nie zapamiętują. (Nina: La Candelaria) Z dworca trafię, ale zaśmiecać sobie pamięć nazwą? E tam. Całkiem przyjemny hostelik (co za *^*% maniera worda zmieniać hostel na hotel? Brrr). Najpierw widzieliśmy pokoik w altance, ale to była dwójka (bo oczywistym jest, że skoro przychodzą 2 osoby i pytają o 3 osobowy pokój, to znaczy, że nie znają liczebników ni po hiszpańsku, ni po angielsku. Wrrrr). Tak dostaliśmy pomieszczenie na poddaszu, czyste miłe, fajne.

Tacos w południowym upale

Dostaliśmy mapkę okolic i poszliśmy zjeść do polecanej przez hostel knajpki. 12 w dzień, słońce świeci bez litości, a w tym skwarze my. I zamknięta knajpa. A żeby was. Wróciliśmy się kawałek i zjedliśmy w knajpce, gdzie zostaliśmy zaprowadzeni do stolika w głębi, prawie w kuchni – tak wyglądało, jakby ktoś postanowił, że dziś brak mi pieniędzy na gazetę, to sprzedam parę tacos. Ale były bardzo smaczne. Oczywiście Nina wyjechała do Pani ze swym hiszpańskim i kolejny raz została ogłuszona odpowiedzią, której nikt nie zrozumiał (podobnie jak pytań w stylu placek ma być kukurydziany czy pszenny?) – ale na migi dało radę. W sumie jest łatwiej niż się spodziewałem. Jakkolwiek, było bardzo smaczne i bardzo tanie.

Taksówką do cenoty

Następnie taksówką za 50 pestek pojechaliśmy do cenoty.

NKomentarz Niny

Ha! Podobno miało być za 60, ale skoro pan taksówkarz chciał 50 to nikt z nim w górę nie będzie się targował

Współtuptusie marudzili, że gorsza jest od poprzedniej, ale mi się bardziej podobała: Schodziło się ze 20-30 metrów w głąb ziemi, gdzie była wielka komora, w środku wypełniona wodą. A na szczycie otwór, przez który wpadało słońce. Niestety aparat wyciągnąłem dopiero po wyjściu z wody i wstrętne słońce nie wpadało już do środka. To są właśne te chwile, gdzie człowiek żałuje, że mógł zrobić zdjęcie… bo następnego takiego nie zrobi.Woda była chłodna, ale orzeźwiająca. I pływały w niej sumiki, część takich idealnych na patelnię.

Kokos dla Michała: trzecia próba

Wyszliśmy i Michał dorwał się do kokosa. Za 20 pestek, czyli jakieś 5zł. Szału nie było, ale kiedyś kokosa piłem więc się spodziewałem. Ale kokos zaliczony. (Nina: generalnie kokosa udało się kupić za 3 podejściem. .Pierwsza próba była pod Coba – stwierdziliśmy, że jak wrócimy z oglądania ruinek to będzie fajnie napić się zimnego kokosa – jak wyszliśmy okazało się, że kokosy już się skończyły więc wypiliśmy sok z pomarańczy. Drugi raz na plaży – kosztował 40 i Michał tak długo się zastanawiał, że zaczęli zamykać bar i kokosy też się skończył. Tutaj też mieliśmy dylemat, bo może po wyjściu z cenoty już nie będzie?? Ale udało się, quest wykonany)

Spacer po Valladolid

Meksyk – Valladolid Wróciliśmy do Valladolid taksówką – pan nie był za szczęśliwy, ale skoro już zaczęliśmy się targować, to po co przepłacać? Szczególnie, że skoro w jedną stronę płaciliśmy 50, to w drugą nie będzie inaczej. Miasto Valladolid jest bardzo ładne. Jeszcze jakby było chłodniej, to byłoby fajniejsze. Spokojne, jak na Meksyk, malownicze.

Kościół i klasztorne podwórze

Meksyk – Valladolid Doszliśmy do mojego ulubionego miejsca. Katedry. Strasznie mi się klimat tego miejsca spodobał, niby nie jest strasznie stare, bo 16xx rok, ale naprawdę czuje się wiek i klimat miejsca.

Na podwórzu za kościołem leżały krzyże. Zapytałem kręcącego się po okolicach człowieka, czy są do tego co myślę – do pasji – i tak, na nich będą mężczyźni ukrzyżowani w Wielki Piątek, który będzie za tydzień. Mają ułatwienie, bo mają miejsce na nogi, ale i tak ciekawe…

Czekolada z wodą i kolacja

W drodze powrotnej zwiedziliśmy jeszcze fabryczkę czekolady, gdzie próbowaliśmy czekolady w różnych postaciach jako półproduktu, a także już różnych smaków. I wypiliśmy zimą czekoladę z wodą, jak Majowie pili. Bardzo smaczne. Później przeszliśmy się na kolację do innej polecanej przez hostel knajpki – ale to Michał musi napisać – obiecał, że później (zapewne po powrocie) zrobi relację z całości jedzenia meksykańskiego.

AKomentarz Adama

11 lat później dalej nie doczekaliśmy się…

Aqua fresca – to z przodu. Z pół litra za jakieś 4-5pln. Smaczne!

Moja zupa fasolowa z serem – taka nasza fasolka po bretońsku. Smaczne!

Moje tacos, które Michał wciągnął, bo myślał, że to jego. A jego tacos pan nie zapisał.

Wieczór w Valladolid

Wracając do hostelu, trafiliśmy jeszcze na wybory misek. Właściwie patrząc na wiek, to miseczek lub naparstków… Wcześniej tańce jakieś były, ale na finał trafiliśmy jakieś szarfy, dekoracje, wizyty w zakładach pracy…

Jeszcze tylko buzi w parku i spać…

Podobało się? Podziel się wpisem