10.10.2010 Chiny Kobiecym okiem.

Chiny 2010 Kobiecym okiem

 

Chiny – powrót – jesteśmy w domu!

Wczoraj wróciliśmy do kraju cali i mniej więcej zdrowi. Bartek odebrał nas z lotniska a Michal przygotował sandwiche, ciasto i ciepła herbatę. Dziś my wracamy samochodem do domu. Reszta relacji mam nadzieje wkrótce!

P.S. Hm… Czy u nas zawsze było tak mało ludzi? 😉

02.10.2010 dzień XVI – Shao Lin

Wstaliśmy skoro świt o 8:00. O 8:30 byliśmy na dole w recepcji. Nasza urocza Chinka zaproponowała nam, że za 50 RMB dostaniemy karty  wstępu do lokalnych przybytków. Wyrobienie sobie takiej karty kosztuje co prawda 150, ale to zdjęcia trzeba zrobić i to trwa i jak jest się dłużej to jest rozsądne, a że zdjęcia na tych kartach, co dostaliśmy, były średnio podobne, to nie problem. Dla nich każdy biały wygląda tak samo. W druga stronę działa to przecież na tej samej zasadzie. Najfajniejszą kartę dostał Lipek – na zdjęciu miał bujną fryzurę, jaka zapewne miał, ale przed 20 laty. Poszliśmy na autobus, zahaczając jeszcze po drodze przydrożny interes śniadaniowy – w zagłębieniu muru kobieta sklejała pierożki, a przy ulicy jej mąż smażył je na palenisku. Zakup został dokonany. Ninie tak zasmakowało, że dokupiła jeszcze pierożków, czym chyba wprawiła w ogromne szczęście właścicieli. Nie ze względu na zysk, ale na to, że obcym smakowało. Na dworzec autobusowy trafiliśmy bez problemu, busik już stał i był prawie pełen. Znaczy wszystkie miejsca siedzące miał zajęte, ale pani naganiaczka kazała wchodzić. Dostało mi się znów mikrokrzesełko. Wyglądało na jeszcze bardziej mikre niż te plastikowe, które zostało przy drodze w Guilin, więc nie byłem przekonany. Pani jednak była bardzo przekonana więc usiadłem. Wygodne było nieziemsko, jakby siedzieć ja szklanym garnku… po kilkuset metrach postanowiłem wstać, ale pani zaczęła gdakać po swojemu to ustąpiłem. Jednak gdy dopakowała jeszcze na jakimś przystanku lokalesów, postanowiłem przekazać jej, że mam ją w głębokim poważaniu – wstałem i nie zamierzałem siadać, mimo wyraźnych sugestii. Zrezygnowała i posadziła tam jakąś Chinkę. Gdy dojeżdżaliśmy do Shaolin, kazała nam kucnąć – znaczy się przewozili nielegalnie nadmiar turystów. Nie umknęło to uwagi służbie mundurowej, która zatrzymała busik. Upychaczka wdała się w pyskówke z policjantem, a wszystkich usiłowała wypchnąć z busa. Nie polubiłem jej, więc uznałem, że nie ruszam się, będzie miała nauczkę, by nie sadzać starych ludzi na karnym jeżyku. Jednak mimo gwałtownej wymiany zdań, szybko się znudziliśmy, gdyż nie dochodziło do rękoczynów, a tylko do darcia się, to odpuściliśmy sobie i podreptaliśmy raźnym truchtem do klasztoru. Przed bramą stały drużyny z proporcami, a gdy ich mijaliśmy akurat zbierali się i pomaszerowali za klasztorną bramę, wydając groźne bojowe okrzyki. Bramę przeszliśmy bez problemu, pani popatrzyła na nasze przepustki i bez problemu wpuściła za bramę.

Fajna sprawa z tymi zdjeciami na biletach – zupelnie inne facjaty, choc niewyrazne. Chinczycy widza biale twarze, niezrozumiale znaczki – machaja reka i puszczaja. Podobnie dzialaja legitymacje studenckie.

Za nią była pierwsza szkółka, gdzie dzieci trenowały kung-fu, skoki, a grupa dziewczynek ćwiczyła gwiazdy. Idąc dalej minęliśmy jeszcze kilka szkółek aż doszliśmy do miejsca, gdzie odbywają się przedstawienia. Akurat chyba jedno się skończyło, bo miejsc siedzących było sporo. Usiedliśmy i czekaliśmy. Zobaczyliśmy jeszcze próbę przedstawienia i po pół godzinie rozpoczęło się. Studenci biegali z różnymi rodzajami broni, grała muzyka, skakali, bili się, robili sztuki niemal magiczne. Najciekawsze było chyba, gdy jeden ze studentów przytknął sobie do brzucha miskę z uszkiem, poruszał mięśniami brzucha, zrobił podciśnienie w misce… i trzymała się jego brzucha. Następnie przez ucho w misce przewleczono kij i 2 „mnichów” podniosło go w górę. Bardzo widowiskowe. Inną rzeczą było przebicie gwoździem plexi i przebicie balonu po drugiej stronie. Potem bijatyki, skoki i na koniec wspólne ćwiczenie tai-chi. Komercja maksymalna, ciosy markowane, ale przyjemnie się oglądało. Później poszliśmy na kolejny pokaz, tym razem w salce – dość podobny, acz występował jeden taki gumiasty – potrafił zarzucić sobie nogę na szyję stojąc. No i element „zabawny” – na scenę zostały zaproszone 3 osoby i musiały naśladować ruchy „mnichów”. Cała sala ryczała ze śmiechu z nieporadności ochotników. Najlepszy dostał płytę DVD z filmem o Shaolin, a reszta mogła sobie taka kupić, chodziły panie sprzedające. Znaczy przerwa na reklamę. Porażka na całej linii. Potem znów skoki, pokazy i temu podobne. I koniec. I teraz można sobie zdjęcie z „mnichami” w pozycji bojowej zrobić. Acz trzeba im przyznać, że każdego potrafili w kilka sekund tak ustawić, że wyglądał groźnie, bojowo i profesjonalnie. Oczywiście za niewielka opłatą…

Komercja nie komercja, trzeba przyznac, że trzyma klimat. Ogromne zastepy uczniow w kolorowych przebrankach, kolekcje broni jak z filmow karate, wszystko to biega, macha, podskakuje. Pokazy calkiem fajne, choc mi osobiscie “magiczne sztuczki” nie przypadaja do gustu (przebijanie szyby tudziez plexi, lamanie metalowych sztab i lamanie grdyka wloczni) – chyba za duzo się naogladalem takich rzeczy w telewizji i domyslam się, że po prostu oszukuja ludzkie oko. Ogolnie Shao Lin jest fajny!

Do samego klasztoru nie weszliśmy. Nie dość, że tłum który ją szturmował przypominał promocje na schab w Tesco, to jeszcze zamiast 30RMB chcieli od nas 100. To niech się wypchają trocinami i tłuczonym szkłem. I dopchają biletem wstępu. Powędrowaliśmy do miejsca, gdzie są pochowani wielcy mistrzowie (Pagoda Forest – Las Stup)– fajne miejsce, z małymi kapliczkami, ale atmosfera pikniku nie do końca nam pasowała. Uwaliliśmy się nieopodal kolejki górskiej i odpoczywaliśmy obserwując toczące się fale chińskiej inwazji. Gdy się napatrzyliśmy/naodpoczywaliśmy, zdecydowaliśmy o tym, by wjechać na górę kolejką. Przed schodami sprzedawali bilety, po 60 w dwie strony, ale Lipka coś tknęło i zarządził spacerek do kolejki, by zobaczyć jak tam wygląda. Po wejściu na schody zobaczyliśmy sceny dantejskie. Tłum w kolejce tłoczył się falował, zakręcał. W pełnym słońcu, bez odrobiny cienia. A już przy samej kolejce dochodziło do rękoczynów, gdy ktoś usiłował się wepchnąć. Kolejka tak na oko na jakieś 2-3h. Natychmiast odechciało nam się oglądać Shaolin z góry. Za to Lipki wymyśliły nową atrakcję – odwiedzić jaskinię, odległą o zaledwie 4km. Jako, że pod górę, to postanowiłem sobie odpuścić. W moim wieku pod górę, to można najwyżej zostać wniesionym, albo na przykład by się w cieniu ułożyć z piwem w dłoni, z widokiem na Chinki. A tak, to niech sobie te kozice same biegną w górę. Z Niną postanowiliśmy na nich poczekać na dole. Chwilę później, uświadomiliśmy sobie, że zamiast bez sensu czekać, możemy skoczyć do banku wymienić kasę – wtedy jutro się dłużej pośpi. Lipki zaakceptowały pomysł i podreptaliśmy w stronę autobusu. Po drodze widzieliśmy jeszcze jakieś małe przedstawionka. Do banku trafiliśmy ekspresowo, pokazaliśmy 20 dolarów i 100RMB by wyjaśnić, że chcemy to zamienić, zawołany został obsługant i wypełniliśmy formularze, skserowano nam paszport i wykonano biurokratyczne czynności. Dostaliśmy numerek i poczekaliśmy chwilę. W kasie przez maszynkę do sprawdzania pieniędzy usilnie nie chciało 20$ przejść, drugi obsługant przyszedł, obmacał banknot, obmacał maszynkę, ale ta była bezlitosna. Wypluwała tylko ten banknot. Popatrzyli na nas pomyśleli ile problemów będą mieli z wyjaśnieniem tego nam i dali spokój maszynce. Wypłacili kasę bez problemów.

Na gore poszlismy pieszo 4km aby zobaczyc jaskinie, w ktorej wielki Damo medytowal 9 lat w jednej pozycji. Jak już mu się znudzilo, a na skale pozostal slad po jego ciele zszedl na dol i zalozyl klasztor Shao Lin. Wdrapalismy się na gore po tysiacu schodow w niecala godzine. Hm, jaskinia to bym tego nie nazwal, co najwyzej grota. W srodku postawili chyba jego posag, miejsca zostalo na jakies 3,5 Chinczyka. Kilkanascie dodatkowych metrow w gore i jestesmy przy 30 metrowym Buddzie widocznym z dolu. Widoki calkiem calkiem. Kolejne kilka metrow i zdobywamy mala pagode na szczycie, do zludzenia przypominajaca gazebo z Heroes of M&M – 2000 experience points bo było wysoko ;-). Droga na dol jakies 45 minut, powrot do hostelu bez problemow.

W hostelu spotkaliśmy się z Lipkami i poszliśmy na kolację. Tym razem do lokalu, gdzie ponoć jest menu z obrazkami. Po drodze zaliczyliśmy jeszcze uliczny koncert, na którym po chwili byliśmy ciekawszą rzeczą niż muzykanci. Knajpa była prawie pełna, ale niestety stolik się znalazł. Zamówiliśmy 3 potrawy, z czego dla mnie tylko jedna była jako tako zjadliwa, pod warunkiem, że wyjadałem samo mięsko, taki podpieczony boczek. Reszta w tej potrawie to czerwona i zielona papryczka chili. Za to Lipek był przeszczęśliwy – sapał, parskał, stękał, ale wciągał w siebie papryczki z wyrazem błogości w oczach. Ja się najadłem bardzo szybko i zabrałem się za studiowanie rozmówek polsko mandaryńskich. W hostelu zaś zabraliśmy się za rozpracowywanie lokalnej wódki, 50%. Taki bimber.

Mmm… Bimberek pierwsza klasa – nie wykrzywia pyska i milo rozgrzewa 😀 .

Zrobiło się wesoło, ale o 22:02 przyszła nasza ulubiona Chinka i poprosiła, żebyśmy byli trochę ciszej, bo się ludzie skarżą. A jak oni chrapią, to ja się nie skarżę. Skończyliśmy butelkę i poszliśmy do siebie spać.

 

[fusion_builder_container hundred_percent=”yes” overflow=”visible”][fusion_builder_row][fusion_builder_column type=”1_1″ background_position=”left top” background_color=”” border_size=”” border_color=”” border_style=”solid” spacing=”yes” background_image=”” background_repeat=”no-repeat” padding=”” margin_top=”0px” margin_bottom=”0px” class=”” id=”” animation_type=”” animation_speed=”0.3″ animation_direction=”left” hide_on_mobile=”no” center_content=”no” min_height=”none”]

[/fusion_builder_column][/fusion_builder_row][/fusion_builder_container]

01.10.2010 dzień XV – Xi’An, ZhengZhou

Dziś dzień wyjazdu z Xi’An. Naturystka, tfu – nasza turystka, Iwona nie mogła odpuścić, by nie zobaczyć kolejnego znanego zabytku, z którego słynie to miasto – Pagody Dzikiej Gęsi. Mi włączył się tryb strajkowy, pagód już widziałem dość, więc odpuściłem sobie to widowisko – i znów zaoszczędziłem parę RMB na napoje – herbatka jaśminowa słodzona miodem rządzi! Dlatego też opis tego przybytku znajdziecie albo jeśli Lipek się zlituje, albo w relacji Iwony i Niny. Dość, że wrócili o 11, nie do końca zadowoleni – na zewnątrz ponoć jeszcze jako tako, ale środek był tragiczny. Ale jak wspominałem, to już nie moja relacja.

Jako że pagoda byla w druga strone niż dworzec i centrum, bez wiekszych problemow dostalismy się do autobusu. Postanowilem wziac sprawy, a raczej minimape w swoje rece i prawie udalo mi się ustalic przystanek, na ktorym mamy wysiasc. W ostatniej chwili poradzilem się jednak jakiejs uroczej tuchtonki a ta kazala wysiasc przystanek dalej, za co jestesmy jej wdzieczni.
Przed pagoda, ktora widac z daleka, sa dosc duze planty, na ktore skladaja się ogromna fontanna, po ktorej niemal doslownie mozna chodzic, betonowe schody, latarnie, skwery, posagi oraz kramiki. Te ostatnie maja duzo pamiatek po rozsadnych cenach, ale trzeba się naszukac, aby nie kupic badziewia jakiegos. Planty sa o tyle istotne, że sa za darmo, w przeciwienstwie do pagody. Wejscie do parku ja okalajacego wymagalo wydania 50, a przed sama pagoda zazadano kolejnych 35 yuanow. To również jest istotne, bo przewodniki pisaly o odpowiednio 25 i 20 yuanach. Co wiecej, jedyna atrakcja pagody jest jej siedem pieter a konkretnie to ostatnie, z ktorego przy dobrej pogodzie roztacza się widok na cztery strony swiata i na fontanne. Nasza pogoda byla srednia, ale fontanna wygladala ladnie. Wnetrze pagody – pozny Gierek. Lamperia i bielone sciany. Z zewnatrz nasza dzika gaska nie wyglada najlepiej (przypomina postpeerelowski betonowy moloch, choc z bliska to wrazenie ustepuje na rzecz drobnych szczegolow), ale wierzcie lub nie w srodku jest duzo gorzej. Park ja otaczajacy natomiast jest ladnie utrzymany, ale kolejna swiatynia buddyjska, kilku mnichow, pare skwerkow i kilkunasto- (dziesiecio? Nie pamietam) -tonowy dzwon cuda swiata z tego nie czynia. Nie wiem, moze nam się Buddha przejadl, a moze chinskie daszki. Jedno jest pewne, za cokolwiek się Chinczyki nie wezma, to proby odnowienia zabytku masakruja wielowiekowe budowle w sposob dramatyczny.
Ach zapomnialbym, nie upilnowalem dziewczyn i te kupily sobie po dzwoneczku z czerwonymi fredzlami, a Nina poszla na calosc i wydala pieniadze urodzinowe na plyte CD z buddyjskim biadoleniem. Z litosci pomine jej cene, dosc powiedziec że na plycie sa 4 kawalki z czego Nine interesuje drugi, a przynajmniej tak jej wmowil pan sprzedawca. Gdyby takie ceny osiagaly utwory mp3 w necie, sklepy by już dawno splajtowaly.
Wrocilismy do hostelu bez wiekszych przygod, no moze tylko jedna – sniadaniem w mocno lokalnej knajpie. Zamawianie polegalo na pokazaniu paluchem co ma sasiad, a czasow swietnosci ten lokal chyba nigdy nie mial. Myslalem, że Adas bedzie zły, że popuscilem dziewczynom, a azjatycka zupka go ominela, ale trzeba przyznac że przyjal wszystko to dzielnie na klate bez mrugniecia okiem.

Ja zjadłem mufinkę bananową i coś bliżej nieokreślonego co mi zona kupiła – coś pośredniego między biszkoptową roladą z masą, a bułką cebulową. Oni zaś jedni w lokalnej knajpie zupki. O 12 wymeldowaliśmy się. Z radością opuszczaliśmy ten hostel – nie dość, że głośny, to jeszcze obsługa była mocno średnia – niby wszystko ok, ale dystans był wyraźny. W sumie chyba najgorsza ekipa ze wszystkich. Wyszliśmy z hostelu i weszliśmy w tłum. Jedna wielka chińska masa przewalała się po ulicach, nie było nawet metra kwadratowego bez człowieka. Na przystanku był jeszcze większy tłum – a jeszcze chwilę temu wydawało się, że jest to niewykonalne. Już wiem, czemu chińczycy są dość mali – jakby byli więksi, to by się wszyscy w tym kraju nie zmieścili… Każdy autobus pełen był skompresowanych do granic możliwości chińczyków. Z plecakami absolutnie nie byłoby możliwości dostać się do środka. W sumie bez nich także. Postanowiliśmy przebijać się przez tłum w stronę dworca – kawał drogi, ale miasto było tak zakorkowane, że była to jedyna rozsądna decyzja. Po jakimś kilometrze, Lipkowi udało się wypatrzeć autobus innej linii jadącej do dworca – i udało nam się wbić w niego prawie bez problemów.

Jak już pisalem – tego dnia wzialem mape w swoje rece ;). Gwoli uzupelnienia: przejscie kilometra nie oznacza spokojnego spaceru chodnikiem. To ciagle przeciskanie się przez hordy ludzi, ktorzy zalegaja na ulicach. Trzeba się przeciskac, wybierac droge, lawirowac, uwazac na plecak, odmawiac nagabywaczom, pilnowac się nawzajem. Zycie w Chinach nie jest proste… Na szczescie nie spotkalismy się z przypadkiem jawnego oszustwa, kradziezy czy napasci.

Następnie w korkach podążyliśmy tym pojazdem kołowym w stronę przeznaczenia. Oczywiście, nie dojechaliśmy do dworca – znów maksymalny korek spowodował, że kierowca zatrzymał autobus i wygonił wszystkich ze środka. Doszliśmy do dworca i bez problemu stanęliśmy w ogonku chińczyków pragnących znaleźć się w tym budynku. Oczywiście kontrola biletów przed wejściem, skanery, bajery. Pokazano nam drogę do pomieszczenia, w którym oczekiwało się na pociąg. Wielkie, jasne, z dużymi telewizorami na których leciał program propagandowy z przekazem podprogowym. Poczekalnia powoli zapełniała się. Na chwilę przed planowanym odjazdem była już wypełniona w 110%. Chińczycy stanęli w blokach startowych. 3…2..1.. POSZLI! Bramki zostały otwarte. Tłum zaczął wylewać się w korytarz prowadzący na peron. I kolejny raz sprawdziło się, że kochają tłum – szli jedną stroną, drugą można było ich wyprzedzić bez problemu. Zeszliśmy na peron i zobaczyliśmy pociąg widmo – już sam jego kształt był taki, że zdawało się, że ucieka i rwie się do przodu. Takie coś, o czym nawet PKP za 100 lat nie będzie śniło. Wsiedliśmy do wagonu 2 klasy. Wygodne siedzenia, numerowane, więc nie ma problemu ze znalezieniem miejsca. Rozłożyliśmy się w fotelach. Pociąg ruszył. 40km/h jechał przez miasto. Cisza, można rozmawiać nawet szeptem. Za miastem przyspieszył. 200km/h. Ale czad! Dalej cicho. No, w takich warunkach można jechać. Za oknem widzieliśmy kilka tras dla pociągów, w tym jeszcze przynajmniej jedną dla szybkiego pociągu. Rozmawiamy, śmiejemy się gdy niepostrzeżenie na wyświetlaczu pojawia się 300km/h. Lipek stwierdził, że właśnie wyprzedzamy Kubicę. Prędkość doszła do 350km/h… W pociągu, każdy wagon miał panią do sprzątania mopem i panią obsługantkę. Mopowanie odbywało się synchronicznie, w całym pociągu w jednym momencie panie chwytały za mopa i sprzątały. Podróż minęła dość szybko i wygodnie.

To tak jakby trzy swiaty. Przed dworcem ogromne tlumy ludzi, wielu brudnych i biednych, koczujacych a nawet spiacych. Granice wyznacza mundurowy wpuszczajacy na dworzec za okazaniem biletu. Tu ludzi nadal duzo, ale znacznie lepiej. Po wejsciu do poczekalni dla 1/2 klasy (soft/hard) czuje się, jakbym przez zasieki przedostal się na strone sojusznikow. Trzeci swiat to pociag – od wygladu zewnetrznego, poprzez wnetrze jak z nowoczesnego samolotu, a konczac na jego szybkosci, ktora wbija w ziemie.

Po wyjściu z pociągu leniwie powędrowaliśmy z tłumem w dół, do przejścia podziemnego. I tu nastąpiła zagwozdka. W lewo east exit, w prawo west exit. Albo odwrotnie. Ale nigdzie nie jest napisane, w która strone iść. Więc tłum się rozdzielił. Poszliśmy w prawo. Doszliśmy do jakichs bramek, przy których stała pani w mundurku i przez megafon się wydzierała. Oczywiście po ichniemu. Musieliśmy kupić bilety do Pekinu, więc potrzeba było nam kasy biletowej. A Ticket Office było akurat za drąca się panią, która dawała nam znaki, byśmy udali się pędem w drugą stronę. Została zignorowana, lecz w kasie biletowej nie było nikogo. Wobec tego faktu postanowiliśmy zgodzić się panią i udać w przeciwnym kierunku. Wyszliśmy na powietrze i dość szybko zlokalizowaliśmy kasy biletowe. Koło dworca są zawsze 2 wielkie tłumy – jeden przy kasach, a drugi przy wejściu na dworzec – a w okolicach jeszcze są całe tabuny okupujące każde płaskie miejsce, by sobie ukucnąć wśród ogromnych paczek. Na dworcu ze 30 kas. Przy części od pierwszego wejścia dziki tłum, przy drugim wejściu może ze 20% tego – a to to samo pomieszczenie, na kasach pisze dokładnie to samo – przeanalizowaliśmy znaczki dość dokładnie (nie zgodze się – na tych kasach pisze co innego. Poza tym nie uwierze, że Chinczycy ktorzy wszedzie probuja się przecisnac do przodu chocby nie dawalo to zadnego zysku stali w dluzszych kolejkach dla sportu. To, że w takich kasach sprzedaja bilety bialym moze miec kilka przyczyn, o ktorych kiedy indziej). Wobec tego stanęliśmy w kolejce, gdzie było może z 10 osób. Znaczy Iwona stanęła a Nina ją ubezpieczała. Niestety, na ten pociąg, który chcieliśmy nie było biletów, ale ponoć na pociąg o 18:06 były, ale tylko pierwsza klasa. 256RMB. 2 klasa – 213, więc różnica nieznaczna. Dziewczyny wyraziły zgodę, pani kasę wzięła i uciekła. Znaczy gdzieś poszła i zniknęła. Na szczęście wróciła i wydrukowała bilety. No, to nam ulżyło, wszystko układa się po naszej myśli, zadowoleni udaliśmy się szukać autobusu do DengFeng. Co może być w tym trudnego? Naprzeciw dworca kolejowego masz wsiąść w autobus do DengFeng i to cała filozofia. Aha. Jasne. W Chinach nic nie jest proste.

“W Chinach nic nie jest proste” – te swiete slowa proponuje wygrawerowac Arialem 32 Bold w kolorze czerwonym w kazdej glowie, w ktorej zakielkuje chec podrozy do Panstwa Srodka. Autobusem na dworzec, tam przesiadka. Gdzie drugi autobus? Na przeciw dworca. Nic prostszego. Tyle, ze dworzec ma szerokosc 500m, przed nim plac z dziesiatkami barierek, kolejek, kas, straganow i trylionem Chinczykow. Autobusow też dziesiatki, mundurowych kilka rodzaji. Napisy po ichniemu. Cos, co oceniasz na 5-10 minut (przesiadka) tu zajmuje pol godziny, jeśli masz odrobine szczescia to moze 20 minut. W Chinach nic nie jest proste ;).

Naprzeciw dworca kłębiły się tłumy, autobusów było tez ogrom. Tak więc koniec języka za przewodnika. Wsiądziecie w autobus 519 i będzie ok. A gdzie staje? A tam, do przodu, w lewo i jakoś tak w lewo. Tak tez poszliśmy. Za zakrętem zapytaliśmy, jak dostać się do DengFeng. A to w tamtą stronę pokazano nam kierunek, z którego przyszliśmy. Dopiero Lipek postanowił cos z tym zrobić i dorwał jakaś lokalną ślicznotkę i zapytał, czy mówi po angielsku. Mówiła, trochę. Zaprowadziła nas na dworzec autobusowy – dokładnie na początkek naszej wędrówki, obok miejsca, gdzie podano nam numer autobusu. W kasie biletowej zaś pani zaproponowała nam bilety… na jutro, gdyż na dziś nie było miejsc, a został tylko jeden autobus. Jakiś lokalny naganiacz nagonił nam jednak busika i Iwona wytargowała z 800 na 400 lokalnych pieniążków. I tak kupa kasy, ale po pierwsze alternatywą byłoby szukanie hotelu na jedna noc i płacenie za to pewnie więcej. Ponadto to jednak kawał drogi. Uznaliśmy, że to najdroższa taksówka w naszym życiu. Droga trwała prawie 2h. Obawialiśmy się, że człowiek nie wie gdzie nas wiezie, bo nie wyglądał na przekonanego, ale dostał wizytówkę hostelu z napisanym „Take me to” i chińskie krzaczki, więc mieliśmy nadzieje, że coś z tego wyjdzie. Zresztą, jakby nie wyszło, to nie dostałby kasy. Dotarliśmy do DengFeng, kierowca pokazuje mi na wizytówce, że jesteśmy przy Train Station, co jest 2 przecznice od hostelu. Twardo pokazuje mu na mapkę i na hostel. Tu jadę, widzisz? TU. Ustąpił bez specjalnych awantur, ale widać, że nie wiedział gdzie jechać. Zatrzymywał się i pytał, co powodowało w nas rosnąca nadzieję. Zdecydowanie wyglądało to pozytywniej, niż podczas podróży przez Indie. Nagle dojechaliśmy na miejsce, kierowca ucieszył się ogromnie. Nie byłem do końca przekonany, że dobrze trafiliśmy, ale gdy wszedłem i dopadła mnie gadatliwa Chinka, wiedziałem, że to tu. W przeciągu kilku sekund dowiedziałem się, że tak, mamy rezerwacje i że się spóźniliśmy i się martwiła o nas i że pada i żebyśmy wchodzili i że serdecznie zaprasza i że…. No jakby chiński klon mojej ukochanej żony. Wróciłem po resztę grupy i plecak a za mną wybiegło dziewczę z parasolem, byśmy nie mokli. Szok. Dostaliśmy 2 pokoje, w tym jeden „książęcy” przypadł nam, a drugi, z 2 dwuosobowymi łóżkami wzięły Lipki. Ogólnie hostel wygląda bardzo skromnie, ozdoby były zrobione bardzo prosto i biednie, kojarzyły się z koloniami letnimi, sanitariaty tak samo – ale pokoje były bardzo czyste i schludne. Na dodatek dowiedzieliśmy się, że łóżka są na podwyższeniach z cegieł, tak jak kiedyś Chińczycy sypiali, jest drewo by była odpowiednia energia i lampka tez dopasowana – naprawdę mimo skromnych warunków poczuliśmy się bardzo fajnie. Czas na kolację. Zeszliśmy na dół i zapytaliśmy gdzie można zjeść – została nam pokazana ręcznie narysowana mapka okolicy z zaznaczonym każdym sklepem i knajpką, z informacja co tam sprzedają. Kolejny szok. Trafiliśmy do jednej z pobliskich knajpek. Przy wejściu pani w stroju ludowym pociągnęła nas wgłab sali do stolika. A ten usyfiony, jak wszyscy diabli. Zresztą wszystkie usyfione, a większość zajęta. Przyszła pani z menu z robaczkami i kilkoma obrazkami i Iwona zaczęła wybierać. A to zieleninka, a to mięsko, a to krojona szyneczka wyglądająca jak szynka parmeńska. Domyśliliśmy się, że będzie to coś zupopodobnego, każdy z nas dostał mała kuchenkę spirytusową. Wybraliśmy wszystko, ale pani uparcie domagała się, żeby zamówić coś z pierwszej strony. Uparta była niesłychanie. Doszliśmy do wniosku, że to pewnie rodzaj zupki, więc wybraliśmy na chybi trafił. Wspólnymi siłami usiłowaliśmy panią przekonać, że chcemy jedzenie nieostre, ale mam wrażenie, że z naszego pokazywania zrozumiała, że Lipek w domu maltretuje Iwonę przez duszenie, aż jej oczy i język wychodzą, a nam zionie z pyska. Chyba w kalamburach byśmy nie osiągnęli tutaj zbyt wiele. Następnie przyszło do zamawiania piwa. Beer! Four! Four beer! Cztery załapała, ale nie mogła załapać czego cztery. Pokazywaliśmy na inny stolik, gdzie mieli piwo, Nina napisała beer na kartce, ale dopiero Iwona krzycząc „o tam poszło” i pokazując kelnerkę z piwem rozjaśniła sytuację. Zaczęły nadchodzić potrawy. Najpierw garnek zieleniny – kapusta pekińska, sałata, szałwia czy coś podobnego i inne zielone paskudztwa, które są dobre dla zwierząt, a nie dla normalnych przedstawicieli gatunku ludzkiego. Przyniesiono każdemu po garnuszku z zupą – coś podobnego do naszej pomidorowej, bardzo smaczne. Bulgało to sobie radośnie na kuchenkach spirytusowych, gdy donosili kolejne zamówione rzeczy – pokrojone bardzo cienko mięsko, grzyby, pulpeciki, tofu, orzeszki, makaron i masę innych rzeczy. Instrukcja obsługi dla opornych – najpierw wrzucało się do garnuszka pulpecika z grzybkiem, potem makaron, a na parę sekund przed planowanym jedzeniem mięsko i zieleninę. Potem wyciągało się na talerzyk i ciamkało z radością. Czynność powtarzało się dopóki były materiały lub w brzuszku pozostawał choć kawałek wolnego miejsca. Wyszliśmy napasieni jak bąki, acz Lipek twierdzi, że średnio mu smakowało. Ocenił smak na jakieś 6 a ekstremalność doznania na wysoką 9.

Wplyw na doznania mialo także sasiedztwo kilku podpitych autochtonow przy stoliku obok. Zachowywali się glosno, balaganili, a jeden uparcie spluwal pod stol ;-). Tuz przed zamknieciem restauracji, co nie nastepuje wcale zbyt pozno (ok. 22?), obsluga wynosi co zostalo z kuchni, rozsiada się gdzie popadnie i konsumuje przy pozostalych klientach. Z tego co zaobserwowalismy tutaj to norma, podobnie jak posilek wszystkich gospodarzy w lokalach rodzinnych.

Następnie grzecznie udaliśmy się na spoczynek.

30.09.2010 dzień XIV – Xi’An III

Do terakotowej armii, z Xi’An jest stosunkowo blisko. Dlatego też udało nam się wstać po wschodzie słońca. Zmarnowaliśmy jeszcze dwie godziny na rezerwację hostelu w Pekinie, co jakis znaleźliśmy, to zanim się zdecydowaliśmy, to już był zarezerwowany. W końcu się udało i wyruszyliśmy.

Mysle, że ze sniadaniem to było nawet okolo 3h. Ogromna ilosc czasu marnujemy na rezerwacje i kupno biletow. O ile hostele mozna zabookowac wczesniej telefonicznie lub internetem, to bilety na pociag da się kupic tylko z miejsca odjazdu pociagu. Dramat. Druga sprawa to ich swieto – jako iż Chinczycy po 10 chyba latach pracy maja dwa tygodnie urlopu, to jak trafi im się coroczne swieto kilkudniowe wyruszaja jak szarancza na podboj swojego kraju pozerajac wszystkie bilety, hostele i co im tam pod drodze wpadnie w przezuwaczki. Nie polecam tego terminu na przyjazd tutaj.

I znów droga na dworzec autobusem i kolejny raz nie dojechaliśmy do niego… Korki zatrzymały nas już ładny kawałek od dworca. Podreptaliśmy raźnym krokiem. Na dworcu znaleźć mieliśmy autobus 306 i nim pojechać w dal. Po drodze, w autobusie Lipek napatoczył się na lokalnego studenta, który znał angielski (…)

“znal angielski” to o wiele za daleko posunieta teza, nie majaca potwierdzenia w rzeczywistosci. Mimo iż studiowal anglistyke porozumiewal się w Chinglish, lokalnej odmianie angielskiego z uzyciem slow i szyku zdania wlasciwych dla jezyka chinskiego a co najwazniejsze z akcentem chinskim. To ostatnie powoduje, że pijany Londynczyk z kluskami w gebie zdaje się mowic jezykiem calkowicie zrozumialym, jeśli go postawic przy Chinczyku. Nie zmienia to faktu, że studencik byl mily i pomocny.

(…) i przegadali kawał czasu – co więcej, zaprowadził nas do tego autobusu i pożegnał się – kolejny uczynny człek na naszej drodze. Stwierdził, ze dziwi nam się, że tak sami jeździmy, że dajemy sobie rade i to nie znając chińskiego – on, jak pierwszy raz do Xi’An przyjechał, zobaczył tłumy ludzi, wsiadł do taksówki i pojechał. Kierowca woził go godzinę i wysadził w okolicach dworca, mówiąc, że nie może znaleźć adresu. Skasował za to 100RMB. Już to widzę, jakby tak na nas trafiło, nie miałby bidulek łatwego życia. W każdym razie wpadliśmy do autobusu, pomni zasady, że Chińczycy się pchają, wpakowaliśmy się przed jakąś Chinkę rozmawiająca przez telefon i hajda, do środka. Nina pierwsza, zajęła ostatnie cztery miejsca, na jedno rzuciła plecak, trzy osłoniła własnym ciałem tak, że napierający na nią Chińczycy trafili na niezłą przeszkodę. Następnie nadciągnął książę na białym koniu, czyli ja i uratowałem ją, wypychając Chińczyków w stronę początku autobusu. Bo przecież już miejsc nie było, to czego mi tu będą powietrze zabierać? Zasiedliśmy na zdobytych miejscach, przyszła bileterka, popatrzyła i wygoniła resztę, dla których nie wystarczyło miejsc siedzących. Wyglądając za okno tknęło nas dziwne przeczucie… Do autobusu była kolejka, na jakieś 100 osób… a my bezpardonowo, bez kolejki wepchnęliśmy się przed nich wszystkich, na dodatek jeszcze część z autobusu pogoniliśmy… Niestety, po dwóch tygodniach w Chinach straciliśmy wszelkie objawy miłosierdzia, skrupułów i całą cywilizacyjną otoczkę, którą nam nasze matki przy pomocy paska wpajały od urodzenia.

Akcja jak z filmu, nie zobaczylbym to bym nie uwierzyl. Ale musza się dziwic, że biali też się umia pchac ;-). I nikt nic nawet nie pisnal, a przynajmniej nic co bysmy zrozumieli :P. Wogole bardzo często wsiadamy na ostatnie miejsca w autobusach tutaj… Dziwne.

Jechaliśmy z godzinę i jak to zwykle w Chinach, koniec nastapi nagle i niespodziewanie. Autobus zatrzymał się na jakimś parkingu, wyłączył silnik i zapanowała konsternacja. To już, czy jeszcze nie? Trochę trwało, zanim ludzie uznali, że to tu, a my upewniliśmy się u naszej bileterki. Do przejścia był niecały kilometr, podczas którego uzgodniliśmy, że bierzemy przewodnika, bo chodzić i oglądać terakotę, to mogę u sąsiadów, którzy ja maja na podłodze, a tu to przewodnik przynajmniej powie, na co patrzymy. Szukając wejścia, staliśmy na jakims parkingu, gdy jakas kobieta w mundurku zaczęła krzyczec do nas i machać, pokazując stronę. Okazało się, że pokazuje kasy biletowe, a ponadto jest przewodnikiem. Jej angielski był zrozumiały, więc upewniając się, że ona będzie oprowadzała nas, zgodziliśmy się na zaproponowane warunki – do 5 osób, jest po 30RMB za pipola. Kupiliśmy bilety i tu przydała się mi legitymacja studencka, która nieopatrznie zawieruszyła mi się w kieszeni – i zamiast 90RMB jak wszyscy, zapłaciłem 45.

Jeśli ktos ma legitymacje studencka, nawet niewazna, a moze nawet od kolegi – brac do Chin i kupowac bilety że znizka na bezczela!

Zaoszczędzone pieniądze postanowiłem przeznaczyć na napoje, które mają bardzo smaczne i ciekawe. Weszliśmy na teren, kontrola bagażu, małe obmacywanko, ale nie odnaleziono u nas substancji niebezpiecznych (nie wiedzieli, że Lipek niebezpieczny jest sam z siebie, ale jest niewykrywalny dla skanerów) (z tego co pamietam z ostatniej imprezy w Starym Mlynie jestem “Niezniszczalna Gwiazda Smierci” a Iwona to “Baba Fett” 😉 ). Po małym wprowadzeniu historycznym, zostaliśmy zaprowadzeni do pierwszego pawilonu – zawierającego około 1200 terakotowych wojowników. W ogromnej hali, stoją w rzędach wojownicy. Każdy inny, każdy ma inne rysy twarzy, a zbroje są bardzo szczegółowe. Zreszta zbroje ponoć były hurtowo wyrabiane, a twarze były właśnie takim dziełem sztuki – ręcznie formowane z gliny i wypalane. Na przedzie stoją oficerowie, po bokach straż boczna, wygląda to naprawdę fajnie. W części relacji przewijają się marudzenia, że daleko, że nic nie widać i temu podobne – my byliśmy przed ich narodowym świętem, Chińczyków było zatem o wiele więcej niż normalnie – i jakoś daliśmy sobie radę. Ponadto Chińczycy mają manierę zbierania się w grupy – wystarczy odejść parę metrów w bok by stać przy barierce – a dwa kroki obok kłębi się tłum na 3-5 osób włażących sobie na plecy. Ponadto ktoś, kto spodziewał się, że będzie spacerował przy samych terakotowych wojownikach, chyba się z nimi na głowy pozamieniał. Puste i terakotowe. I tak jest wystarczająco blisko, by doskonale wszystko widzieć. Idąc wzdłuż szeregów wojowników, w strone końca sali, widać wojowników w gorszym stanie, albo jeszcze nie do końca poskładanych. Od połowy sali zaś, zaczynają się wykopaliska, trwające cały czas – można patrzeć, w jaki sposób części wojowników są wydobywane z ziemi. Dalej są stanowiska, gdzie części są katalogowane i dopasowywane. Następnie powędrowaliśmy do jamy nr 2, gdzie było stanowisko dowodzenia, około 30 czy 60 wojowników, oficerów i jeden dwumetrowy generał. Taka mała jama. Nina uparcie twierdziła, że jeszcze coś tu musi być, ale bała się zaproponować, że pójdzie po łopatkę i pomoże szukać. Zapewne nie spotkałoby się to ze zbytnim uznaniem. Trzecia jama, większa od drugiej, ale mniejsza od pierwszej, to jeszcze nieodkopane elementy – nieodkopane, gdyż chińscy archeolodzy czekają na taka technologie, która pozwoliłaby odkopać to wszystko nie powodując żadnych zniszczeń. Pomiędzy druga a trzecią jamą, przewodniczka zaprowadziła nas jeszcze do sklepu, do którego MUSIAŁA iść, by uzyskać pieczątkę – taki sposób naciągania turystów – oryginalne terakotowe wojowniki, z certyfikatem za dużego wojownika jedyne 16000RMB. Ale z okazji świąt promocja i można było sobie takiego kupić za połowę ceny. Lipek by sobie takiego kupił, ale niestety zupełnym przypadkiem miał już pełen plecak, więc z żalem porzucił myśl o posiadaniu terakotowego wojownika w salonie. Wracając zaszliśmy do chińskiego odpowiednika KFC – sieci Dicos i zjedliśmy jakiegoś fast fooda. Nawet smaczny. Następnie, w ogromnych korkach wracaliśmy do Xi’An. Na dworcu były takie tłumy, że nie dawało się nawet przejść. Ledwie wbiliśmy się do autobusu jadącego do hostelu. Tam zamówiliśmy sobie frytki i mojito. Frytki dostaliśmy szybko. Mojito nie. Kelnerka biegała tam i z powrotem z plastikowym pudełeczkiem. Po prawie pół godzinie przyszła i powiedziała, że niestety nie ma mięty. No mojito bez mięty jest nieakceptowane, wiec zrezygnowaliśmy i wkurzeni poszliśmy spać.

To już drugie miejsce, gdzie zamawiamy mojito i nie ma miety. Tutaj natomiast przegiecie było podwojne, bo to byl czwartkowy dzien promocji… mojito O.O .

29.09.2010 dzień XIII – Xi’An II, Hua Shan

2010_09_29_10_50_56_Adam

Hua Shan. Święta góra Taoizmu. Dla nas była miejscem, które chcieliśmy zobaczyć, ze względu na widoki a także na „najtrudniejszą ścieżkę trekkingową na świecie”. By dojechać do Hua Shan, musieliśmy wstać skoro świt i udać się autobusem na dworzec, skąd odchodził kolejny autobus, linii nr 1 do Hua Shan. Z uwagi na zbliżające się święto proklamowania Chińskiej Republiki Ludowej, od samego rana na ulicach panował tłok i ilość mieszkańców państwa środka drastycznie wzrosła. By dostać się do autobusu, trzeba było wykorzystywać wszystkie swe atuty – wzrost, masę oraz „nisko i łokciami”.  Autobus do Hua Shan jedzie około 2 godzin, ma do pokonania 100km. Po drodze widać budujące się autostrady, linie kolejowe, elektrownie… i systematycznie niszczone domy wysiedlonych mieszkańców, których część postanowiła pozostać i wyżłobiła sobie mieszkania w skałach. Z oknami, drzwiami… W Hua Shan, przesiadamy się do busika, wiozącego nas 8 km w górę, do wejścia na górę – acz droga przypomina trochę wejście na morskie oko – z racji ograniczonych zasobów czasu i chęci, woleliśmy zapłacić za busik prawie tyle, co za poprzednie 100km – 20RMB – a za dojazd do Hua Shan zapłaciliśmy po 22… Przy okazji, przed wejściem do busika, trzeba się zaopatrzyć w bilet wstępu w góry, za okrągłe 100 RMB… Zwiedzanie w Chinach nie jest tanie, o nie… Busiki wiozą nas do punktu, z którego staruje kolejka górska, a także ścieżka – obie te drogi prowadzą na wierzchołek północny – na wysokość trochę ponad 1600m – droga piesza w górę, to jakieś 4h – więc koszt kolejki – 150RMB byliśmy w stanie zaakceptować. Tu  moja uwaga – ceny zmieniają się chyba z miesiąca na miesiąc – w przewodnikach pisało jeszcze o 100RMB, tak samo mówili w hostelu – więc jadąc do Chin zwiedzać, trzeba być przygotowanym na dodatkowe wydatki, by nie musieć rezygnować z co ciekawszych rzeczy…

Ogolem wyprawa wyniosla 22(autobus)+20(busik)+100(wejscie)+150(kolejka)+30(o tym pozniej)+20(busik)+22(autobus) = 334RMB co daje okolo 157PLN. Dodatkowo rekawiczki jak ktos nie ma 2 i autobus z/do hostelu 2.

2010_09_29_11_07_21_Nina
Wjazd na górę

I tu nastąpiło coś, czego się nie spodziewaliśmy. Jadąc z Xi’An cały czas były niskie, deszczowe chmury. Gdy dojechaliśmy do stacji kolejki, okazało się, że świeci słońce! A już myśleliśmy, że nic nie zobaczymy… Wjechaliśmy kolejką – wagonik na 6 osób szybko wspinał się w górę. Nie dość, że szybko, to jeszcze nachylenie sięgało 45 stopni a odległość do ziemi była taka, że hoho. Bardzo wysoko. Jeśli ktoś ma jakiekolwiek problemy z wysokością, przestrzenią czy problemy zdrowotne – niech lepiej omija to miejsce szerokim łukiem. Dotarliśmy do szczytu północnego i ruszyliśmy na podbój góry. Rozdzieliliśmy się, gdyż Iwona z Lipkiem po górach biegają jak kozice, wspinają się po pionowych ścianach, trzymając się ich jak muchy, więc nie chcieliśmy opóźniać ich marszu. Szczególnie, jak zobaczyliśmy prawie pionowe podejścia, na których kłębił się tłum chińczyków. Umówiliśmy się, że musimy zjechać z gór przed 17 – przed ostatnim autobusem – i Lipki pognali w górę mając motorki w tyłkach, a my statecznym krokiem ruszyliśmy za nimi. Szczególnie, że na górze pojawiło się troche chmur i szczyty w nich tonęły. Co w takim razie z czegoś takiego można zobaczyć? Mgłę to ja mogę sobie oglądać równie dobrze koło swojego domu na polu, nie musząc biegać po skałach. Drogą pięła się cały czas w górę. Schodki, łańcuchy, barierki i miliard chińczyków. W klapkach, mokasynach i innych dziwnych rzeczach na nogach. Lalunie jak nad Morskim Okiem, niektóre w dresikach, niektóre w szpilkach. Spocone i umordowane , ale idące w górę, by nie sprawić zawodu swym partnerom, co chwilę zatrzymywały się i robiły słitaśne foty. Ilość zdjęć, które robią sobie sami chińczycy jest szokująca. Dokumentacja wspinaczki – co 10 schodów zdjęcie siebie nieba. Zdjęcie siebie i skały. Zdjęcie siebie i chmury. Zdjęcie siebie i schodka. Aaaaaa! I zatrzymują się nie patrząc, że tamują ruch. Na niektórych podejściach łańcuchy się dość mocno przydawały – Nina cieszyła się, że kupiła sobie u stóp góry rękawiczki – za 2RMB. Szliśmy we mgle w górę, aż doszliśmy do zlotej bramy, gdzie wisiało mnóstwo czerwonych wstążek i kłódek. Do tego miejsca dochodziła większość ludzi i zawracała. Godzina była jeszcze młoda, więc nie zatrzymując się długo, podreptaliśmy na szczyt centralny – było już dość blisko i tak naprawdę nie było tu już za wiele wdrapywania się – poszliśmy w lewo – idąc w prawo można się tez dostać na centralny szczyt, ale trzeba iść po długich i stromych schodach w górę – więc nasz wybór okazał się lepszy. Szczyt centralny (środkowy) znajduje się na wysokości 2042 m. n. p. m. – więc jest trzeci pod względem wysokości. Najwyższy jest Południowy, wznoszący się na wysokość 2160m. Na Szczycie centralnym znajduje się świątynia i punkt widokowy – i gdy tu doszliśmy, wyszło słońce! Widoki oszałamiały. Góry są naprawdę piękne, strzeliste, a przepaście głębokie. I najciekawsze jest WC – budki zawieszone nad 200 metrowym urwiskiem, z dziurami po środku, by wylatywało co ma wylatywać – załatwienie potrzeby w takim miejscu – bezcenne… szczególni gdy wtedy spojrzy się w dół. Posiedzieliśmy tu jakiś czas i udaliśmy się na dół – droga w dół była już łatwiejsza, acz trzeba mocno uważać, szczególnie na mokrych fragmentach szlaku. No i idąc w dół, po jakimś czasie czuje się drżenie łydek… a krok musi być pewny. Wracając dopiero w niektórych miejscach widzi się stromiznę szlaku – w pewnym miejscu prawie pionowe schody w dół – ani Nina ani ja nie pamiętaliśmy, byśmy pod coś takiego podchodzili, ale droga była jedna, więc musieliśmy – widać podchodziło się łatwiej niż schodziło. Prawda jest też taka, że i tak radziliśmy sobie lepiej niż większość chińczyków, którym zejście małego kawałka zajmowało bardzo długo. Nie mówię tu już o tych kozicach z lepkimi łapkami – tzn Lipkach, bo oni obiegli wszystkie szczyty i biegiem zbiegali do kolejki – Więc jakby Lipek usiłował coś zaprzeczać, to możecie mu nie wierzyć – to są mutanty i krzyżówki muchy z pająkiem. Nikt normalny tak po górach nie biega. Co widzieli na górze i co robili – niech Lipek napisze – a jest co opisywać.

Po pierwsze – my, w odroznieniu od Adama posiadamy cos takiego jak instynkt zdobywcy. Jeśli jest szczyt, to nalezy go zdobyc. Jeśli po drodze sa piekne widoki – fantastycznie. Jeśli nie, zatkne wirtualna flage i to mi musi wystarczyc. Tlumaczac Adamowi – mgla na szczycie w chinach jest inna niż ta u niego na polu, cokolwiek na ten temat mysli. Dodatkowo nawet zamglone szczyty moga być zapamietane na cale zycie (że przypomne Starorobocianski, wtajemniczeni wiedza o co chodzi).
Po drugie, nie biegamy po gorach jak kozice. Mamy slaba kondycje (efekt wieloletniego siedzenia przed komputerem itp.), szybko się meczymy i ogolnie jestesmy ciency jak dupa weza. Na dodatek zwykle swiadomie przeceniamy wlasne sily w efekcie zmuszajac się do nadludzkich wysilkow. Jako dowod – gdy idziemy w Tatry nigdy nie miescimy się w czasach z mapy, a wszyscy nas wyprzedzaja. W chinach to my wszystkich wyprzedzalismy, ale to inna historia a raczej efekt ich podejscia niedzielnego turysty.
Po trzecie i najwazniejsze – ponizej relacja Iwony z wejscia na 4 szczyty i kladke nad przepascia!

(…) Dosc szybko się rozdzielilismy, gdyz Nina z Adamem doszli do wniosku, że nie dadza rady przejsc calej zaplanowanej trasy, a my przez nich nie zdazymy. Przystalismy na to i ruszylismy do przodu. Po jakis 300m zamiatalismy już jezorami kamienie, bo schodki ostro piely się w gore i nasz brak kondycji szybko dal znac o sobie. Na szczescie po poczatkowym ostrym podejsciu zrobilo się troche lagodniej, a my zmotywowani dluga droga, checia dotarcia do slynnej kladki oraz ostatnim autobusem o 17 ruszylismy bez marudzenia do przodu. Pogoda się troche popsula, zamglilo się po maxie, wiec na szczyt centralny i wschodni dotarlismy co prawda, ale o widokach moglismy zapomniec. Niezle wygladalo jedno z dwoch na Hua Shan hardcorowych miejsc: dwa schodki, potem mgla i zwisajacy w ta zamglona przepasc lancuch. Poniewaz było to odbicie nieplanowane i nieposuwajace nas naprzod – darowalismy sobie. Po jakis 2,5h dotarlismy pod poludniowy szczyt i przesunelismy się w kierunku, gdzie prawdopodobnie ma być kladka, czyli “najniebezpieczniejszy szlak swiata” (bo calego masywu zdecydowanie nie mozna tak nazwac, bo wszedzie sa kamienne lub betonowe schody, porecze lub lancuchy, zadnych przepasci nieodgrodzonych, a w jednym miejscu schodo-drabina).
Doszlismy przez kolejna taoistyczna swiatynke do miejsca zagrodzonego barierka z gosciem i gosciowa siedzacymi przed zawieszonymi uprzezami do wspinaczki. Gadamy do nich czy to tu jest kladka, a on że tu się nie wchodzi, a ona że “pay”. Na pytanie “how much” uslyszelismy jakis belkot i oboje oddali się swoim czynnosciom: stukaniem na komorce i patrzeniem na wlasne obuwie. Hm… No w sumie rzadko tu zdazala się aż taka olewka. Na szczescie znalazla się jakas pomocna Chinka mowiaca po angielsku, w efekcie czego wyskoczylismy po 30 Yuanow na osobe i już po chwili gosciu zapinal nas w uprzeze (na ramiona, nie nogi!), pokazujac jak tego uzywac. Akurat zrobila się mgla, wiec wkurzalismy się, że nic nie widac. No dobra, jak wiec wyglada ten szlak? Caly ma moze troche ponad 100m, pierwszy odcinek jest pionowym zejsciem po metalowych klamrach (jak ktos chodzil po Orlej Perci to nic dziwnego), potem pare metrow stopni wykutych w pionowej skale, a dalej jest to, co na wiekszosci zdjec z tego szlaku, czyli ok. 50m pozioma kladka skladajaca się z 2 desek, przyczepiona do pionowego okolo 500m klifu. Robi wrazenie – fakt, zwlaszcza jak się na niej trzeba wyminac, bo szlak jest dwustronny. Na kladce zrobila się nagle piekna pogoda, mgla się rozeszla, slonce zaswiecilo i ogarnela mnie taka radosc, że jestem w tak niesamowitym miejscu, że gdyby nie fakt, iż kladka miala ok. 35cm szerokosci i wisiala wysoko, to zaczelabym chyba podskakiwac ;-). Ogolnie uczucie nie do opisania. Bylismy oboje zachwyceni, podekscytowani, porobilismy sobie zdjecia, nawet krotki filmik nakrecilismy i dzielilismy się wrazeniami że spogladania w dol przepasci pod stopy. Magiczna chwila. Jak ktos lubi tego typu adrenaline – polecam! Ale dla ludzi z lekiem wysokosci to musi być koszmar. Generalnie mi duzego poczucia bezpieczenstwa dodawala swiadomosc bycia przypieta. Koncowka i cel szlaku to kolejna mala kapliczka w grocie oraz stara sosna, rosnaca poziomo (jak na Sokolicy) nad przepascia, na ktorej – o zgrozo – byly poprzywieszane wstazki (wieszane tutaj masowo na szczescie), w takich miejscach, że nieprawdopodobnym wydawalo się, żeby ktos tam wszedl je zawiesic i nie spadl. Chwilke tam zamarudzilismy i poszlismy spowrotem kladka, stopniami i klamrami.
Dotarlismy do poludniowego, najwyzszego na Hua Shan szczytu (2155m), pogoda nadal nam sprzyjala (na kladce zdazyla się z 3 razy zmienic), widok stamtad byl rewelacyjny, dopiero stad moglismy docenic jak bardzo te gory sa malownicze. Szybko zaliczylismy szczyt zachodni, po ktorym zostalo nam 40 min. na zejscie. Prawie zbiegalismy wiec po schodkach, ktory po kladce wydawaly się teraz zupelnie lightowe i w efekcie, wyprzedzajac tabuny Chinczykow, tuz po 16 bylismy już przy kolejce linowej, gdzie czekali Nina z Adamem.

Zdążyliśmy na ostatni autobus, o 17 i wróciliśmy do Xi’An.

Hua Shan było jedną z najlepszych rzeczy, jaką widziałem w Chinach – naprawdę robi wrażenie i warto się tam wybrać!

 

 

2010_09_29_11_35_06_Lee

2010_09_29_12_09_50_Adam

2010_09_29_12_10_16_Adam

2010_09_29_12_20_10_Adam

2010_09_29_12_23_32_Lee

2010_09_29_12_50_30_Lee

2010_09_29_13_15_40_Adam

2010_09_29_13_29_48_Adam

2010_09_29_13_32_32_Lee

2010_09_29_13_42_44_Lee

2010_09_29_13_47_26_Lee

2010_09_29_13_48_58_Lee

2010_09_29_13_58_48_Adam

2010_09_29_14_02_10_Adam

2010_09_29_14_09_08_Lee

2010_09_29_14_25_02_Lee

2010_09_29_14_29_56_Adam

2010_09_29_14_30_04_Lee

2010_09_29_14_39_08_Adam

2010_09_29_14_45_24_Adam

2010_09_29_14_46_40_Lee

2010_09_29_14_48_34_Lee

2010_09_29_14_48_58_Lee

2010_09_29_14_49_42_Adam

2010_09_29_14_51_50_Adam

2010_09_29_14_58_10_Lee

2010_09_29_15_16_28_Adam

2010_09_29_15_22_24_Adam

2010_09_29_15_33_36_Adam

2010_09_29_15_37_36_Adam

2010_09_29_15_41_44_Adam

2010_09_29_15_45_38_Lee

2010_09_29_15_48_40_Adam

2010_09_29_11_23_06_Lee

2010_09_29_11_38_20_Adam

2010_09_29_12_11_12_Adam

2010_09_29_13_00_30_Lee

2010_09_29_13_31_38_Adam

2010_09_29_13_34_20_Lee

2010_09_29_13_45_56_Lee

2010_09_29_13_57_18_Lee

2010_09_29_14_05_54_Adam

2010_09_29_14_35_36_Adam

2010_09_29_14_35_54_Adam

2010_09_29_14_37_12_Adam

 

28.09.2010 dzień XII – Xi’An I

Ten dzień był przeznaczony na słodkie lenistwo. Wstaliśmy około 11, zjedliśmy śniadanie i oddaliśmy rzeczy do pralni. 8RMB za kilogram. Lipki zaś poszły dowiedzieć się, jak z pociągiem do Datongu. W naszym hostelu chcieli za pośrednictwo 40RMB – nie tak tragicznie – ale była to kwota za jeden bilet – 160 RMB to już jednak sporo, więc poszli do agencji, gdzie za piątaka rezerwowali bilety. Stojąc w sporej kolejce, dwie minuty po rozpoczęciu przerwy śniadaniowej, uzyskali druzgocąca informacje – nie ma wolnych miejsc, by dostać się do Datongu. Nic nie mogąc już załatwić, wrócili do hostelu.

Ku naszemu niezmiernemu zdziwieniu pani w okienku z biletami mowila dobrze po angielsku. Co nie zmienia faktu, że biletow na pociag za 3 dni nie ma. Na pociag za 4 dni zreszta też nie. Ech, czemu nikt mi nie powiedzial, że tu mieszka miliard ludzi? 😉

Ustaliliśmy zatem, że udamy się do centrum komercji, źródła Kung Fu – Shao Lin. Lipek tam chciał od początku jechać, ale zrezygnowaliśmy z tego pomysłu ze względów czasowych – myślę, że specjalnie zakombinował, żeby nie jechać do Datongu tylko tam. Na takiego cfaniaczka mi wygląda. Miejscami.

A konkretnie to ktorymi miejscami? Na drugi raz sam sobie idz kupowac bilety, niewdzieczniku!

W każdym razie udało nam się znaleźć połączenia do ZhengZhou – miejscowości niedalekiej. Pociągi były różne – od jadących 16h po takie, które pokonywały trasę w niecałe 3h. Wybraliśmy kilka pociągów, jako alternatywy i podreptaliśmy wszyscy do Ticket Office.

Przeanalizowalismy dalsza podroz pod katem nastepnych polaczen i wydostania się do Pekinu. Do biura z biletami szlismy uzbrojeni w kilka rozwiazan na wypadek braku miejsc. W trzecim lub czwartym wybranym pociagu byly wolne miejsca :).

Tam kłębił się dziki tłum, acz jak na standardy chińskie nie była to nawet mała kolejeczka – nasze miejsce było w okolicach 30. Dziewczyny poszły do oddalonej o 200 metrów poczty, wysłać kartki, a my dzielnie pilnowaliśmy miejsca. Po 30 minutach kolejka lekko się poruszyła, a dziewczyn nie ma. Okazało się po raz kolejny, że chińczycy mają problem z kartografią – poczta, która miała być na tej samej ulicy, 200m dalej, była z pół kilometra dalej i jeszcze za zakrętem. W każdym razie wróciły i udało nam się zakupić bilety na ten pociąg, który chcieliśmy, acz 2 klasę (właśnie siedzę w tym pociągu, w 2 klasie. Jedziemy 350km/h, pociągiem jeszcze bardziej wypasionym, niż ostatnio). Wróciliśmy do hostelu i zabraliśmy się za wypoczynek i planowanie następnych kroków. Prognoza pogody powiedziała nam, że najlepiej w góry Hua Shan będzie pojechać dnia następnego. Wobec tego obijaliśmy się do wieczora, a dopiero wtedy Iwonie udało się wygonić nas na podbój Xi’An. Jako iż nasz hostel był przy samych murach miejskich, podreptaliśmy w stronę centrum i dzielnicy muzułmańskiej – gdzie wedle przewodnika można było coś zjeść smacznego. Tłum ludzi niesamowity, deszcz pada, weszliśmy na teren dzielnicy. Kolorowe kramy, sklepiki z niezliczoną ilością rzeczy, zapachy, smaki kolory oszałamiały. Co prawda im głębiej w dzielnice, tym mniej straganów, a także bardziej biedne. W samym środku Nina wypatrzyła coś jak hamburgery. Na jednym ze straganów kobieta miała warzywa, mięsa i wkładała to do bułki, po uprzednim zrobieniu czegoś z nimi. Jako, że Lipki głodne były, poszliśmy dalej, czego Nina przeżyć nie mogła, ale uznaliśmy, że najpierw niech się najedzą, bo biednie wyglądają oboje i jeszcze zemdleć nam gotowi. Nie znaleźliśmy jednak miejsca, które zgodnie zostałoby zaakceptowane jako miejsce, gdzie chcemy zjeść, a okolica zaczęła robić się jak po III wojnie światowej. Postanowiliśmy dojść do głównej ulicy i naokoło powrócić na początek dzielnicy. W międzyczasie Lipek wyraził jednak chęć spałaszowania takiego hamburgera więc gdy znaleźliśmy drogę prowadzącą w stronę kramika z tym, pospieszyliśmy tam przyspieszanym krokiem. Nawet trafiliśmy. Wybierało się różne rodzaje warzyw i mięs, kładło na tackę, a kobieta wrzucała to do wrzącego oleju. Tak samo jak chwile wcześniej bułeczkę. Bułeczkę od środka wysmarowała czymś czerwonym, co uznaliśmy, że wypali nam „ryje”. Następnie po wyjęciu z oleju, w tym samym czerwonym umoczyła to, co wyciągnęła. Posypała to jeszcze dziwnymi proszkami, zapakowała w dwa woreczki foliowe i podała. Smaczne było, acz po pierwszym kęsie, z Lipkiem uznaliśmy, że pić. Za to dziewczyny po swoim pierwszym kęsie uznały, że nie pić, a PIĆ!!! Ich bułkers był tak ostry, że nie czuć było za bardzo smaku, tylko pieczenie (dziewczyny jadly z kramika obok). Wszyscy mieliśmy nadzieję, że będzie piekło tylko jak wchodzi, a nie jak będzie wychodziło… Ogólnie wszyscy zgodnie stwierdzili, że było to bardzo sympatyczne lokalne jedzenie i zadowoleni byliśmy, acz nastepnym razem poprosimy w jakiskolwiek magiczny sposób, o wersję łagodniejszą. I co dziwne, powiedział to także Lipek, który na nasze eksperymenty kulinarne patrzy najczęściej z lekkim przerażeniem. Ale chłopak się wyrabia, jeszcze ze dwa wyjazdy i sam będzie nas zaciągał do lokalnych knajp.

Burger byl bardzo dobry. Gdybym znal efekt koncowy, to inaczej pokombinowalbym że skladnikami i wzialbym dwa. A nasz wcale nie byl taki super ostry ;-).

Tak więc dzień, który miał być poświęcony wypoczynkowi i relaksowi, został wypełniony po brzegi różnymi dziwnymi rzeczami…

27.09.2010 dzień XI – Chengdu II

Znów obudziliśmy się, jeszcze zanim słońce pomyślało, by to zrobić. I znów Nina wstała wcześniej i załatwiła nam śniadanie. Tym razem w hostelu, ale specjalnie o 6:45 zamawiała, żeby jak uruchomią o 7:00 kuchnię od razu się zabrali za robienie papu. O 7:30 wyjazd, więc powinniśmy się wyrobić. 7:00. 7:15… Nic. 7:20 – pierwsze jedzenie. Iwona jak zwykle czeka. Lipek zamówił sobie dodatkowe tosty i był bardzo zadowolony, bo przynieśli 3 czy 4. A Iwona dalej patrzy, jak jemy. W końcu, 7:30 Iwona dostała jedzenie. Wysypała pół solniczki na jajko i wgryzła się. Na to przybiega z krzykiem kucharka i wyrywa Iwonie z zębów jajko, sprzed nosa talerz i ucieka do kuchni. Mina Iwony bezcenna. Za chwilę przychodzi kucharka i Iwony jedzenie podaje jakimś Australijczykom. To posolone, nadgryzione. Iwona w zamian dostaje mały talerzyk z jajkiem. Oczywiście kucharka tłumaczyła, o co chodzi – ale w języku uznawanym przez wszystkich za średnio zrozumiały. Okazało się, że te tosty, co Lipek je to były Iwony. A został jeden biedny. W tym czasie już spóźnieni byliśmy. Przyszedł obsługant z hostelu i mówi, żebyśmy się zbierali i szli do busika. Pozamieniał się z bambusem na główki? Z talerzami? NIE! Czytaj z mych ust – NIE! Czekaliśmy na śniadanie 45 minut, to teraz wy poczekacie 3 minuty, aż zjemy. ZROZUMIAŁ? Nie do końca zrozumiał, bo coś bulgotał, ale jeszcze dodatkowa informacja, że nasze śniadanie nie było takie, jak zamówiliśmy i jeszcze biedny Lipek nie dostał tostów ( znaczy zjadł Iwony…) Iwona zjadła resztki które dostała i pobiegliśmy do busika.

Droga do pand była nudna. Godzina w korkach, w zasmrodzonym mieście nie nalezała do przyjemności. Szczególnie, że busiki przeznaczone są dla gnomów, ewentualnie krasnali ogrodowych i osoba o normalnym wzroście, by się zmieścić, musi zatykać sobie uszy kolanami. Wycieczkę organizował nasz hostel, wraz z siostrzanym, więc ludzi było ze 3 busiki albo i cztery. Dostaliśmy znaczki, by nas rozpoznać i powędrowaliśmy za przewodnikiem. Dobrze, że był w miarę wysoki, to łatwiej go było wypatrzeć w tłumie.

Byl bardzo wysoki. Co najmniej 1,90. Kraza sluchy, że to byl ten Malezyjczyk, z ktorym Nina spedzila poranek dzien wczesniej.

Podreptaliśmy niespiesznie przez teren ośrodka hodującego pandy, zaułkami i wąskimi ścieżkami. Dobrze, że mieliśmy przewodnika, to się nie zgubiliśmy. Najpierw oglądaliśmy pandy czerwone. Taki to bardziej borsuk czy zmutowany lis, niż panda. Coś ciamkały, więc były dość ruchliwe i zabawne. I ze dwa spały sobie na drzewie, całkiem przyjemnie komponując się z zielenią liści. Spędziliśmy tu kilka minut, potrzebnych na zrobienie miliona zdjęć telefonem… Albo innym żelazkiem. Podreptaliśmy wąskimi ścieżkami dalej. Oczom naszym ukazało się drzewo. Na drzewie zaś, mieszkały sobie, przytulone dwie pandy. Takie słodkie czarnobiałe misie. Następnie przeszliśmy ścieżką, przy ogrodzie przylegającym do budynku – na wybiegach były po jednej czy dwie pandy. Jedna nas rozbawiła maksymalnie – leżała do nas tyłem, na mostku z drewna rozkraczona i ze zwisająca głową, której nie widzieliśmy – wyglądała, jakby ktoś jej głowę odrąbał. W środku, najpierw zaprowadzono nas do ostatniego wybiegu – otwarty wybieg a na nim dwie pandy leniwie bawiące się. Wyglądało to jak zabawa dwóch kotów. Tylko jakiś milion razy wolniej. No tak powolnie i anemicznie się bawiły, że aż śmiesznie. Kolejne pandy właśnie rąbały ogromne ilości bambusa. Wyszliśmy i kontynuowaliśmy spacer wzdłuż kojców umieszczonych przy budynku. Pandy spały, albo leniwie się bawiły. Następnie powędrowaliśmy do pawilonu, gdzie idąc w kolejce, można było przez moment spojrzeć na młode pandy – z uwagi na to, że byliśmy na jesieni, mieliśmy to szczęście, że zobaczyliśmy je bardzo młode – niektóre jeszcze miesięczne. Takie małe potworki, smokopodobne. W restauracyjce obejrzeliśmy film o pandach, Lipek dowiedział się, że pandy są stymulowane elektrycznie i Mu się bardzo spodobało. Znaczy w celach rozrodczych. I nie żeby zaraz chciał się rozmnażać, szczególnie pod wpływem prądu, ale kto go tam wie. Wróciliśmy, spakowaliśmy się i wymeldowaliśmy z hostelu. Jako, że jeszcze sporo czasu do samolotu, to zostaliśmy na hotelowych sofach. No i jeszcze była jedna przyczyna – o 15:00 nasze dziewczątka miały się wykazać. Postanowiliśmy zasponsorować dziewczątkom naszym kurs gotowania. Nie to, żeby nie potrafiły, nie chciałbym nic takiego sugerować, nie nie, wcale! Kurs kuchni syczuańskiej, kosztował 100RMB na kobiałkę i zgodnie z Lipkiem uznaliśmy, że to jedne z najlepiej zainwestowanych pieniędzy w Chinach. Przyszła miła Chinka z hostelu i powiedziała, że będzie tłumaczką. Przyniesiono dziewczynom talerz z zielenina i czymś bliżej nieokreślonym, deskę i tasak, jak rzeźnicki.

Mi przypominal tasak Rzeznika z Diablo I (The Butcher, pierwszy boss).

I teraz kucharka pokazywała co robić, miła pani tłumaczyła, a nasze panie usiłowały powtórzyć ciosy tasakiem, zadawane bogu ducha winnym warzywom i tofu. Najzabawniej było chyba przy krojeniu bo na olej rzuca się imbir i czosnek, następnie papkę paprykowo jakąś tam, do tego tofu, posypuje się cukrem solą pieprzem syczuańskim i MSG. Co to to tajemnicze MSG, wyjaśnił nam dopiero wujek Google – tak jak Nina podejrzewała, był to glutaminian sodu – nasz ulubiony wzmacniacz smaku. Potem na talerz i odrobina szczypiorku posypać i jeszcze pieprzem syczuańskim. Nie do końca mi smakowało, za ostre dla mnie, acz reszcie w miarę pasowało. Szczególnie Lipkowi, który ma niewyparzoną gębę. Ryj, jak mówi Iwona. Drugą potrawą było cos z boczku – na polskie to podwójnie gotowany boczek jakiśtam, albo podobnie – w każdym razie podwójnie maltretowany boczek. Lipek napisze Wam, jaki to ten boczek.

A skad niby ja mam wiedziec jaki to boczek? Iwona na pewno ma to w swojej relacji to poda z calym przepisem :]. Warto jednak zaznaczyc, że boczek nie byl glownym skladnikiem, tylko dodatkiem. Tak naprawdę byla to gora zielonej cebuli z dodatkiem boczku i innych przypraw. O dziwo, dobre!

Do tego te same przyprawy, fura grubo krojonego szczypiorku, czosnek imbir i na talerz – to danie, nie dość, że szybkie, to jeszcze było rewelacyjnie smaczne. Dostaliśmy jeszcze ryż i poszliśmy skonsumować żony. Znaczy wyroby naszych żon. Oczywiście, żeby nie było niedopowiedzeń, każdy konsumował swoją zonę. Znaczy potrawę, którą jego kochająca żona upichciła. Cacuśnie. I do tego piwo. Aż chce się żyć.

Zebraliśmy się na samolot do Xi’An, taksówka czekała już na nas. Odprawa przebiegła bez problemów, oczywiście bilety także na tym lotnisku sami odebraliśmy z budki self check-in i podreptaliśmy do samolotu.

Nieprawda. Akurat tutaj nie moglismy tego zrobic w kiosku, tylko przy nadawaniu bagazu. Na marginesie to niezaleznie od tego jaki numer odprawy bagazowej wyswietla się przy naszym locie, zawsze odprawialismy się przy innym biurku. Moze dlatego, że kazde biurko odprawia wszystkie loty jak leci… Podobnie z odprawa osobista – ignorowalismy wszelkie napisy typu “Chineese only” i przechodzilismy bez klopotu. Tyle przynajmniej na lotach wewnatrzkrajowych.

Siedzieliśmy z gromadą chińczyków w poczekalni – pozajmowali nam miejsca łobuzy. W samoloci dostaliśmy mikroprzekąskę, ale na szczescie nie byliśmy głodni. I kolejny raz, nad Chinami były turbulencje – trzeba było siedzieć w pasach. Myślę, że oni specjalnie trzęsą tym samolotem, by chińczycy siedzieli w pasach, bo inaczej rozleźliby się po samolocie jak stonka i nikt by już ich nie znalazł. Xi’An zrobiła na nas wrażenie. Szkoda tylko, że złe. Powietrze było takie, że człowiek widział czym oddycha. Miliardy ciężarówek, ruch jak Warszawie na Marszałkowskiej – a to było prawie o północy…

Z drugiej strony to jedyne miasto, gdzie maja stare mury obronne (wysokie, dookola calej “starowki”). Fakt że pewnie odbudowane albo poprawione. Miasto ulozone w kwadraty, wiec latwo się poruszac i trudno zgubic.

Hostel nam się spodobal, przynajmniej z zewnątrz malownicze wejście, klimatyczne. Trasa  lotniska do hostelu koszowała nas 150 RMB (jak na razie najdrozej). W hostelu wyglądało fajnie – małe dziedzińce, klimat, sporo ludzi – acz recepcjonistka już zrobiła na nas średnie wrażenie. W każdym razie dostaliśmy karty do pokoju i poszliśmy. I było coraz gorzej. Zgiełk, ilość ludzi, łazienki, a na końcu mały pokój, spowodowały, że Lipek znów zaczął wygłaszać brzydkie wyrazy. Tu chciałbym nadmienić, że piszę, że Grześ jest taki niekulturalny, a o sobie nie piszę, co Grzesia bulwersuje, bo wygląda, jakbym ja był kulturalny a On był „burokiem” (© Iwona).  Ale nie jest to prawda. Ja tylko kompresuję wiązanki do rzadkich wybuchów elokwencji. Nina na głos zastanawiała się, gdzie jest nasz pokój – na to usłyszała odpowiedz „gdzieś tu, na końcu korytarza” od nieznajomego. Iwona dygnęła, podziękowała po angielsku i poszła do pokoju. Dopiero tam, tknęła ją myśl, że odpowiedz wygłoszona była w naszym ojczystym języku. Albowiem w hostelu nocowała grupa muzykantów, udających się na taki chiński Woodstock – „tylko większy” – ale to mnie nie dziwi, bo wszystko muszą mieć większe.

Porozmawialismy z Polakami, wymienilismy pare cennych uwag (tym razem to my uczylismy ich, jako że byli w Chinach chyba 3 czy 4 dzien), Iwona poszla się kapac i poszlismy spac. A hostel to niemal kombinat rozrywkowy – duzo gosci, wspolne lazienki i ubikacje “wschodnioazjatyckie”, knajpa oraz bar. Raczej imprezownia niż noclegownia ;-).

26.09.2010 dzien X – Chengdu I

O hostelu rozpisywałem się wcześniej, pewnie później też coś będzie, więc przejdę do rzeczy. Wczoraj w hostelu kupiliśmy wycieczkę do Leshan. Tak naprawdę to nie tyle wycieczkę, co transport. Zastanawialiśmy się nad zrobieniem sobie dnia wolnego, ale względy „****  z kasą i z brakiem odpoczynku, w Chinach jest się tylko raz, a kasę da się zarobić, a odpocząć po powrocie do pracy” przeważyły, że zdecydowaliśmy się. Z uwagi na małą ilość czasu oraz przemiłą obsługę w hostelu, zdecydowaliśmy się dac im zarobić. Koszt transportu, to 600RMB za busik – 2,5h jazdy w jedną stronę to jednak sporo kasy – co prawda obsługa usiłowała nam znaleźć jeszcze 2 osoby, by koszty się rozłożyły, ale było już za późno. W każdym razie, by uniknąć tłumu, trzeba było wyjechać o 6:30.

O ile noclegi sa w rozsadnych cenach (10 – 30pln), jedzenie od tanio do pol darmo, to niestety za atrakcje turystyczne i transport placi się slono. Zobaczymy jak wyszlo, gdy przeliczymy po powrocie.
Powyzszy busik natomiast co ciekawe byl nielegalny, o czym zostalismy poinformowani. Kierowca nie mial zezwolenia na przewoz turystow, w zwiazku z czym w razie kontroli policji mielismy udawac, że wiezie nas za darmo. Z zezwoleniem kosztowaloby to 3 razy tyle. Podpisalismy też oswiadczenia, że hostel nie bierze za nic odpowiedzialnosci.

Nina okazała się najlepszą z moich żon i wstała 5:45, ubrała się i pobiegła upolować jedzenie. Wraz z jakimś nieznanym mi z nazwiska Malezyjczykiem, upolowała bułeczki – acz bardziej takie cos pampuchopodobnego niż bułeczki. Na łebka wypadało po pampuchu słonym ze szczypiorkiem i pampuchu pseudosłodkim lekko dżemowym. Lipek dostał jednego dodatkowego, chyba po znajomości z Niną. Za całość zapłaciła całe 3RMB – to jest niecałe 1,5 złotego. W busiku zabraliśmy się za to, co misie lubią najbardziej – znaczy spaliśmy. Dlatego też podróż przebiegła bez większych problemów i udziwnień.
W Leshan kupiliśmy bilet za 160 RMB – na Buddę i na ogrody – Lipek pomstował, że bez sensu te ogrody, bo może tam nie trafimy, patrząc na ich oznakowanie, ale został olany.

Zaraz pomstowal. Po prostu rozsadnie byloby kupowac bilet przed wejsciem do przybytku, bo znalezienie czegokolwiek w Chinach graniczy z cudem :-).

Weszliśmy. I znów w górę. Na szczeście schody nie były jakieś trudne i męczące. Po drodze spotkaliśmy kamiennego tygrysa, którego Iwona chciała ujeżdżać. Wyżej była świątynia buddyjska i miejsce na kolejkę do Wielkiego Buddy. Dobrze, że przyjechaliśmy tak wcześnie, bo miejsce na kolejkę było pokaźne – na jakieś 2h stania. Zza krzaków wyłoniła nam się Glowa Buddy. Nie robiła jakiegoś monumentalnego wrażenia. Glowa jak głowa, dość duża. Dopiero, gdy podeszliśmy do barierki i spojrzeliśmy w dół, zobaczyliśmy jakieś mrówki przy stopach posągu, dotarła do nas wielkość statuy. Powoli, wąską ścieżką, schodami schodziliśmy w dół. Wąsko i wysoko – skoro ma 71 metrów, to do zejścia było jakieś 60. Naprawdę, posag robi wrażenie. Detale, takie jak paznokcie były wielkości człowieka. Naprawdę, warto tu przyjechać i to zobaczyć. I zaopatrzyć się w szerokokątny obiektyw, by z dołu objąć cały posąg. Potem podreptaliśmy w górę – co w sumie było łatwiejsze niż schodzenie.
Następnie zabraliśmy się za szukanie drugiej atrakcji, za która zapłaciliśmy, ale ani nie wiedzieliśmy co to jest, ani gdzie. Ponoć jakieś ogrody. W sumie najpierw dotarliśmy na szczyt wzgórza, do przepięknego miejsca – skałki, na nich pagoda, ze skał wypływał strumień, płynący między małymi bonzajami.

To byl wodospad, a nawet dwa! Do tego kamienie w wodzie do przechodzenia a nizej mostek. Urokliwe miejsce.

Później, poszlajaliśmy się po górze, aż udało nam się znaleźć wejście do kolejnej atrakcji. Idąc grzbietem góry dotarliśmy do jaskiń z posągami, fajne fajne. Idąc jaskiniami, doszliśmy do małej świątyni – do której prowadziły z dołu schody. SCHODY chciałem napisać, bo było ich jakieś 2,5miliarda. Dobrze, że szliśmy w dół, a nie w górę. Acz zejście też było całkiem uciążliwe. Ciężko opisać to miejsce – trzeba to zobaczyć – podobne do inkaskich świątyń, pełne spokoju i majestatu. Na dole znaleźliśmy ogromną misę, zalaną wodą a w środku żaba. Lokalesi wrzucali tam monety, starając się trafić w usta żaby. Czy cokolwiek ta żaba ma. Trudne to, w wodzie monety dziwnie się zachowują. I lokalne monety lepiej się zachowują, niż nasze pięciogroszówki. Bo oczywiście musieliśmy sprawdzić nasze szczęście. Niestety, szczęśliwe gacie Lipka nie przyniosły go nam.

Padl pomysl przedsiewziecia czynnosci odrotnej – wylowienia wszystkich monet; ale raz że nikomu nie chcialo się moczyc reki po same ramie, a dwa że lokalesi rozmieniajacy pieniadze na wrzucane monety zaczeli się na nas podejrzliwie patrzec.

Powędrowaliśmy dalej, dotarliśmy do ogrodu, gdzie stał posąg Sivy – 4 łapki, 2 nóżki – postanowiliśmy zapozować w podobnej pozie – do czego było potrzeba 2 osób – śmiechu było sporo.

Nie napisales, że Siva byl w dosc roztanczonej pozycji co nastreczylo dodatkowych problemow.

Potem szukaliśmy 170metrowego Buddy, którego nie mogliśmy dłuższy czas znaleźć, mimo drogowskazów.

Moze wydawac się smieszne szukanie czegos o wielkosci malego stadionu, ale to sa wlasnie Chiny: jest na mapie, ale na zywo znalezc to inna bajka ;-). W kazdym razie budda jest i robi monumentalne wrazenie, podobnie jak poprzedni. Pod warunkiem, że odnajdzie się miejsce, skad go widac ;-).

Okazało się, że znajduje się wysoko, na górze, w pozycji leżącej – a widać było tylko stopy i twarz. Uznaliśmy, że były to w miarę w porządku wydane pieniądze. Zadowoleni wróciliśmy do hostelu. Dotarliśmy koło 15, czekaliśmy na żarełko z pół godziny, bo kuchcik miał kurs gotowania i odpoczywaliśmy. W sumie kurs gotowania prowadził kuchcik, a nie kuchcik się szkolił. Nina kazała napisać, że dostała nie to danie co zamówiła – dostała droższe, ale łaskawie się zgodziła na taka zamianę. Wypiliśmy White Russian – drink – nawet nawet, ale ichnia wódka jakaś taka ostra w smaku jest. Nina wrobiła Iwonę w grę w bilard z recepcjonistą Ray’em. Pierwszą partię zlitował się nad Iwoną i wygrała – później nastąpi rewanż… sromotny, Potem obijaliśmy się do końca dnia. I to było dobre zakończenie…

Jedzenie w hostelu było dobre i nie za drogie. Piwo 6 Yuanow. Kogo i jak szkolil (się?) kuchcik, mielismy przekonac się nastepnego dnia. Ale o tym pozniej.

25.09.2010 dzien IX – Guilin III

Kolejny dzień wstaliśmy, zanim wstało słońce. Dusze nasze opanował cień. W sercach naszych gościł smutek i przemożne pragnienie powrotu do łóżek. Niestety, Iwona była pozbawiona serca, i nie pozwoliła nam spać. Spakowaliśmy się, bo musieliśmy się wymeldować i zanieśliśmy bagaże do agencji turystycznej. Zostaliśmy zaprowadzeni na parking obok dworca, do busika. Poza nami, w busiku jechała jeszcze para z Wielkiej Brytanii i parka z Chin. Zapakowaliśmy się do środka i zanim wyjechaliśmy z miasta, większość z nas spała. Chińczycy prowadzą pojazdy tak, ze szkoda pisać – lepiej niż w Indiach, lecz niewiele… Wobec tego spaliśmy słodko, nieświadomi tego, co dzieje się za oknami. Ze względów czasowych, zwiedzić mieliśmy tylko jedna wioskę – mniejszą, lecz położoną wyżej, Dojazd do pierwszej zajął nam około 1,5h. Tam zobaczyliśmy natarczywe sprzedawczynie sprzętów różnych, posiadaczki włosów, których nigdy nie obcinają. Dobrze choć, że myją. Do busika usiłowało się ich wepchnąć jakiś tysiąc, wszelkimi szparami. Dobrze, że kobietka z biletami się dopchała.

E tam, było ich nie wiecej niż 10.

Zakupiliśmy bilety i pojechaliśmy w górę, do drugiej wioski. Droga wiodła krętymi drogami, gdzie auta mogły wyminąć się jedynie na zakręcie, przyciskając się z jednej strony do ściany skalnej, a z drugiej balansując nad przepaścią. Strasznie malownicze. Ogólnie pogoda ponownie była pod znakiem szczęśliwych majtek Lipka, czyli chmury, deszcz i temu podobne radości. W pewnym momencie widzieliśmy dwa wypadki – pewnie dlatego, że jechaliśmy w chmurach – widoczność była na 50 metrów. Dojechaliśmy jednak szczęśliwie. Wysiadłszy przy drugiej wiosce, znów zostaliśmy otoczeni przez tłum kobiet. Zapoznaliśmy się z mapą, i postanowiliśmy ruszać – mieliśmy tylko 4h do powrotu do busika. Widoki były piękne. Tarasy z ryżem były wyraźnie widoczne, wioski przez które szliśmy bardzo klimatyczne, acz nastawione wyraźnie na turystykę. Dziewczyny zainteresował świński łeb, który odrąbany w restauracji zachęcał do spożycia go w jakiejś potrawie. Poszliśmy w górki. Wąskimi ścieżkami, po mokrych kamieniach pięliśmy się w górę. Naszym oczom ukazywało się coraz więcej terenu. Oznakowanie tras, w języku cywilizacji zachodniej praktycznie nie występuje – dlatego do końca nie mieliśmy pewności, gdzie się znajdujemy. Dotarliśmy do grzbietu góry, z którego widać było góry i doliny z drugiej strony – widok zapierał dech w piersiach. Czas gonił, deszcz gonił, więc zebraliśmy się i zeszliśmy w dolinę z której przyszliśmy i w tym momencie Lipek stwierdził, ze w sumie nie doszliśmy do platformy widokowej.  Dzielił nas od niej naprawdę niewielki kawałek… wobec czego maniacy turystyki górskiej, mimo moich głośnych sprzeciwów, postanowili zwiedzić pozostałe dwie platformy. Nóżki moje biedne cierpiały gdy pięliśmy się w górę, ślizgając się na mokrej skale, a za każdym zakrętem miałem nadzieję, że to już koniec. W pewnym momencie maleńki buntownik tlący się we mnie dojrzał i wybuchł płomieniem – w związku z tym zbuntowałem się i postanowiliśmy nie wchodzić dalej – padało, były chmury i było nie fajnie – uznałem, że ze szczytu, znad chmur, będzie gówno widać. I zostaliśmy z Niną na niższej platformie. Też było ładnie. Lipki powędrowały w górę. Później twierdziły, że weszły na szczyt i że czekały pół godziny, aż się trochę przejaśni, ale nikt nie jest w stanie tego potwierdzić, a na zdjęciach szczytu nie widać. Pewnie poszli za kolejny zakręt i odpoczywali. My zaś zeszliśmy na dół, skorzystaliśmy z toalety lokalesowej i poszliśmy na parking. Tam siedzieliśmy i słuchaliśmy powrzaskiwań długowłosych kobiet.

Niestety (dla Adama) widoki z platformy byly fantastyczne mimo zalegajacych chmur i mgly. Co jakis czas biala masa przesuwala się i unosila, wiec udalo się prawie wszystko zobaczyc, choc kawalkami i na raty. Punkt, do ktorego doszlismy nazywal się “Thousand Layers to the Haeven” i tak wlasnie się czulismy :). Na gorze spotkalismy chinska pare mowiaca po angielsku, pogadalismy i porobilismy sobie nawzajem zdjecia. Bardzo z Iwona zalujemy, że nie mielismy wiecej czasu – spokojnie mozna tam spedzic caly dzien spacerujac po tarasach i punktach widokowych, a jest przeciez jeszcze druga wioska. Jest tak slicznie, że odwazylem się porownac to do Machu Picchu (maczupikczu) – o niebo latwiej dostepne a widoki rownie zachwycajace, choc klimat inny. Mimo zlej pogody to jak na razie to najladniejsze miejce w Chinach.

W drodze powrotnej ponownie spaliśmy. Gdy wróciliśmy do agencji, zabraliśmy bagaże i za chwilę przyjechała zamówiona taksówka i pojechaliśmy na lotnisko. Wszystko poszło bez przeszkód, lecz byliśmy trochę głodni – mieliśmy jednak nadzieję, że w samolocie dostaniemy taki wypaśny obiadek jak ostatnio. Myliliśmy się okropnie. Dwie byle bułeczki i przeterminowana herbata drastycznie zmieniła nasze zdanie na temat linii lotniczych China Southern…

Po analizie wydaje mi się, że data na opakowaniu jest tutaj data produkcji tak jak kiedys u nas. Alternatywa jest przeterminowanie wszystkich produktow w samolotach 😛

Na miejscu, na lotnisku w Chengdu czekała na nas kierownica, z kartka z naszym nazwiskiem i zawiozła nas do hostelu (ale wypas! Pierwszy raz ktos na mnie czekal na lotnisku z kartka. Jak na filmach 😉 ). Busik opłacił hostel – Changdu Lazy Bones Hostel – http://www.mixhostel.com/index_eng2.htm – REWELACYJNY – rzeczy za free cały tabun, bardzo przyjazna atmosfera, pomocna obsługa a pokoje też niczego sobie. Strasznie polecamy. Na następny dzień zamówiliśmy wycieczkę do Leshan – zobaczyć największego Buddę – i znów trza wcześnie wstać… Przerąbane.

Hostel pierwsza klasa. Fajne pokoje, kazde lozko ma zaslonke, lampke i kontakt, ogolnie czysto i miekko. Obsluga po prostu zajefajna!