Nie ma z nami Lipka, więc nie ma kto mi sprawdzać błędów. I poprawiać.
Na pewno tak dobrym poprawiaczem jak Lipek nie będę ale przynajmniej mogę się postarać. Zresztą należy czasem skorygować piszącego więc będę pełnić funkcję „redaktora”)
Ale nie naczelnego. Bo z naczelnych to masz tylko przodków
Tak więc liczyć muszę na Wasze dobre serce, wyrozumiałość i to, że głupi Word nie będzie zmieniał tego co piszę na to, co jemu się wydaje, ze ja chcę napisać.
Wstęp.
W tym roku miał być Wietnam. Wietnam, może Kambodża, Laos. Któregoś jednak wieczora, weekend Nina na stronie fly4free.pl napotkała informację obłędzie taryfowym do Meksyku. Meksyk z Amsterdamu za około 1200PLN. Przy normalnych cenach Lot z Polski to koszt ponad 3000. Lecimy? Napadła mnie z tym tematem w wannie. Nie wiem… możemy… w końcu zawsze chciałaś odwiedzić swą przyjaciółkę z liceum Martę. Niny brat, Michał stwierdził, że nie leci, bo nie ma kasy – kupuje w tym roku mieszkanie, ma je wykończyć, więc odpada. Ale dzwoń do Lipków, nie wybaczyliby nam jakbyśmy do Meksyku polecieli sami. Szczególnie, że tym razem Lipek byłby bardziej przydatni niż zwykle – oboje uczą się hiszpańskiego. Niestety. Lipki lecieć nie mogą. I tu nastąpiła konsternacja. Czy poradzimy sobie sami na takim wyjeździe. Do odważnych jednak świat należy – spróbujmy (Nina: do odważnych świat należy taa…. chyba ze 45min przekonywałam Go, że grunt to przygoda, że dzięki temu wyjazdowi usamodzielnimy się, no i będziemy kwita z Lipkami za to, że polecieli bez nas do Peru i Chile) (Adam: ok., niech tak sobie wmawia. Właśnie kazała mi napisać, że to Ona zadecydowała, że lecimy. Tak, kochanie, oczywiście kochanie, tak kochanie, śmieci też wyniosę). Nina zadzwoniła do szefa i uzyskała zgodę na wyjazd, u mnie zarząd nie sprawiał nigdy problemów w związku z wyjazdami (za co zarządowi serdecznie dziękuję) – więc lecimy!
Błąd taryfowy polegał na tym, że trzeba było wejść na stronę aireurpa.com, wybrać język hiszpański, wyszukać przelot, zmienić język na francuski i po francusku przeprowadzić całą rezerwację. Jako że francuski jak i hiszpański znamy dokładnie na takim samym poziomie, znaczy wcale, za pomocą translatora, analogii i losowania co tu wpisać (no może lekko ubarwiłem, ale tylko lekko) udało nam się zarezerwować przelot. Całość, od znalezienia informacji o wylocie, do zabookowania biletów zajęła nam niecałą godzinę. Martwić się, jak sobie poradzimy, będziemy mieli czas później.
Tu nastąpiła mała refleksja. Lecimy sami… a może jednak… TYYY!!! MIIICHAAAAAAŁ!!! Może jednak lecisz z nami? Znów marudził o kasie. (Nina: „ale nie chcesz spróbować jedzenia meksykańskiego”, mam wrażenie że ten argument przeważył) Ale jako, że kasa to rzecz nabyta, Nina zadzwoniła do szefa Michała (tak, niedziela wieczór) przedstawiła się jako siostra i zapytała, czy puściłby Michała do Meksyku. Chyba go trochę zagadała i zagłuszyła, bo wyraził zgodę… I zarezerwowaliśmy trzeci bilet.
Trzeba jednak jeszcze dostać się do Amsterdamu. I tu pojawiają się schody. Nie ma normalnych połączeń z Warszawy by mieć rezerwę czasową na odbiór bagażu i nadanie go dalej. Znaczy może i był, ale w jakiejś pogańskiej cenie. W sumie jedyna rozsądna opcja, to przelot do Amsterdamu dzień wcześniej, wieczorem, nocleg i rano lot do Madrytu i Meksyku. Minus był taki, że zarówno przelot był dość drogi (jakieś 700PLN, jak i hotel w Amsterdamie 400pln za noc… stawiał całą imprezę finansowo pod znakiem zapytania. Na szczęście trafiła się „szalona środa” z LOT’em – o 24:00 ze środy na czwartek pojawił się Amsterdam za 303PLN w obie strony. Sporo było fajnych miejsc, więc serwery LOT’u nie przeżyły tego. Około 2 w nocy udało mi się dostać do podstrony rezerwacyjnej, zobaczyć miejsca… i znów serwery padły. Jak wstały, miejsc na nasz termin nie było. Rankiem Michał znalazł u jakiegoś pośrednika te miejsca za wyższą kwotę. Niewyspany zalogowałem się by zarezerwować, coś mnie tknęło, sprawdziłem locie – są! I bez opłaty za pośrednictwo.
Dzięki temu przelot do Meksyku w obie strony kosztować nas będzie niecałe 1500. No i nocleg na lotnisku w Amsterdamie, ale to już nie pierwszy raz, więc postanowiliśmy nie brać hotelu, a za zaoszczędzone pieniądze zaszaleć na miejscu.
Miesiąc później zmienia się Michała rezerwacja – ma lecieć do Madrytu innym samolotem niż my. Na szczęście udało się zmienić też nasze rezerwacje, byśmy lecieli razem. Zawsze to raźniej. (Nina: tutaj należy się małe sprostowanie – bilety rezerwowaliśmy o ile pamięć mnie nie myli w listopadzie, w okolicach Boże Narodzenia dostaliśmy maila, że Michał leci tego samego dnia ale wcześniej. Wpadliśmy w panikę, w sumie sam latał mało, a tu i lotnisko w Amsterdamie – duże, w Madrycie – nie wiem czy nie większe… ustaliliśmy, że piszemy do aireuropa, że „my być rodzina i, że my lecieć razem”. Aireuropa odpisała „no problema” – polecicie wszyscy wcześniej. Dlatego też bilety do Amsterdamu rezerwowaliśmy później tj. po przesunięciu lotu Amsterdam – Madryt – Meksyk i ze świadomością, że po raz kolejny lotnisko Schiphol stanie się naszym domem na jedną noc)
W międzyczasie, 2 tygodnie przed wylotem, do Niny dzwoni telefon. Pani po hiszpańsku usiłuje się z moją małżonką dogadać Nie wychodzi, więc przechodzi na francuski, włoski… i nic. Uzgodniły jednak, że ma zadzwonić ktoś znający angielski. Mijają godziny, stres rośnie, nikt nie dzwoni. Nina uznała, że jak do jutra nikt się nie odezwie, to zadzwoni sama. Już ja znam swoją domową panikarę. Do następnego dnia wymyśliłaby jakieś 381 pomysłów na to, co mogło się stać, będzie snuć czarne myśli i mi psuć humor. Mam to gdzieś. Kazałem zadzwonić. Chwilę później dzwoni zestresowana, że lecimy przez USA i potrzebne są jakieś dane z paszportu. W tym momencie mnie szarpnęło.
I kto tu jest panikarą? Pan ładnie wytłumaczył, że to nic ważnego, że potrzebuje naszych danych z paszportu i, że mogę zadzwonić jutro. A to Adam wpadł w panikę i za 15 min miałam na mailu skany naszych paszportów i w celu wykonania kolejnego telefonu i zorientowania się, czy potrzebujemy wizę tranzytową
Panikę? A bawiliście się kiedyś w głuchy telefon? Ta moja poczwarka zadzwoniła i OZNAJMIŁA mi, że w sumie to Ona nie wie o co biega, ale lecimy przez stany i coś potrzebujemy, nie wie dokładnie co. To jak miałem zareagować?
Specjalnie sprawdzałem, czy nie lecimy przez Stany, bo jeśli tak, to potrzebna jest wiza tranzytowa. Nawet jeśli tylko ląduje się w Miami i nie wysiada z samolotu. Zacząłem kombinować nad załatwieniem wizy. Na szczęście okazało się, że tylko przelatujemy przez przestrzeń powietrzną USA i stąd potrzebne są dodatkowe rzeczy z paszportu. Kamień z serca.




























I to nas właśnie uśpiło. 42 metry to jakieś 15 pięter budynku, w 35 stopniach, pod stromą górę… Nieee my ledwo doszliśmy do podnóża jej. Jak mówią Lipki, jesteśmy podróżnicy po płaskim i najlepiej blisko. Uważam, że przesadzają, bo ja mogę równie dobrze i w górę i w dół, byle w lektyce…
Wdrapaliśmy się. Pot spływał z czoła po łydkach, w głowie się kręciło, ale weszliśmy. Żeby nam potem Lipki nie wygadywały, że nie włazimy nigdzie. Pewnie Lipki w tym czasie jeszcze ze 3 piramidy zwiedziły, ale na szczęście zostali w domu i nie psuli nam humorów swoją nadnaturalną kondycją i nieodłącznym ADHD. Widok z góry – trochę średni, spodziewałem się czegoś OOoaaaaoOOOoooaaaaa pac, bęc. Oczywiście, widok był fajny, daleki, ale zabrakło tego „czegoś” – ale może marudzę.




















































Wróciliśmy do Valladolid taksówką – pan nie był za szczęśliwy, ale skoro już zaczęliśmy się targować, to po co przepłacać? Szczególnie, że skoro w jedną stronę płaciliśmy 50, to w drugą nie będzie inaczej. Miasto Valladolid jest bardzo ładne. Jeszcze jakby było chłodniej, to byłoby fajniejsze. Spokojne, jak na Meksyk, malownicze.
Doszliśmy do mojego ulubionego miejsca. Katedry. Strasznie mi się klimat tego miejsca spodobał, niby nie jest strasznie stare, bo 16xx rok, ale naprawdę czuje się wiek i klimat miejsca.















W środku spotkaliśmy polską wycieczkę z rainbow tours. Włazili w kadr bardziej niż inni, czym o dziwo bardziej wnerwiali Michała niż mnie. Ja po Chinach chyba się uodporniłem na ludzi stających pół kroku przed moją skromną osobą i zasłaniających mi widok. Uznaliśmy, że jednak tu przyda się przewodnik – Nina zgarnęła jakiegoś sprzed wejścia, cena za anglojęzycznego przewodnika to 600. Było to dobrym pomysłem, zaserwował nam 2h wycieczki ze szczegółowym omówieniem każdej ruinki.
Byliśmy z samego rana, co dało nam sporo możliwości. Przede wszystkim nie było tłumów. Minusem było to, że nie trafiliśmy w przesilenie wiosenne – ale z innej strony wtedy koczuje tu około 30-40 tysięcy ludzi.A dlaczego? Ha. Tu właśnie widać geniusz lub wiedzę starożytnych. Gówna piramida w Chichen Itza zbudowana jest w bardzo przemyślny sposób. Nie dość, że jest kalendarzem, właściwie na raz dwoma kalendarzami, to jeszcze jest tak zbudowana, że w dniu przesilenia wiosennego cień piramidy, na schodach powoduje, jakby wąż się poruszał. Dzieje się to też przez kilka dni przed i po przesileniu. By coś takiego wymyślić, trzeba było nieźle pokombinować. I na dodatek perfekcyjnie zbudować.























Tak naprawdę na jedną część Kabah poświęciliśmy może z 15 minut i poszliśmy na drugą stronę drogi. Nina poganiała, że nie zdążymy na autobus (Nina: poganianie polegało na mówieniu, ile jeszcze czasu zostało). Chyba Ona. Dlatego trochę w biegu zerknęliśmy na najładniejszą część Kabah, połaziliśmy po ruinach, wleźliśmy wzorem Lipków gdzie się dało ( gdzie się nie dało też). Fajne miejsce, na jakieś 40 minut zwiedzania. I tyle nam zajęło, bo nasz poganiacz z batem pogonił nas na autobus. Bo za 20 minut ma przyjechać. I właśnie dlatego w skwarze (Nina: w cieniu, pod drzewem) siedzieliśmy 20 minut do rozkładowego czasu przyjazdu, a później jeszcze kolejne 30. Jakby więcej aut jechało, to byśmy zaczęli machać na stopa. Mieliśmy z Michałem niecny plan przejechać się pickupem ;> Niestety pickupy były pełne arbuzów, a w końcu autobus przyjechał.















































































Następnie ponad godzinę jechaliśmy 40 kilometrów do Agua Azul. Agua Azul, znaczy dosłownie Błękitna Woda i już z daleka widać, że nazwa jest pełnoprawna. Kolor swój zawdzięcza węglanowi sodu i wodorotlenkowi magnezu. Ha! Uczonym. Z góglami każdy może być uczonym. W każdym razie usłyszeliśmy, że mamy jakieś 2,5h, ponieważ dalej jedziemy autobusem i jak się spóźnimy, to nie pojedziemy.


















































Kolejka nie była jakaś wielka. Może ze 100m do wejścia na piramidę, potem schody, potem kolejka robiła wężyka na 5 razy po jakieś 70 metrów, później w górę po schodach, potem wężyk (pojedynczy więc chyba młody) i na górę. I na samą górę. Tak ze 30 minut, może 45. Nawet się nie zdążyłem zmęczyć wchodzeniem, bo trzeba było stanąć, poczekać, przejść 5 metrów, stanąć, czynność powtarzać. Czas na szczycie zaś, to jakieś 10 sekund, bo już kolejni muszą iść i służby porządkowe pilnują, by kolejka szła sprawnie





























































Całkiem sympatyczne miasteczko, malowniczo położone. Wąskie uliczki, aż chciało się spacerować (przesunęliśmy dzięki temu limit na spacerów na rok 2017)











Guanajuato jest bardzo fajną miejscowością. +10 do fajności dodaje jej fakt, że jest starą górniczą miejscowością, przerytą podziemnymi korytarzami. Tak naprawdę, to pod miastem znajduje się pewnie tyle samo ulic, co na powierzchni, przynajmniej w rejonie historycznego centrum miasta. Można wejść pod ziemię i z godzinę nie wychodzić. Pod ziemią są skrzyżowania, rozjazdy, parkingi – słowem świetny kopalniany klimat. Na powierzchni zaś klimat też jest ciekawy. Wąskie uliczki, drogi górę, w dół – idziesz i nie wiesz, gdzie wyjdziesz. Domy są bardzo kolorowe, umieszczone na wzgórzach – co powoduje, że użyję znów słowa które używam tu bardzo często – malownicze miejsce. Jako, że nie mamy za wiele czasu na zwiedzenie miasta, zakupiliśmy za 120 peso wycieczkę objazdową
































Na dworzec autobusowy dojechaliśmy przed czasem, ale tym razem nie była to zasługa Ninusia, po prostu chcieliśmy być wcześniej, a nie mieliśmy już co do roboty w mieście. Przynajmniej na dworcu był internet. W cholernym autobusie pierwszej klasy już nie. Uważam to za skandal jakbym znał hiszpański, to bym się odwołał! Albo spróbował. W sumie Nina ponoć już hiszpański umie, więc może by ją wysłać? ;>