Do Kanchanaburi ruszyliśmy po zwiedzaniu Sukhothai . Mapa pokazała około 430 kilometrów i sześć godzin jazdy, więc kolejny nocleg znów przypadł po zmroku. Krzyś zasnął, Nina nadrabiała pisanie, a ja coraz lepiej dogadywałem się z autem. Po przyjeździe najważniejsza była kolacja przy dworcu autobusowym. To relacja Niny z moim dopiskiem, z listopada 2016 roku; opis drogi, noclegu i straganów dotyczy tamtej podróży.
Droga z Sukhothai do Kanchanaburi
Nastawiamy mapę na kolejny punkt podrózy czyli Kanchanaburi i widzimy, że tego dnia również dotrzemy po zmroku. Przed nami około 430 kmi około 6h jazdy Już od pierwszego kilometra widać, że Adam czuje się dużo lepiej za kierownicą. Wyprzedzanie z prawej zaczyna być naporządku dziennym i zaczyna rozważać możliwość wyprzedzania również z lewej. Krzyś dosyć szybko zasypia zmęczony wspinaniem ibieganiem po świątyniach. Ja usiłuje nadrobić zaległości w pisaniu.






Przy drodze są płaskie, częściowo zalane pola i pojedyncze zabudowania. Bananowce i kwitnące krzewy stoją blisko asfaltu. Pod koniec dnia słońce jest już nisko, a jego odbicie wydłuża się na spokojnej wodzie.




Nocleg w Kanchanaburi po ciemku
Mimo iż Adam nadrabia ok. 30min w Kanchanaburi jesteśmy jak jest już całkowicie ciemno. Dodatkowo położenie guesthouse nie ułatwia sprawy ponieważ jest on położony w gąszczu ciasnych uliczek. Na szczęście kilka kroków od wejścia udaje nam się zaparkować samochód.Dostajemy klucze do niedużego ale czystego pokoju z wiatrakiem i łazienką. Zostawiamy bagaże i udajemy się w stronę dworca autobusowego,który jest niedaleko, aby coś zjeść.
Adam: Tak. Z dniem dzisiejszym zdecydowanie spodobała mi się jazda po Tajlandii. Dowolność w stronach wyprzedzania,dowolność w używaniu kierunkowskazów, całkiem niezłe drogi… Jechaliśmy na nawigacji google, która miejscami prowadziła nas opłotkami, ale dzięki temu mieliśmy fajne widoki na zdecydowanie mniej turystyczne miejsca tego kraju. Co do jazdy autemw Tajlandii – zdecydowanie polecam, szczególnie wypożyczenie auta z automatyczną skrzynią biegów, by nie przejmować sięzmiana biegów. Mimo lewostronnego ruchu – całkiem fajna przygoda.
Kanchanaburi
Zaliczamy najbardziej street foodowy posiłek, który bardzo nam smakuje.






Stoliki stoją tuż przy wózkach z kuchnią, pomiędzy nimi są plastikowe taborety. Nad ladami wiszą menu ze zdjęciami, pod nimi piętrzą się miski, talerze i składniki. Z jednej strony stoją skutery, z drugiej przechodzi się do kolejnych stoisk.




Słodycze i owoce na wieczornym targu
Przechadzamy się jeszcze między straganami i kupujemy kawałek brązowego ciasta, które wygląda trochę jak pasztet ale jest smaczne i polane jakbysosem karmelowym, i kawałek czerwonego cista, która wygląda jak galaretka ale smakuje jak słodki makaron ryżowy. Po drodze do pokoju kusimy się jeszcze na naleśnika z dżemem jagodowym, bananami i czekoladą.






W szklanej gablocie są metalowe misy i przygotowane porcje w woreczkach, z osobnymi warstwami jasnego mlecznego płynu oraz kolorowych dodatków. Dalej leżą owoce i warzywa, poukładane w szerokich stosach. Nie wszystkie słodycze da się rozpoznać po wyglądzie, co zresztą wyszło nam przy tych dwóch kawałkach ciasta.






Naleśnik na koniec wieczoru
Na okrągłej płycie smaży się jeszcze naleśnik z kolorowymi dodatkami. Wokół garkuchni świecą lampy, a nad ladami wiszą różowe i zielone świetlówki.



Jeszcze tylko prysznic i kładziemy się spać bo jutro czeka nas wczesna pobudka.
