Cała wyprawa na jednej stronie

2010 Chiny

2010 Rodzinna Chiny Nina, Adam
25 relacji z tej wyprawy 718 zdjęć łącznie

Wszystkie relacje z tej wyprawy po kolei – do czytania od początku do końca. Każdy dzień ma też swoją osobną stronę z komentarzami.

Dzień 1 z 25 · 17 września 2010

Chiny – Shanghai – The Bund

The Bund, Zhongshan Road (E-1), Waitan, Huangpu, Shanghai, Chiny

Chiny – Shanghai – The Bund

Olaboga!
Jesteśmy! Zaraz otoczą nas całe masy małych skośnych brzydali( męskich) usiłujących wepchnąć nam kiepskiej jakości towary, bądź superhiperlasek, rodem z mangi (oby w wersji kobiecej)!
Niestety.

Tabun z samolotu grzecznie poczłapał do środka budynku lotniska, załatwić formalności. Podreptaliśmy i my. Trochę nam się powpychali przed nas, ale że wszyscy poza Niną jeszcze w miarę kojarzymy poprzedni ustrój, gdzie kolejki były czymś naturalnym, nie daliśmy sobie zbyt w kasze dmuchać. W każdym razie wylądowaliśmy gdzieś około połowy kolejki. W międzyczasie poza kolejką byli przepuszczani rożni ludzie, na zasadzie – strażnik chodził, pokazywał palcem i osoba z kolejki biegła z prędkością nadświetlną ominąć kolejkę i iść do okienka. Nas niestety nie wybrał. Albo stety, nie wiadomo. W każdym razie, stanęliśmy na żółtej linii, odgradzającej nas od państwa środka. A właściwie od kantorka z oficerem imigracyjnym. Całe życie chciałem do Chin wyemigrować normalnie…

Trafiło mi się pierwszemu iść. Oddałem paszport, żółtą karteczkę którą wypisywaliśmy w samolocie ( żółtą… ciekawe czemu, kolejna rzecz żółta…) Oczywiście miły uśmiech na twarzy, Hello My name is bla bla bla… Niestety pani nie była łasa na me wdzięki, co lekko zbiło mnie z tropu, lecz człowiek nie robi się młodszy i przystojniejszy, czas sobie uświadomić, że wszystko przemija…

Pani kazała popatrzeć w monitor. Popatrzyłem w monitor, a na monitorze był obraz z kamery. A, cfaniaki, zapisują moje dane biometryczne i potem po zdigitalizowaniu będę aktorem w jakich chińskich filmach! niedoczekanie! Wykonałem kilka grymasów, a pani chrząkała wyraźnie zadowolona. W międzyczasie Lipek trafił do innej budki i także dokonywał pląsów przed kamerą.
Na szczęście pani o nic więcej nie pytała, oddała paszport i pooooszli.

Z uwagi na to, że te podłe dusigrosze nie chciały jechać Maglevem ( 431km/h) twierdząc, że metrem będzie lepiej bliżej fajniej, to postanowiliśmy poszukać metra. Znaczy ja swoje 1,8 metra mam, ale metra jako kolejki podziemnej. No więc, dla niepoznaki, do metra, czyli kolejki podziemnej, trzeba było iść na pierwsze piętro. To w sumie dość logiczne, prawda? Potem pokonując liczne zakręty i przeszkody dotarliśmy do metra, które było na poziomie ziemi. Człowiek się przyzwyczaił, w Warszawie wszystkie linie metra są pod ziemią, więc tu od razu człowiek był zaskoczony…
Oczywiście spędziliśmy trochę czasu kupując bilet – gdyż tu najpierw wybiera się linię metra, a potem stację docelową.

Biada temu, kto nie sprawdzi wcześniej, jak to metro jeździ…

Co nas bardziej zaskoczyło? płotek oddzielający tory od peronu. Co jakiś czas miał przerwy, ale ogólnie by wypaść na tory, trzeba by się postarać.
Nadjechało Metro. No i w jakiś magiczny sposób zatrzymało się tak, że drzwi trafiły w te przerwy w płotku. Szaleństwo. Na kolejnych stacjach było jeszcze lepiej, całość była oddzielona taflą PCV i drzwi otwierały się, jak już metro stanęło i otworzyło drzwi – absolutnie nie ma możliwości wypadku.

Wsiedliśmy, ludzi za dużo nie było, tak więc nawet miejsca siedzące mieliśmy. w Sumie miłe i fajne te Chiny. Metro ruszyło po szynach ospale. Znaczy tak gdzieś ze dwa razy tak szybko jak nasze metro.

Opuściliśmy gościnne lotnisko i rozpoczęliśmy drogę w stronę centrum. Metro było napowietrzne, więc można było oglądać więcej niż tylko nornice, dżdżownice i inne krety.

Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy. Trafiliśmy pod ziemię. Znaczy żyjemy, ale wjechaliśmy pod ziemię. I skończyły się widoki. na szczęście pojawiło się spore grono współpasażerów, którzy oglądali nas, a my, w ramach odwetu, oglądaliśmy ich. W pewnej chwili wszyscy przygotowali się do wyjścia. Drzwi się otworzyły i wszyscy zaczęli ewakuację wagonika. Uznaliśmy, ze pewnie jakaś fabryka, czy coś, a przed nami jeszcze na tej linii z 10 przystanków jak nie lepiej, więc siedzimy dalej. Podeszła do nas jakaś staruszka i pokazuje, żebyśmy wyszli. jasne. My wstaniemy a ona nas podsiądzie. Co prawda wagonik opustoszał, ale jednak…
Coś zaczęliśmy mieć złe przeczucia. Zza szyby jacyś ludzie nam machali i po Chińsku coś pokrzykiwali gardłowo. Nie, nie, dziękuje, nie jestem głodny, nie chce zupki. Będą nas nagabywać, phi. Drzwi się zamknęły i metro pomknęło dalej.
Z tym, że nastąpił pewien zgrzyt. Metro pomknęło, ale z powrotem, w stronę lotniska. Po dokładnym zbadaniu planu metra, stacja na której właśnie byliśmy, oznaczona była dużym kołem. Teraz zrozumieliśmy, że to oznaczało, że powinniśmy się przesiąść – wysiąść z tego wagonika i udać się na tym samym peronie, ale po drugiej stronie, do drugiego. Tak wyjechaliśmy z tunelu, dojechaliśmy na stacje, wysiedliśmy, przeszliśmy na drugą stronę, poczekaliśmy na wagonik i pojechaliśmy. Na stacji nam pokazywali wyjście, ale już będąc światowcami, pokazaliśmy że wiemy, że ok. że dziękujemy. Znaczy, że wtedy nie chcieli nam sprzedać zupek chińskich, tylko chcieli nam pomóc. Ot, jaki uczynny naród. Przesiedliśmy się i pojechaliśmy dalej. Niestety Lipek doznał ataku głupawki.

Przesiedliśmy się jeszcze raz, tym razem do innej linii metra i już bez większych niespodzianek dojechaliśmy do stacji, przy której znajdował się hostel. Wychodząc, automat zżera bilety i dopiero wtedy wypuszcza z dworca, więc przydaje się pilnować bilet. Po wyjściu na powierzchnię pierwszym skojarzeniem było – o rany, znów jesteśmy w Indiach. Budynki w nie najlepszym stanie, masa brudnych motorów, ogromny ruch na drodze. jedyną różnica była hen w górze, nitka autostrady. Mieliśmy wydrukowaną mapkę jak dotrzeć z dworca do hostelu, ale od razu okazało się, że faktycznie Chińczycy z kartografią są na bakier… W każdym razie ustaliliśmy z grubsza kierunek i poszliśmy raźnym krokiem, spływając potem. Minęliśmy wielka klinikę walki z bezpłodnością, przeszliśmy jeszcze z pół kilometra i tknęło nas, że to miało być blisko.

Przeanalizowaliśmy mapkę i uznaliśmy, że ta mała uliczka pół kilometra wcześniej, to było miejsce, gdzie trzeba było skręcić. Pełni szczęścia i w permanentnie spoceni dotarliśmy do uliczki, skręciliśmy w nią i powlekliśmy się w dal. Minęła nas młoda europejska parka, od której się dowiedzieliśmy, że idziemy dobrze – 300 metrów dalej trafiliśmy na hostel. A nazwa jego brzmiała Blue Mountain HongQiao Youth Hostel

W recepcji powiedzieliśmy kim jesteśmy, dowiedzieliśmy się, że są zarezerwowane dla nas miejsca, ale niestety zmieniła się cena pokoju, za co przepraszają. No normalnie jak w Indiach. na same dzień dobry też chcieli nas &*^%^ z kasy. Już się bojowo nastawiliśmy, że do jasnej anielki zarezerwowaliśmy po takiej cenie i będziemy się awanturować ( tak, a co, popolaczkujemy sobie). Na szczęście zanim się zaczęliśmy awanturować, okazało się, że cena jest niższa. No, jak tak, to awanturować się nie będziemy, trzeba pokazać się z jak najlepszej strony, swoją ogładę, cywilizację itp. Dostaliśmy kartę do pokoju i raźno podreptaliśmy na górę. tam zalegliśmy na łóżkach, a w wolnych chwilach zwiedzaliśmy łazienkę, udając się pod prysznic, by zmyć z siebie pył codzienności. Mi najbardziej podobał się zapach mydła pod prysznic. Ech…

Po pewnym czasie niestety zostaliśmy przez nasze cerbery płci żeńskiej doprowadzeni do przytomności, że dziś będziemy zwiedzać The Bund. Bezdyskusyjnie, teraz natychmiast. Co jak postanowiły, tak niestety uczyniliśmy. A świat mógłby być taki piękny, oglądany z objęć Morfeusza…

Podróż metrem mamy już opanowaną, więc nie było problemów. Dopiero po dotarciu na miejsce problemy wystąpiły. Problem był z naszymi szczekami, które po wyjściu z metra na powierzchnię, opadły nam i poturlały się radośnie w bok. Pierwsze co się rzuca w oczy, to wysokie, niebotyczne budynki, miliony kolorowych, świecących reklami i miliony Chińczyków przechadzające się deptakiem

Byliśmy oczarowani. Wszędzie coś się działo. Człowiek miał problem, bo nie był w stanie patrzeć we wszystkie strony.

Przy okazji, dowiedzieliśmy się, że deptak nazywa się Nanjing Road, a The Bund to nabrzeże – więc udaliśmy się w jego kierunku. Robiło się coraz ciemniej, a ludzi nie ubywało. Za to coraz bardziej było widać neony. Zastanawialiśmy się, jak jest koszt oświetlenia czegoś takiego – ale po milionie dolarów nam się rachunki pomyliły.

Oczywiście trzeba było ustalić w którą stronę jest ten Bund i gdzie jesteśmy. Ustaliwszy, z której strony wieje wiatr, gdzie jest północ i takie tam ( od północnej strony mech rośnie, jakby ktoś nie wiedział…) zerkneliśmy w nasz Looney Planet na mapkę i uznaliśmy – TAM! w strone McDonalda!

Szliśmy, mijaliśmy ludzi, morze ludzi. Wtem do naszych uszu dobiegł dźwięk trzeszczącego na maksymalnej głośności magnetofonu. Po paru krokach, oczom naszym ukazał się następujący widok

Na środku chodnika, grupa ludzi tańczyła, w rytm dźwięków wydobywających się z plastikowej myśli chińskiej techniki magnetofonem zwanej. czasem dołączali do nich przechodnie i po jakimś czasie już cały tłumek tańczył. jakby nie patrzeć, dość oryginalne i egzotyczne dla nas zachowanie – w podobnej sytuacji na polskiej ulicy spotkaliby się z wrogimi spojrzeniami, ewentualnie marudzeniem, że przejść nie można.

Ulica dość długa jest, więc idąc nią można się lekko zmęczyć, ale w końcu jesteśmy turystami, backpackersami i innymi takimi, więc niewygody mamy we krwi(albo powinniśmy). Dzielnie tupaliśmy do przodu chłonąc Chiny wszelkimi porami ciała. Na szczęście było już chłodniej, więc tymi samymi porami nie oddawaliśmy naszego europejaskiego klimatu za dużo…

The Bund

Tak… doszliśmy.

Na końcu Nanjing Road krzyżuje się z szeroką ulicą, którą jest właśnie Bund… 1,5 km nabrzeża, z oświetlonymi budynkami w kolonialnym klimacie.

Po dojściu tam, nasze oczy zrobiły się wielkości banknotów 100Y… Do tej pory myśleliśmy, że było ciasno, że widzieliśmy tłumy Chińczyków. Nie. Dopiero to, co kłębiło się w tym miejscu można określić mianem DUŻO. Wejść na schody wiodące na promenadę było wyzwaniem. Posiłkując się godnością osobistą (nisko i łokciami) udało nam się wejść na promenadę. ukazał nam się widok… nie, wróć. Ukazał nam się WIDOK

Udało nam się po jakimś czasie dobić do barierek, żeby w kadr nie wchodziły tysiące chińskich główek, a zaręczam – nie było to łatwe. nasyciliśmy się widokiem i postanowiliśmy iść dalej. Po przejściu może z 70, może maksymalnie 100 metrów kolejne zaskoczenie. Tłum się skończył. Tłum kłębił się tylko na wyjściu z Nanjing Road i w promieniu parudziesięciu metrów uniemożliwiał poruszanie, a dalej było, oczywiście jak na Chiny, względnie pusto. Po raz kolejny okazało się, że Chińczycy, to istoty stadne – gdy jeden się zatrzyma, za chwilę pojawia się tłum.

Nagle krzyk pisk w naszych okolicach. Dwie nastoletnie Chinki dostrzegły fryzurę Lipka. Dwa warkoczyki spowodowały, że aż przysiadały z radości, szczęścia podniecenia i innych zachwytów. Zaczęły robić Grześkowi miliony zdjęć, z przodu, z profilu, z przodoprofilu, z przodolewegoprofilu z kucykiem, z przodoprawegoprofilu z kucykiem i takie tam. Niczego nieświadom Lipek oglądał sobie widok na Pudong w najlepsze, gdy jednak któreś z dziewczątek zebrało się na odwagę i poprosiło o możliwość zrobienia sobie zdjęcia z Nim. Szczęściem Grzesiowi się Chinka spodobała i raźno przystąpił do obłapiania… znaczy do pozowania z Nią, oczywiście Grzesiu, pozowania (wszak Iwona to może przeczytać i po co masz mieć w domu problemy…)

Posiedzieliśmy sobie na jednej z licznych ławeczek, aż nagle dotarło do nas, że ten dzwięk który słyszymy, to nie mruczenie kota… to burcza nam brzuchy… Głód pojawił się znienacka.

Nienacek się nie pojawił. Postanowiliśmy wracać w stronę stacji metra. Tam coś się znajdzie. Po drodze spotkaliśmy jeszcze sesje zdjęciowe młodych par – dziewczątka ubrane w czerwień

W sumie ze dwie czy trzy takie parki widzieliśmy – jak zwykle hurtem…

Kolacja

Wracając okazało się, że powoli wszystkie lokale są zamykane – a jeszcze wcześnie było. Chyba nawet 21 nie było… na nasze szczęście idąc drogą, nieustraszony tropiciel dzikiego pokarmu, czyli ja we własnej osobie, hen hen po drugiej stronie wypatrzyłem jadłodajnie. Znaczy Nina wypatrzyła inną, ale były tam kurze łapki i inne smakowite rzeczy, a jakoś nie było chętnego na sprawdzenie, czy i na jak długo jest to jadalne. Wielki neon z napisem YON HO zapraszał do środka. Weszliśmy. taki McDonalds, tylko wszystko po chińsku. No i nie było kanapek i innych rzeczy tylko chińskie dania.

Dziewczyny, jako bardziej wybredne, wdały się w dyskusję z obsługą. Zresztą dyskusja nie była jakaś zaawansowana. Na wszelkie usiłowania zagadania, pani wskazywała na zeszyt, gdzie ktoś narysował chińskie znaczki a obok – angielska nazwę. Więc dziewczyny zabrały się za studiowanie menu. Lipek zdał się na mnie z zakupem. Dylematu nie było jakiegoś wielkiego – poprosiłem żonę, żeby pokazała pani, że chcemy to duże w talerzu, co na plakacie wisiało i to drugie co wisiało obok – wyglądało najrozsądniej. No i mleko sojowe też byśmy chcieli. Po spełnieniu swojego obywatelskiego, męskiego obowiązku zdecydowania, co się zje, usiedliśmy z Lipkiem przy stoliku. Dziewczyny usiłowały jeszcze przez dobre pięć minut coś wybierać, ale w końcu pokazały palcem, pani pokręciła głową więc zdały się na panią. Znaczy wybrały coś, ale jakoś bez przekonania.

Dziewczyny wybierając z menu po angielsku nie do końca wiedziały, co dostaną, Dostały zupę z pulpecikami. To oznacza, że tłumaczenie z chińskiego na angielski, które restauracja miała w zeszyciku, nie było do końca poprawne…

O dziwo było to nawet smaczne i nawet dało się zjeść pałeczkami. Tak tak. Zupę je się pałeczkami. Znaczy pałeczkami wybiera się kąski a potem wysiorbuje się zupkę. Kwestia przyzwyczajenia – można szybko się nauczyć. Szczególnie jak człowiek jest głodny…

Następnie jak grzeczne przedszkolaki po dobranocce pojechaliśmy do hostelu i poszliśmy spać…

Okiem Iwony

Komentarz Iwony

17.09.2010 – piątek – Shanghai

No i jesteśmy w Chinach! Ja już szczęśliwa, bo wykąpana, a w sumie to wszyscy szczęśliwi, bo hostel okazał się o wiele przyjemniejszy niż pamiętny Vivek w Delhi. Po pierwsze obsługująca nas Chinka bardzo miła i pomocna, chociaż przez chwilę mieliśmy stresa, bo pokazujemy rezerwację, a ona zaczyna do nas mówić, że ceny się zmieniły od czasu jak wpłaciliśmy zaliczkę. No to ładnie! Juz się zaczyna – pomyśleliśmy chyba zgodnie. A Chinka tymczasem kontynuuje, że cena się … obniżyła, dlatego musimy dopłacić tylko 1020 yuanów (skracanymi w dalszej części mojej relacji do literki „Y”), zamiast 1080 (zaliczka była 120). Co za uczciwy kraj na razie! A po drugie – kontynuując dawno rozpoczętą myśl – pokój, choć skromny, jest czysty, schludny, ma klimę i nie brzydzimy się dotknąć czegokolwiek. Łazienka to samo.

Cofając się trochę w dniu dzisiejszym …

Lot samolotem składał się głównie z jedzenia i usiłowania spania. Karmili nas intensywnie: był obiad z chińską wołowiną i ryżem lub makaron ze szpinakiem. Do tego oczywiście sałatki i ciasteczka. Potem zupka chińska (a jakże!) lub lody. A na przekąskę migdały jeszcze były. Rano, czyli o jakiejś 3 w nocy polskiej śniadanie z jajecznicą, kartoflami (!), owocami i jogurtem. Dodając do tego dość ciasne niestety siedzenia, czuliśmy się jak tuczone gęsi. Ale było smacznie. A spać, jak zwykle, dawałam radę, choć – również jak zwykle – najmocniej przed samym lądowaniem. Bagaże tym razem były wszystkie 4, ale mój się otwarł i wypadł ręcznik. Grześ: „O, jakiś ręcznik leży na taśmie! Oo, taki jak nasz!; Ej, to nie jest przypadkiem nasz?”. No więc był. Otworzyła się kieszonka i wypadł. Potem wymieniliśmy po 500 $, po kursie 656,5, co po odjęciu prowizji (59Y) dało 3.223,50 Y. Ruszyliśmy do metra, kupiliśmy bilety (8Y) i wsiedliśmy jak kazano na stronie hostelu w linie metra nr 2. Zadowoleni z siebie siedzieliśmy sobie w metrze, wiemy gdzie jechać i w ogóle wszystko jest cool, aż nagle na jakimś 6-7 przystanku wszyscy wysiadają i kiwają nam że też powinniśmy. Hm, przecież my jedziemy dalej, wiemy co robimy, więc zostajemy w metrze, które po chwilę ponownie zapełniło się ludźmi i … pojechało w stronę lotniska. No tak! Poniewczasie zrozumieliśmy, co Chińczycy mieli na myśli. Wysiedliśmy na następnym/poprzednim przystanku i wsiedliśmy do metra w przeciwną stronę. Dalej już normalnie dojechaliśmy na docelową stację i – po tylko jednym zabłądzeniu – dotarliśmy na piechotę do hostelu. Teraz czekam aż wszyscy się wykąpią i – o ile nie skończy się na spaniu, bo mam koło siebie zwłoki, sztuk 2 – ruszamy na podbój Szanghaju.

Nazwa hostelu: Blue Mountain Hangqiao Youth Hostel, nocleg w 4-osobowym dormitorium z łazienką 95Y/osobodoba.

Udało się rozpocząć podbój Szanghaju, metro nr 2 zawiozło nas niedaleko Bundu, czyli nadbrzeża, które dziś chcieliśmy zobaczyć wieczorkiem, bo ponoć warto. Już samo wyjście z metra sprawiało niezłe wrażenie – szeroki deptak, nowoczesne budynki, chińskie neony i czysto! Nagabywaczy też raczej niewielu i niezbyt natrętni. Coraz bardziej nam się podoba. Ulicą East Side przeszliśmy się w tę i z powrotem i doszliśmy do Bundu, z którego naprawdę imponujący widok rozpościera się na drugą stronę rzeki HuangPu, czyli na Pudong – nowoczesną dzielnicę Szanghaju z wieżą TV Perła Orientu – bardzo ciekawą. Tłumy były dzikie przy wejściu, ale już 200 m dalej spokojnie dął się stanąć przy nadbrzeżu i porobić zdjęcia, pokontemplować widok. Duże miasto, ale rzeczywiście ładne i przyjemne. Gdzieś po drodze mimo wszystko byliśmy atrakcją dla Chińczyków, mamy na koncie zdjęcie z chińskim małżeństwem, a Grześ był obfotografowywany z każdej strony, bo wzbudzał powszechny zachwyt swoimi warkoczykami. Na to konto już ma zdjęcie z całkiem niczego sobie Czikulinką. Widoki widokami, ale już nerwowo zaczęliśmy się rozglądać za jedzeniem i ostatecznie trafiliśmy do Yun ho – chińskiego fast-fooda. Mimo prób pań przy kasie podania nam po angielsku napisanego menu, niespecjalnie umieliśmy się dogadać co chcemy, więc w rezultacie czekaliśmy na jedzenie z małą obawą. Dania moje, Niny i Adama okazały się być zupami z makaronem, dobrymi, twardymi warzywami i mięsnymi klopsikami nasze, a Adama z jakiś innych mięsek i na ostro. Grześ dostał makaron na gęsto – z wieprzowina chyba i z warzywami. Jedzonko było całkiem smaczne, walczyliśmy dzielnie pałeczkami i łyżką, co zakończyło się sukcesem. Aa, chłopaki jeszcze pili mleko sojowe – im smakowało, mi nie bardzo. Metrem wróciliśmy do hostelu i już padamy na ryjki, więc idziemy spać. Jest tutejsza 22.30, czyli nasza 16.30. Dobranoc!

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 2 z 25 · 18 września 2010

18.09.2010 Chiny – Shanghai – Ogrody Yuyuan i Pudong

Pudong, Szanghaj, Chiny

18.09.2010 Chiny – Shanghai – Ogrody Yuyuan i Pudong

Dzień II Ogrody Yuyuan i Pudong

Dziś rano zwlekliśmy się o 11 z hotelu i poszliśmy na lokalne żarcie. Zresztą nie ma co pisać, że lokalne, bo innego nie chcemy. Fajne, bo tam nawet nie było po angielsku i na podobnej zasadzie zamówione. Dostałem zupę… No chyba zupę. Konsystencja była taka, jakby ktoś budyń polał 1/3 szklanki tłuszczu do tego dodał jakieś skwareczki i szczypiorek – ale smaczne .Przynajmniej mniej więcej. No może smaczne to lekka przesada, zjadliwe i egzotyczne, to na 100% .
Dziewczyny zamówiły sobie pierogi lokalne. Nie były w stanie dogadać się z obsługą, więc nie wiedziały, ile zamówiły, nie wiedziały do końca co zamówiły. I właśnie przecież o to chodzi. W rezultacie, dostały jeden talerz z ośmioma pierożkami, pałeczki i miseczkę do maczania z dziwnym sojowo-sezamowym sosem. Pierożki smakowały, ale jednak stwierdziły, że cztery pierożki na 2 cycki (albo jedną głowę) to trochę mało.
Grześkowi zamówiłem rosołek. Wyglądał w sumie najbezpieczniej, a skoro mi zaufał, nie chciałem pokładanego we mnie zaufania zawieść.
Napasieni egzotycznym jedzeniem, zebraliśmy się w stronę metra.

Ogrody Yuyuan

Plan był prosty. Ogrody Yuyuan. Łatwiej zaplanować niż zrobić, ale skoro jest metro, są mapki, to w sumie po ustaleniu w którą stronę jechać metrem (opinie były różne) wyszliśmy na powierzchnię ziemi. I tu nastała pewna zgryzota i problem. W która stronę iść. Po ustaleniu północy po mchu na budynku (a może była to pozycja słońca? nie pamiętam) i wykręceniu przewodnika do góry nogami zapadła decyzja, by udać się za tłumem Chińczyków. Po drodze spotkaliśmy danie obiadowe, to znaczy kota dokarmianego przez turystów. Oznaczałoby to, że jednak koty mogą swobodnie biegać po ulicach i nie są od razy łapane i na miejscu jedzone. kamień z serca, bo jednak i Lipki i my jesteśmy w posiadaniu kotów, więc jednak to jakaś ulga… (jesteśmy w posiadaniu kota, gdyż nie posiada się kota, tylko kot łaskawie zezwala na przebywanie w swoim towarzystwie…)
Poszliśmy dalej, idąc za tłumem, ulegając jego falowaniu i zastanawiając się, czy słońce zabije nas przed dotarciem do celu, czy już na miejscu. W sumie po wyjściu z metra droga była cały czas prosto. na pierwszych światłach już było widać po prawej stronie “stare miasto” – i tam należało skręcić. Tak więc jakby ktoś tam chciał trafić, to już teraz będzie miał łatwiej, niż my.
Przedzierając się przez wąskie i pełne ludzi uliczki trafiamy na wejście do ogrodów Yuyuan. Wejście 40Y od osoby, kolejka nawet niewielka, jak na chińskie standardy, w kolejce kilka europejsko wyglądających osób. Kupujemy bilety i wchodzimy do środka przez bramę.
W wejściu już był tłok, gdyż wszyscy musieli sobie zrobić zdjęcie w wejściu, zdjęcie z kamieniem, zdjęcie z palcami w V, zdjęcie z palcami w V podniesionymi do góry zdjęcie z… AAArgh… dziewuchy bezczelnie przepchały się do kamienia i zarządały tam zdjęcia. Oni mogą, to my też chcemy! natychmiast robić fotkę! Raz!
Błądziliśmy dość długo wąskimi alejkami między pawilonami. Od razu taka uwaga. Ogród w chińskiej wersji nie wygląda jak to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Alejki nie są chodniczkami jak się przyzwyczailiśmy, tylko otoczonymi murem połączeniami między budynkami, gdzieniegdzie wychodzi się tylko na otwarta przestrzeń, gdzie równie wiele jest zieleni, jak kamieni…
Fajne, mało miejsca, fajny koloryt… Takie w sumie bardziej jak japońskie, ale to może zboczenie z japońskich filmów.

Nowoczesne miasto

Następnie pojechaliśmy do centrum, wjechaliśmy na 88 piętro i oglądaliśmy Szanghaj. Fajnie, tylko jak na +- 40 pln za to, to lekko drogo… Ale co tam raz się ma wakacje…

Kolacja

Wracając znaleźliśmy grilla na powietrzu i na patyczki nadziane różne cusie do jedzenia, owoce, ryby mięso… Lipki tam pozamawiały, my poszliśmy kawałek dalej i weszliśmy do knajpki gdzie dostaje się koszyczek i wybiera różne produkty. Potem podliczają to i gotują we wspólnym garnku i dają w misce. Oczywiście z pałeczkami, żeby nie było. Koloryt maksymalny – w takiej typowej lokalnej knajpie, gdzie białego nie widzieli chyba od dawna :-) no i po piwie na łebka. Smaczne było wszystko. A i Pałeczkami nawet ja się nauczyłem jeść. Da się jeść, nawet zupę. Znaczy makaron i inne takie pałeczkami a wodę się siorbie. Jutro jedziemy z 2 lokalesami na Expo – zobaczymy. Aaaa i sami kupiliśmy bilety na pociąg do Hangzhou – dało się, choć uwierzcie nie było proste. Ps. Chińczyków jest jakieś 100 miliardów. I wszyscy Tu! Ps2. Przeprowadzam się tu – Chinki są fajne :-DPs3. Lipek wyrywa wszystkie Chinki na warkoczyki!

Komentarz Iwony

18.09.2010 – sobota – Shanghai

Pospaliśmy z 10,5 h nadrabiając zaległości z samolotu. Zapytaliśmy w recepcji gdzie najlepiej zjeść śniadanie i trafiliśmy w efekcie do lokalesowej knajpki z mnóstwem Chińczyków i żadnym napisem po angielsku. Zamówiliśmy pokazując na obrazki i dostaliśmy 2xpierożki (ja i Nina) i 2 różne zupy, przy czym u Adama pływało jakieś białe coś o dziwnej konsystencji. Pierożki nawet smaczne, choć było ich całe 4 sztuki na osobę, a jeszcze wtedy nie wiedziałam, że musi nam starczyć do późnego wieczora.

Komentarz Iwony

Ogrody

Po śniadaniu zaznajomionym juz metrem pojechaliśmy do ogrodu YuYang (wstęp 40 Y). Ogród w środku miasta nieco mniej zatłoczony niż drogi, które tam prowadziły. Przyjemnie, różne roślinki, budynki pagodowate, choć w środku w większości nic ciekawego nie było (no w jednym czadowe krzesełka i stolik z jakiegoś metalu chyba, ale wyglądało jak obrośnięte jakąś pozaziemską substancją), woda, rybki i żółwie. Malownicze miejsce i dość sporo czasu w nim spędziliśmy. Po wyjściu przeszliśmy przez Mostek Dziewięciu Zakrętów, co jest o tyle dziwne, że ja naliczyłam ich 14. Zatłoczony był konkretnie, co chyba powinno przestać nas dziwić. Sławną herbaciarnię ostatecznie zignorowaliśmy, choć chwilę dumaliśmy nad lodami lub jakąś herbatką. Przecisnęliśmy się przez jakiś milion Chińczyków do metra i pojechaliśmy do Pudongu. Po drodze widzieliśmy 3 koty i parę małych piesków – żywe i nie jako obiady w sosie słodko-kwaśnym :) . Co zabawne, dużo ludzi chodzi tu w słońcu pod parasolami, prawie tyle co u nas przy deszczu. Pewnie pielęgnują żeby mieć białą cerę, podczas gdy my się opalamy, albo w jakiś inny sposób pociemniamy skórę.

Komentarz Iwony

Wieżowce w Pudongu są dosłownie niebotyczne! Najwyższy ma 468 m, trudno się patrzy w górę tak, by go zobaczyć w całości od podnóża. Wahaliśmy się czy wjeżdżać na Perłę Orientu czy JingMao, wygrał ten drugi, bo tańszy (co nie przeszkadzało mu i tak kosztować 88 Y). Trochę kluczyliśmy zanim doszliśmy do właściwego wieżowca, ale w końcu znaleźliśmy „maluszka”. Kupiliśmy sobie śmieszne soki zrobione owoców i nie tylko, bo np. mój był z kiwi i ogórka. Całkiem smaczny, choć lód byłby wskazany. Potem wjechaliśmy windą z 30 Chińczykami na 88 piętro JingMao i z góry podziwialiśmy widok na niższe, a i tak przecież olbrzymie budynki oraz na Bund i w zasadzie cały Szanghaj. Miasto jest ogromne, no ale w końcu mieszka tu 17 milionów ludzi (najwięcej na świecie podobno). Widoczność nie była najlepsza co prawda, ale i tak kawał miasta był w zasięgu wzroku. Obfotografowaliśmy na około wieży wszystko. W środku duże wrażenie robił widok w dół na najwyżej na świecie położony hotel, oczywiście max ekskluzywny, który zajmował piętra od 54 do 87. Pod koniec to my staliśmy się główną atrakcją JingMao, bo jak jeden Chińczyk odważył się podejść do nas, by zrobić sobie z nami zdjęcie, to natychmiast rzuciło się chyba z 10 kolejnych amatorów zdjęć z białymi (bo nowa „dostawa” Chińczyków windą była) – faceci i kobitki, młodzi i starzy, wersja w okularach słonecznych i bez. Zabawne to było w sumie, bo tak masowego zainteresowania nami to nawet w Indiach nie okazywali.

Po Pudongu już jeść nam się chciało, ale postanowiliśmy pojechać najpierw na South Shanghai Railway Station, żeby kupić na poniedziałek bilety do Hangzhou. No i na miejscu okazało się, że wygląda dokładnie tak, jak na filmikach w necie: milion Chińczyków, napisy tylko po chińsku, nikt nie kuma po angielsku i ogólnie nic nie wiadomo. Na domiar złego, zostawiliśmy w hostelu rozpiskę pociągów, więc nawet numeru pociągu (co jest tu podobno ważne) nie znaliśmy. Przy pomocy jednego Chińczyka, który pokazał nam palcem na rozkładzie, które to pociągi do Hangzhou (już samo ustalenie nazwy miasta było trudne, bo wymawialiśmy to kompletnie źle i do czasu jak nie pokazaliśmy miasta w przewodniku, nikt nie wiedział o jakie pytamy) oraz drugiego, który w sumie nie wiem co zrobił, ale próbował pomóc, a także naszemu sprytowi :P , napisaliśmy na kartce co i na kiedy chcemy i zakupiliśmy 4 bilety. Baaardzo byliśmy z siebie dumni, czy słusznie – okaże się w poniedziałek.

Wymęczeni już intensywnym dniem, wróciliśmy w okolice hostelu i postanowiliśmy pójść coś zjeść (już głód dokuczał strasznie, spanie brało, a mnie w dodatku bolała coś głowa i oczy piekły od soczewek). To, jak bardzo lokalesowe żarcie wybraliśmy, zaskoczyło chyba nawet nas samych. Ja z Grzesiem wybraliśmy sobie na stoisku do grillowania rybę, szaszłyki z mięs, które robią muu i meee (w więc nie kot i nie pies, uff), grzyby, bakłażana, jakieś zielone i białe warzywka. To wszystko nam pięknie zgrillowali, choć czekaliśmy długo. Nina z Adamem wybrali w sąsiedniej knajpce składniki, które następnie wrzucono im i ugotowano w zupie. Całość została podana w misce obłożonej folią! Wszyscy byli zadowoleni, ale najbardziej chyba zachwycałam się ja, bo rybka była przepyszna, a i warzywka też rewelacyjne (no może z wyjątkiem jakiejś białej podeszwy, którą trudno było ugryźć). Do tego wypiliśmy po piwku 0,61 i osiągnęliśmy prawie błogostan.

W hostelu już Grześ zdzwonił się z Annie (ze swojej firmy) i jutro wstajemy z rana, żeby spotkać się z nią i razem pójść na Expo. No właśnie, rano, a jest 1:06 więc czas spać (a łóżko twarde jak cholera i muszę sobie śpiwór dodatkowo rozłożyć).

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 3 z 25 · 19 września 2010

Chiny dzień III – Shanghai – EXPO 2010

Expo 2010 Shanghai China Area State Grid Expo Park Office Building, Guozhan Road, 周家渡 Pudong, Szanghaj, Chiny

Chiny dzień III – Shanghai – EXPO 2010
Komentarz Adama

Żyjemy dalej.

Właśnie wróciliśmy z całodniowego zwiedzania Expo. Byliśmy w pawilonie polskim, holenderskim i chińskim. Oprowadzali nas Chinka z czildem i Chin z czildem – od Lipka z pracy. Bardzo fajnie, ale nogi mi się starły do kolan. Expo jest OGROMNE. Nie mam sił na więcej pisania – jutro wylatujemy do Hangzhou nad jezioro

PS. Kupie mało używane nogi…

Dobra, nie dało się wysłać wczoraj, więc dziś jadąc do Hangzhou wypasionym pociągiem kurpiowska strzała, wyglądającym jak PKP za jakieś 1500 lat mogę dopisać różne rzeczy.

Wysiedliśmy na dworcu metra lotnisko jakieś tam, nie Pudong tylko to drugie. Za barierkami czekała na nas Ani wraz z córką – jakkolwiek by się nie nazywała, jej nickname był Mała Rybka. Przywitaliśmy się, daliśmy prezenty – Ani dostała srebrny z bursztynem, taki ładny nawet, czild dostał misia ubranego w polską flagę i puzzle z widokiem gdańska. Dziewczyny dostały w zamian wachlarze – naprawdę ładne! Mieliśmy się jeszcze spotkać ze specjalistą od unixa z RA ( Lipkofirmy) Jud’em. Okazało się, że Jud jest wolontariuszem na EXPO, więc może nas oprowadzić. Ani została poinformowana, że możemy autobusem pojechać na Expo, więc poszliśmy na dworzec autobusowy. Pytała się o drogę każdego napotkanego mundurowego, ale i tak okazało się, że wyszliśmy nie tam, gdzie trzeba. Trzeba było wracać na dół i przejść/przejechać do kolejnej stacji metra i tam zapakować się w autobus. Postanowiliśmy przejść się – cały czas droga wiodła pod budynkiem lotniska – korytarzami długości ze 400m każdy, szliśmy jakieś 15 minut – więc całkiem spory kawałek – to daje obraz ogromu budynku. Potem odczekaliśmy prawie godzinę na autobus i pojechaliśmy na EXPO – bilet na autobus, dla lokalesów 2Y, dla nas po 5Y. może dlatego, że więksi jesteśmy.

Dzień wcześniej Lipek ustalił z czikulinką Ani, że spotykamy się o 8:30. Znaczy przestawił to na 9, bo uznał, że nie jesteśmy w stanie wstać o 7. I tak kupiliśmy śniadanie dzień wcześniej, by w miarę się wyrobić. Pobiegliśmy do metra, wsiedliśmy, podjechaliśmy z jedną stacje i nagle światło w metrze wyłączyli i wszyscy wyszli. I pokazują nam, żeby wyjść… Nauczeni doświadczeniem dnia pierwszego, kiedy po takim manewrze metro pojechało z nami w druga stronę, postanowiliśmy natychmiast wysiąść. I faktycznie, wagon zaczął być sprzątany i pojechał dalej bez ludzi, a my czekaliśmy na kolejny pociąg. Dlatego tez mieliśmy wymówkę, dlaczego się spóźniamy.

Autobus przez Szanghaj jechał dobre 40 minut, obwodnicami, drogami po 4 pasy… i innymi… Skrzyżowania były 3-4 poziomowe… Cywilizacja… Ale co się dziwić, 17mln mieszkańców, 10 linii metra.

Przed budynkami EXPO spotkaliśmy Jud też z dzieckiem. Jud, to nickname męski, żeby nie było. Dostaliśmy od Niego wejściówki na EXPO – na każdej było napisane 160Y… to jakieś 80 pln… kupa pieniędzy! Chcieliśmy im oddać, ale powiedzieli, że oni jakąś pule dostają, na rodzinę czy jakoś tak, i mamy nie oddawać – nie jesteśmy za bardzo do tego przekonani, mamy bardziej wrażenie, że nawet jeśli tak jest, to musieli tych rodzin kilka obrabować.

Na EXPO wchodzi dziennie jakieś 0,5mln ludzi. Przy okazji wiemy jak wygląda napis ludzia po chińsku – taki jak ludzik bez główki i rączek J.

Wchodzimy i zoonk – prezent dla męża Ani – żubrówka jest u nas w plecaku, a na wejściu kontrola – kompletnie nie pomyśleliśmy o tym. Dokładna kontrola – prześwietlenia, obmacywanie itp. Lipkowi kazali napic się wody, którą miał, a do Niny przyczepili się o wódkę. Nie wiedzieli co to jest. Wyjaśniliśmy Ani, że to prezent dla Jej męża, że nie pomyśleliśmy itp. W pierwszej chwili tez nie załapała, co to jest – myślała, że jakiś specjalny olejek albo coś w tym guście. W każdym razie stanęło na tym, że nie wyrzucamy wódki, tylko Ani wyniosła ją i zostawiła w okolicznym sklepie.

I TERAZ COŚ, CO TRZEBA NAPISAC CAPSEM. IDZIEMY DO EXPO I MAŁA RYBKA WYRZUCIŁA MISIA ZA BARIERKI. ANI WRÓCIŁA SIĘ KAWAŁEK, MILICJANCI PRZEPUŚCILI JĄ ZA BARIERKI I PODBIEGŁA DO MISIA. PATRZYMY, A OBOK MISIA LEŻY 10Y – JAKIEŚ 5PLN. W PAPIERKU. MOWIMY, ŻE TAM LEŻĄ PIENĄDZE. COŚ ODPOWIEDZIAŁA I POSZŁA. GDY DO NAS WRÓCIŁA, MÓWIMY, ŻE TAM PIENIADZE LEZAŁY, CZEMU NIE WZIĘŁA. „TO NIE MOJE PIENIADZE PRZECIEŻ” ODPOWIEDZIAŁA. OPADŁY MAM SZCZĘKI I JESZCZE DŁUGO CIĄGNĘŁY SIĘ PO ZIEMI. DLA NIEJ BYŁO TO TAKIE NATURALNE, ŻE JAK NIE JEJ, TO NIE RUSZA.

W każdym razie Ani pobiegła z wódka, a my z Jud i 2 dzieciaków weszliśmy na teren EXPO. Lipek chciał nam zaimponować, i zaprosił nas na teren targów w Katowicach, że spory jest itp. Jakąś godzinę później usłyszałem – „pamiętasz co Ci mówiłem o naszych targach? Tak? To zapomnij co mówiłem. Nasze targi zmieszczą się w tym budynku co jest przed nami”

Przy automatach z napojami spotkaliśmy Polaka, pomogliśmy z obsługa – Jego automat nie chciał przyjmować generałów – jak mówimy na ichnie banknoty, z uwagi na ich zawartość. Następnie gdy Ani przyszła, poszliśmy do sali widowiskowej – futurystycznego spodka, w środku którego zmieściłby się ten katowicki. Weszliśmy do środka, przespacerowaliśmy się na górę, by z tarasu widokowego biegnącego dookoła, oglądać panoramę. Następnie zapytali nas, czy jesteśmy głodni. Nie byliśmy, ale ustaliliśmy, że idziemy się czegoś napić i jakieś przekąski wciamać. Gorąc niemiłosierny, 33 stopnie. Zaprowadzili nas do starbucksa – my nawet w domu nie bywamy w takich lokalach, uważając, że jest za drogi na normalnego ludzia… Ale nie dość, że nas zaprowadzili, mimo iż dla Nich pewnie było drożej, niż dla nas, to jeszcze chcieli za nas zapłacić! Makabra! Strasznie źle byśmy się z tego powodu czuli, więc udało nam się wynegocjować, że każdy kupuje sobie to, co chce – my kupiliśmy sobie frapuciono , z lodem, kawowe – mniam mniam i muf inki z blackberry i czekoladową, a Lipki frapuczino waniliowe, mufinkę i ciacho.. Oni 94, my 90Y. Posiedzieliśmy odpoczęliśmy i poszliśmy dalej

Dalej poszliśmy do eklektycznego autobusu i pojechaliśmy w stronę europejskich pawilonów.

Polski pawilon

Tak samo tłoczno, przy wejściu do pawilonów ogromne kolejki – do polskiego stosunkowo niedługa – ponoć 40 minut oczekiwania – do chińskiego są limity po 30k dziennie, a np. do angielskiego kolejka jest na 3h. Stojąc w kolejce, słuchając Chopina, Lipek stwierdził, że jest dumny, że tylu ludzi stoi w kolejce, czekając na wejście do naszego pawilonu, by zobaczyć coś o naszym kraju. Pawilon nie jest jakiś okazały, ale bardzo ładny – wygląda jak przykryty wycinanką łowicka – lepiej by się prezentował w innym miejscu, ale wciśnięty między szwajcarski z kolejką górską na szczycie, a futurystyczny niemiecki czy pokryty wycieraczkami trzcinowymi hiszpański, trochę ginie w tłumie. W kolejce było fajnie, daszek, co chwilę spryskiwacze robiły wilgotną mgiełkę – miło i sympatycznie.

Wejście do pawilonu robi ogromne wrażenie – wycinanka w środku, korytarzyk w którym widać otworki z wycinanki, na całości delikatne prezentacje pór roku chyba J

Dalej nie jest już tak fajnie – dość duża sala, gdzie na projektorze wyświetlane są filmy – takie dość średnie – co prawda sporo osób to ogląda, ale… Nie jestem przekonany. I dopiero na końcu przy samym wyjściu na pseudoschodach siedzą ludzie i oglądają prezentację Bagińskiego.

Gorszego miejsca nie można było znaleźć – nie dość, że nie słychać żadnych dźwięków, to jeszcze nie wiedząc nic na temat Polski, człowiek ogląda to jak mangę, anime czy inne takie. Nawet my mieliśmy problem by zdefiniować czasem to, co widzimy. Przydałby się komentarz, albo bardziej konkretne napisy. Dodatkowo, brakowało nam jednak wzmianki o JPII, a wizja polski 2100 była dziwnie podobna, do widoku Szanghaju…

Na wyjściu sklep z bursztynem – najmniejszy i najtańszy za 1000Y – jakieś 500pln… Ale zainteresowanie spore – przynajmniej oglądaniem.

Po wyjściu miałem już dość, ale że Ani i Jud chcieli jeszcze oglądać, poszliśmy do brytyjskiego pawilonu – gdzie faktycznie kolejka zniechęciła Ich, lecz obok była Holandia – na wysokościach, zrobiony tak dość ciekawie… ale po przejściu uznaliśmy, że nuda i niefajnie – nasze było dość średnie, ale to było o 3 nieba gorsze. Uwaliliśmy się pod budynkiem Holandii i odpoczywaliśmy. Przy okazji przypomniało mi się – czild Ani – to maksymalny łobuziak – wyglądająca jak kujon 6 letnia dziewczynka szokowała ilością pomysłów na mikrosekundę – przewróciła lalkę o wysokości 1,8m, rzucała różnymi rzeczami, ogólnie – łobuziak J. Pod budynkiem Holandii, przewracała owieczki z kamienia czy czegoś. W Tym miejscu miałem już ochotę wracać do hotelu, czując, że nogi mam starte gdzies do kolan. Ale poszliśmy jeszcze do pawilonu Chińskiego, na dół można było wejść, tam były prezentacje ichnich dystryktów – w jednym budynku, że 30 chińskich pawilonów, jeden ładniejszy od drugiego. Najbardziej chyba ujęło nas Gulin – Do lipka podszedł obsługant, pokazał na kucyki, stwierdził „very nice!” Chwilę potem zapytał, czy można byłoby zrobić sobie z Nim zdjęcie. Zaraz po tym, zrobili nam wszystkim zdjęcie i jeszcze hostessa zrobiła sobie z nami zdjęcie – pokazali prezentacje odnośnie Gulin, powiedzieliśmy, że wybieramy się tam – ucieszyli się strasznie, chcieli dać nam książeczkę z adresami restauracji, hotelami itp., ale nie znaleźli, to jeszcze nas dogonili, przeprosili, dali znaczki… naprawdę miło. W tym momencie miałem już wszystkiego dosyć. Mogłem usiąść i wyłączyć się. Na szczęście powiedzieli, że jeszcze tylko jeden mikropawilon, papu i papa.

Poszliśmy na pierożki – nie byłem głodny, mimo iż od rana zjadłem nic nie jadłem, ale dobra, zjem 2 pierożki. A, pierożki miały być z octem.

Weszliśmy do jadłodajni i z Lipkiem zostaliśmy z 2 małymi chińskimi dziećmi. Trochę strach J Pierożki były gotowane na parze, w takich sitkach bambusowych, po 3 piętra. Na każdym pięterku 8 pierożków, pięterko 30Y. jedna osoba mogła kupić maksymalnie 3 pięterka – może wynikało to z tego, że to była samoobsługa – więc 9 pięterek kupowało 3 osoby. Do tego jeszcze po małym piwie. Kazało się tez, że zarówno Ani, jak i jud nie pija alkoholu – co gorsza mąż Ani też – ale żubrówkę dostaną Jej rodzice, więc jest ok.

Na małe spodeczki Ani nalała trochę octu balsamicznego i braliśmy pałeczkami pierożka, na miseczkę z octem, moczyło się i do ust. By nie kapało, pod spodem trzymało się łyżkę. Dało się jeść. Nawet dostałem od Ani pochwałę, że bardzo dobrze sobię radzę. Lipek powiedział Jej, że 2 raz w zyciu mam je w dłoniach. Kwestia do opanowania, to to, by pałeczka którą się porusza, łapała pieroga wyżej niż dolna – wtedy nie ma problemów. Musiałem się pochwalić, bo jak się człowiek nie zareklamuje, to kto go doceni? J

Pierożki były BARDZO SMACZNE – a z octem balsamicznym jeszcze bardziej. Następnie przegrupowaliśmy się do autobusu i do hotelu. Jesteśmy strasznie wdzięczni Ani i Jud’owi

Komentarz Iwony

19.09.2010 – niedziela – Shanghai

Dziś pobudka o 8.00, żeby zdążyć na umówione spotkanie z Annie na Expo. Zakupione wczoraj śniadanie zjedliśmy w hostelu. Smaczne, choć dziwne bułki na słodko z wędliną i serem i drugie, nawet lepsze, z czekoladą. Po kolei zaczęła nas dziś dopadać biegunka, nie jakaś masakryczna, ale jednak. Wzięłyśmy z Niną nifuroksazyd, więc może będzie spokój.
Annie zobaczyliśmy na przystanku metra, była z córeczką ale bez męża, bo pracować musiał, ponieważ dziś odrabiają jakiś dzień wolny. Annie drobniutka, w okularkach, podobnie jak dziecko, które na pierwszy rzut oka wyglądało na totalne niewiniątko, a potem okazało się diabłem wcielonym! Pokrążyliśmy dość trochę po stacji metra większej chyba od jakiegokolwiek polskiego lotniska, znaleźliśmy autobus na Expo, a już na miejscu spotkaliśmy się z Judem (i jego córką), który też pracuje w Rockwellu, a oprócz tego jest wolontariuszem na Expo. Mały problem wyniknął z prezentem dla męża Annie, bo przy Expo jest kontrola jak na lotnisku i nie pozwolili wnieść żubrówki do środka, w efekcie czego Annie szukała depozytu (najzabawniejsze było to, że Annie nie miała pojęcia cóż to takiego przywieźliśmy w butelce, pytała, czy to jest jakiś rodzaj oleju :D , musieliśmy biedulce wyjaśniać). My w tym czasie rzuciliśmy okiem na chiński pawilon z zewnątrz robiący niezłe wrażenie. Potem poszliśmy do podobnego do Spodka, tylko o wiele większego budynku, z którego było widać całą azjatycką część Expo. Przejechaliśmy na stronę europejską, gdzie zobaczyliśmy polski pawilon. Generalnie wygląda on całkiem ciekawie – jak wycięta mozaika z papieru, w środku zaczyna się też fajnie, ale to co jest dalej, już średnio nas zachwyciło, a lecące na ekranach hasła/statystyki robiły nas 20-tą potęgą gospodarczą świata. Taka skądinąd znajoma manipulacja danymi.
Myśleliśmy gdzie iść dalej i nasi Chińczycy wybrali Holandię – kiepska była w sumie, może i większa od polskiej, ale wystawione rzeczy jakieś takie odpustowe trochę. Ponieważ pawilonów było milion, wszędzie kolejki (do najciekawszych są ponoć kilkugodzinne kolejki, osiągając 6 h przy Arabii Saudyjskiej), a już później byliśmy zmęczeni, zdecydowaliśmy się wybrać jeszcze tylko jeden i Jude zaproponował pawilon z chińskimi prowincjami. Do głównego chińskiego wpuszczają „tylko” 30 tys. ludzi dziennie i trzeba sobie koło 5 rano zarezerwować wejście. Ogólnie każdego dnia Expo odwiedza ok. 300 tys. osób. Chińskie pawilony całkiem ładne, ale już trzeba przyznać, że byliśmy mocno zmęczeni i nie w pełni mogliśmy je docenić. Przyciągał nas tybetański, ale oczywiście był zrobiony przez jedynie słuszne chińskie władze, więc wszyscy mieszkańcy na zdjęciach byli szczęśliwi, a Dalajlamy się nie uświadczyło. Pozbieraliśmy po kilka pieczątek [tu w moim notesiku papierowym są one] i już mocno padnięci z ulgą podążyliśmy za Judem, który oznajmił, że idziemy na obiad. Obiad składał się z pierożków robionych na parze w beczułkach drewnianych i w nich też podanych – rewelacja! Obżarliśmy się, popiliśmy piwem (oboje Chińczycy nie piją alkoholu i – co najgorsze – mąż Annie też nie!), a w dodatku oni wszystko płacili wbrew naszym protestom (włącznie z biletami na Expo, które podobno załatwili dużo taniej, ale oryginalna cena to 160 Y). Co do kasy, to w sumie zaskoczyli nas dziś dwukrotnie. Najpierw Annie biegła za barierki, gdzie jej grzeczna inaczej córka wrzuciła misia i zobaczyliśmy tam chiński banknot. Pokazujemy i mówimy, że pieniądze tam leżą, a ona że to nie jej i zostawiła je w miejscu! Drugi raz, jak na krótką przerwę na przekąskę poszliśmy do Starbucs’a, gdzie za 2 ciasteczka i 2 kawy frappe zapłaciliśmy 94 Y, czyli prawie 4 x tyle co za wczorajszy obiad! Chyba wcale tak mało tu nie zarabiają jak myśleliśmy.
Oboje bardzo sympatyczni i ugościli nas naprawdę z wielkim gestem, aż nam głupio było. Dziecko Annie – „Mała Rybka” dokazywało strasznie, ciągnęło ją za rękę, zaczepiało nas, przewracało wszystko, wchodziło do lodówki po lody, ogólnie – masakra. Ale tu chyba bezstresowe wychowywanie dzieci jest jeszcze bardziej popularne, ze względu na politykę jednego dziecka (mogą mieć 2, jeśli sami są jedynakami lub jeśli bliźniaki się urodzą).
Pożegnaliśmy się z nimi po kolei, wróciliśmy do hostelu i jutro ruszamy do Hangzhou, gdzie na razie nie mamy noclegu i musimy coś wykombinować.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 4 z 25 · 20 września 2010

Chiny dzień IV – droga Shanghai-Hangzhou

Hangzhou Railway Station, 高新文教区 Shangcheng District, Hangzhou, Zhejiang, Chiny

Chiny dzień IV – droga Shanghai-Hangzhou

Jedliśmy w mcdonaldzie. Jak u nas.
Potem pojechaliśmy na stacje, pokazano nam, że mamy czekać w klimatyzowanym pomieszczeniu do podstawienia pociągu. Gdy czas nastał zawołano nas i resztę pasażerów i poszliśmy na peron. Pominę, że stacja ma ze 4 piętra i wielkość 4 naszych centralnych… na peronie czekał na nas pociąg wyglądający tak, że PKP planuje zakup takich na rok 2145…
wsiedliśmy i szukaliśmy miejsc. na moim miejscu siedziała Chinka z dzieckiem. nauczeni, że Chińczycy siadają nie na swoich miejscach, pokazuje bilet, i mówię, że to moje miejsce. A ta do mnie po swojemu… jak czasem moja żona… ale zonę jednak łatwiej mi zrozumieć… Na angielski nie reagowała, więc uznałem, że równie dobrze mogę z nia dyskutować po polsku. Iwona ustaliła, że mam usiąść z Nina, na Jej miejscu, a Lipka tam wyślemy na Chinkę. Zanim dotarł Lipek, chińczyk spod okna pogonił Chinkę z dzieckiem i wózkiem, usiadł na miejsce gdzie ona siedziała, a Grześka puścił pod okno, gdzie okazało się, że jest Jego miejsce. Ja sobie spokojnie przez drogę pisałem. 200km przejechaliśmy w 1:20 – miło.
Gdy wysiedliśmy na dworcu, opadli nas naganiacze z hotelami, ale my mieliśmy jeden upatrzony, acz nie zarezerwowany. Zaproponowano nam transport za 80rmb… postanowiliśmy pojechać autobusem – kosztowało nas to 3rmb za osobę, acz kazali nam za wcześnie 2 czy 3 przystanki. Więc musieliśmy z plecakami iść przy jeziorze ze 2 km…
gorąco, ogromna wilgotność… sauna.
Teraz jesteśmy w hostelu Hangzhou West Lake Youth House – http://www.westlakehostel.com/about-en.asp i na frazie całkiem fajnie wygląda. I Internet działa dobrze :)
Teraz zaraz będziemy szli na rekonesans.
Trzymajcie się ciepło w zimnej Polsce :P

20.09.2010 Hangzhou wieczór

Poleźliśmy pospacerować po zachodzie słońca. Lipek miał dzień złego Chińczyka – wszyscy mu podpadali.

Komentarz Lipka

A bo kurde wszyscy byli małymi wrednymi gnomami!

Już myśleliśmy, że będzie ok, gdy będąc „hardcorami” postanowiliśmy zjeść koło jednej z pagód w budce. Takiej nawet kulturalnie wyglądającej. Właściwie było kilka, jak podeszliśmy, to wyległo towarzystwo i zaproponowało swoje usługi – wybraliśmy grupę, która najmniej się darła.

Weszliśmy, zamówiliśmy – Nina kaczkę, Iwona rybę, ja bambusa z czymś zielonym, a Lipkowi zamówiłem jakieś coś zawinięte z dżemem do maczania.

Komentarz Lipka

Tu należy się w końcu małe wyjaśnienie – dlaczego właściwie Adam zamawia mi jedzenie? Otóż powodów jest kilka:
1. Może to dziwne, ale nie lubię wybierać jedzenia. Zwłaszcza takiego, którego nie znam.
2. Z jednej strony chętnie spróbuje czegoś nowego, z drugiej trochę się boje :-)
3. Adam mocno eksperymentował w Indiach a jednocześnie jego wybory były szybkie i nieskomplikowane (czytaj: łatwe w zamawianiu). W sumie wyszło mu na dobre, czego pozazdrościłem.
Nie pamiętam co mu obiecałem, ale zgodził się wybierać dla mnie jedzenie. Czasami się odgraża, że zamówi mi cos okropnego jak go denerwuje ;-)

Przynieśli nam coś… Nina dostała pokrojoną kaczkę, a właściwie szkielecik obciągnięty skorą, zimny, chyba wędzony. Moje było nawet nawet, bambus smaczny, a zielone posypane, pachniało jak kapusta kiszona, ale całkiem całkiem. Lipka papu, okazało się hmn… zwiniętym ciastem francuskim, chrupiącym, które maczało się w ketchupie… dziwne monotonne i takie sobie.

Komentarz Lipka

Mina Niny, gdy zobaczyła kaczkę – bezcenna. Adaś zapomniał napisać, że była pokrojona na kawałki razem z kościami. I nie wiadomo czym jeszcze. Nagraliśmy film, jak jadła pierwszy kawałek ;-)

Za to, po godzinie oczekiwania, Iwona dalej nie dostała swojego papu… Rozumiem, że ciemno i rybę trudno złapać, ale bez przesady… Jakoś nie było odważnych, by zapytać o to, a obsługa jadła swoje papu i nawet nie patrzyła w nasza stronę. Postanowiłem pokazać lokalesowi menu z obrazkami, pokazać rybę i zapytać, gdzie ją wciamało… Po podejściu do obsługanta, łobuz uciekł. Inny którego dopadłem, myślał, że chcę umyć ręce… fajnie, że ktoś tu zna angielski mniej, niż ja :) W każdym razie złapałem drugiego, pokazałem mu menu, a Ten twierdzi, że nie ma… To chciałem pokazać mu obrazek na ścianie i drugi uciekł… Co prawda wcześniej pokazywał 90 lokalnych pieniędzy, więc ustaliliśmy, że to za 3 porcje i picie, to właśnie 90 jest ok. Postanowiliśmy iść sobie daleko i szybko, jak tylko zapłacimy.

Komentarz Lipka

Oprócz ryby miał być też ryz. Też go nie było. To już czwarty dzień w Chinach, kiedy nie możemy dostać ryżu. Zjadłbym ryż.

Potwierdzamy… jak nie ma lokalesów jedzących – nie wchodzić. Kategorycznie. Wieczorem spotkaliśmy Polkę, mieszkającą wcześniej rok w chinach i stwierdziła, że pewnie po prostu nie mieli już ryby, i uznali zamówienie, za niebyłe… bez powiadomienia nas… tacy są…

Następnie poszliśmy na groblę Su Di – żeby zobaczyć 4 księżyce odbijające się z 3 pagód. HGW o co biega, bo jeszcze ktoś ściemniał, że to księżyc miał się odbijać w 4 jeziorach znajdujących się na wyspie – jak to technicznie miałoby zadziałać? Nie pytajcie mnie. W każdym razie grobla biegnie rzez całe jezioro, ze 3km, ma mostki i inne takie. Ciemno było więc wiele nie było widać, poza światłami miasta, drzewami i zakazem jazdy rowerów, który był respektowany… wcale. Znaleźliśmy na grobli miejsce, z którego odpływają statki na rejs po jeziorze – taki był plan. Poszliśmy dalej szukając tych księżyców. Na 2 mostku, zaproponowałem, że te światła na tle wyspy, to to, na co Lipek mający już marsowa minę i zmęczony, uprzejmymi słowy uzmysłowił mi, iż mylę się. Przeszliśmy jeszcze z kilometr a tam nic. Ani księżyców ani końca grobli. Usiedliśmy w pagodzie i przy świetle latarki czytaliśmy nasza biblię (przewodnik Lonely Planet) i pascala (na który Lipek mówił brzydkie słowa, na k ch i inne takie :P ).

Komentarz Lipka

Kłamstwo i potwarz! Ja chcę tylko rytualnie spalić Pascala :P

Tam dowiedzieliśmy się, że świecić maja się trzy małe dwumetrowe pagody, w których zapalone sa lampki. Te z kolei rzucają snopy światła, które odbijając się, wyglądają jak odbicie 4 księżyców. Tyle teorii. W praktyce widać z daleka światełka, być może światło miasta spowodowało, iż nie widać tego dobrze. W każdym razie okazało się, że miałem rację – i Lipek nie kasuj tego – miałem rację, a Ty się myliłeś! Szczekaj teraz! Aby dostrzec snopy światła, trzeba było użyć teleobiektywu…

Komentarz Lipka

Grrr… No dobra, hau hau. Zadowolony?

Posiedzieliśmy sobie w pagodzie, aż przyszła chińska parka, mająca niecne zamiary i znacząco chrząkała w nasza stronę. Chcieliśmy być twardzi, ale romantyczna muzyka ślepego grajka grającego opodal rzewne melodie spowodowała u dziewczyn przypływ romantyzmu i postanowiliśmy wracać. Minutę później pagodę opuściła parka… pewnie po konsumpcji :)

Komentarz Lipka

Lipek:
Otóż Chińczycy to bezwzględny naród. W każdej sytuacji są w stanie bezceremonialnie wepchać się przed ciebie, wypchnąć cię, przysiąść do dość malej pagody. Nie chodzi tu tylko o białych, robią tak na każdym kroku. Robią to, na co my u nas mamy ochotę, ale się wstydzimy :-) . Podejrzewam, że powoduje to ich ogromna ilość – trzeba umieć walczyć o swoje. W tłumie. Na szczęście można się przyzwyczaić, a nawet zacząć używać :-].

W każdym razie wróciliśmy do hotelu tacy średnio zadowoleni, a Iwona głodna. Na tym koniec tego dnia, paciorek, umyć sisiorek i spać.

Komentarz Lipka

Edycja literówek i drobne poprawki by Lipek

Komentarz Adama

Edycja literówek (litrówek?) po Lipku by Adam

Komentarz Iwony

20.09.2010 – poniedziałek – Shanghai –> Hangzhou

Siedzimy w wypasionej, klimatyzowanej poczekalni i czekamy na pociąg do Hangzhou. Dotarliśmy bez problemu, choć obeszliśmy cały dworzec, zanim nas skierowano do tej właśnie poczekalni.
Obudziłam się dziś trochę nieprzytomna, w dodatku w trakcie snu o tym, jak to pojechałam do szwagra na urodziny i teraz miałam wracać z powrotem do Chin, a bilet kosztował 3900 zł i byłam strasznie skonsternowana – co robić? Więc może i dobrze, że coś (chyba Nina, tak w sumie) mnie obudziło. Grześ z kolei wstał jakiś bucowaty, niewiele się odzywał i w dodatku nie chciał powiedzieć co mu jest lub o co chodzi. Może dzień mu humor poprawi, bo nawet zaczął formułować jakieś dłuższe zdania teraz. Na śniadanie poszliśmy dziś do McDonalda żeby było szybko i żeby przy okazji zobaczyć czy mają coś ciekawego, ale było normalnie, żadnych lokalnych potraw typu McMaharadża burger w Indiach. Kupiłam BigMaca z shakiem czekoladowym, oba smakowały jak u nas. Ale pożywne, choć niezdrowe pewnie śniadanie powinno nam starczyć na dłużej, bo pewnie zanim się odnajdziemy i zakwaterujemy w Hangzhou, trochę minie. Dobra, zerkamy na tablicę i niedługo pewnie będziemy szli na peron.

Jesteśmy w Hangzhou, mamy na dziś 4-osobowy pokój (55 Y/os.) w West Lake Youth House, niestety na jutro jest zajęty i będziemy mieli 1-kę i 2-kę. Jazdę pociągiem przespałam, co oznacza, że był wygodny. Jak Annie powiedziała, druga klasa tu, to już wyższa klasa, więc naszą poczekalnię puścili najpierw, wagony też mieliśmy oznaczone i miejsca, choć na jednym już usiłowała się usadowić jakaś Chinka, ale sama się wycofała na szczęście. Na dworcu obleźli nas naganiacze nie mówiący słowa po angielsku, ze zdjęciami atrakcji/hoteli/busików i chińskim napisami na nich. Nie wiem jak oni chcą jakiegokolwiek obcokrajowca do czegokolwiek przekonać, jeśli się nie można z nimi porozumieć. W Indiach czy Chile/Peru byli w tym względzie o wiele lepiej przygotowani. Kupiłyśmy mapę chińsko-angielską miasta (5 Y), zapytałyśmy w informacji nad dworcem jak dojechać i autobusem Y2 przemieściliśmy się w okolice jeziora. Szliśmy chyba z 20 minut do hostelu, bo kobitka w autobusie wskazała nam do wysiadki o 2 przystanki za wcześnie. Później zleciało nam trochę na ustalaniu co dalej robimy: co tu zwiedzamy i kiedy, gdzie śpimy w Guilin i czy jedziemy do Yangshuo.
W końcu wybraliśmy się na rekonesans, który miał zawierać głównie jedzenie. Po drodze widzieliśmy już ładnie oświetloną pagodę Lei Feng, którą jednak mamy w planie zwiedzić po jasnemu, więc po szybkim obfotografowaniu jej poszliśmy dalej z nosem wyczulonym już na knajpy. Zobaczyliśmy z 3 koło siebie, zaraz wybiegła kupa ludzi przekrzykujących się, że mają English menu i choć niezbyt podobała nam się ich natarczywość, wybraliśmy taką, w której żarcie na obrazkach wyglądało najciekawiej. Angielki opis był co prawda szczątkowy, ale był. Wybraliśmy: ja – rybę w occie balsamicznym, Grześ – coś jak sajgonki z sosem, Nina – kaczkę w kawałkach, Adam – bambusa z kapustą. Po 3 minutach przynieśli 3 dania, bez mojego. Pierwsze wrażenia były takie sobie: sajgonki, to było tylko jakieś twardawe ciasto ze słodkim keczupem, kaczka – w smaku jak dla mnie nienajgorsza, ale z masą kością przewyższającą ilość mięsa, bambus – monotonny. A ryby nie ma. Pozostała trójka pomarudziła, zjadła prawie całe bez przekonania, a ryby nadal nie ma. No już by ją złowili przecież i spalić zdążyli! W dodatku obsługa jadła sobie w tym czasie radośnie przy swoim stoliku, kompletnie nie zwracając na nas uwagi. Adam w końcu wkurzony poszedł do obsługi, ale nie szło się ni cholerę dogadać, więc skończyło się na zapłaceniu za 3 posiłki i wyjściu stamtąd. Normalnie zapomnieli/olali/nie skumali, że zamówiłam rybę! No nic, na głodniaka (w moim przypadku, choć reszta też nie była ani zadowolona, ani najedzona) poszliśmy dalej przespacerować się po grobli Su Di, która na 3 km odcinku łączy południowy z północnym brzegiem jeziora. Widoczki już od początku były ładne, po prawej 2 pagody, po lewej góry, w oddali światła miasta. Cisza generalnie i spokój, niewiele ludzi, jak już to przejeżdżali na rowerach. Naszym celem było dojście do punktu, z którego najlepiej miało być widać Wyspę Małych Mórz (Xiao Ying Zhou) i Trzy Stawy, w Których Odbija się Księżyc (San Tan Yin Yue). Wyspę owszem było widać już od jakiegoś czasu, ale tej drugiej atrakcji ni cholery. Adam co prawda rzucił hasłem, że pewnie to te takie małe światełka na wodzie, ale dopiero po obejrzeniu ich przez teleobiektyw, poczytaniu przewodnika i popatrzeniu z różnych punktów doszliśmy do tego, iż rzeczywiście: Trzy Stawy, w Których Odbija się Księżyc to 3 małe (2 m) pagody wodne, które są ułożone na wodzie w taki sposób, że wśród otaczających je świateł nieszczególnie się wyróżniają. Cóż, kolejny raz poetyckie zacięcie twórców tych nazw przewyższyło rzeczywistość. Ale mimo tych poznawczych problemów, na grobli było bardzo miło, siedliśmy sobie w uroczym zakątku wysuniętym lekko w jezioro, w tle grała jakaś delikatna chińska muzyczka, którą potem okazał się „produkować” jakiś niewidomy chłopak parę metrów za zakątkiem. Przyjemny wieczór, pośmialiśmy się też trochę, bo najpierw pomyliliśmy jakiegoś Chińczyka wyłażącego z krzaków z Adamem, który poszedł przodem robić zdjęcia, a później przypomnieliśmy sobie sytuację, gdy Nina na hasło Adama, że trzeba by Bartkowi przywieźć chińska prezerwatywę, powiedziała, że powinna mu pasować, co podwójnie nas ubawiło.
Po powrocie do hostelu spotkaliśmy ucieszoną naszym widokiem, czy raczej głosem, Polkę, która właśnie przyjechała tu do pracy na roczny kontrakt jako nauczycielka angielskiego, a pracodawca powiedział, że to już nieaktualne i wkurzona była maksymalnie. Poopowiadałyśmy sobie wspólnie co nieco i poszliśmy do pokoju.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 5 z 25 · 21 września 2010

Chiny dzień V – Hangzhou dzień II

Three Pools Mirroring the Moon Buffet 64QW+G7R Xihu, Hangzhou, Zhejiang

Chiny dzień V – Hangzhou dzień II

Łubudubu, łubu dubu niech nam żyje, prezes naszego klubu! Taki był poranek, godzina 6 czy 7. Werble, trąbki, przemarsz wojsk. Nie było nic widać, ale brzmiało, jakby walił się świat, i to zaraz obok. Obudziło wszystkich, poza Iwoną, która później nie chciała nam wierzyć. Po godzinie przestało się wydzierać, więc udało się nam zasnąć. I ten moment, Nina wymyśliła sobie, że przejdzie się na śniadanie. Otwieramy oczy, a tu nie ma Jej. Konsternacja itp. na szczęście zostawiła kartkę, że jest na dole, i czeka.

Komentarz Lipka

Warto dodać, że dzień wcześniej wieczorem Nina przestała się odzywać. Rano katem oka widziałem, jak się pakuje, ubiera, bierze aparat i cichaczem wychodzi. A kartkę znaleźliśmy po 15 minutach.

Zeszliśmy na śniadanie, wzięliśmy sobie kontynentalne, a ja sałatkę owocową. Wszystko ok – banan, jabłko polane sokiem pomarańczowym… i do tego pomidorki koktajlowe… Ciekawostka. I wyszła jeszcze jedna rzecz – pierwszą noc spędziliśmy we 4 w dormitorium, ale dziś musieliśmy przenieść się do innych pokojów, bo ten był zajęty – były tylko do wyboru jedynka, w której mogły spać 2 osoby i po 1 miejscu w różnych dormitoriach.

Komentarz Lipka

Oczywiście dzień wcześniej byliśmy pewni, że dostaniemy jedynkę + dwójkę. Rano nikt z obsługi o tym nie pamiętał.

Nie mając wyjścia, zgodziliśmy się, a poranek postanowiliśmy poświęcić na pranie. 10RMB za pralkę 6,5kg, ale niestety suszarka była nieczynna, więc trza było samemu wieszać.

Ruszyliśmy koło 12. Poszliśmy na groblę. Po drodze zaczepili nas kolesie w małych łodziach – pierwszy chciał 240, drugi już tylko 160 – ale prawdopodobnie tylko na wyspę… w jedną stronę, ale kto to wie? Bo poza chińskim, innych języków ni w ząb. Zresztą wszędzie tak tu jest. Poszliśmy na groblę i tam kupiliśmy bilety za 45RMB i popłynęliśmy małą łódką na wyspę.

Komentarz Lipka

Lipek: ja uważam, że łódka była średnia, ale nie będę się kłócił z Warmiakiem :] . W każdym razie wchodziło ze 30 osób.

Wyspa ma kształt okręgu, w środku są cztery jeziorka, symetrycznie rozdzielone groblami, a na środku wyspy, pomiędzy jeziorkami jest kolejna wyspa. Jedno z ładniejszych miejsc, jakie oglądaliśmy – aczkolwiek wedle prognozy miało być 36 stopni, a było ponad 40. Lipek rozpłynął się i miał dość.

Komentarz Lipka

To był jeden z najcieplejszych dni w moim życiu. Kurde tak gorąco chyba nawet w Indiach nie było. Nie pomogło zanurzenie głowy w jeziorze. Ten skwar rozłożył mnie na łopatki

Zwiedzaliśmy wyspę, załapaliśmy się na lody – dziewczyny dostały sorbetowe, a mi trafił się z granatu w mleku sojowym. Dziwne w smaku. Następnie popłynęliśmy do końca grobli, na małą wysepkę. Weszliśmy w jakieś ruinki i podrałowaliśmy na górę. Zdobyliśmy ją, weszliśmy na punkt widokowy. Widok był zachwycający – na okoliczne drzewa. Lipek będąc na skraju wytrzymałości skwitował to tylko „ja pierdole”. Zeszliśmy trochę, odwiedziliśmy pomnik będący niedaleko szczytu, i zeszliśmy na dół. Tam na jeziorze całe tabuny rośliny były, o kwiatostanach takich, jak można u nas do suszonych cusiów kupić. Na zdjęciach jest, więc nie będę tłumaczył. Czytacze muszą wykazać się albo wyobraźnia, albo inteligencja. Nie wykluczam oczywiście posiadania obu tych rzeczy. Iwona ciągnęła nas do jaskini jakiegoś tam smoka. Lipek padał na twarz, nas nogi bolały, że hoho. W sumie ciężko było zadecydować. Postanowiłem stanąć na wysokości zadania, żeby nie mówili cały czas, że jestem pasożytem, i uznałem, że trzeba podjąć decyzję. Przestudiowałem Lonely Planet i okazało się, że to nie jaskinia… w sumie smok się zgadzał, ale wystawał mu tylko łeb ze strumyka. A po prostu cały park nazywa się Coś tam Dragon Park Cave… Ale że miała tam być jakaś świątynia, udaliśmy się pod górę. I tu moja zła decyzja – postanowiłem nie iść przez hotel, gdzie uznałem, że można zgubić drogę, tylko innym wejściem, kawałek dalej. Po dłuższym czasie zaczęliśmy się niepokoić. Zeszliśmy w stronę jednej z bram, lecz policjant stanowczym gestem, poruszając się jak robot, pokazał, że wejście tu dozwolonym nie jest, a nawet zbliżanie się nie będzie fajne. Odchodząc uznaliśmy, że dobrze, że pokazał a nie strzelał od razu :P . Ale z innej strony zabicie białego to pewnie dużo papierów do wypełnienia. Poszliśmy dalej. Brama wejściowa, ładna piękna, weszliśmy. Pokazuję mapę, na mapie chińskie robaczki, i następuje konsternacja. Pięć osób przygląda się mapie, dyskutuje… Dopiero po chwili jedno dziewczę mówi do mnie bzz bzz zz bzz bzz zzzz eeee zzz oo! Ta… ja Ciebie dobra kobieto też, dwa razy. W końcu namalowała górkę, pokazała na mnie, namalowała kropkę. Pokazała na mapę, na nazwę świątyni i pokazała kropkę z drugiej strony góry. AAAAA MAĆ! Ok, można dostać się tam autobusem K81 – ale już mieliśmy dość i postanowiliśmy wrócić do hostelu. Wracając zobaczyliśmy mapę, gdzie jak byk było namalowane, że przez tą bramę można dojść do świątyni, jest ścieżka… więc nie wiem… może uznali, patrząc na Lipka, że nie damy rady się wspiąć. Ustaliliśmy z lokalesami, że musimy jechać autobusem Y9. Siedzimy dobre 30 minut, a autobus dupa, inne w tym K81 ze 3 były a tego nie. Lipek przesunął swe zwłoki w stronę planu i nagle znów usłyszeliśmy z jego ust uprzejme, soczyste polskie słowa. Y9 jeździ do 20 minut temu. Zaczęliśmy zastanawiać się nad taksówką, gdy podjechał Y9 – turystyczny, objazdowy autobus – musiał się bidulek spóźnić. 5RMB za osobę.

Dojechaliśmy do hostelu. Lipki spały w jedynce, a Nina w dormitorium miała dwójkę Polaków – jechali już chyba 40 dni, koleją transsyberyjską i ogólnie tak hardcorowo. Zjedliśmy na kolacje fajne potrawy, smaczne, ale BEZ RYŻU, co Lipek ponownie skwitował słowem w Niemczech oznaczającym zakręt. Chiny, my już piaty dzień, a jeszcze ryżu nie jedliśmy. Za to dostaliśmy frytki – 15RMB – ale ogromny talerz – głupio zrobiliśmy, bo każdy z nas miał talerz frytek i jeszcze chińskie papu – najedliśmy się jak świnie. Potem pogadaliśmy z Polakami i poszliśmy spać. Mi trafiło się trzech francuzów. Przyszli o 1 w nocy, ale cicho kulturalnie i grzecznie.

Komentarz Lipka

Nie jest tajemnica, że Adam liczył na trzy młode Chinki. Zapewne niekulturalne i niegrzeczne. Zjadłbym ryz. Zła karma.

Komentarz Iwony

21.09.2010 – wtorek – Hangzhou

Obudziliśmy się dziś koło 11.00, trochę wbrew zamiarom, ale Nina stwierdziła, że nie będzie nikogo budzić, bo potem Grześ będzie marudny przez pół dnia :P . Co prawda mówili, że rzekomo z rana budziły ich jakieś hałasy, krzyki i nie wiadomo co, ale ja spałam jak kamień, nie mogę więc potwierdzić tych pogłosek. Dopiero głos z dołu łóżka mnie obudził. Zeszliśmy dopytać o pranie i zmianę pokoju, okazało się, że wczoraj się nie dogadaliśmy w recepcji i mamy na dziś jedynkę oraz … 2 pojedyncze miejsca w różnych dormitoriach. Hm. Przenieśliśmy wszystkie graty do jedynki, a ku naszemu zaskoczeniu Nina i Adam powiedzieli, że mogą spać w dormitoriach, bo w jedynce im będzie chyba ciasno. Wrzuciliśmy brudne rzeczy do pralki i zeszliśmy na śniadanie (Nina już była po i w dodatku wciągnęła się w chińskie seriale!). Śniadania były zachodnie, ale całkiem smaczne. Po rozwieszeniu prania wyruszyliśmy na zwiedzanie. Pierwsze wrażenie – o jejku jaki upał! Zanim dotarliśmy do łódek już byliśmy mokrzy. Po małych wahaniach olaliśmy 2 Chińczyków proponujących nam popłynięcie na Wyspę Małych Mórz (pierwszy za 240 Y, drugi za 160 Y) i wykupiliśmy oficjalne pływanie za 45 Y/os., co miało tą przewagę, że pozwalało później na popłynięcie w inną stronę jeziora i obejmowało jakieś wstępy, z których ostatecznie nie skorzystaliśmy. Zobaczyliśmy z bliska te 3 małe pagody, których wczoraj tak zacięcie szukaliśmy i dopłynęliśmy na wyspę. Wyspa baaardzo urokliwa. Ma kształt znaku zatrzymywania się i postoju, czyli dokładnie taki:

Przeszliśmy przez wszystkie chyba mostki, zrobiliśmy zdjęcia pagodom, kwiatom lotosu, sobie nawzajem i ogólnie było sielankowo i milusio, gdyby nie cholerny upał i moja znowu przeszkadzająca soczewka (tym razem lewa, przepłukanie płynem pomogło tylko na krótko). Postanowiliśmy przepłynąć łódką na północną stronę jeziora, żeby dojść do Parku Jaskini Żółtego Smoka. Połaziliśmy najpierw po ciekawym terenie z różnymi kamiennymi elementami, resztkami pałacu i znowu – byłoby całkiem OK, ale dzisiejszy upał zabijał. Byliśmy mokrzy i ruszaliśmy się jak muchy w smole. Mimo słabości (Grześ zaliczył największy kryzys upałowy), po krótkim odpoczynku, postanowiliśmy ruszyć pod górę do tego parku. Tylko, że droga nie za bardzo prowadziła tak jak mapa. Próbowaliśmy pytać kogoś jak tam dojść, ale najpierw jakiś chopek w mundurze nie chciał z nami gadać (pokazał ręką „stop”, a potem zasalutował, dobrze, że nie strzelał od razu!), a w następnym przybytku pokazali nam, że to po drugiej stronie góry i skierowali na autobus 81. W obliczu zmęczenia upałem, porażki w dotychczasowym, już dość długim dochodzeniu do parku, postanowiliśmy wsiąść w autobus zmierzający w kierunku naszego hostelu i zobaczyć chociaż pagodę. Złośliwie przyjechały wszystkie numery autobusów, niektóre nawet 3 razy, a nasza 9 dopiero w momencie, kiedy chłopaki studiując chiński rozkład jazdy doszli do wniosku, że ten autobus jeździ tylko do 17.00, więc już jest na niego za późno. W autobusie Chinka z mikrofonem napierdzielała coś po chińsku cała drogę, pewnie o mijanych atrakcjach, bo to był taki autobus bez szyb, jakby wycieczkowy. Ponieważ się już ściemniało, stwierdziliśmy że pagodę przekładamy na jutro, wysiedliśmy przy hostelu i po kąpieli, czy co tam kto robił, zeszliśmy na dół na kolację. I co się okazuje – nie ma ryżu! Jesteśmy piąty dzień w Chinach i ani razu nie jedliśmy ryżu. Coś tu nie gra. Spytaliśmy kelnerki, czy to przypadkiem nie ściema, że w Chinach jedzą ryż :) . Skończyło się na gigantycznych porcjach frytek i całkiem smacznych chińskich daniach: ja – kawałki ryby z papryką, cebulą i grzybami w sosiku, Adam – kawałki kurczaka (oczywiście były kości) z tym samym, Nina – pieczoną wieprzowinę w sosie słodko-kwaśnym, Grześ – wołowinę z cebulą. Za wyjątkiem rozczarowania brakiem ryżu byliśmy zadowoleni. Zapłaciliśmy 94 Y za nas dwoje.

Wracając do pokoju spotkaliśmy dwoje Polaków – Piotrka i Ewę, którzy w ostatnie studenckie wakacje podróżują sobie przez Rosję, Chiny i Malezję. Powiedzieli nam parę przydatnych rzeczy, wymieniliśmy się namiarami na hostele i ogólnie staliśmy chyba z 1,5 h w korytarzu, bo fajnie się z nimi gadało. Poszliśmy spać o 1.00.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 6 z 25 · 22 września 2010

Chiny dzień VI – Hangzhou III

Ling Yin Si, Xihu, Hangzhou, Chiny

Chiny dzień VI – Hangzhou III

Wstaliśmy skoro świt, o 9. Zjedliśmy śniadanie i podreptaliśmy do pagody. Świątynia była zbudowana w 2002 roku, na ruinach starej, sprzed 1,5k lat, która rozsypała się kolo 1920.

A, byłbym zapomniał. Sprawdziliśmy prognozę pogody na najbliższe dni – przynajmniej 5 dni deszczu – i tu i w Guilin – to nie jest dobra prognoza, choć Grześ twierdzi inaczej.

Komentarz Lipka

To bardzo dobra prognoza. Po wczorajszym dniu wole po stokroć deszcz niż upal 40 stopni.

Na razie jest całkiem ok. Chłodno – ze 20 stopni i tylko delikatnie czasem coś pokropi. Ruszyliśmy do pagody i po kilku chwilach dotarliśmy. Kupiliśmy bilety i oczom naszym ukazały się schody…. Ruchome. Wypas! Nie trza się męczyć. Wjechaliśmy, weszliśmy do pagody… a tam w niej, na dole, ruiny starej. Ładnie to wygląda. Windą można wjechać na górę i z góry podziwiać okolice. Deszczyk coraz bardziej dawał się we znaki. Widok na zamglone wzgórza zdecydowanie był ciekawy. Wyzwiedzaliśmy się za 40RMB i postanowiliśmy pojechać do świątyni z posągami buddy – jak Lipek będzie robił korektę, to wpisze jak się nazywała.

Komentarz Lipka

Lingyin Si – Świątynia Schronienia Duszy

Pojechaliśmy oczywiście autobusem. Wysiedliśmy i padało już konkretnie, więc założyliśmy kurtki i powędrowaliśmy w stronę gór. Zobaczyliśmy „skałę, która przyleciała z daleka” – coś jak nasz Szczeliniec, ale ciekawszy, bo pełen jaskiń, wąwozów, jarów itp. – oczywiście o wiele mniejszy. Zapakowaliśmy się kawałek w górę, w las jak dżungla – z lianami zwisającymi z drzew i ogólnie naprawdę bardzo ładny – jednak pomni relacji które czytaliśmy, nie było sensu pchać się na szczyt – szczególnie przy takiej pogodzie. Poszliśmy w stronę ogrodu i strumienia, ale kompletnie nie jest to warte 15 straconych minut.

Komentarz Lipka

15? Łaziliśmy tam w kolko co najmniej 30 ;)

Weszliśmy na szlak, którym miliony chińczyków szły i dotarliśmy do posągów śmiejącego się buddy, wykutych z skale. Takie nawet fajne, przyjemnie się oglądało. Dotarliśmy do buddyjskiej świątyni i tam znów kasa biletowa i kolejna płatność – ale tu naprawdę warto zapłacić te 30RMB. Kompleks składa się z kilku świątyń, położonych coraz wyżej, na zboczu góry, z jednej przechodzi się do kolejnej itd. Przed świątyniami buddyści odmawiają modły, palą kadzidełka itp. – naprawdę klimat jest. No i już trochę mniej Chińczyków w środku – tylko mała grupa około pół miliona. Posągi Buddy naprawdę spore, pokryte zlotem, robią wrażenie. Acz chyba największe wrażenie sprawiła na nas budowla, o kształcie swastyki w której były naturalnej wielkości figury, przedstawiające różne ludzkie typy – była figura tłusta, figura z lustrem, ze zwierzami, władcza, groźna itp. – był ich ogrom i żadna się nie powtarzała. I tak naprawdę dopiero Lipek załapał, że w środku chodzimy po swastyce. A swastyka tu, podobnie jak w Indiach, jest symbolem szczęścia – u nas zaś przez Hitlera, jej wizerunek jest wypaczony.

Komentarz Lipka

Figur było naprawdę sporo, chyba każda inna (trudno sprawdzić kilkaset!). Niestety nie wiemy, co to było (posagi Buddy?) bo przewodniki kloca się lub milczą na ten temat.

Chcieliśmy jeszcze jechać do muzeum herbaty, ale była już 16, a muzeum do 16:30 jest czynne – więc po walce o zdobycie taxi, poddaliśmy się i postanowiliśmy jechać do centrum na kolację.

Ogólnie walka o taxi była krwawa – Chińczycy WPIERDALAJĄ się bez pardonu – zawsze wszędzie wlezie przed Ciebie taki mały i będzie chciał przed tobą usiąść, załapać się na taxi, cokolwiek. Nawet jak stoisz i coś czytasz, stanie między ciebie a tablicę. W każdym razie okazało się, że taxi nas tam nie zabierze, zaczęło robić się późno więc wsiedliśmy do autobusu Y1 i pojechaliśmy do centrum. Kobiety wymyśliły sobie jakaś knajpę z LP – i uparcie jej szukaliśmy, co trochę zajęło – porównywanie chińskich napisów z mapy z napisami na ścianach nie jest zbyt szybkie. W każdym razie chyba znaleźliśmy knajpę, zaprowadzili nas na góre i dali menu. Z obrazkami. Z 15 stron. Zdecydowaliśmy się i zamówiliśmy – z tym, że jak zwykle pokazując co chcemy, plus tekst z rozmówek – ‘poproszę trochę ryżu” – jak to po ichniemu, to niech Lipek wklika, nich się wykazuje a nie tylko do mnie podpina.

Komentarz Lipka

Niewdzięcznik. Tyle błędów robi, a ja musze to potem poprawiać. A ryz, a raczej jego chińskie znaczki najlepiej pokazać kelnerce prosto w rozmówkach :-)

Jedzenie… najpierw Iwona dostała zamówionego kurczaka żebraka. Ta… wyobraźcie sobie coś ptakopodobnego, wielkości gołębia, patrzącego na was z talerz pełnymi wyrzutu oczkami. Iwona okazała się bez serca i bezlitośnie kurczaczkowi ten łepek z oczkami urwała jednym brutalnym ruchem. Następnie dotarła moja zupa – w teorii miała być z krewetkami, ale mięsko w środku nie wyglądało na krewetkowe – bardziej na wołowinę. No i była konsystencji kisielu, dość rzadkiego, pływały tam jakieś listki i ścięte białko. Dało się zjeść, acz bez rewelacji. Iwony „kuuuu-ciak” też bez rewelacji, ale w miarę. Lipek, by dostać wreszcie ryż, zamówił sobie ryżowe kuleczki. Dostał je i okazały się faktycznie ryżowe. Pod delikatną otoczką z ryżu, skrywało się nadzienie nugatowo czekoladowe, takie może trochę jak chałwa. Słodkie. Całość posypana szczypiorkiem i czymś niezidentyfikowanym. Słonym! Za to Nina dostała OGROMNY kociołek z mięskiem z czymś niezidentyfikowanym – pomiędzy wodorostem a poskręcanym bambusem. OOOOOOOSTRĄ. I mimo żyłek twardo ciamała, jak dzika. Za to, plus colę, zapłaciliśmy 141RMB – sporo, acz to wychodzi jakieś 70PLN na 4 osoby, co w Polsce nie jest kwotą wygórowaną za posiłek. Wychodząc, kolejka do lokalu była już dość długa. Znaczy udało nam się.

Komentarz Lipka

Dopiero w knajpie skapowaliśmy się, że w tego typu lokalach nie zamawia się dla poszczególnych osób, tylko na środek stołu. Każdy ma swoje pałeczki i naczynka i nabiera sobie że środka z poszczególnych wspólnych naczyń. Ciekawe. Wyglądaliśmy pewnie jak buraki, gdy każdy brał te wspólne naczynia pod swój nos :-D

W każdym razie nie byliśmy zbyt zadowoleni z kolacji, w lokalu z LP – postanowiliśmy następnym razem zdać się na siebie i lokalne knajpko-grille.

Do hotelu wróciliśmy piechotą, co było Lipka pomysłem, a ja pewnie przez to dostanę burchelka na stópce. Biedna mała chora stópka! W hotelu okazało się, że jest dumpling party – kleją pierożki, i jedzą je. Mogliśmy wrócić, przynajmniej najedlibyśmy się czegoś smacznego. Kierowca busa na lotnisko już na nas czekał, więc odebraliśmy bagaż i wychodząc z hotelu zostaliśmy napadnięci przez obsługę hostelu z talerzami pierogów – bardzo miłe – zjedliśmy na spróbowanie, smaczne były i pojechaliśmy na lotnisko. Jechaliśmy z 30 minut, zapłaciliśmy 120RMB. Lotnisko takie prowincjonalne, takie wielkości 1,5 naszego Okęcia.

Komentarz Lipka

Ja też dobranoc. Przez tego bloga nie mogę wstać rano i na mnie krzyczą (po śląsku po mnie :] ).

Bez problemu odebraliśmy bilety, zdaliśmy bagaże i poszliśmy do samolotu. Kulturalny ładny samolot. Właśnie siedzimy na przedzie, dostaliśmy tyle żarcia, że ho ho, albo i lepiej – makaronik, bułeczki i inne takie – polecamy linie China Southlines czy jakoś tak. Najciekawsze, że odlot miał być 22:50 – o 22:20 poproszono nas o wyłączenie urządzeń i samolot zaczął kołować – 22:35 był już w powietrzu – 15 minut przed czasem – czy to po prostu wszyscy pasażerowie się pojawili spowodowało wcześniejszy odlot, czy co, nie wiemy, ale przynajmniej wcześniej będziemy na miejscu, w Guilin.

Dobranoc.

Komentarz Lipka

Z nudów i ciekawości zacząłem uczyć się chińskich znaków na lotnisku. Potrafię już kilka rozpoznać i nawet niektóre ich zestawienia maja sens ;-).


Komentarz Iwony

22.09.2010 – środa – Hangzhou –> Guilin

Po spakowaniu się i zjedzeniu śniadania w hostelu (dziś szwajcarskie, z musli, jajecznicą i serkiem topionym), a także przekonaniu się, że deszcz o którym mówią, to jedna kropla na minutę, wyruszyliśmy do pagody Lei Feng. Ucieszeni, że jest w miarę chłodno, tzn. nadal na spodenki i krótki rękawek, ale już w zamkniętych butach i z kurtkami w plecakach, żwawym krokiem doszliśmy do pagody i po zapłaceniu 40 Y wleźliśmy i częściowo wjechaliśmy na górę. Widoczek na jezioro i pobliskie górki, na szczycie których widać zarysy pagód był bardzo malowniczy. Niestety efekt psuła trochę pogoda, bo deszcz wyglądający jak rozproszony polski kapuśniaczek, padał coraz mocniej. W środku z najfajniejszych rzeczy była historia sprzed ~2 tysięcy lat opowiedziana na wykonanych z drzewa wycinankach.
Po pagodzie wsiedliśmy w Y2 i podjechaliśmy pod Świątynię Schronienia Duszy (Lingyin Si). Poszliśmy w kierunku Góry Która Przyleciała z Daleka (Feilai Feng) – że niby z Indii. Była to skała z jaskiniami małymi i wykutymi w nich rzeźbami. Korytarze były ciemne i wąskie, a rzeźby, co najdziwniejsze, nie oświetlone. Wrażenie robiły liany, które zwisały z okolicznych drzew, a i same drzewa wyrastające prosto ze skały wyglądały niesamowicie. Ładne to było. Potem niepotrzebnie wkarapućkaliśmy się do jakiegoś ogrodu Źródło jak Lotos, bo nic tam poza krzakami nie było. Tu pierwszy raz doszliśmy do wniosku, że jeśli gdzieś nie podąża z kilka setek Chińczyków, to nie ma tam nic ciekawego do oglądania (smutne, ale sprawdzało się nieraz potem). Po powrocie na główną, czyli jedynie słuszną, ścieżkę mijaliśmy dziesiątki rzeźb wykutych w skałach prezentujących Buddę w ilości ponoć 380 sztuk. Śmiejący się Budda z 1000 r. jest najważniejszą tu rzeźbą. Niezłe. Potem, żeby wejść do samej świątyni zapłaciliśmy dodatkowe 30 Y. Choć wahaliśmy się trochę, czy warto, poszliśmy – i bardzo dobrze. Świątynia składała się z wielu pawilonów, w których niezmiennie była masa posągów Buddy, ale ilość jego wyobrażeń dobrze świadczy o wyobraźni Chińczyków :) . Największą atrakcją jest 18-metrowy złoty, ale jest też sala, gdzie w korytarzach w kształcie swastyki jest ustawionych kilkaset posągów rozmiarów mniej więcej ludzkich, z których każdy jest inny.
Ponieważ było już stosunkowo późno, postanowiliśmy pomału kończyć zwiedzanie i przemieścić się do wioski Longjing (Smocza Studnia), która słynie z jednej najlepszych na świece herbat. Dowiedzieliśmy się, że trzeba wziąć taksówkę, no i tu zaczęły się schody. Coś niespotykanego u nas od czasów komuny (ale tu w sumie ona trwa) – chętnych 5 razy tyle, co taksówek. Normalnie bitwa! Chyba z ½ godziny próbowaliśmy coś złapać bezskutecznie, Chińczycy pchali się do wszystkich nie przebierając w środkach, a w dodatku jeden z taksówkarzy (do którego samochodu udało się wsadzić głowę) uświadomił nam, że muzeum herbaty z herbaciarnią jest czynne do 16:30 (a była 16:00). Tak więc po daremnym oczekiwaniu i łapaniu wszystkich taksówek, które przejeżdżały przez parking, zdecydowaliśmy się za zakup herbaty w pobliskim sklepie (100 Y za 4 puszki czegoś, co wygląda i pachnie jak siano, naładowane do pełna i uciśnięte). Poszliśmy na autobus Y1 i przemieściliśmy się na wschodni brzeg jeziora, żeby coś zjeść. Zeszło nam dość długo na poszukiwaniu knajpy polecanej przez Lonely Planet o nazwie Lao Hangzhou Fengwei, w końcu znaleźliśmy, ale nie jesteśmy do końca pewni czy to była ona, bo nazwa była tylko po chińsku. Knajpa duża, pełna Chińczyków, powinno być OK. Ale jedzenie w Chinach to nieustająca przygoda. Postanowiłam zamówić specjalność Hangzhou – kurczaka żebraka, Grześ – kulki ryżowe, Adam – zupę z krewetkami, Nina – wieprzowinę w ostrym sosie. I ryż! W końcu ryż, po 6 dniach w Chinach (zresztą zamówiony tylko dzięki pokazaniu znaczka w rozmówkach). Najpierw przynieśli moje, które wzbudziło najpierw salwę śmiechu, potem małe przerażenie. Mój kurczak był wielkości gołębia (nawet padło stwierdzenie, że skoro żebraka to kurczak, to może faktycznie gołąb), miał główkę i nóżki! Po obowiązkowym uwiecznieniu potrawy na zdjęciu, ku przerażeniu i śmiechom reszty, upierniczyłam mu pałeczkami główkę [Nina potem stwierdziła, że to po to, żeby nie wyżerał sałatki :) ] i nóżkę, a potem jeszcze drugą schowaną w korpusie i zaczęłam konsumpcję. W sumie smakował w miarę normalnie, a już na pewno normalniej niż wyglądał. Grzesia kulki ryżowe były smaczne niby, ale słodkawe, co powodowało szybki przesyt. Adam dostał zupę, której ja nawet nie chciałam spróbować i nie chodzi tu nawet o krewetki, których w tej zupie Adam nie umiał się doszukać, ale o glutowatą konsystencję. Zjadł dzielnie większość. Ostatnie podali danie Niny, wielkie że hej! Ostre i z niezbyt fajnym mięsem, więc Nina poskubała tylko, my też niewiele jej pomogliśmy i skończone. 140 Y za całość. Jak zwykle uśmialiśmy się przy tym jedzeniu, bo jakoś trzeba sobie radzić z dziwnymi potrawami, nie zawsze trafionymi, ale co tam – po to się jest w obcym kraju, żeby eksperymentować.
Poszliśmy pieszo do hostelu, gdzie o 20:00 mieliśmy zamówiony przewóz vanem (120 Y) na lotnisko, a tu się okazuje, że trwa w najlepsze „dumpling party”, o którym czytaliśmy wczoraj w recepcji. Wszyscy wspólnie lepią pierożki, po czym są one gotowane i wspólnie konsumowane. Chcieli nas bardzo wciągnąć w to, albo chociaż poczęstować, ale byliśmy przecież świeżo po kolacji, więc skończyło się na zjedzeniu po pierożku, pochwaleniu że dobre, załadowaniu plecaków na ramiona i grzecznym podziękowaniu za gościnę. W sumie to trzeba było wrócić do hostelu na te pierożki, zwłaszcza że teraz siedzimy w samolocie obżarci jak prosiaki, bo właśnie zjedliśmy to co podali na pokładzie, czyli w sumie pełnowymiarowy posiłek. I jak tu zrzucać boczki! Na lotnisko jechaliśmy z 45 minut, lotnisko dość puste już o tej porze, poczytaliśmy coś o Guilin, odprawiliśmy się, no i lecimy do następnego punktu podróży.

22.09.2010 – środa – Guilin

Jesteśmy w hostelu Guilin Flower Youth Hostel (18 Y / os.- OMG jak tanio!). Taxi z lotniska 100 Y + 10 Y za bramki na autostradzie. Schody do hostelu mało zachęcające, brudne i odrapane ściany. Wrażenie w recepcji bardzo pozytywne za to, miła obsługa i taki jakiś klimacik. Pokój – spartański, łóżka, mała szafka i to by było na tyle. Nie ma łazienki niestety, a już się rozbestwiliśmy trochę. Ta wspólna jest taka sobie, ciemno, kabina z wieszakami na przeciw prysznica i trudno wyregulować temperaturę wody. Ale trudno, za 8 zł nie wymagajmy cudów. Trzecia w nocy, czas iść spać. Na dworze leje okrutnie. Już wolę upał z dwojga złego. Ale zobaczymy jutro, tzn. dzisiaj za parę godzin.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 7 z 25 · 23 września 2010

Chiny dzień VII – Guilin I

Reed Flute Cave, Ludi Road, Xiufeng District, Guilin, Kuangsi, Chiny

Chiny dzień VII – Guilin I

Guilin dzień któryś.

Wstaliśmy jak Bóg przykazał i partia zezwoliła, o 12.

Komentarz Lipka

Partia jest jednoosobowa i nazywa się Nasz Interpersonalny Nieugiety Adwersarz ;-> .

Zwlekliśmy się i postanowiliśmy zobaczyć Jaskinię Trzcinowego Fleta. Albo fletu. Przy okazji w hostelu zarezerwowaliśmy wycieczkę bambusowymi łodziami, na jutro. Z Lipkiem zdecydowaliśmy upolować lokalne żarcie pod hotelem, a dziewczyny weszły jeszcze do agencji turystycznej, dowiedzieć się na temat tarasów ryżowych na pojutrze – bo w hotelu mieli tylko taką wycieczkę, która kończyła się za późno dla nas – nie zdążylibyśmy na samolot do Chengdu.

Komentarz Lipka

To nie do końca tak było – poszły porównać ceny na spływ rzeka Li bambusowymi łodziami a sprawa tarasów wyszła później – ale to tylko gwoli ścisłości i zgodności historycznej :).

Upolowaliśmy z knajpy pierożki na parze, Do tego w pudełeczku coś, co okazało się mleczkiem sojowym, a ja sobie jeszcze pakuneczek w liściach bambusa, czy czegokolwiek innego. Fajnie wyglądało. Dziewczątka dotarły do nas, lecz ciamkano było średnie. A już świństwem pierwszej wody był ten pakunek – w liściach był rozgotowany ryż z kilkoma fasolkami. Moja rodzicielka mnie kiedyś pasła zupkami mlecznymi i traumę mam do dziś – czytając to, niech wie, jak mnie skrzywdziła :P .

Komentarz Lipka

Obiektywnie należy stwierdzić, że zapakowany w liść kleik ryżopodobny był nad wyraz mało zjadliwy, a fakt traumatycznych przeżyć Adama z dzieciństwa miał raczej drugorzędne znaczenie :).

Postanowiliśmy w agencji zarezerwować tarasy, zaproponowali nam lepsze ceny niż w agencji a ponadto zorganizowali imprezę tak, że będziemy mieli godzinę zapasu na lotnisku… o ile nic się nie wykrzyczy.

Komentarz Lipka

Jest ryzyko jest zabawa :D. Tutaj jak z Chińczykiem cos ustalisz i zaklepiesz, to i tak do końca nie można być pewnym. Dodatkowo lokalny transport bywa pełen niespodzianek.

Już jesteśmy wprawieni w lokalnych autobusach, więc pojechaliśmy do jaskini autobusem Y3. W LP piszą, że trzeba wysiąść na ostatnim przystanku, jednak po jaskini są jeszcze trzy przystanki. Kierowca nam sam z siebie pokazał, że to właśnie tu chcemy wysiąść. Powędrowaliśmy kawałek w górę, kupiliśmy bilety i odczekaliśmy 15 minut na kolejna grupę. Mżyło paskudnie, z czego jedyny zadowolony to Lipek.

Komentarz Lipka

Jedynym minusem deszczu jest to, że w kapturze nie widać moich warkoczyków, co powoduje że robią mi tylko 2-3 zdjęcia dziennie i mniej czikulinek się do mnie uśmiecha ;).

Co prawda w jaskini deszcz nie przeszkadza, ale jednak zwiedzanie w deszczu jest średnie. W jaskini… Jaskinia jest świetna. Co prawda kiczowato podświetlona, ale to tu norma. W sumie to mi się podobało, widać lubię kicz. Jaskinię naprawde przyjemnie się oglądało, grała w tle muzyka, światełka świeciły, kolorki kolorowały, turyści zwiedzali a Chińczycy się wydzierali. Jeden przez całą wycieczkę przez telefon rozmawiał. W pewnym momencie, gdzie była formacja skalna kurtyny czy sceny teatralnej, przewodniczka śpiewała. A chińczyk szwargotał. Na szczęście zanim podszedłem to się zamknął, bo zaczynał działać mi na nerwy. Z ciekawostek – w jaskini są punkty robienia zdjęć za kasę, a za dodatkową opłatą 5RMB można przejść do kolejnej komnaty, gdzie są ogromne żółwie – do jednego Chińczycy przyklejali banknoty na szczęście.

UWAGA PRZERWA W RELACJI – przynieśli jedzonko w samolocie.

Wciamane. Mało! I paskudne.

Paskudne to mało powiedziane, zwłaszcza w porównaniu do posiłku w poprzednim samolocie tych samych linii. Może oczekiwania były za duże a żołądki za puste?

Dobra, do rzeczy. Po wyjściu z jaskini była już chyba 16. Chcieliśmy iść na Szczyt Samotnego Piękna, czy czegoś takiego, ale zbliżający się zmierzch zmienił nasze plany i wybraliśmy park. W sumie Iwona pisze relacje analogowo i potem ma przepisywać, więc nie będę się zmuszał i pisał nazw, których nie pamiętam – Iwony zadaniem będzie poinformowanie czytaczy, co widzieliśmy. Pojechaliśmy autobusem Y3 z powrotem, dopadliśmy jakąś Chinkę (tylko bez skojarzeń!) mówiącą we wspólnym, która powiedziała nam, gdzie się przesiąść i nawet z nami wysiadła i pokazała kolejny autobus.

Komentarz Lipka

Jedno trzeba Chińczykom oddać – starają się być uczynni, nawet jak nie rozumieją co do nich gadamy. W większości. A jak już który gada mowa Szekspira (lub usiłuje) to czuje się zobowiązany wręcz. Nie raz było tak, że zaczepiony tuchton wzruszał bezradnie ramionami, a z boku sam podchodził inny (nawet turysta chiński) i wspomagał tłumaczeniem na angielski.

Dotarliśmy do parku i postanowiliśmy iść od prawej. Ładny ten park, początek jest nawet na zdjęciach – górki, pagody…. Ścieżka zaczęła piąć się w górę. Aż dotarliśmy na szczyt. W sumie po drodze minęliśmy jakieś poetycko brzmiące miejsce, które mieliśmy zobaczyć, cos w stylu Świątyni Świszczącego Nietoperza, czy Jeziora Tęczowego Smoka, ale nie znaleźliśmy tego. Chińczycy wymyślają wspaniałe nazwy do chyba wszystkiego – i nazwa często jest lepsza od tego, co się widzi. W każdym razie na szczycie nie znaleźliśmy tego co szukaliśmy i zaczęliśmy drogę w dół, w narastających ciemnościach. Gdy zeszliśmy, było już prawie ciemno. Zobaczyliśmy jeszcze skałę wielbłąda i wróciliśmy do miasta.

Dziewczyny napaliły się na rybę w lokaleśnej knajpie polecanej przez LP – z mapą poszliśmy szukać jej i o dziwo nawet trafiliśmy. No w życiu byśmy bez LP tu nie weszli. Mordownia jakich mało. Ale byliśmy twardzi. Lokal maksymalnie obskurny, czasy świetności mający ze 40 lat temu, stoliki z lokalesami, na stolikach maszynka gazowa. Weszliśmy, dostaliśmy stolik i ładne, oprawione menu. A w środku same znaczki. Na słowo Beer Fish, czyli ryba w piwie nie reagowały, więc w LP pokazaliśmy chińską nazwę. Na to była już reakcja. Zamówiliśmy jeszcze po piwie i czekaliśmy. Wszyscy w lokalu na nas patrzyli i zastanawiali się, co ci ludzie tu robią. My w sumie też, może poza Iwoną, która słysząc o rybie dostaje klapek na oczy i tłum chińczyków nie wygnałby jej z knajpy przed zjedzeniem rybki. Po jakimś czasie obsługa przyniosła wok, z rybą z warzywami i postawiła na kuchenkę gazową na naszym stoliku. Przy okazji, zamówiliśmy też ryż, żeby Lipkowi nie było smutno. Pierwszy kęs ryby spowodował, że obie nasze kobiety zaczęły machać pałeczkami jak wiatrak skrzydłami. Z Lipkiem udało nam się odrobinę uszczknąć, trochę rybki, jakiegoś pomidora i grzybka. Było rewelacyjne, ale niestety zanim zaczęliśmy jeść, okazało się, że nie ma już nic. Może przesadzam, ale tylko lekko.

Komentarz Lipka

Wcale nie przesadzasz. Zanim zorientowałem się, które części potrawy są jadalne, polowy już nie było. Myślałem, że wspólne naczynie z potrawa na środku to fajny pomysł, ale chyba nie z naszymi dziewczynami które machają pałeczkami z napędem atomowym. Następnym razem weźmiemy z Gadzetem osobne naczynie. I osobny stolik. Tak na wszelki wypadek ;-). Dobrze, że był ryz w nadmiarze :]

W każdym razie ryby były 2, dość spore, a całość, sosik, pomidory, warzywa – super. I zapłaciliśmy za to, razem z piwem 76. Sama ryba, na 4 osoby kosztowała 40 RMB czyli niecałe 20 pln. Wypas. Potem powędrowaliśmy do hostelu i udaliśmy się na spoczynek, gdyż następnego dnia czekały na nas bambusowe łodzie…

Kończę poprawki o 7:30 w mini vanie. Jesteśmy od godziny w drodze (a poszliśmy spać o pierwszej, bo rezerwowaliśmy wycieczki i hostele), cudem najedzeni (Nina z poświeceniem zapoznała się z jakimś Malezyjczykiem przed świtem, a ten wskazał jej cos, co przypominało piekarnie), półtorej godziny drogi przed nami. Powrót nie wiadomo o której. Nie możemy wymienić pieniędzy, bo wracamy od kilku dni za późno by dotrzeć do banku. Poza tym dziś i tak niedziela. Efekt – zwitek dolarów w kieszeni a nie stać nas na noclegi, wycieczki i jedzenie. Ech, wakacje.

Komentarz Lipka

:-)

Komentarz Iwony

23.09.2010 – czwartek – Guilin

Leje dalej, masakrycznie leje. Obudziliśmy się 11.40, ale w obliczu deszczu nie mieliśmy nawet jakiegoś wielkiego żalu, że tak późno. A Grześ w końcu był szczęśliwy, że „prawie” się wyspał. Zamówiliśmy hostel w Chengdu i pomału zbieraliśmy się na śniadanie, ale okazało się, że już prawie 14:00 się zrobiła i w hostelu już śniadań nie dają. Chłopaki zbiegli do jakiejś lokalesowej knajpy na zewnątrz i zamówili pierożki, a myśmy z Niną rozmawiały z panią z agencji turystycznej o wycieczkach na rzekę Li. Pierożki gorsze niż w Szanghaju, Adam zamówił jeszcze coś dziwnego zawiniętego w liście, ale smakowało na tyle paskudnie, że nikt tego nie chciał zjeść. Wahaliśmy się trochę co tu robić i – ponieważ wciąż lało – ostatecznie wybraliśmy Jaskinię Trzcinowego Fletu (Ludi Yau). Autobusem nr 3 jechaliśmy przez całe miasto (małe – ponad 600 tys. mieszkańców) i wysiedliśmy przed samą jaskinią. Wstęp 90 Y. Jaskinia ładna, bardzo mocno podświetlona, czasem trochę psychodelicznie, Jak to w Chinach, za dodatkową opłatą można zrobić sobie zdjęcie w specjalnie podświetlonych miejscach, czy wejść w dodatkowy zakamarek, żeby pogłaskać żółwia. Chyba jeszcze nie spotkaliśmy miejsca, w którym nie zbieraliby dodatkowej kasy za jakieś atrakcje w środku. Grześ dzielnie robił zdjęcia na pajęczakowatym statywie, wyglądały obiecująco na wyświetlaczu, zobaczymy na kompie. Przewodniczka mówiła oczywiście po chińsku, więc atrakcje oglądaliśmy sobie sami, czasem zerkając na to co akurat podświetlała. Ale w zasadzie do oglądania takiej jaskini, o ile nie jest się jakimś strasznym zapaleńcem jaskiniowym, przewodnik nie jest konieczny. Po zwiedzeniu zapanował spoty marazm, bo deszcz lał dalej i nie wiedzieliśmy co dalej robić.

Ostatecznie pojechaliśmy, trochę za moją namową do Parku Siedmiu Gwiazd (Qixing Gongyuan) – autobusy 3 i 14, wstęp 35 Y. Niestety było juz trochę późno, więc decydowaliśmy co by tu wybiórczo zobaczyć i sam wybór poszedł nieźle, ale weszliśmy w złą ścieżkę i wylądowaliśmy na jakiś pobocznych atrakcjach, schodząc śliską, wąską, kamienistą dróżką już prawie po ciemku. Na koniec znaleźliśmy chociaż Wielbłądzią Skałę (Luotno Shan) i pojechaliśmy do polecanej znowu w Lonely Planet lokalesowej knajpki. Przy czym lokalesowa tym razem oznaczała totalny hardcore! Sami w sumie w życiu tam nie weszlibyśmy, bo była zaniedbana, same stoły z krzesłami, zero wystroju, ściany malowane na biało chyba z 20 lat temu i bez menu z obrazkami, nie mówiąc już o czymkolwiek po angielsku. Odszyfrowaliśmy ją po chińskich znaczkach zresztą, bo nazwy Shengfa Fandian, jak można się domyślić, nie było nigdzie. Bardzo się z Niną napaliłyśmy na danie opisywane w LP: beer fish (pijiuyu) i pokazując tam na jego chińską nazwę dokonaliśmy zamówienia (no ja jeszcze z rozmówkami wskazałam na ryż i sól!). Były to 2 ryby podane na gotującym się na kuchence na stole woku, w jakimś piwnym sosie zawierającym pomidory, grzyby, zieloną cebulkę i przyprawy. Cały czas bulgotało to sobie na stole (do tego podali nam piwo, które zamówiliśmy, a wcześniej czajniczek z herbatą), dziubaliśmy to pałeczkami i zajadaliśmy ryżem. Pycha! Numer jeden z żarcia jak na razie! Forma podania i smak – rewelka, tylko trochę mało jak na 4 osoby. Cena za wszystko 70 Y, czyli po jakieś 9 zł na głowę. Po drodze dopchaliśmy owocami (jabłko, banan –żadnej egzotyki) i w hostelu zamówiliśmy na jutro spływ po rzece Li w wersji łódź bambusowa (130 Y), a w agencji sprawdzanej rano tarasy ryżowe na pojutrze. Z tym drugim jest trochę kłopotów, bo mamy samolot do Chengdu na 19:30 i standardowa wycieczka jest zbyt długa. Mam nadzieję, że to wszystko wyjdzie na czas.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 8 z 25 · 24 września 2010

Chiny dzień VIII – Guilin II

Yangshuo

Chiny dzień VIII – Guilin II

Wstaliśmy skoro świt, zjedliśmy śniadanie i zostaliśmy zapakowani przez typa w gajerku do busika. Lipki na gajerek mówią jakoś inaczej, ale nie wiem jak – nie po Polsku w każdym razie (gangol). Inny typ w dresie prowadził busika do miejscowości za Guilin, gdzie przekazał nas kolejnemu typowi, w zielonym mundurku. Bambusowe łódki okazały się plastikowymi, stylizowanymi na bambus, ale dało się przeżyć. Pogody już nie. Jako, że Lipek już od 3 dni nosił swoje szczęśliwe majtki z koniczynką, od 3 dni padało.

Komentarz Lipka

Szanowny przedmówca raczy mylić się z prawda nie bez udziału świadomości własnej. Ja swoje gacie zmieniłem dzień wcześniej, w związku z czym deszcz był spowodowany majtamy Adasia, który po raz czwarty odwrócił je na druga stronę.

Usiedliśmy narodzie, na bambusowe ławeczki, we 4 osoby na łódź, pod daszek – nawet nawet. Niestety, góry były zamglone, deszcz zacinał – średnie warunki do oglądania, ale alternatywy nie było. Mi nawet się widok zachmurzonych szczytów podobał, dodawał tajemniczości, ale zdaje się Lipek ma na ten temat odmienne zdanie, które w uprzejmych słowach zapewne wyjaśni.

Komentarz Lipka

Owszem. Pogoda była delikatnie mówiąc nienajlepsza i o ile same widoki były nienajgorsze (pozostawiały wiele miejsca na wyobraźnie ;-) ) to ze zdjęć wyszło wielkie brązowe cos.

Płynęliśmy łodzią, oglądaliśmy widoki – skały SA rewelacyjne – taki nasz przełom Pienin, doliną Dunajca, lecz o wiele wyższe. Ogólnie krajobrazy bajeczne; szkoda, że nie było widać więcej – ale i tak warto. Spływ trwał prawie 2h, kiedy zatrzymaliśmy się w przyrzecznej knajpce, na jakieś 30 minut. Mieliśmy tam coś zjeść, ale nie byliśmy głodni.

Gdy wsiedliśmy do łodzi, okazało się, że koniec podróży jest oddalony o 15 minut. Tam nas wypakowano z łodzi i szef w zielonym usiłował się nas pozbyć do małych busików, ale się skończyły. Znaczy został jeden, ale naprawa młotkiem nie przynosiła pozytywnych rezultatów. Deszcz pada, busików nie ma, zima… Po 20 minutach podjechały busiki i zapakowaliśmy się do jednego. Zresztą słowo busik to za wiele – to taki motorek z budą na 12 osób. Ruszyliśmy wąską, błotnistą ścieżką, ścisnięci jak sardynki. Pikanterii dodaje fakt, że by jakoś się mieścić, siedzieliśmy na zamek błyskawiczny – udo Lipka, udo Niny, Udo Lipka, potem nie wiem, ale jakas Kamasutra i ja z Iwoną. Ma ciepłe kolana. Dobrze, że jechaliśmy maksymalnie 20 minut, bo ducha byśmy wyzionęli. Nasz kierowca, czyli nasz aktualny opiekun, przekazał nas „k#?@ie w niebieskim” jak ochrzcił ja Lipek. Niewiasta ta była obsługantka autobusu, zapakowała nas do środka, lecz miejsca siedzące były zajęte. Nie stanowiło to jednak problemu – z bagażnika wyciągnęła krzesełka dla przedszkolaków – różowe i plastikowe i kazała nam usiąść między siedzeniami, na przejściu. Niestety biednemu Grzesiowi nie wystarczyło krzesełka i musiał stać, garbiąc się – autobusy w Chinach są przeznaczone dla osób o wzroście do 170cm max. Grześ gotował się. Bulgotała w nim nienawiść do małych biednych, bogu ducha winnych Chińczyków. Odgrażał się, że będzie robił im krzywdę fizyczną i duchową, a także przeklinał do 17 pokolenia wstecz. Pełen autobus w dalszym ciągu stał, a kobiecie w niebieskim udało się jeszcze 2 tuchtonów dopchnąć. Usiłowała pokazać, że mamy się cofnąć z tymi krzesełkami, ale po tekście Niny „chyba sobie kpisz” ustąpiła. Może nie zrozumiała, ale groźba w oczach wystarczyła. Nie dałoby się cofnąć nawet o centymetr. W końcu ruszyliśmy. Droga upływała przyjemnie, przerywana tylko niecenzuralnymi uwagami Lipka na temat lokalesów, ich organizacji i temu podobnych.

Komentarz Lipka

Opiekunka autobusu zdołała zatrzymać się po drodze z jakieś 10 razy i dopchać kolejnych lokalesow. Jeden z nich wcisnął się między mnie a Nine i siedzenie, co minutę wcześniej uznałbym za fizycznie niemożliwe.

Autobus malowniczo podskakiwał na wertepach i było wyraźnie miło. Na jednym z wertepów, przedszkolne krzesełko nie wytrzymało mojego radosnego podskoku i skapitulowało. Wylądowałem bezpiecznie na dolnej, miękkiej części pleców i mymłonie Czeszki siedzacej za mna. Ni plecom ani mymłonowi to mocno nie przeszkadzało, wiec wstałem i zacząłem się garbić obok Lipka. Łzy ze śmiechu leciały nam ciurkiem z oczu. Niestety, radość nie trwała długo – kilometr dalej autobus się zatrzymał i „k#?@a w niebieskim” wygoniła wszystkich białasów i część lokalesów. Pewnie nie spodobało się jej zniszczenie mienia ludu i partii. Lipek zakipiał i prawie wybuchł. Wściekły wysiadł z autobusu i ubierając kurtkę przyp&^&$ lokalesowi. Lokales po ciosie w szczękę, utrzymał pozycję stojącą, lecz niewiele brakowało by spadł z 2 metrowej skarpy. Wtedy byłby nokaut techniczny. Niestety, walka została przerwana i przeciwnicy zostali odesłani do innych narożników. Co prawda Lipek twierdził, że to był przypadek, ale przypadkiem trafić lokalesa w szczękę, to jednak mało prawdopodobne. Lokales jeszcze dłuższy czas wyglądał na zamroczonego kucając przy drodze koło swojego tobołka z dobytkiem, z reka na szczece. W tym czasie niebieska policzyła nas i… autobus odjechał. A, i mój taborecik poleciał w krzaki. Staliśmy jak buraki pastewne, przy drodze, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Niebieska zatrzymała jakiś busik i wepchnęła tam lokalnych. Po 20 minutach autobus powrócił pusty i wsiedliśmy do środka. Tym razem mieliśmy miejsca siedzące.

Dojechaliśmy do Yangshuo. Polecieliśmy jak dzikie świnie do banku, by wymienić pieniądze, lecz jak to w opowieściach bywa – spóźniliśmy się 2 minuty. Znaczy byliśmy w innym przed zamknięciem, ale powiedziano nam, że kasę można wymienić tylko w Bank of China. A tam, trafiliśmy o 17:02 i pani olała nas radośnie.

Komentarz Lipka

Nie mam pojęcia o co chodzi, ale normalne to nie jest. Prawie przy każdym banku (a całkiem ich tu sporo) jest tabliczka „Exchange” że znaczkiem Yuana i strzałeczkami w dwie strony. W każdym innym kraju oznaczałoby to wymianę waluty, ale nie tutaj. Po wejściu do środka jedyne co można wymienić to uprzejmości polegające na wzruszaniu ramionami i informacje, że wymiany waluty można dokonać w „Bank of China”. Nie pomaga wskazanie na opisana tabliczkę i nazwę banku „Cośtam cośtam Bank of China” (kazdy się tak nazywa).

Nie pozostało nam nic innego, jak iść pozwiedzać. Yangshuo, w kawałku dla turystów, przypomina polskie Krupówki. Ta sama chińska tandeta, dużo ludzi, lans itp. Dziewczyny uparły się kupić wachlarze. Po pytaniu o cenę, dowiedzieliśmy się 140, więc wybuchliśmy śmiechem. W każdym razie, kupiliśmy je po 20 – a ja jestem przekonany, że o 50% przepłaciliśmy, ale że dziewczyny chciały, to mają. Następnie poszliśmy do knajpy – Cloud 9 Restaurant – gdzie najpierw dostaliśmy czekadełko – prażoną fasolę, a potem zamówiliśmy supersmaczne dania – wychodząc z restauracji, byliśmy napasieni a Lipka poziom szczęścia pierwszy raz w Chinach przekroczył 10%. Głaskał się po brzuchu mlaskał i ogólnie wykazywał niezwykłe jak na niego podniecenie i ruchliwość.

Komentarz Lipka

Przepyszne jedzenie. Wszyscy byli zadowoleni. Kurczak, żeberka, bakłażany no i ryz z warzywami! Lokalne piwo dla każdego, obżarci po sufit zapłaciliśmy ok. 70 PLN za 4 osoby. To jest życie!

Wracaliśmy autobusem, który odjechał dopiero po zapełnieniu w 100% – co trochę trwało. Wróciliśmy do hotelu i poszliśmy spać jak grzeczne misie.

Komentarz Iwony

24.09.2010 – piątek – Guilin

Leje. Dalej qrcze leje! Jeszcze śpiący i niezbyt zachwyceni schodzimy na śniadanie, na które czekamy prawie 40 minut. Dobrze, że zeszliśmy z dużym zapasem. Pancakes’y z syropem i jajka – takie sobie. 13-osobową grupą zmierzamy do busa, w którym jest na tyle mało miejsca, że 3 Francuzów siedzi na drewnianej ławeczce bokiem. Bus jedzie długo, wyjeżdża na jakieś zadupia gdzie asfalt jeszcze nie dotarł, lub już dawno zszedł. Trzęsie jak cholera (cieszę się, że to nie ja siedzę na ławeczce), dziury jak po zimie na drodze na Chorzów, albo i gorsze, ale jedziemy do przodu. Nie wiem, chyba po 1,5 h dojeżdżamy do celu, jakiś chopek prowadzi nas dróżką między domami do rzeki. Tu już widać biedę. Chińska wieś wygląda gorzej niż polska, ale w sumie lepiej niż indyjska. Ładują nas do 3 bambusowych łódek, przy czym bambus jest nieco oszukiwany, bo podłoże jest z rurek ale raczej plastikowych. Zajmujemy jedną całą łódkę, dostajemy kapoki i odbijamy od brzegu. Oczywiście ani na chwilę nie przestało padać. Łódka ma silniczek z przyczepioną taką żerdzią jako sterem i daszek. Dowiaduję się od Niny i Adama, że w górach, które właśnie zaczynają się pojawiać kręcono Avatara. No w sumie kształty się zgadzają, przy odrobinie efektów komputerowych mogą stanowić dobrą bazę. Deszcz ma jeszcze jedną wadę oprócz moczenia wszystkiego, powoduje że góry są całe zamglone i widać je mocno fragmentarycznie. Co za pech. Jedno z miejsc, w których pogoda jest naprawdę ważna, a tu leje tak, że nam się z filmami o Wietnamie skojarzyło, lub z Forestem Gumpem – poznaliśmy bowiem różne rodzaje deszczu. Najgorszy był ten zacinający od przodu, bo po 15 minutach mieliśmy całe spodnie mokre. Po kolejnych 15, jak już nie było na nich z przodu suchej nitki, dostaliśmy od pana łódkowego pelerynkę na kolana. No nic, liczą się chęci. Górki po obu stronach rzeki Li były niesamowite, mimo że nie było ich widać w pełnej krasie i tak wyglądały interesująco. Mgła nadawała im tajemniczości, a to, że całe były porośnięte roślinnością (nie dziwię się, przy takich deszczach!) sprawiało, że wyglądały jak jakieś mechate zielone stwory nieziemskie. Zaklinaliśmy deszcz, żeby sobie choć na chwilę odpuścił i żeby wyszło słońce, ale nie było na to szans. Jeśli przestawał – to na 5 minut, a to też raczej nie do końca. Po jakiejś godzinie spływu zaparkowaliśmy łódkę przed jakąś lokalną knajpą, ale my nie jedliśmy, bo nie byliśmy głodni jeszcze po śniadaniu. Potem jeszcze z pół godziny spływu (pogoda bez zmian) i wysadzili nas na drugim brzegu, skąd miał być busik dalej. Miejsce było maksymalnym zadupiem, nawet to wioska nie była, tylko koniec jakiejś gruntowej drogi schodzącej do rzeki. „Busiki” to były takie pojazdy bez drzwi i okien, przewiewne, tyle że z daszkiem i siedzeniami. Jakimś dziwnym trafem wszyscy z innych wycieczek zostali do nich załadowani, a dla naszej 13-ki nie starczyło. Nasz Chińczyk dwoił się i troił, gadał ze wszystkimi, ale najwyraźniej nie było już więcej busików. W końcu jakaś Chinka poinformowała nas, że wszystkie busy pojechały i że mamy poczekać jakieś 20 minut. W sumie to przyjechały nawet wcześniej, jakimś cudem wepchnięto nas do jednego, choć siedzieliśmy metodą „na zamek błyskawiczny” i ruszyliśmy tą drogą. Była jeszcze gorsza od tej, którą dojeżdżaliśmy do rzeki, bo z racji że busik był otwarty, całe błoto chlapało radośnie na wysokość metra. Siedziałam w środku, więc udało mi się nie zostać ochlapaną. Po jakimś czasie przejechaliśmy na drugą stronę rzeki i busik się zatrzymał, Usiłowano nas załadować do autobusu, który miał nas z Xingping zawieźć do Yangshuo. Mnie władowali na plastikowe miejsce koło kierowcy, dostawili plastikowe krzesełka, na których m.in. siedziała pozostała trójka i po jakiś 15 minutach niewiadomych powodów postoju pojechaliśmy. W trakcie podróży ku uciesze wszystkich, z głównym zainteresowanym na czele, plastikowe krzesełko złamało się pod Adamem. Niedługo po tym zdarzeniu, autobus się zatrzymał, kazali wszystkim wysiąść i poczekać na inny. O tyle to dziwne, że autobus się nie zepsuł raczej, bo jechał normalnie, a i po wysadzeniu nas też pojechał w siną dal (hm, chyba nie przez krzesełko? ;p). Wysiadając i przemieszczając się po poboczu, Grześ o mały włos nie zrzucił jakiegoś młodego Chińczyka z 2,5-metrowego muru, bo obracał się z plecakiem i chyba przywalił mu z łokcia. Twierdzi, że niechcący :p. Biedny Chińczyk nie dość, że oberwał, to jeszcze przez kolejne 15 minut (wraz z połamanym przez Adama krzesełkiem) był przyczyną naszej głupawki. Chyba odreagowywaliśmy trochę „przygody” transportowe dnia dzisiejszego. Wszystkim tymczasem komenderowała jakaś Chinka, która poupychała Chińczyków do kilku kolejnych autobusów, aż w końcu przyszła pora na naszą pechową 13-kę. Już bez dalszych przeszkód dojechaliśmy do Yangshuo, ale żeby nie było zbyt dobrze, to spóźniliśmy się 2 minuty (!) do banku na wymianę pieniędzy. Mimo moich błagalnych min i gestów, pan za kratą pozostał niewzruszony, uśmiechnął się jedynie, ale kraty skubany nie otworzył. Ech!
Yangshuo to takie Zakopane w sumie, z odpowiednikiem Krupówek, które jednak tu były o wiele bardziej zawalone kramami z badziewiem wszelakim. Popatrzyliśmy od niechcenia na to i owo, kupiliśmy kartki w końcu, a że Nina chciała też kupić wachlarze, to podeszła do stoiska, no i zaczęło się targowanie. Podane 140 Y skwitowaliśmy parsknięciem i odejściem od kramu. Szybko cena zawędrowała na 70 i 35, ale w Adama wstąpiła iskra targowacza i po chwili juz wachlarze mogliśmy kupić za 20 Y każdy. No to mamy 3 na prezenty, a Nina 4.
No dobra, pora coś zjeść w końcu. Po obejrzeniu kilku knajpek i stwierdzeniu, że tu podają różne dziwne rzeczy, w tym mięso psa, zdecydowaliśmy się na dobrze wyglądającą i w dodatku dysponującą rozbudowanym menu po angielsku oraz Chinką spokojnie zachęcającą do wejścia knajpę Cloud 9. Oj, jakiż wspaniały to był wybór! Na początek jakieś twarde coś (kukurydza? fasola? orzeszki?) na przekąskę. Analiza menu i mamy: ja – żeberka w sosie słodko-kwaśnym (ananas, ogórki chyba konserwowe, pomidorki), Grześ – bakłażan z różnymi warzywami i w sosie na ostro, Nina – kurczak w takich jakby płaskich pierożkach z glazurą z cytryny, Adam – nie wiem jak to nazwać, ale wieprzowina w cieście zapieczona razem z jakimiś warzywami. Do tego ryż zapiekany z warzywami i piwo. Jak zaczęli to po kolei przynosić, a my próbować, to zapanował ogólny zachwyt i nawet deszcz wydał się mniej wkurzający niż dotychczas. Dla Grzesia to był obiad nr 1, ja waham się między wczorajszym a dzisiejszym, ale z pewnością sposób podania, różnorodność tego co zamówiliśmy oraz zbiorowy zachwyt, postawią wysoko poprzeczkę następnym posiłkom. Na koniec dostaliśmy jeszcze arbuza – równie smakowitego jak reszta. Całość 140 Y, czyli po jakieś 16 zł na głowę. A obżarliśmy się na full.
Pospacerowaliśmy sobie w kierunku autobusów i wsiedliśmy w jakiś do Guilinu, który zgodnie z dzisiejszą tradycją transportową, zanim zawiózł nas gdzie trzeba, to jeszcze z 3 razy objechał Yangshuo szukając większej ilości chętnych na transport.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 9 z 25 · 25 września 2010

Chiny dzień IX – Guilin III

Longsheng, Guilin, Kuangsi, Chiny

Chiny dzień IX – Guilin III

Kolejny dzień wstaliśmy, zanim wstało słońce. Dusze nasze opanował cień. W sercach naszych gościł smutek i przemożne pragnienie powrotu do łóżek. Niestety, Iwona była pozbawiona serca, i nie pozwoliła nam spać. Spakowaliśmy się, bo musieliśmy się wymeldować i zanieśliśmy bagaże do agencji turystycznej. Zostaliśmy zaprowadzeni na parking obok dworca, do busika. Poza nami, w busiku jechała jeszcze para z Wielkiej Brytanii i parka z Chin. Zapakowaliśmy się do środka i zanim wyjechaliśmy z miasta, większość z nas spała. Chińczycy prowadzą pojazdy tak, ze szkoda pisać – lepiej niż w Indiach, lecz niewiele… Wobec tego spaliśmy słodko, nieświadomi tego, co dzieje się za oknami. Ze względów czasowych, zwiedzić mieliśmy tylko jedna wioskę – mniejszą, lecz położoną wyżej, Dojazd do pierwszej zajął nam około 1,5h. Tam zobaczyliśmy natarczywe sprzedawczynie sprzętów różnych, posiadaczki włosów, których nigdy nie obcinają. Dobrze choć, że myją. Do busika usiłowało się ich wepchnąć jakiś tysiąc, wszelkimi szparami. Dobrze, że kobietka z biletami się dopchała.

Komentarz Lipka

E tam, było ich nie więcej niż 10.

Zakupiliśmy bilety i pojechaliśmy w górę, do drugiej wioski. Droga wiodła krętymi drogami, gdzie auta mogły wyminąć się jedynie na zakręcie, przyciskając się z jednej strony do ściany skalnej, a z drugiej balansując nad przepaścią. Strasznie malownicze. Ogólnie pogoda ponownie była pod znakiem szczęśliwych majtek Lipka, czyli chmury, deszcz i temu podobne radości. W pewnym momencie widzieliśmy dwa wypadki – pewnie dlatego, że jechaliśmy w chmurach – widoczność była na 50 metrów. Dojechaliśmy jednak szczęśliwie. Wysiadłszy przy drugiej wiosce, znów zostaliśmy otoczeni przez tłum kobiet. Zapoznaliśmy się z mapą, i postanowiliśmy ruszać – mieliśmy tylko 4h do powrotu do busika. Widoki były piękne. Tarasy z ryżem były wyraźnie widoczne, wioski przez które szliśmy bardzo klimatyczne, acz nastawione wyraźnie na turystykę. Dziewczyny zainteresował świński łeb, który odrąbany w restauracji zachęcał do spożycia go w jakiejś potrawie. Poszliśmy w górki. Wąskimi ścieżkami, po mokrych kamieniach pięliśmy się w górę. Naszym oczom ukazywało się coraz więcej terenu. Oznakowanie tras, w języku cywilizacji zachodniej praktycznie nie występuje – dlatego do końca nie mieliśmy pewności, gdzie się znajdujemy. Dotarliśmy do grzbietu góry, z którego widać było góry i doliny z drugiej strony – widok zapierał dech w piersiach. Czas gonił, deszcz gonił, więc zebraliśmy się i zeszliśmy w dolinę z której przyszliśmy i w tym momencie Lipek stwierdził, ze w sumie nie doszliśmy do platformy widokowej. Dzielił nas od niej naprawdę niewielki kawałek… wobec czego maniacy turystyki górskiej, mimo moich głośnych sprzeciwów, postanowili zwiedzić pozostałe dwie platformy. Nóżki moje biedne cierpiały gdy pięliśmy się w górę, ślizgając się na mokrej skale, a za każdym zakrętem miałem nadzieję, że to już koniec. W pewnym momencie maleńki buntownik tlący się we mnie dojrzał i wybuchł płomieniem – w związku z tym zbuntowałem się i postanowiliśmy nie wchodzić dalej – padało, były chmury i było nie fajnie – uznałem, że ze szczytu, znad chmur, będzie gówno widać. I zostaliśmy z Niną na niższej platformie. Też było ładnie. Lipki powędrowały w górę. Później twierdziły, że weszły na szczyt i że czekały pół godziny, aż się trochę przejaśni, ale nikt nie jest w stanie tego potwierdzić, a na zdjęciach szczytu nie widać. Pewnie poszli za kolejny zakręt i odpoczywali. My zaś zeszliśmy na dół, skorzystaliśmy z toalety lokalesowej i poszliśmy na parking. Tam siedzieliśmy i słuchaliśmy powrzaskiwań długowłosych kobiet.

Komentarz Lipka

Niestety (dla Adama) widoki z platformy były fantastyczne mimo zalegających chmur i mgły. Co jakiś czas biała masa przesuwała się i unosiła, wiec udało się prawie wszystko zobaczyć, choć kawałkami i na raty. Punkt, do którego doszliśmy nazywał się „Thousand Layers to the Haeven” i tak właśnie się czuliśmy :). Na górze spotkaliśmy chińska parę mówiąca po angielsku, pogadaliśmy i porobiliśmy sobie nawzajem zdjęcia. Bardzo z Iwona żałujemy, że nie mieliśmy więcej czasu – spokojnie można tam spędzić cały dzień spacerując po tarasach i punktach widokowych, a jest przecież jeszcze druga wioska. Jest tak ślicznie, że odważyłem się porównać to do Machu Picchu (maczupikczu) – o niebo łatwiej dostępne a widoki równie zachwycające, choć klimat inny. Mimo zlej pogody to jak na razie to najładniejsze miejsce w Chinach.

W drodze powrotnej ponownie spaliśmy. Gdy wróciliśmy do agencji, zabraliśmy bagaże i za chwilę przyjechała zamówiona taksówka i pojechaliśmy na lotnisko. Wszystko poszło bez przeszkód, lecz byliśmy trochę głodni – mieliśmy jednak nadzieję, że w samolocie dostaniemy taki wypaśny obiadek jak ostatnio. Myliliśmy się okropnie. Dwie byle bułeczki i przeterminowana herbata drastycznie zmieniła nasze zdanie na temat linii lotniczych China Southern…

Komentarz Lipka

Po analizie wydaje mi się, że data na opakowaniu jest tutaj data produkcji tak jak kiedyś u nas. Alternatywa jest przeterminowanie wszystkich produktów w samolotach :P

Na miejscu, na lotnisku w Chengdu czekała na nas kierownica, z kartka z naszym nazwiskiem i zawiozła nas do hostelu (ale wypas! Pierwszy raz ktos na mnie czekal na lotnisku z kartka. Jak na filmach ;-) ). Busik opłacił hostel – Changdu Lazy Bones Hostel – http://www.mixhostel.com/index_eng2.htm – REWELACYJNY – rzeczy za free cały tabun, bardzo przyjazna atmosfera, pomocna obsługa a pokoje też niczego sobie. Strasznie polecamy. Na następny dzień zamówiliśmy wycieczkę do Leshan – zobaczyć największego Buddę – i znów trza wcześnie wstać… Przerąbane.

Komentarz Lipka

Hostel pierwsza klasa. Fajne pokoje, każde lóżko ma zasłonkę, lampkę i kontakt, ogólnie czysto i miękko. Obsługa po prostu zajefajna!

Okiem Iwony

Komentarz Iwony

25.09.2010 – sobota – Guilin

Przez chwilę rano nie padało, ale szybko wszystko wróciło do normy i już po śniadaniu (tosty z serem i „szynką”) lało. Zeszliśmy do agencji i pani, u której rezerwowaliśmy wycieczkę na tarasy zaprowadziła nas do busa. Głupio nam trochę było, że nie wzięliśmy u niej rzeki Li, zwłaszcza, że była tańsza. A po wczorajszych przygodach transportowych mieliśmy też wrażenie, że mogłaby być lepiej zorganizowana. Jechaliśmy bite 2,5 h, pod koniec było już ładniutko, góry, wodospady, dużo zieleni. I oczywiście deszcz i mgła. Po drodze zatrzymaliśmy się kupić bilety (50 Y) i pojechaliśmy na tarasy przy wiosce Dazhai. Sama wioska, jak i okoliczne słyną z tego, że mieszkające tam kobiety nigdy nie ścinają włosów. Panie zresztą opadły nas już przy busie, oferując coś z koszy na plecach (czasem chyba po prostu zaniesienie bagażu, doszliśmy do wniosku, bo niektóre kosze były puste). Włosy mają obwinięte wokół głowy i upięte nad czołem w taki równy kok. Już po wejściu do parku wioska Dazhai malowniczo wkomponowuje się we wzgórza. Na mapie zobaczyliśmy jak chcemy iść (a czas mieliśmy ograniczony niestety z powodu samolotu), po czym oczywiście oznakowania się szybko skończyły i szliśmy sobie tak na pałę, wkurzając się przed każdym nieoznakowanym rozwidleniem. Przeszliśmy wioskę i próbowaliśmy kierować się po prostu w górę. Doszliśmy do miejsca, w którym widok był już super – tarasy ryżowe wyłaniały się z mgły na przeciwległych wzgórzach, naprawdę robiło to wrażenie. Zrezygnowaliśmy z podejścia na szczyt nr 3, bo zalegał we mgle, więc doszliśmy do wniosku, że nie będzie nic widać (a potem żałowaliśmy mocno). W zamian poszliśmy jakąś inną drogą, za górą i w dół, w efekcie czego doszliśmy do punktu wyjścia, ku pewnej naszej konsternacji. Wybraliśmy inną drogę i dojście na szczyt nr 2 (Thousand Layers to the Heaven). Kamienne schodki prowadziły ostro w górę, gorąco nam było mimo padającego deszczu. Nina z Adamem nieco wymiękli i postanowili nie iść na szczyt. Myśmy poszli do góry i po jakiś 15 minutach byliśmy na platformie widokowej. Mimo mgły, widok był cudny. Na górze było dwoje mówiących po angielsku Chińczyków i powiedzieli, że lokalesi mówią, iż tu pogoda zmienia się co chwilę, więc warto poczekać 15 minut, może mgły się rozejdą. Postanowiliśmy poczekać i to była dobra decyzja. Oczywiście nie zrobiło się nagle słonecznie i bezchmurnie, ale mgły faktycznie porozłaziły się na boki i ukazały krajobraz tak piękny, że Grześ porównał to do Machu Picchu. Zrobiliśmy milion zdjęć (oj, będzie sortowania) i podeszliśmy kawałek dalej na szczyt nr 2 skąd widok był jeszcze lepszy, bo w 3 strony na różne tarasy ryżowe.

W środku na dole ścieliła się wioska Dazhai. Ślicznie! Jakby była lepsza pogoda, to naprawdę chyba byśmy szczęki z ziemi zbierali z wrażenia. To tu zaczęliśmy żałować, że nie zaliczyliśmy poprzedniego szczytu, bo mimo mgły pewnie i tak widok robiłby podobne wrażenie. Szkoda, że nas limit czasowy dziś gonił, bo poszwędalibyśmy się tu z chęcią do późnego popołudnia. Ale tymczasem musieliśmy pomału wracać, deszcz rozpadał się jeszcze mocniej w międzyczasie, więc na dole byliśmy już przemoczeni. Adam z Niną czekali koło busa, władowaliśmy się do środka i Nina z ukrycia robiła zdjęcia długowłosym kobietom z Dazhai. Oby wyszły! Drogę powrotną w większości przespałam, do agencji dotarliśmy 17.10, a o 17.30 podjechał taksówkarz, który bezproblemowo i na czas zawiózł nas na lotnisko. Teraz siedzimy w samolocie z nadzieją na jakiś posiłek, bo już nam kiszki marsza grają, a wszelaki ślad po śniadaniu w organizmie zaginął.
Posiłek qrcze! Dali nam 2 suche pseudobułeczki i do tego pogniecione tofu, beznadziejne, zwłaszcza jak się jest głodnym. No trudno.

Komentarz Iwony

25.09.2010 – sobota – Guilin –> Chengdu

Na lotnisku w Chengdu czekała pani kierowca z kartką Adam Wroński, więc się Grześ podniecał, że zawsze chciał, by na lotnisku na niego ktoś z kartką czekał. Co prawda nie jego, tylko Adama nazwisko to było, ale zawsze coś .
Hostel Lazy Bone (40 Y/os. w 4 os. dormie) już od wejścia zrobił na nas dobre wrażenie. Zapłacili za naszą taksówkę z lotniska, chłopak w recepcji – Ray był niesamowicie uczynny, opowiedział nam wszystko o wycieczkach, a byliśmy dociekliwi bardzo i niezdecydowani co, jak i kiedy. Pomógł nam w rezerwacji hostelu w Xi’an, a zasadniczo on go telefonicznie zarezerwował i poprosił żeby mieć przez całe 4 dni ten sam pokój (bo przez internet wychodziło, że będą 1 osobę przez 2 dni przerzucać). Kolejny raz byliśmy pod wrażeniem, jak weszliśmy do dormitorium – czyściutko, estetycznie, każde łóżko ze swoją lampką, kontaktem i zasłonką. Łazienka niezła i w miarę całość przestronna. Chłopaki stwierdzili, że chcą tu zostać dłużej. Przymarudziliśmy z pokojem, wyborem wycieczek itp. i w efekcie ostatecznie straciliśmy szansę na zjedzenie czegoś. Na głodniaka idziemy spać.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 10 z 25 · 26 września 2010

Chiny dzień X – Chengdu I

Leshan Giant Buddha, Lingyun Road, Shizhong District, Leshan, Leshan, Syczuan, Chiny

Chiny dzień X – Chengdu I

O hostelu rozpisywałem się wcześniej, pewnie później też coś będzie, więc przejdę do rzeczy. Wczoraj w hostelu kupiliśmy wycieczkę do Leshan. Tak naprawdę to nie tyle wycieczkę, co transport. Zastanawialiśmy się nad zrobieniem sobie dnia wolnego, ale względy „**** z kasą i z brakiem odpoczynku, w Chinach jest się tylko raz, a kasę da się zarobić, a odpocząć po powrocie do pracy” przeważyły, że zdecydowaliśmy się. Z uwagi na małą ilość czasu oraz przemiłą obsługę w hostelu, zdecydowaliśmy się dać im zarobić. Koszt transportu, to 600RMB za busik – 2,5h jazdy w jedną stronę to jednak sporo kasy – co prawda obsługa usiłowała nam znaleźć jeszcze 2 osoby, by koszty się rozłożyły, ale było już za późno. W każdym razie, by uniknąć tłumu, trzeba było wyjechać o 6:30.

Komentarz Lipka

O ile noclegi są w rozsądnych cenach (10 – 30pln), jedzenie od tanio do pol darmo, to niestety za atrakcje turystyczne i transport płaci się słono. Zobaczymy jak wyszło, gdy przeliczymy po powrocie.
Powyższy busik natomiast co ciekawe był nielegalny, o czym zostaliśmy poinformowani. Kierowca nie miał zezwolenia na przewóz turystów, w związku z czym w razie kontroli policji mieliśmy udawać, że wiezie nas za darmo. Z zezwoleniem kosztowałoby to 3 razy tyle. Podpisaliśmy też oświadczenia, że hostel nie bierze za nic odpowiedzialności.

Nina okazała się najlepszą z moich żon i wstała 5:45, ubrała się i pobiegła upolować jedzenie. Wraz z jakimś nieznanym mi z nazwiska Malezyjczykiem, upolowała bułeczki – acz bardziej takie cos pampuchopodobnego niż bułeczki. Na łebka wypadało po pampuchu słonym ze szczypiorkiem i pampuchu pseudosłodkim lekko dżemowym. Lipek dostał jednego dodatkowego, chyba po znajomości z Niną. Za całość zapłaciła całe 3RMB – to jest niecałe 1,5 złotego. W busiku zabraliśmy się za to, co misie lubią najbardziej – znaczy spaliśmy. Dlatego też podróż przebiegła bez większych problemów i udziwnień.

W Leshan kupiliśmy bilet za 160 RMB – na Buddę i na ogrody – Lipek pomstował, że bez sensu te ogrody, bo może tam nie trafimy, patrząc na ich oznakowanie, ale został olany.

Komentarz Lipka

Zaraz pomstował. Po prostu rozsądnie byłoby kupować bilet przed wejściem do przybytku, bo znalezienie czegokolwiek w Chinach graniczy z cudem :-).

Weszliśmy. I znów w górę. Na szczęście schody nie były jakieś trudne i męczące. Po drodze spotkaliśmy kamiennego tygrysa, którego Iwona chciała ujeżdżać. Wyżej była świątynia buddyjska i miejsce na kolejkę do Wielkiego Buddy. Dobrze, że przyjechaliśmy tak wcześnie, bo miejsce na kolejkę było pokaźne – na jakieś 2h stania. Zza krzaków wyłoniła nam się Glowa Buddy. Nie robiła jakiegoś monumentalnego wrażenia. Glowa jak głowa, dość duża. Dopiero, gdy podeszliśmy do barierki i spojrzeliśmy w dół, zobaczyliśmy jakieś mrówki przy stopach posągu, dotarła do nas wielkość statuy. Powoli, wąską ścieżką, schodami schodziliśmy w dół. Wąsko i wysoko – skoro ma 71 metrów, to do zejścia było jakieś 60. Naprawdę, posag robi wrażenie. Detale, takie jak paznokcie były wielkości człowieka. Naprawdę, warto tu przyjechać i to zobaczyć. I zaopatrzyć się w szerokokątny obiektyw, by z dołu objąć cały posąg. Potem podreptaliśmy w górę – co w sumie było łatwiejsze niż schodzenie.
Następnie zabraliśmy się za szukanie drugiej atrakcji, za która zapłaciliśmy, ale ani nie wiedzieliśmy co to jest, ani gdzie. Ponoć jakieś ogrody. W sumie najpierw dotarliśmy na szczyt wzgórza, do przepięknego miejsca – skałki, na nich pagoda, ze skał wypływał strumień, płynący między małymi bonzajami.

Komentarz Lipka

To był wodospad, a nawet dwa! Do tego kamienie w wodzie do przechodzenia a niżej mostek. Urokliwe miejsce.

Później, poszlajaliśmy się po górze, aż udało nam się znaleźć wejście do kolejnej atrakcji. Idąc grzbietem góry dotarliśmy do jaskiń z posągami, fajne fajne. Idąc jaskiniami, doszliśmy do małej świątyni – do której prowadziły z dołu schody. SCHODY chciałem napisać, bo było ich jakieś 2,5miliarda. Dobrze, że szliśmy w dół, a nie w górę. Acz zejście też było całkiem uciążliwe. Ciężko opisać to miejsce – trzeba to zobaczyć – podobne do inkaskich świątyń, pełne spokoju i majestatu. Na dole znaleźliśmy ogromną misę, zalaną wodą a w środku żaba. Lokalesi wrzucali tam monety, starając się trafić w usta żaby. Czy cokolwiek ta żaba ma. Trudne to, w wodzie monety dziwnie się zachowują. I lokalne monety lepiej się zachowują, niż nasze pięciogroszówki. Bo oczywiście musieliśmy sprawdzić nasze szczęście. Niestety, szczęśliwe gacie Lipka nie przyniosły go nam.

Komentarz Lipka

Padł pomysł przedsięwzięcia czynności odwrotnej – wyłowienia wszystkich monet; ale raz że nikomu nie chciało się moczyć ręki po same ramie, a dwa że lokalesi rozmieniający pieniądze na wrzucane monety zaczęli się na nas podejrzliwie patrzeć.

Powędrowaliśmy dalej, dotarliśmy do ogrodu, gdzie stał posąg Sivy – 4 łapki, 2 nóżki – postanowiliśmy zapozować w podobnej pozie – do czego było potrzeba 2 osób – śmiechu było sporo.

Komentarz Lipka

Nie napisałeś, że Siva był w dość roztańczonej pozycji co nastręczyło dodatkowych problemów.

Potem szukaliśmy 170metrowego Buddy, którego nie mogliśmy dłuższy czas znaleźć, mimo drogowskazów.

Komentarz Lipka

Może wydawać się śmieszne szukanie czegoś o wielkości małego stadionu, ale to są właśnie Chiny: jest na mapie, ale na żywo znaleźć to inna bajka ;-). W każdym razie budda jest i robi monumentalne wrażenie, podobnie jak poprzedni. Pod warunkiem, że odnajdzie się miejsce, skąd go widać ;-).

Okazało się, że znajduje się wysoko, na górze, w pozycji leżącej – a widać było tylko stopy i twarz. Uznaliśmy, że były to w miarę w porządku wydane pieniądze. Zadowoleni wróciliśmy do hostelu. Dotarliśmy koło 15, czekaliśmy na żarełko z pół godziny, bo kuchcik miał kurs gotowania i odpoczywaliśmy. W sumie kurs gotowania prowadził kuchcik, a nie kuchcik się szkolił. Nina kazała napisać, że dostała nie to danie co zamówiła – dostała droższe, ale łaskawie się zgodziła na taka zamianę. Wypiliśmy White Russian – drink – nawet nawet, ale ichnia wódka jakaś taka ostra w smaku jest. Nina wrobiła Iwonę w grę w bilard z recepcjonistą Ray’em. Pierwszą partię zlitował się nad Iwoną i wygrała – później nastąpi rewanż… sromotny, Potem obijaliśmy się do końca dnia. I to było dobre zakończenie…

Komentarz Lipka

Jedzenie w hostelu było dobre i nie za drogie. Piwo 6 Yuanow. Kogo i jak szkolił (się?) kuchcik, mieliśmy przekonać się następnego dnia. Ale o tym później.

Komentarz Iwony

26.09.2010 Chengdu

Pobudka o 6.00, bo o 6.30 mamy zamówiony transport do Leshan 6-osobowym busikiem (600 Y – drogo, ale o 23.00 trudno było dokoptować jakieś 2 osoby do transportu, żeby obniżyć koszty). Nina jako wstająca najwcześniej poszła z misją zakupu śniadania i przyniosła 10 ciepłych bułeczek, będących bardziej kluskami na parze – jedna na słodko, druga z cebulką. Pożarliśmy je w busie, po czym ja smacznie zasnęłam i z małymi przerwami obudziłam się w Leshan około 2 h później. Kierowca pokazał nam wejście, gdzie zakupiliśmy najdroższe jak dotąd bilety – 90 Y za Wielkiego Buddę i 70 Y za park, którego nazwy nie pomnę, a na bilecie jest tylko po chińsku. Na wejściu powkurzaliśmy się na grupki Chińczyków z przewodniczkami przekrzykującymi się przez mikrofony, ale potem było już tylko lepiej. Przede wszystkim nie padało! Z rzeźb po drodze fajny był smok i biały tygrys (zupełnie jak mój mount w WOW’ie!), ale zmierzaliśmy w kierunku Wielkiego Buddy, bo po to przyjechaliśmy wcześnie, żeby być tam przed dzikimi tłumami. Z jakiejś odległości już było widać jego gigantyczną głowę. Oj, Chińczycy to jednak wszystko muszą robić olbrzymie (choć, a może właśnie dlatego, że sami są niewielcy)!
Wielki Budda (Da Fo) ma 71 m wysokości i jest największym siedzącym Buddą na świecie. Powstawał od 713 r. n.e. we wzgórzu nad połączeniem dwóch rzek, aby strzec przed prądami, powodziami i innymi nieszczęściami. Trzeba przyznać, że robi wielkie wrażenie wykuty w skale, z poprowadzoną wzdłuż jego całej wysokości kamienną ścieżką, która przybliża do kolejnych, olbrzymich części jego ciała. Oko ma ponoć 3 m, palec u nogi 8,5 m.
Reszta tej części parku przyjemna, ale już nie tak spektakularna, natomiast ta druga, za którą zapłaciliśmy 70 Y, bardzo interesująca. Oczywiście jest to znowu milion posągów Buddy, co już trochę monotonne się robi, ale całe otoczenie sprawiało ogólne wrażenie jak z Indiany Jonesa i kojarzyło się z Ameryką Południową. Taka trochę dżungla, co chwilę groty z omszałymi, bardzo dużymi rzeźbami w czerwonawej skale, ludzi nawet wyjątkowo mało jak na Chiny. Pokręciliśmy się nawet dość niespiesznym tempem, porozkoszowaliśmy się spokojem i ciekawym klimatem. Potem uchichraliśmy się pod posągiem Sziwy usiłując odtworzyć jego pozycję z 4 rękami, robiąc z 2 osób jedną. Próbowaliśmy też zatopionej w dużym glinianym dzbanie żabie wrzucić w paszczę monety, co zdaje się było celem wszystkich pochylających się nad nią Chińczyków, ale chyba nasze 5-groszówki są za ciężkie, albo wszyscy mamy kiepska celność. Na koniec odnaleźliśmy, nie bez trudu, 170-metrowego Buddę! Jakkolwiek dziwnie by to brzmiało, to o mały włos byśmy go przegapili. Po pierwsze leży, po drugie jest przysłonięty drzewami (rzekomo, żeby mu drzewa zasłaniały to, co mężczyzna powinien mieć zasłonięte, ale nie wiedziałam, iż to oznacza od szyi po kolana), więc gdyby nie mapka i jej szczegółowa analiza, to nie zauważylibyśmy kolejnego naj- Buddy na świecie.
Wracaliśmy do busa po obwodzie parku, co chwilę zaczepiani prze kierowców, kelnerów, sprzedawców pamiątek, dlatego gdy w końcu wypatrzył nas nasz kierowca i podszedł, powiedzieliśmy mu „no, thank you” i prawie poszliśmy dalej :D . Chińczycy są bardzo do siebie podobni, a i odruch odpędzania się od nagabywaczy silnie już w nas ukształtowany. Po początkowo ożywionych rozmowach w busiku, pozasypialiśmy chyba w większości, podróż znowu zleciała więc szybko.
Po powrocie był quest z wymianą pieniędzy. Dziś niedziela, więc w normalnym kraju wszystkie banki byłyby nieczynne, ale to są Chiny i już po drodze widzieliśmy, że niektóre były otwarte. Wyruszyliśmy więc do Bank of China, który jako jedyny wymienia obcą walutę. Oj, co za długotrwała procedura! Były potrzebne 2 kserokopie paszportu, wypisany formularz z wszystkimi danymi (nie wpisałam drugiego imienia, co pani w kasie potem skrupulatnie uzupełniała z paszportu), pomoc 3 Chińczyków i zaliczenie 2 okienek. Kurs jakiś z kosmosu, bo na tablicy wyświetlały się 4 różne, z policzono nam jeszcze inny. No ale trudno protestować, jak od 3 dni nie umiemy wymienić kasy, bo zawsze jesteśmy za późno i już 2 razy Adam wypłacał w bankomacie z karty. Dziwnie tak, mieć ponad 1000 dolców w kieszeni i nic nie móc sobie kupić. Uzbrojeni w grubaśny plik banknotów (prawie 9300 Y), przemaszerowaliśmy do hostelu, gdzie nastąpił podział i uzupełniania zapasów w tzw. kasie wspólnej. Znów głodni chcieliśmy zamówić obiad w hostelu, ale okazało się, że kucharz będzie za ½ h. Normalnie kłody pod nogi z tym żarciem! Skorzystaliśmy z jeszcze jednej miłej rzeczy w tym hostelu, czyli darmowej „welcome coffee”, zamówiliśmy wycieczkę do pand na jutro i zaczęliśmy z nudów oglądać zrobione zdjęcia. Ależ tego, masakra! Po pierwszym tysiącu, a może wcześniej, przyszedł obiad: ja i Nina – kawałki wieprzowiny w zielonej papryce i ryż, Grześ – ryż z warzywami i szynką, Adam – z owocami morza. Smaczne – zwłaszcza moje, ale bez takich fajerwerków jak już to się parę razy zachwycałam.
A potem było pierwsze na wakacjach leniwe popołudnie, zamówiliśmy sobie po drinku (White Russian), pograliśmy w bilarda (też darmowy, kocham ten hostel), dooglądaliśmy zdjęcia. Pełen relaks. Żeby nie było za dobrze, jutro znów pobudka przed 7.00, bo pandy są rano najaktywniejsze i wtedy się je ogląda.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 11 z 25 · 27 września 2010

Chiny dzień XI – Chengdu II

Chengdu Panda Breeding Research Center Daxiongmao Baoyuyuan Jianxi Activity Workstation, Xindu District, Chengdu, Syczuan, Chiny

Chiny dzień XI – Chengdu II

Znów obudziliśmy się, jeszcze zanim słońce pomyślało, by to zrobić. I znów Nina wstała wcześniej i załatwiła nam śniadanie. Tym razem w hostelu, ale specjalnie o 6:45 zamawiała, żeby jak uruchomią o 7:00 kuchnię od razu się zabrali za robienie papu. O 7:30 wyjazd, więc powinniśmy się wyrobić. 7:00. 7:15… Nic. 7:20 – pierwsze jedzenie. Iwona jak zwykle czeka. Lipek zamówił sobie dodatkowe tosty i był bardzo zadowolony, bo przynieśli 3 czy 4. A Iwona dalej patrzy, jak jemy. W końcu, 7:30 Iwona dostała jedzenie. Wysypała pół solniczki na jajko i wgryzła się. Na to przybiega z krzykiem kucharka i wyrywa Iwonie z zębów jajko, sprzed nosa talerz i ucieka do kuchni. Mina Iwony bezcenna. Za chwilę przychodzi kucharka i Iwony jedzenie podaje jakimś Australijczykom. To posolone, nadgryzione. Iwona w zamian dostaje mały talerzyk z jajkiem. Oczywiście kucharka tłumaczyła, o co chodzi – ale w języku uznawanym przez wszystkich za średnio zrozumiały. Okazało się, że te tosty, co Lipek je to były Iwony. A został jeden biedny. W tym czasie już spóźnieni byliśmy. Przyszedł obsługant z hostelu i mówi, żebyśmy się zbierali i szli do busika. Pozamieniał się z bambusem na główki? Z talerzami? NIE! Czytaj z mych ust – NIE! Czekaliśmy na śniadanie 45 minut, to teraz wy poczekacie 3 minuty, aż zjemy. ZROZUMIAŁ? Nie do końca zrozumiał, bo coś bulgotał, ale jeszcze dodatkowa informacja, że nasze śniadanie nie było takie, jak zamówiliśmy i jeszcze biedny Lipek nie dostał tostów ( znaczy zjadł Iwony…) Iwona zjadła resztki które dostała i pobiegliśmy do busika.

Droga do pand była nudna. Godzina w korkach, w zasmrodzonym mieście nie należała do przyjemności. Szczególnie, że busiki przeznaczone są dla gnomów, ewentualnie krasnali ogrodowych i osoba o normalnym wzroście, by się zmieścić, musi zatykać sobie uszy kolanami. Wycieczkę organizował nasz hostel, wraz z siostrzanym, więc ludzi było ze 3 busiki albo i cztery. Dostaliśmy znaczki, by nas rozpoznać i powędrowaliśmy za przewodnikiem. Dobrze, że był w miarę wysoki, to łatwiej go było wypatrzeć w tłumie.

Komentarz Lipka

Był bardzo wysoki. Co najmniej 1,90. Krążą słuchy, że to był ten Malezyjczyk, z którym Nina spędziła poranek dzień wcześniej.

Podreptaliśmy niespiesznie przez teren ośrodka hodującego pandy, zaułkami i wąskimi ścieżkami. Dobrze, że mieliśmy przewodnika, to się nie zgubiliśmy. Najpierw oglądaliśmy pandy czerwone. Taki to bardziej borsuk czy zmutowany lis, niż panda. Coś ciamkały, więc były dość ruchliwe i zabawne. I ze dwa spały sobie na drzewie, całkiem przyjemnie komponując się z zielenią liści. Spędziliśmy tu kilka minut, potrzebnych na zrobienie miliona zdjęć telefonem… Albo innym żelazkiem. Podreptaliśmy wąskimi ścieżkami dalej. Oczom naszym ukazało się drzewo. Na drzewie zaś, mieszkały sobie, przytulone dwie pandy. Takie słodkie czarnobiałe misie. Następnie przeszliśmy ścieżką, przy ogrodzie przylegającym do budynku – na wybiegach były po jednej czy dwie pandy. Jedna nas rozbawiła maksymalnie – leżała do nas tyłem, na mostku z drewna rozkraczona i ze zwisająca głową, której nie widzieliśmy – wyglądała, jakby ktoś jej głowę odrąbał. W środku, najpierw zaprowadzono nas do ostatniego wybiegu – otwarty wybieg a na nim dwie pandy leniwie bawiące się. Wyglądało to jak zabawa dwóch kotów. Tylko jakiś milion razy wolniej. No tak powolnie i anemicznie się bawiły, że aż śmiesznie. Kolejne pandy właśnie rąbały ogromne ilości bambusa. Wyszliśmy i kontynuowaliśmy spacer wzdłuż kojców umieszczonych przy budynku. Pandy spały, albo leniwie się bawiły. Następnie powędrowaliśmy do pawilonu, gdzie idąc w kolejce, można było przez moment spojrzeć na młode pandy – z uwagi na to, że byliśmy na jesieni, mieliśmy to szczęście, że zobaczyliśmy je bardzo młode – niektóre jeszcze miesięczne. Takie małe potworki, smokopodobne. W restauracyjce obejrzeliśmy film o pandach, Lipek dowiedział się, że pandy są stymulowane elektrycznie i Mu się bardzo spodobało. Znaczy w celach rozrodczych. I nie żeby zaraz chciał się rozmnażać, szczególnie pod wpływem prądu, ale kto go tam wie.

Wróciliśmy, spakowaliśmy się i wymeldowaliśmy z hostelu. Jako, że jeszcze sporo czasu do samolotu, to zostaliśmy na hotelowych sofach. No i jeszcze była jedna przyczyna – o 15:00 nasze dziewczątka miały się wykazać. Postanowiliśmy zasponsorować dziewczątkom naszym kurs gotowania. Nie to, żeby nie potrafiły, nie chciałbym nic takiego sugerować, nie nie, wcale! Kurs kuchni syczuańskiej, kosztował 100RMB na kobiałkę i zgodnie z Lipkiem uznaliśmy, że to jedne z najlepiej zainwestowanych pieniędzy w Chinach. Przyszła miła Chinka z hostelu i powiedziała, że będzie tłumaczką. Przyniesiono dziewczynom talerz z zielenina i czymś bliżej nieokreślonym, deskę i tasak, jak rzeźnicki.

Komentarz Lipka

Mi przypominał tasak Rzeźnika z Diablo I (The Butcher, pierwszy boss).

I teraz kucharka pokazywała co robić, miła pani tłumaczyła, a nasze panie usiłowały powtórzyć ciosy tasakiem, zadawane bogu ducha winnym warzywom i tofu. Najzabawniej było chyba przy krojeniu bo na olej rzuca się imbir i czosnek, następnie papkę paprykowo jakąś tam, do tego tofu, posypuje się cukrem solą pieprzem syczuańskim i MSG. Co to to tajemnicze MSG, wyjaśnił nam dopiero wujek Google – tak jak Nina podejrzewała, był to glutaminian sodu – nasz ulubiony wzmacniacz smaku. Potem na talerz i odrobina szczypiorku posypać i jeszcze pieprzem syczuańskim. Nie do końca mi smakowało, za ostre dla mnie, acz reszcie w miarę pasowało. Szczególnie Lipkowi, który ma niewyparzoną gębę. Ryj, jak mówi Iwona. Drugą potrawą było cos z boczku – na polskie to podwójnie gotowany boczek jakiśtam, albo podobnie – w każdym razie podwójnie maltretowany boczek. Lipek napisze Wam, jaki to ten boczek.

Komentarz Lipka

A skąd niby ja mam wiedzieć jaki to boczek? Iwona na pewno ma to w swojej relacji to poda z całym przepisem :]. Warto jednak zaznaczyć, że boczek nie był głównym składnikiem, tylko dodatkiem. Tak naprawdę była to góra zielonej cebuli z dodatkiem boczku i innych przypraw. O dziwo, dobre!

Do tego te same przyprawy, fura grubo krojonego szczypiorku, czosnek imbir i na talerz – to danie, nie dość, że szybkie, to jeszcze było rewelacyjnie smaczne. Dostaliśmy jeszcze ryż i poszliśmy skonsumować żony. Znaczy wyroby naszych żon. Oczywiście, żeby nie było niedopowiedzeń, każdy konsumował swoją zonę. Znaczy potrawę, którą jego kochająca żona upichciła. Cacuśnie. I do tego piwo. Aż chce się żyć.

Zebraliśmy się na samolot do Xi’An, taksówka czekała już na nas. Odprawa przebiegła bez problemów, oczywiście bilety także na tym lotnisku sami odebraliśmy z budki self check-in i podreptaliśmy do samolotu.

Komentarz Lipka

Nieprawda. Akurat tutaj nie mogliśmy tego zrobić w kiosku, tylko przy nadawaniu bagażu. Na marginesie to niezaleznie od tego jaki numer odprawy bagażowej wyświetla się przy naszym locie, zawsze odprawialiśmy się przy innym biurku. Może dlatego, że każde biurko odprawia wszystkie loty jak leci… Podobnie z odprawa osobista – ignorowaliśmy wszelkie napisy typu „Chineese only” i przechodziliśmy bez kłopotu. Tyle przynajmniej na lotach wewnątrzkrajowych.

Siedzieliśmy z gromadą chińczyków w poczekalni – pozajmowali nam miejsca łobuzy. W samolocie dostaliśmy mikroprzekąskę, ale na szczęście nie byliśmy głodni. I kolejny raz, nad Chinami były turbulencje – trzeba było siedzieć w pasach. Myślę, że oni specjalnie trzęsą tym samolotem, by chińczycy siedzieli w pasach, bo inaczej rozleźliby się po samolocie jak stonka i nikt by już ich nie znalazł. Xi’An zrobiła na nas wrażenie. Szkoda tylko, że złe. Powietrze było takie, że człowiek widział czym oddycha. Miliardy ciężarówek, ruch jak Warszawie na Marszałkowskiej – a to było prawie o północy…

Komentarz Lipka

Z drugiej strony to jedyne miasto, gdzie maja stare mury obronne (wysokie, dookoła całej „starówki”). Fakt że pewnie odbudowane albo poprawione. Miasto ułożone w kwadraty, wiec łatwo się poruszać i trudno zgubić.

Hostel nam się spodobał, przynajmniej z zewnątrz malownicze wejście, klimatyczne. Trasa lotniska do hostelu kosztowała nas 150 RMB (jak na razie najdrożej). W hostelu wyglądało fajnie – małe dziedzińce, klimat, sporo ludzi – acz recepcjonistka już zrobiła na nas średnie wrażenie. W każdym razie dostaliśmy karty do pokoju i poszliśmy. I było coraz gorzej. Zgiełk, ilość ludzi, łazienki, a na końcu mały pokój, spowodowały, że Lipek znów zaczął wygłaszać brzydkie wyrazy. Tu chciałbym nadmienić, że piszę, że Grześ jest taki niekulturalny, a o sobie nie piszę, co Grzesia bulwersuje, bo wygląda, jakbym ja był kulturalny a On był „burokiem” (© Iwona). Ale nie jest to prawda. Ja tylko kompresuję wiązanki do rzadkich wybuchów elokwencji. Nina na głos zastanawiała się, gdzie jest nasz pokój – na to usłyszała odpowiedz „gdzieś tu, na końcu korytarza” od nieznajomego. Iwona dygnęła, podziękowała po angielsku i poszła do pokoju. Dopiero tam, tknęła ją myśl, że odpowiedz wygłoszona była w naszym ojczystym języku. Albowiem w hostelu nocowała grupa muzykantów, udających się na taki chiński Woodstock – „tylko większy” – ale to mnie nie dziwi, bo wszystko muszą mieć większe.

Komentarz Lipka

Porozmawialiśmy z Polakami, wymieniliśmy parę cennych uwag (tym razem to my uczyliśmy ich, jako że byli w Chinach chyba 3 czy 4 dzień), Iwona poszła się kąpać i poszliśmy spać. A hostel to niemal kombinat rozrywkowy – dużo gości, wspólne łazienki i ubikacje „wschodnioazjatyckie”, knajpa oraz bar. Raczej imprezowania niż noclegownia ;-).

Komentarz Iwony

27.09.2010 – poniedziałek – Chengdu

Napisaliśmy dziś pierwsze zdanie po chińsku, czyli 来自中国的问候 (pozdrawiamy z Chin).
Pobudka i jak zwykle zbyt długie czekanie na śniadanie. O 7.28, czyli 2 minuty przed planowym wyjazdem, przynieśli pierwsze śniadanie – dla Grzesia. Potem przynieśli Niny i jakieś drugie, z którym jednak kobieta chodziła naokoło i w końcu postawiła je na naszym stole. Zdążyłam posolić jajko, posmarować i ugryźć jednego tosta, jak doszła do wniosku, że to chyba nie było moje i dosłownie wyciągnęła mi talerz spod ryja! W międzyczasie dostał Adam, a już-nie-moje-śniadanie powędrowało do jakiegoś Francuza czy innego nieszczęśnika (bo jest duża szansa, że nie lubi tak słonego jak ja, a nadgryzionego tosta chyba mu wymienili). Mi kobieta przyniosła talerz z jajkiem i boczkiem bez tostów i całej reszty, która składać się na moje śniadanie powinna. Ja to mam chyba pecha z tym żarciem! Na dodatek przyszedł chłopak z obsługi, że jest już bus i mamy wziąć śniadanie ze sobą. Nina nie zdzierżyła i wytłumaczyła, że czekaliśmy 45 minut na śniadanie, które ona specjalnie wcześniej przyszła zamówić, dostaliśmy złe i teraz je zamierzamy zjeść i muszą na nas poczekać. Dodałam swoje 3 grosze do tematu, chłopak zaczął gadać z kobietą z kuchni i obiecywać, że zwrócą nam za to śniadanie po powrocie z wycieczki (coś na razie nie widzę tej kasy) i wycofał się czym prędzej z pomysłu zmuszania nas do jedzenia w busie. Skończyliśmy na szybko, zresztą ja za dużo do kończenia nie miałam i wyruszyliśmy do Instytutu Hodowli Pandy Wielkiej.
Fajnie, że mieliśmy ze sobą gości, którzy nas oprowadzali, bo Instytut całkiem spory, a ostatnio parę razy mieliśmy problemy z wyborem optymalnej trasy oraz nieodparte wrażenie, że trafiamy w jakieś mniej istotne miejsca. Pandy są przesłodkie – takie miśki leniwe, mięciutkie. Jako, że rano to pora ich największej aktywności, to mieliśmy okazję zobaczyć 2 czerwone pandy w krótkim starciu o kawałek jedzenia, 2 pandy wielkie kulające się razem po wybiegu, sporo pand wcinających bambusy i 2 zrzucające się z podestu po schodach na ziemię. Większość leżała leniwie to na drzewach, to na drewnianych żerdziach. Wybiegi mają ładne, widać, że pandy są tu naprawdę ważne. Widzieliśmy też malutkie pandy w inkubatorze (nie wolno fotografować), słodziaczki! Obejrzeliśmy film o działalności Instytutu na rzecz pand i na koniec trafiliśmy do sklepu, gdzie kupiliśmy miśki dla siostrzenic (60 Y jeden), małego dla mnie (20 Y), a wcześniej magnesy z pandami (80 Y/5 szt.). Cała wycieczka bardzo ciekawa, choć ja osobiście mogłabym tu spędzić więcej czasu na obserwowaniu pand.
Po powrocie wymeldowaliśmy się z pokoju i siedzieliśmy sobie w części socjalnej hostelu zajadając frytki i wypisując kartki, do których potrzebne było to zdanie na początku. A potem zaczął się wykupiony dla Niny i mnie kurs gotowania po syczuańsku (100 Y/os.). A oto co w efekcie ugotowałyśmy:

Mapo Toufu
1. na patelnię gorący olej, imbir, czosnek, sos chilli
2. dodać wodę, zagotować, dodać tofu
3. gotować minutę, dodać sól, cukier, MSG (jak się okazało – glutaminian sodu), kurczakowe MSG, ostry sos chilli
4. dodać trochę wody z mąką
5. gotowe, posypać szczypiorkiem i syczuańskim czarnym pieprzem

Double cooked pork (podwójnie gotowana wieprzowina – huî guo rôu – daszki na odwrót, ale nie ma w symbolach w wordzie)
1. na patelni podwójny gorący olej (2 chochle) rozgrzać
2. wrzucić wieprzowinę na 1-2 minuty (wieprzowina jest wcześniej gotowana 10 minut w osolonej wodzie, przypomina nasz gotowany boczek)
3. dodać imbir i czosnek grubo posiekane, gotować 1 minutę
4. dodać sos chilli, sól i alkohol do gotowania, gotować 1 minutę
5. dodać zieloną cebulkę pokrojoną na duże kawałki (takie 3-4 centymetrowe)
6. dodać sól, cukier, MSG, kurczakowe MSG
7. gotowe

Poskładali nam i wytarli stoły, przynieśli składniki, deski i tasaki, kucharka demonstrowała co robić, a druga Chinka – Laura tłumaczyła po angielsku. W sumie już od początku było zabawnie, bo nienawykłe do używania tasaka do krojenia np. szczypiorku czy mięsa w cienkie paski, szybko usłyszałyśmy pytanie, czy któraś z nas w ogóle gotuje w domu. Chłopaki przyglądali się, robili zdjęcia i co chwilę brechtali się z naszych poczynań, ku dezaprobacie Laury. W końcu udało się posiekać imbir, czosnek, szczypiorek, mięso, zieloną cebulkę i tofu i przeszliśmy z tym wszystkim do kuchni. Tu tez było wesoło, bo najpierw wszystko smażyła kucharka, a potem ja i Nina osobno. Po każdym zrobionym daniu wszyscy próbowaliśmy jak wyszło. Było kupę śmiechu, „two husbands” mogli dalej uczestniczyć we wszystkim, tzn. głównie się śmiać, podjadać i robić zdjęcia. Po wszystkim Laura orzekła, że mapo toufu jej lepiej smakuje od Niny, a double cooked pork ode mnie [żeby było sprawiedliwie ;) ]. Oczywiście mieliśmy prawo zabrać nasze własnoręcznie zrobione jedzonko i skonsumować, a jeszcze przyniesiono nam do tego ryżu. Z własnej inicjatywy zamówiliśmy piwo. Wyszło smaczne, choć zgodnie orzekliśmy, że to danie z wieprzowiny jest lepsze.
Potem było jeszcze zabawniej, bo siedzieliśmy z Laurą, żeby napisała nam wskazówki, jak robić to, co właśnie zrobiłyśmy, co przekształciło się w naukę chińskich tonów, polskich liter, wymawiania imion i nazwisk oraz zdania „nie chcę zjeść psa” po chińsku, którego co gorsze już nie pamiętamy. Przesiedzieliśmy rozmawiając i śmiejąc się aż do 18.00, była to świetna międzykulturowa wymiana informacji przy okazji, a Laura do tego bardzo dobrze mówiła po angielsku, co u dotychczas spotkanych Chińczyków rzadko się zdarzało.
O 19.00 czekał już na nas przewóz na lotnisko (60 Y) i w efekcie siedzimy w samolocie do Xi’an, gdzie na przeciwległym siedzeniu jakaś pani rzyga sobie co czas jakiś do woreczka, a na siedzeniu wcześniej inna przewija dziecko z kupy. No pełen komplet, normalnie aż czekam kiedy się ktoś posika ;p.

27.09.2010 – poniedziałek – Chengdu –> Xi’an

No nikt się nie posikał, ale pani jeszcze na zakończenie puściła jednego pawia. Na lotnisku już czekał taksówkarz (150 Y, dość daleko) i przywiózł nas do hostelu Shuyan (50 Y za 4-osobowy dorm bez łazienki). Hostel wygląda na dość duży, choć klimatyczny i jest mocno zatłoczony. Na przeciwko mieszkają młodzi Polacy, którzy koncertują w Chinach. Łazienka też zatłoczona i jak to wspólna – taka sobie. Hostel Lazy Bones wysoko postawił poprzeczkę.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 12 z 25 · 28 września 2010

Chiny dzień XII – Xi’An I

Revolution Park, Xincheng, Xi'An, Chiny

Chiny dzień XII – Xi’An I

Ten dzień był przeznaczony na słodkie lenistwo. Wstaliśmy około 11, zjedliśmy śniadanie i oddaliśmy rzeczy do pralni. 8RMB za kilogram. Lipki zaś poszły dowiedzieć się, jak z pociągiem do Datongu. W naszym hostelu chcieli za pośrednictwo 40RMB – nie tak tragicznie – ale była to kwota za jeden bilet – 160 RMB to już jednak sporo, więc poszli do agencji, gdzie za piątaka rezerwowali bilety. Stojąc w sporej kolejce, dwie minuty po rozpoczęciu przerwy śniadaniowej, uzyskali druzgocąca informacje – nie ma wolnych miejsc, by dostać się do Datongu. Nic nie mogąc już załatwić, wrócili do hostelu.

Komentarz Lipka

Ku naszemu niezmiernemu zdziwieniu pani w okienku z biletami mówiła dobrze po angielsku. Co nie zmienia faktu, że biletów na pociąg za 3 dni nie ma. Na pociąg za 4 dni zresztą też nie. Ech, czemu nikt mi nie powiedział, że tu mieszka miliard ludzi? ;-)

Ustaliliśmy zatem, że udamy się do centrum komercji, źródła Kung Fu – Shao Lin. Lipek tam chciał od początku jechać, ale zrezygnowaliśmy z tego pomysłu ze względów czasowych – myślę, że specjalnie zakombinował, żeby nie jechać do Datongu tylko tam. Na takiego cfaniaczka mi wygląda. Miejscami.

Komentarz Lipka

A konkretnie to którymi miejscami? Na drugi raz sam sobie idź kupować bilety, niewdzięczniku!

W każdym razie udało nam się znaleźć połączenia do ZhengZhou – miejscowości niedalekiej. Pociągi były różne – od jadących 16h po takie, które pokonywały trasę w niecałe 3h. Wybraliśmy kilka pociągów, jako alternatywy i podreptaliśmy wszyscy do Ticket Office.

Komentarz Lipka

Przeanalizowaliśmy dalsza podróż pod katem następnych polaczeń i wydostania się do Pekinu. Do biura z biletami szliśmy uzbrojeni w kilka rozwiązań na wypadek braku miejsc. W trzecim lub czwartym wybranym pociągu były wolne miejsca :).

Tam kłębił się dziki tłum, acz jak na standardy chińskie nie była to nawet mała kolejeczka – nasze miejsce było w okolicach 30. Dziewczyny poszły do oddalonej o 200 metrów poczty, wysłać kartki, a my dzielnie pilnowaliśmy miejsca. Po 30 minutach kolejka lekko się poruszyła, a dziewczyn nie ma. Okazało się po raz kolejny, że Chińczycy mają problem z kartografią – poczta, która miała być na tej samej ulicy, 200m dalej, była z pół kilometra dalej i jeszcze za zakrętem. W każdym razie wróciły i udało nam się zakupić bilety na ten pociąg, który chcieliśmy, acz 2 klasę (właśnie siedzę w tym pociągu, w 2 klasie. Jedziemy 350km/h, pociągiem jeszcze bardziej wypasionym, niż ostatnio). Wróciliśmy do hostelu i zabraliśmy się za wypoczynek i planowanie następnych kroków. Prognoza pogody powiedziała nam, że najlepiej w góry Hua Shan będzie pojechać dnia następnego. Wobec tego obijaliśmy się do wieczora, a dopiero wtedy Iwonie udało się wygonić nas na podbój Xi’An. Jako iż nasz hostel był przy samych murach miejskich, podreptaliśmy w stronę centrum i dzielnicy muzułmańskiej – gdzie wedle przewodnika można było coś zjeść smacznego. Tłum ludzi niesamowity, deszcz pada, weszliśmy na teren dzielnicy. Kolorowe kramy, sklepiki z niezliczoną ilością rzeczy, zapachy, smaki kolory oszałamiały. Co prawda im głębiej w dzielnice, tym mniej straganów, a także bardziej biedne. W samym środku Nina wypatrzyła coś jak hamburgery. Na jednym ze straganów kobieta miała warzywa, mięsa i wkładała to do bułki, po uprzednim zrobieniu czegoś z nimi. Jako, że Lipki głodne były, poszliśmy dalej, czego Nina przeżyć nie mogła, ale uznaliśmy, że najpierw niech się najedzą, bo biednie wyglądają oboje i jeszcze zemdleć nam gotowi. Nie znaleźliśmy jednak miejsca, które zgodnie zostałoby zaakceptowane jako miejsce, gdzie chcemy zjeść, a okolica zaczęła robić się jak po III wojnie światowej. Postanowiliśmy dojść do głównej ulicy i naokoło powrócić na początek dzielnicy. W międzyczasie Lipek wyraził jednak chęć spałaszowania takiego hamburgera więc gdy znaleźliśmy drogę prowadzącą w stronę kramika z tym, pospieszyliśmy tam przyspieszanym krokiem. Nawet trafiliśmy. Wybierało się różne rodzaje warzyw i mięs, kładło na tackę, a kobieta wrzucała to do wrzącego oleju. Tak samo jak chwile wcześniej bułeczkę. Bułeczkę od środka wysmarowała czymś czerwonym, co uznaliśmy, że wypali nam „ryje”. Następnie po wyjęciu z oleju, w tym samym czerwonym umoczyła to, co wyciągnęła. Posypała to jeszcze dziwnymi proszkami, zapakowała w dwa woreczki foliowe i podała. Smaczne było, acz po pierwszym kęsie, z Lipkiem uznaliśmy, że pić. Za to dziewczyny po swoim pierwszym kęsie uznały, że nie pić, a PIĆ!!! Ich bułkers był tak ostry, że nie czuć było za bardzo smaku, tylko pieczenie (dziewczyny jadły z kramika obok). Wszyscy mieliśmy nadzieję, że będzie piekło tylko jak wchodzi, a nie jak będzie wychodziło… Ogólnie wszyscy zgodnie stwierdzili, że było to bardzo sympatyczne lokalne jedzenie i zadowoleni byliśmy, acz następnym razem poprosimy w jakiśkolwiek magiczny sposób, o wersję łagodniejszą. I co dziwne, powiedział to także Lipek, który na nasze eksperymenty kulinarne patrzy najczęściej z lekkim przerażeniem. Ale chłopak się wyrabia, jeszcze ze dwa wyjazdy i sam będzie nas zaciągał do lokalnych knajp.

Komentarz Lipka

Burger był bardzo dobry. Gdybym znal efekt końcowy, to inaczej pokombinowałbym że składnikami i wziąłbym dwa. A nasz wcale nie był taki super ostry ;-).

Tak więc dzień, który miał być poświęcony wypoczynkowi i relaksowi, został wypełniony po brzegi różnymi dziwnymi rzeczami…

Komentarz Iwony

28.09.2010 – wtorek – Xi’an

O jak dobrze się wyspać w końcu! Ale za chwilę już stwierdzenie, że znów za oknem słychać kapanie deszczu psuje humor. Zaraz po ogarnięciu się idziemy do recepcji zapytać o bilety kolejowe. Okazuje się, że biorą 40 Y prowizji, ale dziewczyna jest na tyle grzeczna, że mówi gdzie jest najbliższa agencja sprzedająca bilety po 5 Y prowizji za bilet i jeszcze nam pisze całość po chińsku. Idziemy więc z Grzesiem do agencji, a Nina z Adamem mają rozeznać pralnię, bo już nam się cała bielizna pokończyła. Błądzimy jak zwykle nieco, mimo prostej na mapie drogi, ale tym razem to dlatego, że nie podejrzewaliśmy, iż ta długa kolejka przy banku, to nie do bankomatu, tylko do agencji kolejowej w okienku. Ustawiliśmy się grzecznie na końcu kolejki, odstaliśmy z 20 minut i już przed kasą zobaczyliśmy, że czynne do 12.00, a była 11.57. Przypomniawszy sobie bank 17.02 zaczęliśmy się mocno niepokoić czy przypadkiem nie zamkną nam przed nosem. Nie zamknęli, ale za to pojawił się inny problem. Nie ma biletów do Datongu na 1 października, najwcześniej na 3-go, chyba że chcemy hard seater, co przy 16 h podróży zdecydowanie odpada, po obejrzeniu filmików i przeczytaniu relacji. Podziękowaliśmy, wróciliśmy do hostelu i po oddaniu prania do pralni (8 Y za 1 kg, każą wszystko ilością sztuk opisać, potem ważą), zjedzeniu śniadania (standardowe angielskie i inne zachodnie), rozpoczęliśmy naradę gdzie i kiedy jechać. Ostatecznie stanęło na Klasztorze Shaolin i nastąpiły żmudne sprawdzania hosteli, pociągów i innego transportu. Poszliśmy ponownie do agencji, odstali jeszcze dłużej niż rano, w międzyczasie z Niną namierzyłyśmy pocztę żeby wysłać kartki (była blisko, tylko mapa nie wskazywała, że jest na bocznej uliczce), co okazało się trudne, bo zaczepiane osoby nie bardzo wiedziały o co nam chodzi z „post office” nawet jak pokazaliśmy wypisane kartki! Nie znają? Na samej poczcie już było OK, zaraz przydzielono nam panią znającą angielski, która wepchała się przed Chińczyków do okienka koleżanki i kupiła znaczki po 5 razy przeliczając na kalkulatorze ileż to jest 14 x 4,5 Y i ile w takim razie musi mi wydać ze 100 Y, jeśli to daje 63 Y. Po tych skomplikowanych obliczeniach, przykleiłyśmy znaczki i wrzuciłyśmy karki do skrzynki na zewnątrz, która wyglądała jak stojąca reklama. Po perypetiach z pocztą wróciłyśmy do chłopaków, którzy nadal stali w kolejce i kupiliśmy bilety do Zhengzhou (240 Y + 7,5 Y prowizji za jakiś super ekspres, co ma tam w 2 h dojechać). W hostelu zarezerwowaliśmy hostel w Dangfangu, z którego już blisko do Shaolin. Potem zapanował ogólny marazm, deszcz lał, my leżeliśmy w łóżkach i robiliśmy sobie dzień lenia. Wygonił nas dopiero głód, a i to nie jakoś szybko. Poszliśmy do dzielnicy muzułmańskiej, gdzie po długim szwendaniu się po targu, zdecydowaliśmy się zjeść ze straganu takie, hm, muzułmańskie wariacje na temat hamburgera: wybiera się warzywa różne i mięsko na patykach, pani wrzuca to na chwilę do mocno rozgrzanego oleju, potem obtacza w jakimś ostrym sosie, sypie równie ostrymi przyprawami i wkłada do usmażonej na tym samym oleju płaskiej bułeczki. Kosztuje to 6-7 Y, jest bardzo ciekawe i smaczne, tylko że moja wersja była tak ostra, że ryło mi wypaliło na amen (może mi katar przejdzie, który mnie coś w nosie kręci?). Cola po tym była jak mleko, a jeszcze zagryzałam kupioną wcześniej w piekarni bagietką dla złagodzenia. Spacerkiem wróciliśmy do hostelu i na rozmowach o przysłowiowej „dupie Maryni” zeszło nam aż do 1.00. Cholera za 5,5 h pobudka! Dobranoc.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 13 z 25 · 29 września 2010

Chiny dzień XIII – Xi’An II, Hua Shan

Hua Shan, Huayin, Weinan, Chiny

Chiny dzień XIII – Xi’An II, Hua Shan

Hua Shan.

Święta góra Taoizmu. Dla nas była miejscem, które chcieliśmy zobaczyć, ze względu na widoki a także na „najtrudniejszą ścieżkę trekkingową na świecie”. By dojechać do Hua Shan, musieliśmy wstać skoro świt i udać się autobusem na dworzec, skąd odchodził kolejny autobus, linii nr 1 do Hua Shan. Z uwagi na zbliżające się święto proklamowania Chińskiej Republiki Ludowej, od samego rana na ulicach panował tłok i ilość mieszkańców państwa środka drastycznie wzrosła. By dostać się do autobusu, trzeba było wykorzystywać wszystkie swe atuty – wzrost, masę oraz „nisko i łokciami”. Autobus do Hua Shan jedzie około 2 godzin, ma do pokonania 100km. Po drodze widać budujące się autostrady, linie kolejowe, elektrownie… i systematycznie niszczone domy wysiedlonych mieszkańców, których część postanowiła pozostać i wyżłobiła sobie mieszkania w skałach. Z oknami, drzwiami… W Hua Shan, przesiadamy się do busika, wiozącego nas 8 km w górę, do wejścia na górę – acz droga przypomina trochę wejście na morskie oko – z racji ograniczonych zasobów czasu i chęci, woleliśmy zapłacić za busik prawie tyle, co za poprzednie 100km – 20RMB – a za dojazd do Hua Shan zapłaciliśmy po 22… Przy okazji, przed wejściem do busika, trzeba się zaopatrzyć w bilet wstępu w góry, za okrągłe 100 RMB… Zwiedzanie w Chinach nie jest tanie, o nie… Busiki wiozą nas do punktu, z którego staruje kolejka górska, a także ścieżka – obie te drogi prowadzą na wierzchołek północny – na wysokość trochę ponad 1600m – droga piesza w górę, to jakieś 4h – więc koszt kolejki – 150RMB byliśmy w stanie zaakceptować. Tu moja uwaga – ceny zmieniają się chyba z miesiąca na miesiąc – w przewodnikach pisało jeszcze o 100RMB, tak samo mówili w hostelu – więc jadąc do Chin zwiedzać, trzeba być przygotowanym na dodatkowe wydatki, by nie musieć rezygnować z co ciekawszych rzeczy…

Komentarz Lipka

Ogółem wyprawa wyniosła 22(autobus) +20 (busik) +100 (wejście) +150 (kolejka) +30 (o tym później) +20 (busik) +22 (autobus) = 334RMB co daje około 157PLN. Dodatkowo rękawiczki jak ktoś nie ma 2 i autobus z/do hostelu 2.

I tu nastąpiło coś, czego się nie spodziewaliśmy. Jadąc z Xi’An cały czas były niskie, deszczowe chmury. Gdy dojechaliśmy do stacji kolejki, okazało się, że świeci słońce! A już myśleliśmy, że nic nie zobaczymy… Wjechaliśmy kolejką – wagonik na 6 osób szybko wspinał się w górę. Nie dość, że szybko, to jeszcze nachylenie sięgało 45 stopni a odległość do ziemi była taka, że hoho. Bardzo wysoko. Jeśli ktoś ma jakiekolwiek problemy z wysokością, przestrzenią czy problemy zdrowotne – niech lepiej omija to miejsce szerokim łukiem. Dotarliśmy do szczytu północnego i ruszyliśmy na podbój góry. Rozdzieliliśmy się, gdyż Iwona z Lipkiem po górach biegają jak kozice, wspinają się po pionowych ścianach, trzymając się ich jak muchy, więc nie chcieliśmy opóźniać ich marszu. Szczególnie, jak zobaczyliśmy prawie pionowe podejścia, na których kłębił się tłum chińczyków. Umówiliśmy się, że musimy zjechać z gór przed 17 – przed ostatnim autobusem – i Lipki pognali w górę mając motorki w tyłkach, a my statecznym krokiem ruszyliśmy za nimi. Szczególnie, że na górze pojawiło się trochę chmur i szczyty w nich tonęły. Co w takim razie z czegoś takiego można zobaczyć? Mgłę to ja mogę sobie oglądać równie dobrze koło swojego domu na polu, nie musząc biegać po skałach. Drogą pięła się cały czas w górę. Schodki, łańcuchy, barierki i miliard chińczyków. W klapkach, mokasynach i innych dziwnych rzeczach na nogach. Lalunie jak nad Morskim Okiem, niektóre w dresikach, niektóre w szpilkach. Spocone i umordowane , ale idące w górę, by nie sprawić zawodu swym partnerom, co chwilę zatrzymywały się i robiły słitaśne foty. Ilość zdjęć, które robią sobie sami Chińczycy jest szokująca. Dokumentacja wspinaczki – co 10 schodów zdjęcie siebie nieba. Zdjęcie siebie i skały. Zdjęcie siebie i chmury. Zdjęcie siebie i schodka. Aaaaaa! I zatrzymują się nie patrząc, że tamują ruch. Na niektórych podejściach łańcuchy się dość mocno przydawały – Nina cieszyła się, że kupiła sobie u stóp góry rękawiczki – za 2RMB. Szliśmy we mgle w górę, aż doszliśmy do złotej bramy, gdzie wisiało mnóstwo czerwonych wstążek i kłódek. Do tego miejsca dochodziła większość ludzi i zawracała. Godzina była jeszcze młoda, więc nie zatrzymując się długo, podreptaliśmy na szczyt centralny – było już dość blisko i tak naprawdę nie było tu już za wiele wdrapywania się – poszliśmy w lewo – idąc w prawo można się tez dostać na centralny szczyt, ale trzeba iść po długich i stromych schodach w górę – więc nasz wybór okazał się lepszy. Szczyt centralny (środkowy) znajduje się na wysokości 2042 m. n. p. m. – więc jest trzeci pod względem wysokości. Najwyższy jest Południowy, wznoszący się na wysokość 2160m. Na Szczycie centralnym znajduje się świątynia i punkt widokowy – i gdy tu doszliśmy, wyszło słońce! Widoki oszałamiały. Góry są naprawdę piękne, strzeliste, a przepaście głębokie. I najciekawsze jest WC – budki zawieszone nad 200 metrowym urwiskiem, z dziurami po środku, by wylatywało co ma wylatywać – załatwienie potrzeby w takim miejscu – bezcenne… szczególni gdy wtedy spojrzy się w dół. Posiedzieliśmy tu jakiś czas i udaliśmy się na dół – droga w dół była już łatwiejsza, acz trzeba mocno uważać, szczególnie na mokrych fragmentach szlaku. No i idąc w dół, po jakimś czasie czuje się drżenie łydek… a krok musi być pewny. Wracając dopiero w niektórych miejscach widzi się stromiznę szlaku – w pewnym miejscu prawie pionowe schody w dół – ani Nina ani ja nie pamiętaliśmy, byśmy pod coś takiego podchodzili, ale droga była jedna, więc musieliśmy – widać podchodziło się łatwiej niż schodziło. Prawda jest też taka, że i tak radziliśmy sobie lepiej niż większość chińczyków, którym zejście małego kawałka zajmowało bardzo długo. Nie mówię tu już o tych kozicach z lepkimi łapkami – tzn Lipkach, bo oni obiegli wszystkie szczyty i biegiem zbiegali do kolejki – Więc jakby Lipek usiłował coś zaprzeczać, to możecie mu nie wierzyć – to są mutanty i krzyżówki muchy z pająkiem. Nikt normalny tak po górach nie biega. Co widzieli na górze i co robili – niech Lipek napisze – a jest co opisywać.

Komentarz Lipka

Po pierwsze – my, w odróżnieniu od Adama posiadamy cos takiego jak instynkt zdobywcy. Jeśli jest szczyt, to należy go zdobyć. Jeśli po drodze są piękne widoki – fantastycznie. Jeśli nie, zatknę wirtualna flagę i to mi musi wystarczyć. Tłumacząc Adamowi – mgła na szczycie w chinach jest inna niż ta u niego na polu, cokolwiek na ten temat myśli. Dodatkowo nawet zamglone szczyty mogą być zapamiętane na cale życie (że przypomnę Starorobocianski, wtajemniczeni wiedza o co chodzi).
Po drugie, nie biegamy po górach jak kozice. Mamy słaba kondycje (efekt wieloletniego siedzenia przed komputerem itp.), szybko się meczymy i ogólnie jesteśmy ciency jak dupa węza. Na dodatek zwykle świadomie przeceniamy własne siły w efekcie zmuszając się do nadludzkich wysiłków. Jako dowód – gdy idziemy w Tatry nigdy nie mieścimy się w czasach z mapy, a wszyscy nas wyprzedzają. W chinach to my wszystkich wyprzedzaliśmy, ale to inna historia a raczej efekt ich podejścia niedzielnego turysty.
Po trzecie i najważniejsze – na końcu jest relacja Iwony z wejścia na 4 szczyty i kładkę nad przepaścią!

Zdążyliśmy na ostatni autobus, o 17 i wróciliśmy do Xi’An. Hua Shan było jedną z najlepszych rzeczy, jaką widziałem w Chinach – naprawdę robi wrażenie i warto się tam wybrać!

Komentarz Iwony

29.09.2010 – środa – Xi’an

No chyba pierwszy raz wstałam jako pierwsza. Ale po prawdzie to dlatego, że przez całą noc budziłam się, żeby się wysmarkać. Poszliśmy na autobus 603, niestety spóźnieni trochę, a dodatkowo autobus jechał 3 razy tyle, ile spodziewaliśmy się. Po odgonieniu wszystkich naciągaczy oferujących nie wiadomo co i uprzejmych wskazówkach osób w mundurach (nie wiem, która to już służba mundurowa, czy kolejarze, czy autobusiarze, czy kto tam) udało nam się namierzyć w końcu autobus nr 1 do Hua Shan (22 Y w jedną stronę). Po 2 h dotarliśmy na parking, gdzie polecono zakupić nam kolejne bilety: na busik do podjechania na kolejkę linową (40 Y w 2 strony), wejścia do parku (100 Y), a po przejechaniu 8 km rzeczonym busikiem, na kolejkę (aż 150 Y w 2 strony). Masakra cenowa, chyba przestanę marudzić na ceny parkingu pod Morskim Okiem, a bilet do Tatrzańskiego Parku Narodowego to wręcz z uśmiechem kupię następnym razem! Ale dla zneutralizowania szoku cenowego, ku naszym zbiorowym zachwytom, ukazało się słońce (a deszcz to od rana nie padał).
Widoki z kolejki były przepiękne, wagoniki bardzo wysoko nad ziemią szybciutko przemieszczały się do góry, a w dole było widać trasę pieszą – krętą i schodkowaną, którą myśmy odpuścili chcąc mieć dość czasu na górze. Początkowo na trasie ludzi było masę, w tym różni śmieszni: faceci w garniturach i halbkach, panienki w różowych dresikach i delikatnych półbutach, a Nina nawet dostrzegła jakieś egzemplarze w szpilkach. Ale byli też tragarze noszący jakiś towar na konomysłach, a większość stanowili normalnie ubrani chińscy turyści i czasem jacyś biali. Szlak był wyschodkowany prawie w całości, po bokach były poręcze lub łańcuchy do przytrzymania się.
Dość szybko się rozdzieliliśmy, gdyż Nina z Adamem doszli do wniosku, że nie dadzą rady przejść całej zaplanowanej trasy, a my przez nich nie zdążymy. Przystaliśmy na to i ruszyliśmy do przodu. Po jakiś 300 m zamiataliśmy już jęzorami kamienie, bo schodki ostro pięły się w gore i nasz brak kondycji szybko dał znać o sobie. Na szczęście po początkowym ostrym podejściu zrobiło się trochę łagodniej, a my zmotywowani długą droga, chęcią dotarcia do słynnej kładki oraz ostatnim autobusem o 17.00 ruszyliśmy bez marudzenia do przodu. Pogoda się trochę popsuła, zamgliło się po maxie, wiec na szczyt centralny i wschodni dotarliśmy co prawda, ale o widokach mogliśmy zapomnieć. Nieźle wyglądało jedno z dwóch na Hua Shan hardcorowych miejsc: dwa schodki, potem mgła i zwisający w tą zamglona przepaść łańcuch. Ponieważ było to odbicie nieplanowane i nieposuwające nas naprzód – darowaliśmy sobie. Po jakiś 2,5 h dotarliśmy pod południowy szczyt i przesunęliśmy się w kierunku, gdzie prawdopodobnie ma być kładka, czyli „najniebezpieczniejszy szlak świata” (bo całego masywu zdecydowanie nie można tak nazwać, bo wszędzie są kamienne lub betonowe schody, poręcze lub łańcuchy, żadnych przepaści nieodgrodzonych, a w jednym miejscu schodo-drabina).
Doszliśmy przez kolejną taoistyczną świątyńkę do miejsca zagrodzonego barierka z gościem i gościówą siedzącymi przed zawieszonymi uprzężami do wspinaczki. Gadamy do nich czy to tu jest kładka, a on że tu się nie wchodzi, a ona że „pay”. Na pytanie „how much” usłyszeliśmy jakiś bełkot i oboje oddali się swoim czynnościom: stukaniem na komórce i patrzeniem na własne obuwie. Hm… No w sumie rzadko tu zdarzała się aż taka olewka. Na szczęście znalazła się jakaś pomocna Chinka mówiąca po angielsku, w efekcie czego wyskoczyliśmy po 30 Y na osobę i już po chwili gościu zapinał nas w uprzęże (na ramiona, nie nogi!), pokazując jak tego używać. Akurat zrobiła się mgła, wiec wkurzaliśmy się, że nic nie widać. No dobra, jak wiec wygląda ten szlak? Cały ma może trochę ponad 100 m, pierwszy odcinek jest pionowym zejściem po metalowych klamrach (jak ktoś chodził po Orlej Perci to nic dziwnego), potem parę metrów stopni wykutych w pionowej skale, a dalej jest to, co na większości zdjęć z tego szlaku, czyli ok. 50 m pozioma kładka składająca się z 2 desek, przyczepiona do pionowego około 500 m klifu. Robi wrażenie – fakt, zwłaszcza jak się na niej trzeba wyminąć, bo szlak jest dwustronny. Na kładce zrobiła się nagle piękna pogoda, mgła się rozeszła, słońce zaświeciło i ogarnęła mnie taka radość, że jestem w tak niesamowitym miejscu, że gdyby nie fakt, iż kładka miała ok. 35 cm szerokości i wisiała wysoko, to zaczęłabym chyba podskakiwać ;p. Ogólnie uczucie nie do opisania. Byliśmy oboje zachwyceni, podekscytowani, porobiliśmy sobie zdjęcia, nawet krótki filmik nakręciliśmy i dzieliliśmy się wrażeniami ze spoglądania w dół przepaści pod stopy. Magiczna chwila. Jak ktoś lubi tego typu adrenalinę – polecam! Ale dla ludzi z lękiem wysokości to musi być koszmar. Generalnie mi dużego poczucia bezpieczeństwa dodawana świadomość bycia przypiętą. Końcówka i cel szlaku to kolejna mała kapliczka w grocie oraz stara sosna, rosnąca poziomo (jak na Sokolicy) nad przepaścią, na której – o zgrozo – były poprzywieszane wstążki (wieszane tutaj masowo na szczęście), w takich miejscach, że nieprawdopodobnym wydawało się, żeby ktoś tam wszedł je zawiesić i nie spadł. Chwilkę tam zamarudziliśmy i poszliśmy z powrotem kładką, stopniami i klamrami.
Dotarliśmy do południowego, najwyższego na Hua Shan szczytu (2155 m), pogoda nadal nam sprzyjała (na kładce zdążyła się z 3 razy zmienić), widok stamtąd był rewelacyjny, dopiero stąd mogliśmy docenić jak bardzo te góry są malownicze. Szybko zaliczyliśmy szczyt zachodni, po którym zostało nam 40 min. na zejście. Prawie zbiegaliśmy więc po schodkach, które po kładce wydawały się teraz zupełnie lightowe i w efekcie, wyprzedzając tabuny Chińczyków, tuż po 16 byliśmy już przy kolejce linowej, gdzie czekali Nina z Adamem.
Oni doszli do centralnego szczytu, poodwiedzali punkty widokowe i też byli zadowoleni.
Kolejką w dół, busik, autobus, drugi autobus i do hostelu. Zapanowała kompletna zgoda co do wyboru dzisiejszego żarcia, bo nikomu nie chciało się nigdzie ruszać. Zamówiliśmy więc 2 pizze (nasz hostel, o dziwo, nie ma chińskiej kuchni!), po 2 piwa, po czym obżarci wtoczyliśmy się na nasze piętro. Teraz pozostała trójka smacznie śpi lub chrapie, więc i pora na mnie.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 14 z 25 · 30 września 2010

Chiny dzień XIV – Xi’An III

Emperor Qinshihuang's Mausoleum Site Museum, Terra-Cotta Warriors Museum, Lintong District, Xi'an, Shaanxi, Chiny

Chiny dzień XIV – Xi’An III

Do terakotowej armii, z Xi’An jest stosunkowo blisko. Dlatego też udało nam się wstać po wschodzie słońca. Zmarnowaliśmy jeszcze dwie godziny na rezerwację hostelu w Pekinie, co jakiś znaleźliśmy, to zanim się zdecydowaliśmy, to już był zarezerwowany. W końcu się udało i wyruszyliśmy.

Komentarz Lipka

Myślę, że ze śniadaniem to było nawet około 3h. Ogromna ilość czasu marnujemy na rezerwacje i kupno biletów. O ile hostele można zabookowac wcześniej telefonicznie lub Internetem, to bilety na pociąg da się kupić tylko z miejsca odjazdu pociągu. Dramat. Druga sprawa to ich święto – jako iż Chinczycy po 10 chyba latach pracy maja dwa tygodnie urlopu, to jak trafi im się coroczne święto kilkudniowe wyruszają jak szarańcza na podbój swojego kraju pożerając wszystkie bilety, hostele i co im tam pod drodze wpadnie w przeżuwaczki. Nie polecam tego terminu na przyjazd tutaj.

I znów droga na dworzec autobusem i kolejny raz nie dojechaliśmy do niego… Korki zatrzymały nas już ładny kawałek od dworca. Podreptaliśmy raźnym krokiem. Na dworcu znaleźć mieliśmy autobus 306 i nim pojechać w dal. Po drodze, w autobusie Lipek napatoczył się na lokalnego studenta, który znał angielski …

Komentarz Lipka

„znal angielski” to o wiele za daleko posunięta teza, nie mająca potwierdzenia w rzeczywistości. Mimo iż studiował anglistykę porozumiewał się w Chinglish, lokalnej odmianie angielskiego z użyciem słów i szyku zdania właściwych dla języka chińskiego a co najważniejsze z akcentem chińskim. To ostatnie powoduje, że pijany Londyńczyk z kluskami w gębie zdaje się mówić językiem całkowicie zrozumiałym, jeśli go postawić przy Chińczyku. Nie zmienia to faktu, że studencik był miły i pomocny.

… i przegadali kawał czasu – co więcej, zaprowadził nas do tego autobusu i pożegnał się – kolejny uczynny człek na naszej drodze. Stwierdził, ze dziwi nam się, że tak sami jeździmy, że dajemy sobie rade i to nie znając chińskiego – on, jak pierwszy raz do Xi’An przyjechał, zobaczył tłumy ludzi, wsiadł do taksówki i pojechał. Kierowca woził go godzinę i wysadził w okolicach dworca, mówiąc, że nie może znaleźć adresu. Skasował za to 100RMB. Już to widzę, jakby tak na nas trafiło, nie miałby bidulek łatwego życia. W każdym razie wpadliśmy do autobusu, pomni zasady, że Chińczycy się pchają, wpakowaliśmy się przed jakąś Chinkę rozmawiająca przez telefon i hajda, do środka. Nina pierwsza, zajęła ostatnie cztery miejsca, na jedno rzuciła plecak, trzy osłoniła własnym ciałem tak, że napierający na nią Chińczycy trafili na niezłą przeszkodę. Następnie nadciągnął książę na białym koniu, czyli ja i uratowałem ją, wypychając Chińczyków w stronę początku autobusu. Bo przecież już miejsc nie było, to czego mi tu będą powietrze zabierać? Zasiedliśmy na zdobytych miejscach, przyszła bileterka, popatrzyła i wygoniła resztę, dla których nie wystarczyło miejsc siedzących. Wyglądając za okno tknęło nas dziwne przeczucie… Do autobusu była kolejka, na jakieś 100 osób… a my bezpardonowo, bez kolejki wepchnęliśmy się przed nich wszystkich, na dodatek jeszcze część z autobusu pogoniliśmy… Niestety, po dwóch tygodniach w Chinach straciliśmy wszelkie objawy miłosierdzia, skrupułów i całą cywilizacyjną otoczkę, którą nam nasze matki przy pomocy paska wpajały od urodzenia.

Komentarz Lipka

Akcja jak z filmu, nie zobaczyłbym to bym nie uwierzył. Ale musza się dziwić, że biali też się umia pchać ;-). I nikt nic nawet nie pisnął, a przynajmniej nic co byśmy zrozumieli :P. W ogóle bardzo często wsiadamy na ostatnie miejsca w autobusach tutaj… Dziwne.

Jechaliśmy z godzinę i jak to zwykle w Chinach, koniec nastąpi nagle i niespodziewanie. Autobus zatrzymał się na jakimś parkingu, wyłączył silnik i zapanowała konsternacja. To już, czy jeszcze nie? Trochę trwało, zanim ludzie uznali, że to tu, a my upewniliśmy się u naszej bileterki. Do przejścia był niecały kilometr, podczas którego uzgodniliśmy, że bierzemy przewodnika, bo chodzić i oglądać terakotę, to mogę u sąsiadów, którzy ja maja na podłodze, a tu to przewodnik przynajmniej powie, na co patrzymy. Szukając wejścia, staliśmy na jakimś parkingu, gdy jakaś kobieta w mundurku zaczęła krzyczeć do nas i machać, pokazując stronę. Okazało się, że pokazuje kasy biletowe, a ponadto jest przewodnikiem. Jej angielski był zrozumiały, więc upewniając się, że ona będzie oprowadzała nas, zgodziliśmy się na zaproponowane warunki – do 5 osób, jest po 30RMB za pipola. Kupiliśmy bilety i tu przydała się mi legitymacja studencka, która nieopatrznie zawieruszyła mi się w kieszeni – i zamiast 90RMB jak wszyscy, zapłaciłem 45.

Komentarz Lipka

Jeśli ktoś ma legitymacje studencka, nawet nieważna, a może nawet od kolegi – brać do Chin i kupować bilety że zniżka na bezczela!

Zaoszczędzone pieniądze postanowiłem przeznaczyć na napoje, które mają bardzo smaczne i ciekawe. Weszliśmy na teren, kontrola bagażu, małe obmacywanko, ale nie odnaleziono u nas substancji niebezpiecznych (nie wiedzieli, że Lipek niebezpieczny jest sam z siebie, ale jest niewykrywalny dla skanerów) (z tego co pamiętam z ostatniej imprezy w Starym Młynie jestem „Niezniszczalna Gwiazda Śmierci” a Iwona to „Baba Fett” ;-) ). Po małym wprowadzeniu historycznym, zostaliśmy zaprowadzeni do pierwszego pawilonu – zawierającego około 1200 terakotowych wojowników. W ogromnej hali, stoją w rzędach wojownicy. Każdy inny, każdy ma inne rysy twarzy, a zbroje są bardzo szczegółowe. Zresztą zbroje ponoć były hurtowo wyrabiane, a twarze były właśnie takim dziełem sztuki – ręcznie formowane z gliny i wypalane. Na przedzie stoją oficerowie, po bokach straż boczna, wygląda to naprawdę fajnie. W części relacji przewijają się marudzenia, że daleko, że nic nie widać i temu podobne – my byliśmy przed ich narodowym świętem, Chińczyków było zatem o wiele więcej niż normalnie – i jakoś daliśmy sobie radę. Ponadto Chińczycy mają manierę zbierania się w grupy – wystarczy odejść parę metrów w bok by stać przy barierce – a dwa kroki obok kłębi się tłum na 3-5 osób włażących sobie na plecy. Ponadto ktoś, kto spodziewał się, że będzie spacerował przy samych terakotowych wojownikach, chyba się z nimi na głowy pozamieniał. Puste i terakotowe. I tak jest wystarczająco blisko, by doskonale wszystko widzieć. Idąc wzdłuż szeregów wojowników, w strone końca sali, widać wojowników w gorszym stanie, albo jeszcze nie do końca poskładanych. Od połowy sali zaś, zaczynają się wykopaliska, trwające cały czas – można patrzeć, w jaki sposób części wojowników są wydobywane z ziemi. Dalej są stanowiska, gdzie części są katalogowane i dopasowywane. Następnie powędrowaliśmy do jamy nr 2, gdzie było stanowisko dowodzenia, około 30 czy 60 wojowników, oficerów i jeden dwumetrowy generał. Taka mała jama. Nina uparcie twierdziła, że jeszcze coś tu musi być, ale bała się zaproponować, że pójdzie po łopatkę i pomoże szukać. Zapewne nie spotkałoby się to ze zbytnim uznaniem. Trzecia jama, większa od drugiej, ale mniejsza od pierwszej, to jeszcze nieodkopane elementy – nieodkopane, gdyż chińscy archeolodzy czekają na taka technologie, która pozwoliłaby odkopać to wszystko nie powodując żadnych zniszczeń. Pomiędzy druga a trzecią jamą, przewodniczka zaprowadziła nas jeszcze do sklepu, do którego MUSIAŁA iść, by uzyskać pieczątkę – taki sposób naciągania turystów – oryginalne terakotowe wojowniki, z certyfikatem za dużego wojownika jedyne 16000RMB. Ale z okazji świąt promocja i można było sobie takiego kupić za połowę ceny. Lipek by sobie takiego kupił, ale niestety zupełnym przypadkiem miał już pełen plecak, więc z żalem porzucił myśl o posiadaniu terakotowego wojownika w salonie. Wracając zaszliśmy do chińskiego odpowiednika KFC – sieci Dicos i zjedliśmy jakiegoś fast fooda. Nawet smaczny. Następnie, w ogromnych korkach wracaliśmy do Xi’An. Na dworcu były takie tłumy, że nie dawało się nawet przejść. Ledwie wbiliśmy się do autobusu jadącego do hostelu. Tam zamówiliśmy sobie frytki i mojito. Frytki dostaliśmy szybko. Mojito nie. Kelnerka biegała tam i z powrotem z plastikowym pudełeczkiem. Po prawie pół godzinie przyszła i powiedziała, że niestety nie ma mięty. No mojito bez mięty jest nieakceptowane, wiec zrezygnowaliśmy i wkurzeni poszliśmy spać.

Komentarz Lipka

To już drugie miejsce, gdzie zamawiamy mojito i nie ma mięty. Tutaj natomiast przegięcie było podwójne, bo to był czwartkowy dzień promocji… mojito O.O

Komentarz Iwony

30.09.2010 – czwartek – Xi’an

I co z tego, że wstaliśmy po 8.00? I co z tego, że szybko w miarę zaczęliśmy sprawdzać hostele w Pekinie i zjedliśmy śniadanie? Załatwił nas internet i to na cacy. Działał tak wolno, połączenie tak się rwało, że zanim zdążyliśmy się zdecydować i kliknąć cokolwiek, to już nam wszystkie fajniejsze miejsca porezerwowali. Zostało albo drogo albo w wieloosobowych dormitoriach. Ostatecznie, po ponad 2 h męczarni zarezerwowaliśmy 2 dwójki bez łazienek w jakimś kombinacie pewnie, bo hotel jest na 200 osób albo 200 pokoi, nie pamiętam. Masakra!
Wyszliśmy o 12.00, grrrr. Wcisnęliśmy się do autobusu 603, w tłoku zajechaliśmy w okolice dworca, gdzie kierowca wysadził nas jeszcze wcześniej niż wczoraj, bo taki był korek. W autobusie Grześ zaczął rozmawiać z jakimś młodym Chińczykiem, który studiuje anglistykę i ten pokierował nas do autobusu 306, który miał nas zawieść pod Armię Terakotową w Bingmayong, a który stał dokładnie tam, gdzie wczorajsza 1. Przed autobusem stała jakaś kolejka, ale się nie ruszała, więc Nina pierwsza, a my za nią, władowaliśmy się do autobusu. Kierowca coś tam mówił i machał rękami, ja się zatrzymałam, ale Nina z tyłu krzyknęła żeby szybko, bo zajęła nam ostatnie 4 miejsca. Wpakowaliśmy się na te miejsca dość zdecydowanie, a biedny Chińczyk, który też szukał jakiegoś, został zmuszony do opuszczenia autobusu. W Chinach trzeba być asertywnym, inaczej się nie jedzie. A Nina szybko się uczy :D . Do teraz zastanawiamy się, czy ta kolejka na zewnątrz była do tego autobusu. Jeśli tak, to chyba już jest ten moment, kiedy asertywność zaczynamy nazywać bezczelnością. Ale co tam, tu naprawdę funkcjonuje pod tym względem prawo dżungli i należy wyrzuty sumienia schować do plecaka.
Jechaliśmy ponad godzinę, po czym nagabywani przez pół miliona Chinek o kupno granatów (owoców, żeby nie było!), dotarliśmy do miejsca, gdzie wynajęliśmy za 120 Y przewodniczkę mówiącą po angielsku, po czym zapłaciliśmy po 90 Y (a Adam 45 Y na studencką legitymację!) za wejście i zaczęliśmy zwiedzanie armii. Po wszystkich krytycznych opiniach na internecie miałam dość sceptyczne nastawienie, ale już po zobaczeniu pierwszego pawilonu mi przeszło. To olbrzymie wykopalisko, jeszcze cały czas nie skończone i kryjące wiele zagadek, zostało ogrodzone i zabudowane pawilonami oraz udostępnione zwiedzającym. Marudzenie więc, że ogląda się wszystko zza barierek jest, moim zdaniem, nie na miejscu, bo inaczej ludzie zadeptaliby wszystko. U nas pewnie prowadziłoby się wykopalisko dalej i przed skończeniem nikt nie miałby szans go obejrzeć. A tu dosłownie na oczach wszystkich są odkopywane i składane kolejne fragmenty tego ogromnego znaleziska. Cała historia zaczęła się w 1976 roku, kiedy okoliczny rolnik postanowił wykopać studnię i napatoczył się na jakieś gliniane fragmenty. Poszedł z tym do władz, zaczęto kopać i odnaleziono dalsze elementy, aż doprowadzono do dzisiejszego stanu, a końca jeszcze nie widać. Czekają na rozwój nowych technologii, żeby odsłonić ok. 1000 kolejnych żołnierzy schowanych w pawilonie 2 oraz odkopać grób inicjatora całego przedsięwzięcia, który zwał się Qin Shi Huang i był cesarzem, chcącym zapewnić sobie wielką armię i odtworzyć swoje imperium w życiu pozagrobowym. Żołnierze są wielkości około 180 cm (więc przesadzili jak na Chińczyków), a generałowie dochodzą do 2 m. Każdy żołnierz jest inny, szczegółowo wykonany (nawet paznokcie mają), oryginalnie był kolorowy i miał broń, która jednak została zniszczona lub zrabowana na przestrzeni czasu. Cesarz zmarł w 210 r. p.n.e. Jego terakotowa armia została zakopana wraz z nim. Ciekawe ilu z 700 tys. robotników zaangażowanych do jej wykonania zamęczyło to przedsięwzięcie? Ale ogrom tej armii budzi respekt. A co dopiero jak kiedyś odkopią całość.
Po zwiedzeniu 3 pawilonów, zrobiliśmy jeszcze jedną rundę bez przewodniczki, żeby porobić zdjęcia w najciekawszych miejscach, a potem zakupiliśmy małe żołnierzyki jako pamiątki (10 szt. za 80 Y). Po bezskutecznym poszukiwaniu ciekawego jedzenia, bo o 18.00 wszystko już sprzątali i zamykali, zjedliśmy po kurczakowym hamburgerze w jakiejś lokalnej fast-foodowni i wsiedliśmy do autobusu 914, który aż 2 h wiózł nas do Xi’an, takie były korki. Okolice dworca jeszcze bardziej niż wczoraj zabijały ilością ludzi, a przy przystanku 603 aż się mrowiło. Wepchnęliśmy się siłą do autobusu i stłoczeni gorzej niż śledzie w beczce dojechaliśmy pod hostel (Nina robiła zdjęcia tłoku), rezygnując z dojedzenia czegoś na mieście. Kupiliśmy mufinki na jutro, żeby wcześnie i szybko wyruszyć do Wielkiej Pagody Dzikiej Gęsi. W hostelu chcieliśmy się załapać na promocyjne mojito, ale nas wydymali, bo im mięty brakło (w dzień mojito!). I jeszcze jedna ciekawostka: hostel na jutro nie zamówi nam taksówki na dworzec, bo jest święto, wszyscy będą chcieli taxi, a taksówkarzom nie opłaca się jeździć na tak krótki dystans, więc radzą nam jechać autobusem. Ot chińska logika!

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 15 z 25 · 1 października 2010

Chiny dzień XV – Xi’An, ZhengZhou

Dengfeng, Zhengzhou, Henan, Chiny

Chiny dzień XV – Xi’An, ZhengZhou

Dziś dzień wyjazdu z Xi’An. Naturystka, tfu – nasza turystka, Iwona nie mogła odpuścić, by nie zobaczyć kolejnego znanego zabytku, z którego słynie to miasto – Pagody Dzikiej Gęsi. Mi włączył się tryb strajkowy, pagód już widziałem dość, więc odpuściłem sobie to widowisko – i znów zaoszczędziłem parę RMB na napoje – herbatka jaśminowa słodzona miodem rządzi! Dlatego też opis tego przybytku znajdziecie albo jeśli Lipek się zlituje, albo w relacji Iwony i Niny. Dość, że wrócili o 11, nie do końca zadowoleni – na zewnątrz ponoć jeszcze jako tako, ale środek był tragiczny. Ale jak wspominałem, to już nie moja relacja.

Komentarz Lipka

Jako że pagoda była w druga stronę niż dworzec i centrum, bez większych problemów dostaliśmy się do autobusu. Postanowiłem wziąć sprawy, a raczej minimape w swoje ręce i prawie udało mi się ustalić przystanek, na którym mamy wysiąść. W ostatniej chwili poradziłem się jednak jakiejś uroczej tuchtonki a ta kazała wysiąść przystanek dalej, za co jesteśmy jej wdzięczni.
Przed pagoda, która widać z daleka, są dość duże planty, na które składają się ogromna fontanna, po której niemal dosłownie można chodzić, betonowe schody, latarnie, skwery, posagi oraz kramiki. Te ostatnie maja dużo pamiątek po rozsądnych cenach, ale trzeba się naszukać, aby nie kupić badziewia jakiegoś. Planty są o tyle istotne, że są za darmo, w przeciwieństwie do pagody. Wejście do parku ja okalającego wymagało wydania 50, a przed sama pagoda zażądano kolejnych 35 yuanow. To również jest istotne, bo przewodniki pisały o odpowiednio 25 i 20 yuanach. Co więcej, jedyna atrakcja pagody jest jej siedem pięter a konkretnie to ostatnie, z którego przy dobrej pogodzie roztacza się widok na cztery strony świata i na fontannę. Nasza pogoda była średnia, ale fontanna wyglądała ładnie. Wnętrze pagody – późny Gierek. Lamperia i bielone ściany. Z zewnątrz nasza dzika gąska nie wygląda najlepiej (przypomina postpeerelowski betonowy moloch, choć z bliska to wrażenie ustępuje na rzecz drobnych szczegółów), ale wierzcie lub nie w środku jest duzo gorzej. Park ja otaczający natomiast jest ładnie utrzymany, ale kolejna świątynia buddyjska, kilku mnichów, parę skwerków i kilkunasto- (dziesiecio? Nie pamiętam) -tonowy dzwon cuda świata z tego nie czynią. Nie wiem, może nam się Buddha przejadł, a może chińskie daszki. Jedno jest pewne, za cokolwiek się Chińczyki nie wezmą, to próby odnowienia zabytku masakrują wielowiekowe budowle w sposób dramatyczny.
Ach zapomniałbym, nie upilnowałem dziewczyn i te kupiły sobie po dzwoneczku z czerwonymi frędzlami, a Nina poszła na całość i wydala pieniądze urodzinowe na płytę CD z buddyjskim biadoleniem. Z litości pominę jej cenę, dość powiedzieć że na płycie są 4 kawałki z czego Nine interesuje drugi, a przynajmniej tak jej wmówił pan sprzedawca. Gdyby takie ceny osiągały utwory mp3 w necie, sklepy by już dawno splajtowały.
Wróciliśmy do hostelu bez większych przygód, no może tylko jedna – śniadaniem w mocno lokalnej knajpie. Zamawianie polegało na pokazaniu paluchem co ma sąsiad, a czasów świetności ten lokal chyba nigdy nie miał. Myślałem, że Adaś będzie zły, że popuściłem dziewczynom, a azjatycka zupka go ominęła, ale trzeba przyznać że przyjął wszystko to dzielnie na klatę bez mrugnięcia okiem.

Ja zjadłem mufinkę bananową i coś bliżej nieokreślonego co mi zona kupiła – coś pośredniego między biszkoptową roladą z masą, a bułką cebulową. Oni zaś jedni w lokalnej knajpie zupki. O 12 wymeldowaliśmy się. Z radością opuszczaliśmy ten hostel – nie dość, że głośny, to jeszcze obsługa była mocno średnia – niby wszystko ok, ale dystans był wyraźny. W sumie chyba najgorsza ekipa ze wszystkich. Wyszliśmy z hostelu i weszliśmy w tłum. Jedna wielka chińska masa przewalała się po ulicach, nie było nawet metra kwadratowego bez człowieka. Na przystanku był jeszcze większy tłum – a jeszcze chwilę temu wydawało się, że jest to niewykonalne. Już wiem, czemu Chińczycy są dość mali – jakby byli więksi, to by się wszyscy w tym kraju nie zmieścili… Każdy autobus pełen był skompresowanych do granic możliwości chińczyków. Z plecakami absolutnie nie byłoby możliwości dostać się do środka. W sumie bez nich także. Postanowiliśmy przebijać się przez tłum w stronę dworca – kawał drogi, ale miasto było tak zakorkowane, że była to jedyna rozsądna decyzja. Po jakimś kilometrze, Lipkowi udało się wypatrzeć autobus innej linii jadącej do dworca – i udało nam się wbić w niego prawie bez problemów.

Komentarz Lipka

Jak już pisałem – tego dnia wziąłem mapę w swoje ręce ;). Gwoli uzupełnienia: przejście kilometra nie oznacza spokojnego spaceru chodnikiem. To ciągle przeciskanie się przez hordy ludzi, którzy zalegają na ulicach. Trzeba się przeciskać, wybierać drogę, lawirować, uważać na plecak, odmawiać nadawaczom, pilnować się nawzajem. Zycie w Chinach nie jest proste… Na szczęście nie spotkaliśmy się z przypadkiem jawnego oszustwa, kradzieży czy napaści.

Następnie w korkach podążyliśmy tym pojazdem kołowym w stronę przeznaczenia. Oczywiście, nie dojechaliśmy do dworca – znów maksymalny korek spowodował, że kierowca zatrzymał autobus i wygonił wszystkich ze środka. Doszliśmy do dworca i bez problemu stanęliśmy w ogonku chińczyków pragnących znaleźć się w tym budynku. Oczywiście kontrola biletów przed wejściem, skanery, bajery. Pokazano nam drogę do pomieszczenia, w którym oczekiwało się na pociąg. Wielkie, jasne, z dużymi telewizorami na których leciał program propagandowy z przekazem podprogowym. Poczekalnia powoli zapełniała się. Na chwilę przed planowanym odjazdem była już wypełniona w 110%. Chińczycy stanęli w blokach startowych. 3…2..1.. POSZLI! Bramki zostały otwarte. Tłum zaczął wylewać się w korytarz prowadzący na peron. I kolejny raz sprawdziło się, że kochają tłum – szli jedną stroną, drugą można było ich wyprzedzić bez problemu. Zeszliśmy na peron i zobaczyliśmy pociąg widmo – już sam jego kształt był taki, że zdawało się, że ucieka i rwie się do przodu. Takie coś, o czym nawet PKP za 100 lat nie będzie śniło. Wsiedliśmy do wagonu 2 klasy. Wygodne siedzenia, numerowane, więc nie ma problemu ze znalezieniem miejsca. Rozłożyliśmy się w fotelach. Pociąg ruszył. 40km/h jechał przez miasto. Cisza, można rozmawiać nawet szeptem. Za miastem przyspieszył. 200km/h. Ale czad! Dalej cicho. No, w takich warunkach można jechać. Za oknem widzieliśmy kilka tras dla pociągów, w tym jeszcze przynajmniej jedną dla szybkiego pociągu. Rozmawiamy, śmiejemy się gdy niepostrzeżenie na wyświetlaczu pojawia się 300km/h. Lipek stwierdził, że właśnie wyprzedzamy Kubicę. Prędkość doszła do 350km/h… W pociągu, każdy wagon miał panią do sprzątania mopem i panią obsługantkę. Mopowanie odbywało się synchronicznie, w całym pociągu w jednym momencie panie chwytały za mopa i sprzątały. Podróż minęła dość szybko i wygodnie.

Komentarz Lipka

To tak jakby trzy światy. Przed dworcem ogromne tłumy ludzi, wielu brudnych i biednych, koczujących a nawet śpiących. Granice wyznacza mundurowy wpuszczający na dworzec za okazaniem biletu. Tu ludzi nadal dużo, ale znacznie lepiej. Po wejściu do poczekalni dla 1/2 klasy (soft/hard) czuje się, jakbym przez zasieki przedostał się na stronę sojuszników. Trzeci świat to pociąg – od wyglądu zewnętrznego, poprzez wnętrze jak z nowoczesnego samolotu, a kończąc na jego szybkości, która wbija w ziemie.

Po wyjściu z pociągu leniwie powędrowaliśmy z tłumem w dół, do przejścia podziemnego. I tu nastąpiła zagwozdka. W lewo east exit, w prawo west exit. Albo odwrotnie. Ale nigdzie nie jest napisane, w która strone iść. Więc tłum się rozdzielił. Poszliśmy w prawo. Doszliśmy do jakichs bramek, przy których stała pani w mundurku i przez megafon się wydzierała. Oczywiście po ichniemu. Musieliśmy kupić bilety do Pekinu, więc potrzeba było nam kasy biletowej. A Ticket Office było akurat za drąca się panią, która dawała nam znaki, byśmy udali się pędem w drugą stronę. Została zignorowana, lecz w kasie biletowej nie było nikogo. Wobec tego faktu postanowiliśmy zgodzić się panią i udać w przeciwnym kierunku. Wyszliśmy na powietrze i dość szybko zlokalizowaliśmy kasy biletowe. Koło dworca są zawsze 2 wielkie tłumy – jeden przy kasach, a drugi przy wejściu na dworzec – a w okolicach jeszcze są całe tabuny okupujące każde płaskie miejsce, by sobie ukucnąć wśród ogromnych paczek. Na dworcu ze 30 kas. Przy części od pierwszego wejścia dziki tłum, przy drugim wejściu może ze 20% tego – a to to samo pomieszczenie, na kasach pisze dokładnie to samo – przeanalizowaliśmy znaczki dość dokładnie (nie zgodzę się – na tych kasach pisze co innego. Poza tym nie uwierzę, że Chińczycy którzy wszędzie próbują się przecisnąć do przodu choćby nie dawało to żadnego zysku stali w dłuższych kolejkach dla sportu. To, że w takich kasach sprzedają bilety białym może mieć kilka przyczyn, o których kiedy indziej). Wobec tego stanęliśmy w kolejce, gdzie było może z 10 osób. Znaczy Iwona stanęła a Nina ją ubezpieczała. Niestety, na ten pociąg, który chcieliśmy nie było biletów, ale ponoć na pociąg o 18:06 były, ale tylko pierwsza klasa. 256RMB. 2 klasa – 213, więc różnica nieznaczna. Dziewczyny wyraziły zgodę, pani kasę wzięła i uciekła. Znaczy gdzieś poszła i zniknęła. Na szczęście wróciła i wydrukowała bilety. No, to nam ulżyło, wszystko układa się po naszej myśli, zadowoleni udaliśmy się szukać autobusu do DengFeng. Co może być w tym trudnego? Naprzeciw dworca kolejowego masz wsiąść w autobus do DengFeng i to cała filozofia. Aha. Jasne. W Chinach nic nie jest proste.

Komentarz Lipka

„W Chinach nic nie jest proste” – te święte słowa proponuje wygrawerować Arialem 32 Bold w kolorze czerwonym w każdej głowie, w której zakiełkuje chęć podroży do Państwa Środka. Autobusem na dworzec, tam przesiadka. Gdzie drugi autobus? Na przeciw dworca. Nic prostszego. Tyle, ze dworzec ma szerokość 500m, przed nim plac z dziesiątkami barierek, kolejek, kas, straganów i trylionem Chińczyków. Autobusów też dziesiątki, mundurowych kilka rodzajów. Napisy po ichniemu. Cos, co oceniasz na 5-10 minut (przesiadka) tu zajmuje poł godziny, jeśli masz odrobine szczęścia to może 20 minut. W Chinach nic nie jest proste ;).

Naprzeciw dworca kłębiły się tłumy, autobusów było tez ogrom. Tak więc koniec języka za przewodnika. Wsiądziecie w autobus 519 i będzie ok. A gdzie staje? A tam, do przodu, w lewo i jakoś tak w lewo. Tak tez poszliśmy. Za zakrętem zapytaliśmy, jak dostać się do DengFeng. A to w tamtą stronę pokazano nam kierunek, z którego przyszliśmy. Dopiero Lipek postanowił cos z tym zrobić i dorwał jakaś lokalną ślicznotkę i zapytał, czy mówi po angielsku. Mówiła, trochę. Zaprowadziła nas na dworzec autobusowy – dokładnie na początek naszej wędrówki, obok miejsca, gdzie podano nam numer autobusu. W kasie biletowej zaś pani zaproponowała nam bilety… na jutro, gdyż na dziś nie było miejsc, a został tylko jeden autobus. Jakiś lokalny naganiacz nagonił nam jednak busika i Iwona wytargowała z 800 na 400 lokalnych pieniążków. I tak kupa kasy, ale po pierwsze alternatywą byłoby szukanie hotelu na jedna noc i płacenie za to pewnie więcej. Ponadto to jednak kawał drogi. Uznaliśmy, że to najdroższa taksówka w naszym życiu. Droga trwała prawie 2h. Obawialiśmy się, że człowiek nie wie gdzie nas wiezie, bo nie wyglądał na przekonanego, ale dostał wizytówkę hostelu z napisanym „Take me to” i chińskie krzaczki, więc mieliśmy nadzieje, że coś z tego wyjdzie. Zresztą, jakby nie wyszło, to nie dostałby kasy. Dotarliśmy do DengFeng, kierowca pokazuje mi na wizytówce, że jesteśmy przy Train Station, co jest 2 przecznice od hostelu. Twardo pokazuje mu na mapkę i na hostel. Tu jadę, widzisz? TU. Ustąpił bez specjalnych awantur, ale widać, że nie wiedział gdzie jechać. Zatrzymywał się i pytał, co powodowało w nas rosnąca nadzieję. Zdecydowanie wyglądało to pozytywniej, niż podczas podróży przez Indie. Nagle dojechaliśmy na miejsce, kierowca ucieszył się ogromnie. Nie byłem do końca przekonany, że dobrze trafiliśmy, ale gdy wszedłem i dopadła mnie gadatliwa Chinka, wiedziałem, że to tu. W przeciągu kilku sekund dowiedziałem się, że tak, mamy rezerwacje i że się spóźniliśmy i się martwiła o nas i że pada i żebyśmy wchodzili i że serdecznie zaprasza i że…. No jakby chiński klon mojej ukochanej żony. Wróciłem po resztę grupy i plecak a za mną wybiegło dziewczę z parasolem, byśmy nie mokli. Szok. Dostaliśmy 2 pokoje, w tym jeden „książęcy” przypadł nam, a drugi, z 2 dwuosobowymi łóżkami wzięły Lipki. Ogólnie hostel wygląda bardzo skromnie, ozdoby były zrobione bardzo prosto i biednie, kojarzyły się z koloniami letnimi, sanitariaty tak samo – ale pokoje były bardzo czyste i schludne. Na dodatek dowiedzieliśmy się, że łóżka są na podwyższeniach z cegieł, tak jak kiedyś Chińczycy sypiali, jest drewno by była odpowiednia energia i lampka tez dopasowana – naprawdę mimo skromnych warunków poczuliśmy się bardzo fajnie.

Czas na kolację. Zeszliśmy na dół i zapytaliśmy gdzie można zjeść – została nam pokazana ręcznie narysowana mapka okolicy z zaznaczonym każdym sklepem i knajpką, z informacja co tam sprzedają. Kolejny szok. Trafiliśmy do jednej z pobliskich knajpek. Przy wejściu pani w stroju ludowym pociągnęła nas wgłąb sali do stolika. A ten usyfiony, jak wszyscy diabli. Zresztą wszystkie usyfione, a większość zajęta. Przyszła pani z menu z robaczkami i kilkoma obrazkami i Iwona zaczęła wybierać. A to zieleninka, a to mięsko, a to krojona szyneczka wyglądająca jak szynka parmeńska. Domyśliliśmy się, że będzie to coś zupopodobnego, każdy z nas dostał mała kuchenkę spirytusową. Wybraliśmy wszystko, ale pani uparcie domagała się, żeby zamówić coś z pierwszej strony. Uparta była niesłychanie. Doszliśmy do wniosku, że to pewnie rodzaj zupki, więc wybraliśmy na chybi trafił. Wspólnymi siłami usiłowaliśmy panią przekonać, że chcemy jedzenie nieostre, ale mam wrażenie, że z naszego pokazywania zrozumiała, że Lipek w domu maltretuje Iwonę przez duszenie, aż jej oczy i język wychodzą, a nam zionie z pyska. Chyba w kalamburach byśmy nie osiągnęli tutaj zbyt wiele. Następnie przyszło do zamawiania piwa. Beer! Four! Four beer! Cztery załapała, ale nie mogła załapać czego cztery. Pokazywaliśmy na inny stolik, gdzie mieli piwo, Nina napisała beer na kartce, ale dopiero Iwona krzycząc „o tam poszło” i pokazując kelnerkę z piwem rozjaśniła sytuację. Zaczęły nadchodzić potrawy. Najpierw garnek zieleniny – kapusta pekińska, sałata, szałwia czy coś podobnego i inne zielone paskudztwa, które są dobre dla zwierząt, a nie dla normalnych przedstawicieli gatunku ludzkiego. Przyniesiono każdemu po garnuszku z zupą – coś podobnego do naszej pomidorowej, bardzo smaczne. Bulgało to sobie radośnie na kuchenkach spirytusowych, gdy donosili kolejne zamówione rzeczy – pokrojone bardzo cienko mięsko, grzyby, pulpeciki, tofu, orzeszki, makaron i masę innych rzeczy. Instrukcja obsługi dla opornych – najpierw wrzucało się do garnuszka pulpecika z grzybkiem, potem makaron, a na parę sekund przed planowanym jedzeniem mięsko i zieleninę. Potem wyciągało się na talerzyk i ciamkało z radością. Czynność powtarzało się dopóki były materiały lub w brzuszku pozostawał choć kawałek wolnego miejsca. Wyszliśmy napasieni jak bąki, acz Lipek twierdzi, że średnio mu smakowało. Ocenił smak na jakieś 6 a ekstremalność doznania na wysoką 9.

Komentarz Lipka

Wpływ na doznania miało także sąsiedztwo kilku podpitych autochtonow przy stoliku obok. Zachowywali się głośno, bałaganili, a jeden uparcie spluwał pod stol ;-). Tuz przed zamknięciem restauracji, co nie następuje wcale zbyt późno (ok. 22?), obsługa wynosi co zostało z kuchni, rozsiada się gdzie popadnie i konsumuje przy pozostałych klientach. Z tego co zaobserwowaliśmy tutaj to norma, podobnie jak posiłek wszystkich gospodarzy w lokalach rodzinnych.

Następnie grzecznie udaliśmy się na spoczynek.

Komentarz Iwony

01.10.2010 – piątek – Xi’an –> Zhengzhou

Pobudka o 7.00, szybkie wciągnięcie mufinki i lecimy na autobus do Wielkiej Pagody Dzikiej Gęsi (Da Yan Ta). Adam zostaje, jakoś nie najlepiej się czuje od wczoraj i nie chce mu się iść. Autobus 609 zawiózł nas na miejsce. Fontanna i park przed pagodą prezentowały się bardzo ładnie, sama pagoda z daleka – dość prosta. Oczywiście kierunek do wejścia był nieoznaczony, więc dopiero po obejściu trzech stron ogrodzenia, znaleźliśmy je. Wejście na teren pagody do 50 Y, ale to dopiero początek. Sam park to kilka świątyń z figurkami, wieżyczka z ogromnym dzwonem, takie ustrojstwo do palenia kadzidełek i kilka stoisk z pamiątkami. Żeby wejść do samej pagody – bramka i dodatkowe 30 Y. W środku miały być teksty z naukami Buddy, przetłumaczone przez Xuanzanga po podróży do Indii. Samych tekstów było malutko, a wnętrze pagody było nijakie jak za naszej komuny – jakaś brązowa lamperia, brudnobiałe ściany i prawie nic na nich. Widok pewnie byłby lepszy gdyby nie zamglenie. Ogólnie to kiepsko, porównując chociażby do pagody w Hangzhou, zwłaszcza przy tym podwójnym kasowaniu za wejście. Posmęciliśmy się jeszcze trochę wokół pagody, kupiłyśmy z Niną buddyjskie dzwoneczki jako pamiątki dla siebie (po 30 Y – przepłacone, na zewnątrz były tańsze 15 – 20 Y). Pochodziliśmy też po fontannie, bo są zrobione takie kamienne wejścia do środka, zabawny pomysł.
Trochę już głodni poszliśmy do maks lokalesowej knajpki i pokazując na zupkę, którą akurat zajadała jakaś młoda Chinka zamówiliśmy nasze śniadanie. Przynieśli po chwili – nareszcie prawdziwa chińska zupka – z białym makaronem, zielskiem, jakimiś paskami (cerata? twarożek bryndzowaty?), kawałeczkami mięsa i oczywiście ostra konkretnie. Nina skoczyła jeszcze po płaskie, ciepłe bułeczki, które wypatrzyła i zaczęliśmy, jak prawdziwi tubylcy jeść zupę pałeczkami!
No dobra, tak rzeczywiście to się pałeczkami wyżera zawartość zupy, a do samego płynu jest łyżka, albo się siorbie. Zupka była smaczna i pożywna, a cały zestaw dla 3 osób kosztował 13,5 Y (a śniadanie w hostelu 20 Y / os.)!
Po powrocie do hostelu chwilę odpoczęliśmy i zdecydowaliśmy, że pora zacząć ciężką przeprawę w ich narodowe święto do autobusu i dworca. Pierwsze 306 było tak pełne, że wpuszczono tylko 1 osobę i pojechali. Drugie, po ~ 15 minutach, to samo, kierowca już kiwał nam, że nie wchodzić. Przystaliśmy więc szybko na propozycję Grzesia, żeby podejść pieszo jakiś kawałek i dojść do miejsca skąd jeszcze dodatkowo 611 jedzie. I to był genialny pomysł, choć idąc po zatłoczonym do absurdu chodniku, wszystkie przyjazne odczucia wobec Chińczyków szlag trafia. 611 było z 5 razy mniej zatłoczone niż każde 306 jakim tu jechaliśmy i bez większych problemów dotarliśmy do ok. 300 m od celu, bo tam znowu był mega korek i kierowca wypuszczał ludzi wcześniej. Jeszcze tylko przedrzeć się przez jakiś milion Chińczyków do dworca i jesteśmy w całkiem miłej, wtedy jeszcze pustej poczekalni na nasz pociąg. W czasie kiedy ja tu sobie piszę, hasło „pusta poczekalnia” przestało być aktualne. Jest tu teraz jakieś 500 osób, miejsca siedzące zajęte, a po wszystkich stronach dodatkowo stoją ludzie. Podobno mamy miejscówki, ale jak na to patrzę, to zaczynam się niepokoić.

Siedzimy w pociągu! Na swoich miejscach i to wygodnie. Pociąg wygląda jak TGV, siedzonka odchylają się do tyłu, a dodatkowo siedziska z przód, żeby sobie dupką odjechać. Oj PKP to w najbliższym stuleciu temu nie dorówna!

Najwięcej jechał 349 km/h! Na miejscu byliśmy w 2 godziny, a wiemy że najwolniejsze pociągi na te trasie jechały kilka razy dłużej.

01.10.2010 – piątek – Xi’an –> Zhengzhou –> Dengfeng

Na dworcu w miarę bezproblemowo kupiliśmy bilety do Pekinu na 03.10, jedynie co, to musieliśmy zmienić godzinę i mieć 1 klasę, bo to co wybraliśmy wstępnie było już zajęte. Poszło sprawnie, korzystając z wcześniejszych doświadczeń podsunęłam pani w okienku notesik z danymi. Ucieszeni tak szybkim, wygodnym i bezproblemowym transportem oraz z biletami do Pekinu w kieszeniach, dziarsko zabraliśmy się do poszukiwania autobusu do Dengfeng. Miał być na przeciwko dworca. Brzmi prosto, prawda?
Ale nie w Chinach, gdzie olbrzymi plac wypełniony standardowym milionem Chińczyków oddziela dworzec od różnych rzeczy. Pytanie o autobus też nie było proste, ludzie ni w ząb angielskiego nie umieli, nawet cyfr czy słowa „bus”. Pokazywaliśmy więc chińską nazwę Dengfengu i zostaliśmy pokierowani: najpierw w lewo na 519, potem prosto, gdzie już nie było widać żadnych przystanków, potem z powrotem w prawo do dworca, a w końcu przez mundurowych do okienek z biletami, gdzie dowiedzieliśmy się, że możemy kupić bilety na jutro, bo dziś już nic nie jedzie (taki był wymowny obrazeczek na monitorze w kasie). Ups! Zaczepił nas jakiś Chińczyk z bardzo szczątkową znajomością angielskiego, w naszym imieniu zapytał się jeszcze raz w innym okienku, żeby się upewnić, ale niestety wymowa obrazeczka została przez nas słusznie zinterpretowana – dziś już nic nie jedzie do Dengfengu. No to klops! Chińczyk, wyglądający dość cwaniaczkowato, kazał nam iść za sobą, co niezbyt nam pasowało, ale poszliśmy, bo i wyjścia innego nie mieliśmy. Podprowadził nas pod vana, gdzie stał inny gość i zaoferowali nam transport za 800 Y, co zgodnym gestem odrzuciliśmy natychmiast. Stosowanym tu sposobem kazał nam napisać naszą cenę, jak zobaczyli 200 Y, to tak samo zgodnym gestem ją odrzucili. Zaczęliśmy wertować Lonely Planet w poszukiwaniu noclegu w Zhengzhou, ale tu załamka, bo najtańszy i najbliższy ponad 100 Y kosztował. W międzyczasie Chińczyk domyślając się chyba co robimy, napisał na kartce 500 Y, na co my po krótkiej naradzie ustaliliśmy, że max 400, tyle napisałam i nie ustąpiłam jak próbował jeszcze 450 Y. Stanęło więc na 400 Y, władowaliśmy się do vana i po ok. 2 h byliśmy w Dengfengu. Po drodze zaczęło mocno padać. Na koniec dość długo zeszło gościowi na szukaniu hostelu, ale w końcu po kilku pytaniach miejscowych udało się. Z hostelu wybiegła dziewczyna z parasolem, serdecznie nas witając i ciesząc się niemal tak jak my, że dotarliśmy do celu. W hostelu DengFeng Shaolin Temple Traveler Hostel czekały na nas 2 dwójki (50 Y i 60 Y), w tradycyjnym chińskim stylu, czyli na podmurowanych cegłami łóżkach. Dodatkowo Nina z Adamem mieli Princess Room, czyli takie łóżko ¼ koła z frędzelkami, podusiami [np. różowa z misiem :) ] i innymi bajerami – dla nowożeńców. Jedynym minusem była łazienka – jak kiedyś na koloniach w szkołach – kilka pryszniców we wspólnej sali, połowa nie działa jak należy, a w połowie kąpania Grzesia skończyła się ciepła woda.
Ale zanim skorzystaliśmy z kąpieli, warta wspomnienia jest jeszcze kolacja. Poszliśmy do takiej lepiej wyglądającej knajpy z kociołkami. Obsługa ni w ząb angielskiego, menu po chińsku, jakieś obrazki, ale nie na wszystko, a kelnerka domaga się od nas wybrania czegoś z pierwszej strony, gdzie właśnie obrazków nie ma. Uparcie odwracaliśmy dalej, pokazując co chcemy: coś polędwicopodobne, klopsiki, zielenina, makaron, grzyby. Pani zasugerowała sosiki, więc wzięliśmy i wróciła do pierwszej strony, która – jak wykoncypowaliśmy – w takim razie musiała zawierać zupy. Kompletnie nie wiedząc co oznaczają chińskie znaczki wybraliśmy taką za środkową cenę 5 Y. Po chwili przyniesiono palniki i kociołki z zupą, na co Nina wydała okrzyk radości: ooo, pomidorówka! Zupka była niczego sobie, ale jej przeznaczeniem jest nie tyle bycie zjedzoną za pomocą łyżki (czy siorbania), co stanowienie bazy do ugotowania zamówionych składników. Podpatrując co nieco sąsiadów ze stolika obok, zaczęliśmy wrzucać i wyciągać składniki. Jedno lepsze, drugie gorsze: mięsko, makaron, grzybki – najlepsze, klopsiki – porażka. Ogólnie było smacznie moim zdaniem, bardzo smacznie zdaniem Niny i Adama, średnio zdaniem Grzesia. Ale pod kątem atrakcji super, zresztą kociołek chodził nam po głowie już od początku pobytu w Chinach.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 16 z 25 · 2 października 2010

Chiny dzień XVI – Shao Lin

shaolin

Chiny dzień XVI – Shao Lin

Wstaliśmy skoro świt o 8:00. O 8:30 byliśmy na dole w recepcji. Nasza urocza Chinka zaproponowała nam, że za 50 RMB dostaniemy karty wstępu do lokalnych przybytków. Wyrobienie sobie takiej karty kosztuje co prawda 150, ale to zdjęcia trzeba zrobić i to trwa i jak jest się dłużej to jest rozsądne, a że zdjęcia na tych kartach, co dostaliśmy, były średnio podobne, to nie problem. Dla nich każdy biały wygląda tak samo. W druga stronę działa to przecież na tej samej zasadzie. Najfajniejszą kartę dostał Lipek – na zdjęciu miał bujną fryzurę, jaka zapewne miał, ale przed 20 laty. Poszliśmy na autobus, zahaczając jeszcze po drodze przydrożny interes śniadaniowy – w zagłębieniu muru kobieta sklejała pierożki, a przy ulicy jej mąż smażył je na palenisku. Zakup został dokonany. Ninie tak zasmakowało, że dokupiła jeszcze pierożków, czym chyba wprawiła w ogromne szczęście właścicieli. Nie ze względu na zysk, ale na to, że obcym smakowało. Na dworzec autobusowy trafiliśmy bez problemu, busik już stał i był prawie pełen. Znaczy wszystkie miejsca siedzące miał zajęte, ale pani naganiaczka kazała wchodzić. Dostało mi się znów mikrokrzesełko. Wyglądało na jeszcze bardziej mikre niż te plastikowe, które zostało przy drodze w Guilin, więc nie byłem przekonany. Pani jednak była bardzo przekonana więc usiadłem. Wygodne było nieziemsko, jakby siedzieć ja szklanym garnku… po kilkuset metrach postanowiłem wstać, ale pani zaczęła gdakać po swojemu to ustąpiłem. Jednak gdy dopakowała jeszcze na jakimś przystanku lokalesów, postanowiłem przekazać jej, że mam ją w głębokim poważaniu – wstałem i nie zamierzałem siadać, mimo wyraźnych sugestii. Zrezygnowała i posadziła tam jakąś Chinkę. Gdy dojeżdżaliśmy do Shaolin, kazała nam kucnąć – znaczy się przewozili nielegalnie nadmiar turystów. Nie umknęło to uwagi służbie mundurowej, która zatrzymała busik. Upychaczka wdała się w pyskówke z policjantem, a wszystkich usiłowała wypchnąć z busa. Nie polubiłem jej, więc uznałem, że nie ruszam się, będzie miała nauczkę, by nie sadzać starych ludzi na karnym jeżyku. Jednak mimo gwałtownej wymiany zdań, szybko się znudziliśmy, gdyż nie dochodziło do rękoczynów, a tylko do darcia się, to odpuściliśmy sobie i podreptaliśmy raźnym truchtem do klasztoru. Przed bramą stały drużyny z proporcami, a gdy ich mijaliśmy akurat zbierali się i pomaszerowali za klasztorną bramę, wydając groźne bojowe okrzyki. Bramę przeszliśmy bez problemu, pani popatrzyła na nasze przepustki i bez problemu wpuściła za bramę.

Komentarz Lipka

Fajna sprawa z tymi zdjęciami na biletach – zupełnie inne facjaty, choć niewyraźne. Chińczycy widza białe twarze, niezrozumiale znaczki – machają ręką i puszczają. Podobnie działają legitymacje studenckie.

Za nią była pierwsza szkółka, gdzie dzieci trenowały kung-fu, skoki, a grupa dziewczynek ćwiczyła gwiazdy. Idąc dalej minęliśmy jeszcze kilka szkółek aż doszliśmy do miejsca, gdzie odbywają się przedstawienia. Akurat chyba jedno się skończyło, bo miejsc siedzących było sporo. Usiedliśmy i czekaliśmy. Zobaczyliśmy jeszcze próbę przedstawienia i po pół godzinie rozpoczęło się. Studenci biegali z różnymi rodzajami broni, grała muzyka, skakali, bili się, robili sztuki niemal magiczne. Najciekawsze było chyba, gdy jeden ze studentów przytknął sobie do brzucha miskę z uszkiem, poruszał mięśniami brzucha, zrobił podciśnienie w misce… i trzymała się jego brzucha. Następnie przez ucho w misce przewleczono kij i 2 „mnichów” podniosło go w górę. Bardzo widowiskowe. Inną rzeczą było przebicie gwoździem plexi i przebicie balonu po drugiej stronie. Potem bijatyki, skoki i na koniec wspólne ćwiczenie tai-chi. Komercja maksymalna, ciosy markowane, ale przyjemnie się oglądało. Później poszliśmy na kolejny pokaz, tym razem w salce – dość podobny, acz występował jeden taki gumiasty – potrafił zarzucić sobie nogę na szyję stojąc. No i element „zabawny” – na scenę zostały zaproszone 3 osoby i musiały naśladować ruchy „mnichów”. Cała sala ryczała ze śmiechu z nieporadności ochotników. Najlepszy dostał płytę DVD z filmem o Shaolin, a reszta mogła sobie taka kupić, chodziły panie sprzedające. Znaczy przerwa na reklamę. Porażka na całej linii. Potem znów skoki, pokazy i temu podobne. I koniec. I teraz można sobie zdjęcie z „mnichami” w pozycji bojowej zrobić. Acz trzeba im przyznać, że każdego potrafili w kilka sekund tak ustawić, że wyglądał groźnie, bojowo i profesjonalnie. Oczywiście za niewielka opłatą…

Komentarz Lipka

Komercja nie komercja, trzeba przyznać, że trzyma klimat. Ogromne zastępy uczniów w kolorowych przebraniach, kolekcje broni jak z filmów karate, wszystko to biega, macha, podskakuje. Pokazy całkiem fajne, choć mi osobiście „magiczne sztuczki” nie przypadają do gustu (przebijanie szyby tudzież plexi, łamanie metalowych sztab i łamanie grdyka włóczni) – chyba za dużo się naoglądałem takich rzeczy w telewizji i domyślam się, że po prostu oszukują ludzkie oko. Ogólnie Shao Lin jest fajny!

Do samego klasztoru nie weszliśmy. Nie dość, że tłum który ją szturmował przypominał promocje na schab w Tesco, to jeszcze zamiast 30RMB chcieli od nas 100. To niech się wypchają trocinami i tłuczonym szkłem. I dopchają biletem wstępu. Powędrowaliśmy do miejsca, gdzie są pochowani wielcy mistrzowie (Pagoda Forest – Las Stup)– fajne miejsce, z małymi kapliczkami, ale atmosfera pikniku nie do końca nam pasowała. Uwaliliśmy się nieopodal kolejki górskiej i odpoczywaliśmy obserwując toczące się fale chińskiej inwazji. Gdy się napatrzyliśmy/na odpoczywaliśmy, zdecydowaliśmy o tym, by wjechać na górę kolejką. Przed schodami sprzedawali bilety, po 60 w dwie strony, ale Lipka coś tknęło i zarządził spacerek do kolejki, by zobaczyć jak tam wygląda. Po wejściu na schody zobaczyliśmy sceny dantejskie. Tłum w kolejce tłoczył się falował, zakręcał. W pełnym słońcu, bez odrobiny cienia. A już przy samej kolejce dochodziło do rękoczynów, gdy ktoś usiłował się wepchnąć. Kolejka tak na oko na jakieś 2-3h. Natychmiast odechciało nam się oglądać Shaolin z góry. Za to Lipki wymyśliły nową atrakcję – odwiedzić jaskinię, odległą o zaledwie 4km. Jako, że pod górę, to postanowiłem sobie odpuścić. W moim wieku pod górę, to można najwyżej zostać wniesionym, albo na przykład by się w cieniu ułożyć z piwem w dłoni, z widokiem na Chinki. A tak, to niech sobie te kozice same biegną w górę. Z Niną postanowiliśmy na nich poczekać na dole. Chwilę później, uświadomiliśmy sobie, że zamiast bez sensu czekać, możemy skoczyć do banku wymienić kasę – wtedy jutro się dłużej pośpi. Lipki zaakceptowały pomysł i podreptaliśmy w stronę autobusu. Po drodze widzieliśmy jeszcze jakieś małe przedstawionka. Do banku trafiliśmy ekspresowo, pokazaliśmy 20 dolarów i 100RMB by wyjaśnić, że chcemy to zamienić, zawołany został obsługant i wypełniliśmy formularze, skserowano nam paszport i wykonano biurokratyczne czynności. Dostaliśmy numerek i poczekaliśmy chwilę. W kasie przez maszynkę do sprawdzania pieniędzy usilnie nie chciało 20$ przejść, drugi obsługant przyszedł, obmacał banknot, obmacał maszynkę, ale ta była bezlitosna. Wypluwała tylko ten banknot. Popatrzyli na nas pomyśleli ile problemów będą mieli z wyjaśnieniem tego nam i dali spokój maszynce. Wypłacili kasę bez problemów.

Komentarz Lipka

Na górę poszliśmy pieszo 4km aby zobaczyć jaskinie, w której wielki Damo medytował 9 lat w jednej pozycji. Jak już mu się znudziło, a na skale pozostał ślad po jego ciele zszedł na dół i założył klasztor Shao Lin. Wdrapaliśmy się na górę po tysiącu schodów w niecałą godzinę. Hm, jaskinia to bym tego nie nazwał, co najwyżej grota. W środku postawili chyba jego posag, miejsca zostało na jakieś 3,5 Chińczyka. Kilkanaście dodatkowych metrów w górę i jesteśmy przy 30 metrowym Buddzie widocznym z dołu. Widoki całkiem całkiem. Kolejne kilka metrów i zdobywamy małą pagodę na szczycie, do złudzenia przypominającą gazebo z Heroes of M&M – 2000 experience points bo było wysoko ;-). Droga na dół jakieś 45 minut, powrót do hostelu bez problemów.

W hostelu spotkaliśmy się z Lipkami i poszliśmy na kolację. Tym razem do lokalu, gdzie ponoć jest menu z obrazkami. Po drodze zaliczyliśmy jeszcze uliczny koncert, na którym po chwili byliśmy ciekawszą rzeczą niż muzykanci. Knajpa była prawie pełna, ale niestety stolik się znalazł. Zamówiliśmy 3 potrawy, z czego dla mnie tylko jedna była jako tako zjadliwa, pod warunkiem, że wyjadałem samo mięsko, taki podpieczony boczek. Reszta w tej potrawie to czerwona i zielona papryczka chili. Za to Lipek był przeszczęśliwy – sapał, parskał, stękał, ale wciągał w siebie papryczki z wyrazem błogości w oczach. Ja się najadłem bardzo szybko i zabrałem się za studiowanie rozmówek polsko mandaryńskich. W hostelu zaś zabraliśmy się za rozpracowywanie lokalnej wódki, 50%. Taki bimber.

Komentarz Lipka

Mmm… Bimberek pierwsza klasa – nie wykrzywia pyska i milo rozgrzewa :-D .

Zrobiło się wesoło, ale o 22:02 przyszła nasza ulubiona Chinka i poprosiła, żebyśmy byli trochę ciszej, bo się ludzie skarżą. A jak oni chrapią, to ja się nie skarżę. Skończyliśmy butelkę i poszliśmy do siebie spać.

Komentarz Iwony

02.10.2010 – sobota – Dengfeng

Wstaliśmy o 8.00 i zabrawszy od miłej recepcjonistki karty uprawniające nas do wejścia do różnych atrakcji za darmo (za 50 Y zaproponowała nam zabranie kart wystawionych na innych białych, ze zdjęciami, z których odpowiednik Grzesia miał czarną czuprynę kręconych włosów, ciemne oczy i niemal murzyńskie wargi! Twierdziła, że generalnie Chińczycy i tak nie rozróżniają białych, a w dodatku nie mówią po angielsku i nie wiedzieliby jak zacząć dociekać, czy to aby na pewno my.) wyruszyliśmy na śniadanie. Znowu wersja hardcore – pierożki pieczone na dworze, jedzone z talerzy wspólnych. Pani lepiła je w budce, pan przypiekał na zewnątrz, wystawione były 2 stoliki, parę krzesełek, pałeczki i tyle. Ale pierożki całkiem smaczne, zamówiliśmy drugą porcję ku – jak zauważyliśmy – zadowoleniu pani lepiącej.
Przeszliśmy na busik nr 2 i do Klasztoru Shaolin. Kierowca i pani kasująca za przejazd mieli jakieś problemy z policją pod koniec, chyba dlatego, że przewozili ludzi na stojąco, a nie wolno. Pani tak darła ryja po policjancie, że aż dziwiliśmy się takiej scenie w państwie komunistycznym. Nie czekając na koniec awantury poszliśmy w kierunku Shaolin. Tak jak mówiła recepcjonistka, nikt nie analizował zdjęć, po prostu nas wpuszczono. Tak zaoszczędziliśmy 50 Y, bo wejście kosztowało 100 Y.
Już od początku było widać młodych adeptów kung-fu wykonujących różne ćwiczenia, pewnie przygotowujących się do jakiś pokazów, bo dziś drugi dzień święta, więc dużo się dzieje i niestety przekłada się to na ilość ludzi w Shaolin – jest jeszcze więcej niż gdziekolwiek dotąd. A wydawało się to niemożliwe. Potem trafiliśmy na fajny pokaz kung-fu z użyciem różnych akcesoriów: pałek, mieczy, kijów, łańcuchów, buław, nonczako itp. Chłopaki w miarę równo wykonują określone sekwencje ciosów, wykonują salta, przewroty, odgrywają sceny walki, jeden zostaje podniesiony do góry za pomocą kija przewleczonego przez uchwyt przyczepiony do czegoś w rodzaju miski przyssanej do brzucha, inny przebija igłą szklaną taflę. Ogólnie dużo się dzieje, jest kolorowo (bo mają różnobarwne stroje) i fajnie. Na koniec wychodzą inni kolorowo ubrani i inicjują zestaw ćwiczeń relaksacyjnych, które wraz z większością publiczności staramy się wykonywać. Ze średnim skutkiem zresztą, bo kangurza torba na pasie, kurtka przewiązana tamże oraz duży tłok mocno ograniczają swobodę ruchów.
Po tym pokazie trafiamy na pokaz główny, odbywający się w zamkniętej sali. Przyglądamy się najpierw robionym masowo zdjęciom z mnichami Shaolin i podziwiamy ich zręczność w ustawianiu nawet największej łamagi w pozycji komponującej się z ich walecznymi pozami. Komercja, ale profesjonalnie zrobiona, a i pewnie efekt końcowy całkiem ładny. Pokaz powtarzał część elementów z poprzedniego (np. przebijanie igłą balona przez szybę), a dodatkowo były prezentowane poszczególne style kung-fu i niewiarygodnie rozciągnięty człowiek zarzucający sobie nogą na głowę NA STOJĄCO! Było też poproszenie 3 osób z publiczności, aby wykonywali to, co 3 wojowników, ku uciesze gawiedzi. Oczywiście można rzec, że znowu komercja to wszystko, ale mi osobiście pokazy się bardzo podobały, pełna jestem podziwu dla ich umiejętności. I znowu troszkę pożałowałam, że w podstawówce nie zapisałam się na jakąś sztukę walki, tak jak chciałam w przedszkolu ;p.
Dalej było już gorzej, bo tłum działał nam na nerwy, wejście do samej świątyni zamiast 30 Y kosztowało 100 Y i wpływała do niego nieprzerwana rzeka Chińczyków, więc zrezygnowaliśmy z niego.
Świątynia buddyjska położona na przeciw zawierała kolejnych kilkaset posągów Buddy, tym razem z zielonymi, ogrowatymi ryjami – nie ukrywam, że już nam się przejadły nieco.
Las Stup (Ta Lin), czyli cmentarz, gdzie w lub pod pionowymi, kamiennymi jakby obeliskami pochowano wielu mnichów z Shaolin, był owszem bardzo ładny, ale równie zatłoczony jak wszystko.
Zrobiliśmy sobie więc odpoczynek na trawie, bo trudno nam było zdecydować co dalej robić. Po 15 minutach pilnej obserwacji nas przez grupkę chińskich dzieci, zostałam na chwilę przedszkolanką otoczoną tą grupką w celu uwiecznienia tej sceny na zdjęciach robionych przez ich rodziców chyba. Jak już zdecydowaliśmy, że wjeżdżamy kolejką na pobliską górę, to okazało się że kolejka na kolejkę jest makabrycznie długa i pomysł upadł. Po dalszych rozterkach ja i Grześ postanowiliśmy pójść w 4 km trasę do jaskini, w której 9 lat medytował indyjski mnich Bodhidharma (po chińsku Damo), założyciel buddyjskiej szkoły zen. To jego uczniowie, podpatrując ruchy modliszek, małp, orłów i innych zwierząt opracowali zestaw ćwiczeń fizycznych, które w efekcie stały się bazą kung-fu. Nina z Adamem wrócili do miasta, gdzie przede wszystkim wymienili resztę dolarów na yuany. A my ruszyliśmy pod gorę, po drodze mijając jakąś małą świątynię, w której śmierdziało okrutnie, więc poszliśmy dalej. Szlak oczywiście po schodach, ciekawe czy mają tu jakieś inne trasy w góry? Po ok. 1 h doszliśmy do Damo Dong – to zdecydowanie bardzie grota niż jaskinia. Siedział w niej posąg Damo, jakaś starowinka mniszka (choć głowy nie dam, czy to kobieta była), miejsce na kadzidełka i klęcznik. Ciut wyżej był biały posąg Buddy oraz takie gazebo, jak z Heroesa, w którym jakiś mnich zaczął Grzesiowi robić masaż pleców, ale Grześ wystraszony, że zaraz od niego będzie chciał kasę, wywinął się i podziękował. Posmęciliśmy się trochę po górze, pooglądali widoczki, bo pogoda dopisywała i zeszliśmy na dół (40 minut). Przy świątyni nadal był milion Chińczyków, przed szkołą ćwiczyły jakieś zmęczone już małolaty, było już mocno po południu, a tłum dalej napływał. Chyba już się nie dziwię, że mają kontrolę urodzeń, oni się tu w końcu zadeptają i masowo zaczną zalewać świat, tak jak teraz ich produkty. I nie mówię tego z braku sympatii do nich, tylko na podstawie, jak dotąd dwutygodniowych, obserwacji tutejszej rzeczywistości.
Wracając wpadłam na genialny w swej prostocie pomysł, aby w końcu spróbować chińskiej wódki, bo jutro spać można, a to aż wstyd żeby po 2 tygodniach jeszcze nie pić lokalesowych trunków (no za wyjątkiem piwa regularnie pijanego do posiłków). Idą więc wspólnie na kolację, zahaczyliśmy o spożywczak i zakupiliśmy pół litra wódki za 15 Y (!) oraz 2 butelki chińskiego soczku cappy. Wódka ma 50 % mocy. Trzeba zjeść podkładzik.
Dziś wybór padł na knajpę z obrazkami zaraz za tą wczorajszą. Obrazki są , ale wnioskowanie z nich, czy coś jest ostre, czy zawiera mięso czy podroby itp. jest praktycznie niemożliwe. Zamówiliśmy 3 dania i zanim zdecydowaliśmy się na czwarte, kelnerka juz uciekła i po jakimś czasie przyniosła te dania. No i chyba dobrze. Jedno, zawierające głównie grzyby, paprykę, tę ceratę co Xi’an i odrobinę mięsa było tak ostre, że nie jadalne dla żadnego z nas. Drugie, na szczęście łagodne, zawierające bakłażana lub cukinię, pomidor, cebulkę i śladowe ilości kurczaka, było smaczne i jako jedyne zostało zjedzone przez nas prawie w całości. Trzecie składało się z ostrej papryki i boczku, więc wyżarliśmy boczek (dla mnie najlepszy składnik tej kolacji), a resztę zostawiliśmy. Dopchaliśmy się ryżem. Adam dziś skapitulował po kilku kęsach, bo już go gardło zaczęło boleć. Może i te jedzenie byłoby smaczne, ale przy takiej ostrości nasze europejskie, niewyparzone ryjki nie były w stanie tego docenić (koszt 80 Y). Poszliśmy do pokoju konsumować więc wódkę. Z pewną obawą powąchaliśmy zawartość butelki, nie zapowiadał się dobrze. Ale w smaku już zdecydowanie lepiej – taki trochę bimberek, ale bez silnego posmaku. Ostre, bo mocne, ale zapijane soczkiem nawet nieźle się piło. Sam fakt, że zrobiłam z tego drinka, tylko piłam z kieliszka, dość dobrze świadczy o tej wódce. W każdym razie zrobiło się na tyle wesoło, że po 23.00 przyszła nas, choć bardzo grzecznie i z uśmiechem, upomnieć recepcjonistka, bo sąsiedzi z pokoju obok spać nie mogą. Śmialiśmy się więc odrobinę ciszej, co przychodziło nam z trudem. Imprezka była przednia!

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 17 z 25 · 3 października 2010

Chiny dzień XVII – Dengfeng -Zhengzhou – Beijing

Dengfeng, Chiny

Komentarz Iwony

03.10.2010 – niedziela – Dengfeng –> Zhengzhou –> Beijing

Jak dobrze się wyspać! Kręciliśmy się to w prawo, to w lewo, dosypiając do woli, czyli do 11.00. Po spakowaniu się poszliśmy na śniadanie, znowu na pierożki, ale gdzie indziej. Wyglądały bardziej jak nasze uszka, choć zawierały znowu szczypiorek i mięsko. Dostaliśmy ocet balsamiczny do maczania oraz herbatkę do picia (24 Y za wszystkich). Pośniadaniu, nasza miła recepcjonistka rozbroiła nas kompletnie, obdarowując naszą czwórkę drewnianymi bransoletkami z Shaolin! Niesamowicie przyjazna dziewczyna. Żegnaliśmy się wylewnie obiecując pozytywny komentarz na blogu [oto i on :) ] i było naprawdę miło. Na dworcu autobusowym bez problemu kupiliśmy bilety do Zhengzhou i po ok. 2 h byliśmy tam (miasto wygląda nieciekawie ogólnie).

03.10.2010 – niedziela – Dengfeng –> Zhengzhou –> Beijing

Poszliśmy do Dico’s na hamburgery ananasowo-kurczakowe i lody. Grześ usiłował domyć ubrudzony jakąś przyprawą podczas transportu autobusem plecak, ale bez sukcesu. Dotarliśmy na dworzec i siedząc w zatłoczonej, nie tak fajnej jak poprzednio, poczekalni oczekiwaliśmy na pociąg. Teraz w nim siedzimy (koszt 256 Y / os. 1 klasa), ma nas w 5 h dowieźć do Pekinu. Jest dość komfortowo, ale jedzie wolniej niż ten do Zhengzhou, przynajmniej na razie.
Ee, w porywach jechał 200 km/h, amatorka ;p
Próby złapania autobusu o 23.00 spełzły na niczym, więc karnie ustawiliśmy się w kolejce do taksówek (jak za starych czasów w Polsce) i za 29 Y dotarliśmy do naszego hostelu: City Central Youth Hotel (67 Y / os. w dwójce bez łazienki). Dokładnie tak, jak pisało w LP: bez charakteru, wielki kombinat, ale dobra lokalizacja. Okazało się, że jeden z naszych pokoi jest zajęty (!), więc na tę jedną noc dadzą nam jedną dwójkę z łazienką. Nina i Adam chcieli pójść od razu do tego docelowego pokoju, więc wzięliśmy tamten. Wszystko OK, tylko śmierdzi fajkami niemiłosiernie. Wietrzenie przez 2 h nic nie dało. Ale chociaż komfortowa kąpiel i idziemy spać o 3.00.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 18 z 25 · 4 października 2010

Chiny dzień XVIII – Beijing

Świątynia Niebios, Temple of Heaven, Tiantan East Road, Dongcheng, Chiny

Chiny dzień XVIII – Beijing
Komentarz Iwony

04.10.2010 Pekin

Wstaliśmy tak, aby zdążyć na śniadanie, które tu jest w formie bufetu (15 Y/os.) od 7.00 do 10.00. Będąc o 9.30 juz musieliśmy się trochę sprężać, bo części rzeczy nie było, a punkt 10.00 posprzątali wszystko. Po śniadaniu załatwiliśmy pranie (10 Y pranie bez proszku i 10 Y suszenie) i – po kłopotach komunikacyjnych z jakimś praktykantem w recepcji – przeniesienie do właściwego pokoju. Wygląda jak ten Niny i Adama tylko znowu ŚMIERDZI FAJKAMI. FUJ! Pierdzieleni Chińczycy muszą wszędzie palić. Po przenosinach Grześ przeszedł przyspieszony kurs obsługi aparatu Adama, bo Adam z racji rozwoju przeziębienia i problemów żołądkowych postanowił zostać w hotelu.
Wyruszyliśmy, zgodnie z instrukcjami na sprytnej karteczce z rozpiską dojazdów do pekińskich atrakcji, metrem nr 2, przesiadka na 5 i idziemy w lewo. Po kilkuset metrach wędrowania brzegiem muru, który jak podejrzewaliśmy stanowił ogrodzenie Parku Świątyni Nieba, zaczepił nas rykszarz, który namawiał nas na podwóz i uparcie twierdził, że idziemy w złą stronę. Postanowiliśmy go zignorować, bo w oddali widzieliśmy już jakąś przerwę w murze, a i rykszarz zaufania nie budził. No i zgodnie z przeczuciem, ta przerwa to była brama północna do parku. Jak Nina poszła stać w kolejce po bilety (35 Y za kompleksowy bilet, opłaca się), a ja studiowałam mapę parku, Grześ rozważał przytarganie zauważonego rykszarza-oszusta za wszarz i pokazanie mu co myśli o próbie dymania nas.
Jako, iż weszliśmy trochę od tyłu, to zwiedzanie Świątyni Nieba (Tian Tan) zaczęliśmy od jej kulminacyjnego punktu, czyli Pawilonu Modlitwy o Urodzaj (Qinian Dian). Służył dokładnie temu, co wynika z jego nazwy. Powstał w 1420 r., lecz to co dziś widać było odbudowywane. Jest jednym z symboli Pekinu (ponoć), a ciekawostka jest to, że powstał bez użycia jakichkolwiek gwoździ. Otacza go kilka budynków niższych lecz w podobnej stylistyce, czyli takiej pstrokato-chińskiej. Przyjemnie to wygląda niby, ale jednak kolorystyka nadaje temu trochę kiczowatego wyglądu. Tym nie mniej cały park ze wszystkim budowlami i zielenią robi przyjemne wrażenie. Spacerowaliśmy sobie niespiesznie, zaglądając do kolejnych atrakcji takich jak: Mur Echa, Cesarskie Sklepienie Nieba i Okrągły Ołtarz, a także Siedem Meteorów, które w rzeczywistości są wielkimi głazami przytarganymi tu z jakiś gór. W parku Chińczycy oddają się różnym aktywnościom: klaszczą w dłonie wydając odgłosy paszczą, tańczą w parach do jakiegoś chińskiego disco albo śpiewają niemal operetkowe piosenki pod przewodnictwem dyrygenta (to ostatnie zdecydowanie najciekawsze). Obserwowaliśmy też ze zdumieniem, po raz kolejny, stroje chińskich modnisi, które potrafią przebić wybryki ich polskich odpowiedników. Pogoda na spodenki, koszulkę i sandały (my byliśmy nieco za ciepło ubrani), a tymczasem królują kozaczki pod kolana, rajstopy z wystającym spod spódniczek lub spodenek klinem lub w wersji wełnianej (!), żakieciki i oczywiście parasolki, żeby broń Boże której nie opaliło przypadkiem. Inny typ to taka postać z mangi rodem, nie ważne że wiek już trochę, hm, zaawansowany. Grześ realizował się jako fotograf, pstrykając budynki, nas, przyrodę, a najchętniej Chinki ;p. Na niespiesznym zwiedzaniu zeszło nam 3,5 h, po czym wróciliśmy do hotelu z planem zabrania Adama i udania się na wieczorne oglądanie placu Tiananmen oraz kaczkę po pekińsku (w dowolnej kolejności). realizację planu zaczęliśmy od placu, choć z małymi problemami, bo metro uparcie nie zatrzymywało się na właściwej stacji i pojechaliśmy raz tam, a raz z powrotem omijając punkt, gdzie mamy wysiąść. Podeszliśmy więc pieszo kawałek. Na plac juz waliły tłumy, w podziemnym przejściu kontrola bagażu jak w metrze i jesteśmy na sławnym Placu Tiananmen. Otoczony ponoć nieciekawymi, ale o tej porze obficie oświetlonymi budynkami, w których są muzea, mauzoleum Mao, itp., ale także dwoma bramami z pagodowatymi dachami po stronie południowej, mi wydał się dość przyjemnym miejscem. Ludzi masa, ale bywało juz gorzej. Na telebimach lecą propagandowe filmiki pt. „Jak to cudownie i sielankowo jest w Chinach”, jest fontanna z laserowymi odbiciami na wodzie, kwiaty, a w oddali sławny obraz Mao na Bramie Niebiańskiego Spokoju. Na przeciw jakiś inny ważniak na podobnym zdjęciu, nie wiemy czy to aktualny przywódca Chin, czy kto (trzeba sprawdzić na necie – coś nie umiem znaleźć innego poza Mao wymienionego portretu)? Adam i Grześ byli placem zawiedzeni – myśleli, że będzie większy, pusty w sensie braku zabudowań jakichkolwiek i pełniejszy w sensie jeszcze większego wysypu Chińczyków. Mnie ani nie zawiódł, ani nie zachwycił, takiego mniej więcej oczekiwałam. Fajnie mi się po nim chodziło, patrząc na przyjemnie oświetlone elementy.
Jako, iż zachwytów wielkich nie było, a w żołądku zaczynało burczeć, poszliśmy na poszukiwania knajpy z LP z kaczką. Wcześniej jeszcze zostaliśmy z Grzesiem po raz kolejny wykorzystani do zdjęcia i zaczęłam śpiewać Kazika, który po naszej małej przeróbce made in China brzmiał:

„Przepraszam, czy mogę sobie zrobić zdjęcie z panem?
Ja i koleżanka, panda, plac Tiananmen.
Swoją pracą na scenie chcę osiągnąć swój cel:
Order Mao Czerwonego, Budowniczy ChRL!”

Pasuje jak ulał! No może z wyjątkiem pracy na scenie w naszym przypadku.
Knajpa z LP okazał się po pierwsze leżeć na ulicy a’la Krupówki – całkiem milutkiej, ale cholernie zatłoczonej, po drugie być zajętą na full. Ale pani pokierowała nas (dosłownie, bo poszła z nami) do ich filii, gdzie zamówiliśmy z Grzesiem zestaw żarcia z kaczką po pekińsku, a Nina kurczaka i ryż z jajkiem. Adam głodował z powodu nadal nienajlepszej formy. Dostaliśmy płaskie mini-naleśniki, super gęsty ocet balsamiczny (teraz rozumiem jego nazwę), ogórki i cebulkę, a sama kaczka była pokrojona w grube plastry (na szczęście bez kości) na osobnym talerzu. Prezentowała się dość biednie, choć miała ładnie przypieczoną skórkę. Potem donieśli jeszcze bakłażana z kartoflami w ciemnym sosie. Całość smaczna, ale inaczej wyobrażaliśmy sobie kaczkę po pekińsku – taką bardziej w całości, w dużym kawałku. Hm. Niny kurczak był z orzechami, cebulą, papryką i też w sosie – bardziej ostrym. Całość zjedliśmy ze smakiem, ale też zapłaciliśmy aż 225 Y i w tym kontekście aż tak rewelacyjne to nie było. Ale – kaczka po pekińsku zaliczona, nie kojarzymy już żadnego niewypróbowanego dania chińskiego, które mieliśmy spróbować, więc jest całkiem spoko. Wróciliśmy piechotą. Wspólna łazienka to jednak kapa.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 19 z 25 · 5 października 2010

Chiny dzień XIX – Beijing

Biała Dagoba (Bai Ta) Pekin

Chiny dzień XIX – Beijing
Komentarz Iwony

05-10-2010

Wstać się nie chciało, w pokoju ciemno, bo bez okien, nie wiadomo jak jest na zewnątrz, jak pogoda, nic. Śniadanie bufet z małymi zmianami to co wczoraj. Ruszamy do Zakazanego Miasta.
Metro, wysiadka i milion ludzi pchających się w jedynie słusznym kierunku. My z nimi. Przechodzimy przez Bramę Niebiańskiego Spokoju z wizerunkiem Mao i usiłujemy namierzyć biletownię. Przez tłumy nic nie widać. O, w końcu są strzałki. Zaraz, zaraz, do czego są te kolejki naokoło? Do kas biletowych? Aaaaaa… Nawet przez chwilę pada pomysł, żeby dziś zrobić hutongi, a tu przyjść jutro wcześniej. Ale postanawiamy jednak być twardzi, skoro tu przyszliśmy, to swoje trzeba zrobić. Ustawiamy się grzecznie w jednej z kolejek, które nadzorują mundurowi i trzeba przyznać, że idą one szybciej niż na pierwszy rzut oka wygląda. Co jakiś czas pan porządkowy spaceruje wzdłuż kolejki i pilnuje żeby ludzie stali równo w rządku, a nie np. po dwóch. Po jakiś 15-20 minutach mamy bilety (60 Y / os.) i maszerujemy w kierunku wejścia. Zakazane Miasto (Gugong) – tajemnicza przez wieki budowla, do której wewnętrznej części zwykli śmiertelnicy nie mieli dostępu. Siedziba cesarzy z dynastii Ming i Qing od 1420 do 1923 r. No i ten tak legendarny pałac jest teraz zadeptywany przez miliony ludzi (7 mln rocznie, ale dlaczego wszyscy dzisiaj?), z czego 99% stanowią Chińczycy i niestety obdarty z całej tajemniczości. Budynki są ładne (choć trochę znowu pstrokate), cały kompleks duży, skomponowany wg jakiejś przemyślanej wizji, ale chyba całą czwórką oczekiwaliśmy bardziej oszałamiającego efektu. Tłum niestety obniża wartość każdej atrakcji o jakieś ¾. W pawilonach w środku jest niewiele i ogląda sie to z zewnątrz zza barierki lub szyby. Obejrzeliśmy za dodatkowe 10 Y Pawilon Zegarów zawierający, jak sama nazwa wskazuje, kolekcję zegarów, niektóre całkiem ciekawe, np. w kształcie balonu.
Ponieważ czasu jeszcze było sporo, bo zwiedzanie zajęło nam krócej niż spodziewaliśmy się, wymyśliłyśmy z Niną atrakcję uzupełniającą, czyli park Beihai położony niedaleko Zakazanego Miasta. Park ma 800 lat, uchodzi za najciekawszy w Pekinie i zawiera Białą Dagobę (Bai Ta), czyli taką inną pagodę w stylu tybetańskim, którą postawiono tu w 1651 r. dla upamiętnienia wizyty ówczesnego dalajlamy. Oczywiście w opisie na tablicy przed Dagobą nie ma ani słowa o dalajlamie, tylko dane techniczne: kiedy, z czego, jak odbudowywano itp. Park trzeba przyznać jest ładniutki: mostek prowadzący na wyspę z Dagobą, po jeziorze pływają łódki wśród dużych liści, są bramy, chińskie pawilony, jakieś stelle, obeliski. I ludzi choć dużo, to jakoś tak mniej tragicznie. Ponieważ Adam wciąż niedomaga, to postanowił odłączyć się przed poszukiwaniem jedzenia i chyba dobrze zrobił, bo dłuuugo to trwało zanim coś znaleźliśmy.
Spacerując wzdłuż jeziora Beihai i chyba już następnego (bo one się w taki podłużny ciąg tu układają), znajdowaliśmy tylko bary i kawiarnie, a z restauracjami była kiszka. Wchodząc w obszar, gdzie wg LP miała być uliczka barowa, napatoczyliśmy się na jakiś hutong. Eee, ale to nie te na pewno, do których mamy iść przecież w inny dzień. Przeszlismy nim – brzydka uliczka z parterowymi budynkami z szarej cegły, brudno, śmierdzi. Hm. Na pewno te, co znaleźliśmy na mapie są inne, lepsze, no i przecież mają być w pd.-zach. części Pekinu, a nie tu – pn.-środkowej. No nic, szukamy knajpy dalej, w końcu juz trochę zmęczeni siadamy sobie na kamieniach, patrzymy z Nina w mapę i dokonujemy strasznego odkrycia: te „nasze” hutongi znalezione na mapie, to są właśnie te, w pobliżu których się kręcimy, a pomyłka wynika z tego, że mapka była po prostu ramką z powiększeniem tego obszaru, zamieszczoną na lewym dole [pd.-zach. :) ] strony! Ups! Przez przypadek znaleźliśmy kolejną atrakcję przewidzianą do zwiedzania i już mamy wątpliwości czy jest tu sens wracać na pół dnia. Idąc do knajpy z LP, a potem w kierunku stacji metra, przeszliśmy przez jakiś ciekawszy, bo zawierający sklepiki i już oświetlony w miarę klimatycznie hutong, ale te boczne, w które zerkaliśmy nadal nie wyglądały zachęcająco. Albo zaczynamy marudzić, albo te pekińskie atrakcje są wszędzie lepiej przedstawione niż w rzeczywistości się prezentują. Knajpa natomiast wypadła całkiem, całkiem. Choć juz chyba nie jest taka „budget”, jak to pisze w LP. Najczystsza z dotychczasowych, ładny wystrój, wypasione WC, karta po angielsku i z obrazkami, kelnerka rozumiejąca, co to znaczy „not spicy”. Rozumiejąca, co nie znaczy nie zdziwiona, w końcu w knajpie z kuchnią syczuańską, słynącą z ostrości potrwa, zamawianie nieostrych musi budzić zdziwienie. Ale była na tyle pomocna, że jeszcze Grzesiowi doradziła zmianę wybranego dania na mniej ostre. Dostaliśmy: cienkie naleśniczki (te co wczoraj) z makaronem sojowym, jajkiem i szpinakiem, wieprzowinę suszoną powietrzem z kawałkami bambusa (bambooshoots) oraz makaron sojowy z kiełkami fasoli i innymi warzywami. Wszystkie potrawy smaczne, żadna za ostra (papryczki profilaktycznie odkładaliśmy na bok) i oczywiście spore porcje. Całość z piwami 141 Y. Bywało taniej, ale i drożej też. A nie ma się czego przyczepić. Choć mojego ulubionego beer fisha chyba już nic nie przebije.
Do hotelu wróciliśmy metrem. Okazało się, że Adam też w drodze do metra trafił na hutongi! Jutro chyba Pałac Letni, bo Wielki Mur przekładamy na czwartek – cały czas jeszcze nie do końca przekonani czy jechać indywidualnie czy z wycieczką.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 20 z 25 · 6 października 2010

Chiny dzień XX – Beijing

Beijing National Stadium, Guojiatiyuchang South Road, Chaoyang, Chiny

Chiny dzień XX – Beijing
Komentarz Iwony

06-10-2010

Przy śniadaniu zdecydowaliśmy jednak, że wykupujemy wycieczkę (180 Y/osobę), chyba juz trochę zmęczeni jesteśmy i idziemy na łatwiznę. Pomysł z nocowaniem na murze i tak już upadł, bo po pierwsze Adam chory, po drugie – po ujrzeniu w rzeczywistości ile tu jest wszędzie ludzi, jakoś trudno mi wierzyć w znalezienie zacisznego zakamarka, gdzie można by się przespać.
Ruszyliśmy metrem do Pałacu Letniego (Yihe Yuan) nad jeziorem Kunming. Pałac był główną rezydencją cesarzowej Cixi, stanowił cesarski plac rozrywek. Tradycyjnie składa się z pawilonów, mostków itp. Z ciekawych rzeczy zawiera scenę, na której my też mieliśmy okazję zobaczyć przedstawienie muzyczne, taneczne i akrobatyczno-klaunowskie. Przez dużą część parku ciągnie się Długa Galeria, zadaszona promenada pomalowana w różne sceny inspirowane historią, mitologią, geografią i literaturą Chin. Łatwiej jednak iść równolegle do niej, bo środkiem ciągną tłumy Chińczyków. Mimo wszystko tłumy tu były mniejsze niż wczoraj, a park i atrakcje bardziej rozłożone, więc szło się o wiele przyjemniej niż po Zakazanym Mieście i przez to Pałac Letni zrobił lepsze wrażenie. Ubolewaliśmy jedynie nad tym, że strasznie dziś było nieprzejrzyste powietrze, brak wiatru być może spowodował większe nagromadzenie smogu. Czas jakoś szybko leciał, początkowo chcieliśmy jeszcze iść na łódko-rowerki wodne, ale idea padła, bo równocześnie chcieliśmy też zobaczyć stadion olimpijski. Poprzemieszczaliśmy się znowu metrem (świetna sprawa, całe miasto za złotówkę można zjechać przesiadając się tylko na różne linie) i wysiedliśmy w pobliżu olimpijskich budowli. Zabawnie znowu było znaleźć się w miejscu kojarzonym z TV, jako coś co jest na drugim końcu świata. Stadion ciekawy jest z zewnątrz juz za dnia, ale trzeba przyznać, że zyskuje po podświetleniu go wieczorem. Weszliśmy też do środka (50 Y), jest ogromny. Ilości siedzonek nie liczyliśmy, bo jeszcze tam długo byśmy musieli siedzieć (sprawdzi się na necie – sprawdziłam – 91.000 pierwotnie, zredukowana ilość po Igrzyskach olimpijskich – 80.000). Na telebimach lecą fragmenty z olimpiady. Po zmroku oświetlili czałe wnętrze stadionu. Na przeciwko jest też water cube, ale tu byłam trochę rozczarowana, bo jakoś (nie wiem dlaczego) kojarzyłam, że po zewnętrznej powłoce ma się lać woda. A to tym czasem są takie wypukłe, niebieskie bańki tylko. Stadion Ptasie Gniazdo prezentuje się okazalej.
Chcieliśmy podjąć próbę zjedzenia czegoś w namiotach zwanych chyba Olimpic Food Plaza, ale po pierwsze śmierdziało zniechęcająco (głównie jakimiś ośmiornicami, ale chyba nie tylko), po drugie, jak już zwalczyliśmy odruch obrzydzenia, okazało się, że nie można normalnie płacić, tylko trzeba kupić jakieś karty. Nie chciało nam się cyrkować, więc głodni poszliśmy dalej. Nieopodal była budka, gdzie sprzedawali zupki chińskie, takie w opakowaniach, jak nam już nie raz po głowie chodziły. co prawda zdarli z nas strasznie, bo za 3 zapłaciliśmy 50 Y (nie dzieli się w dodatku, więc ściema), ale nie chciało nam się juz dalej na głodnego szukać. Plusem było to, że znów rozumieli, że nie chcemy ostrych. Moja była całkiem smaczna, miała kawałki kurczaka, grzybki, kapustę pekińską (!) i oczywiście makaron. Pozostałe też były ok. No nie jest to zupka w rozumieniu Vifonu, ale też i miseczka, w której jest sprzedawana jest 4 razy większa, a z torebek w środku wysypują się wspomniane wyżej składniki w miarę przyzwoitych kawałkach. Aa, w środku jest też … widelec plastikowy do zupki. Tzn. do jej zawartości, bo płyn się siorbie z miseczki. Wysiorbaliśmy więc i podróżując 4 liniami metra wróciliśmy do hotelu. Miała być jeszcze partyjka w piłkarzyki stojące w barze, ale Grześ wymiękł i ogląda jakieś chińskie programy w TV.
A mi udało się w kiblu wywarzyć drzwi niechcący. Weszłam, a one nie chciały się domknąć. Podważyłam więc je lekko nogą, żeby zaskoczyły w futrynę, a one … pierdut z zawiasów! Lekko skonsternowana próbowałam się wydostać na zewnątrz, gdy w międzyczasie z sąsiedniego klopa wyszła jakaś Europejka, zrobiła duże oczy, powiedziała „Chinese quality”, po czym wspólnie podniosłyśmy drzwi i usadowiły z powrotem na zawiasach. Aż się boję iść kąpać ;)

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 21 z 25 · 7 października 2010

Chiny dzień XXI – Beijing

Mutianyu Great Wall Travel Area, Huairou District, Chiny

Chiny dzień XXI – Beijing
Komentarz Iwony

Obudziłam się trochę przed budzikiem, bo śniło mi się, że wróciłam do poprzedniej pracy, pojechałam tam na rowerze (a było to w Tychach we śnie), spóźniłam się, w dodatku nie wiedziałam ani co mam robić, ani za ile kasy tam przeszłam, a sam prezes też nie bardzo wiedział. W dodatku miałam poczucie, że zostawiłam w PUP taką fajną ekipę, a tutaj wszyscy już obcy i średnio nastawieni do mnie. We śnie żałowałam decyzji o zmianie pracy i chciałam ją cofnąć. No i dostałam szansę – obudziłam się :) . Wyspana średnio i z bolącym uchem od klimy, jak sądzę. Szybkie śniadanie (już mi się to hotelowe tu nudzi) – tosty z dżemem i arbuz dla odmiany i schodzimy na dół. Przyszedł przewodnik, dwoje Szwedów i Australijczyk oprócz nas. Przewodnik niestety okazał się najniewyraźniej mówiącym po angielsku Chińczykiem, jakiego spotkaliśmy. Bo większość po prostu nie umie, a ten niby umiał, ale do czasu kiedy się to z artykułowaniem myśli nie wiązało. Nawet Australijczyk go niespecjalnie rozumiał. Gadał więc coś do nas, myśmy udawali że rozumiemy, bo proszenie go o powtórzenie kompletnie niczego nie zmieniało. Problem się robił, gdy zadawał pytanie, bo nie wiadomo było co odpowiedzieć. Masakra! Wycieczka zaczęła się od wizyty w sklepie z jadeitem. Krótka prezentacja na temat rodzajów i rozpoznawania jadeitu, sposobu obróbki i sru na sklep wielkości mniejszej wioski. Ceny kształtujące się na wysokości przeciętnego polskiego wynagrodzenia za bransoletkę były normą. Bawiliśmy się więc w wyszukiwanie najdroższej rzeczy w sklepie. Niektóre nie miały cen co prawda, takie największe statki wielkości dużego salonu, ale udało nam sie namierzyć orła na postumencie (szerokość skrzydeł wielkości naszej sypialnio-komputerowni) za jedyne pół miliona Y (250 tys. zł). jakbym tyle miała, to bym na domek zaczęła odkładać! Pozostała część ekipy była równie chętna jak my na zakupy, więc wyczekaliśmy narzucony czas i wyszliśmy na zewnątrz. Przewodnik spóźnił się 14 minut. Następny przystanek był turystyczny – grobowiec Ming. Ponoć odkryto ich 3, myśmy oglądali jeden. Podejrzenie wzbudzał fakt, że oprócz nas były tam może jeszcze ze dwie grupki zwiedzających i żadnych tłumów Chińczyków. To wbrew pozorom źle wróży, bo znaczy, że nic ciekawego tu nie ma. No i faktycznie, jakaś brama z mega żółwiem w środku i płytą kamienną, dalej jakieś 2 pawilony: jeden stanowiący grobowiec podobno – choć kompletnie nie wygląda, bo w którym grobowcu jest stół zastawiony atrapami jedzenia oraz trony: cesarza, żony i konkubin; drugi zawierając szaty i figurę cesarza. I to by było na tyle – szumnie się nazywa, ale nie ma tu czego oglądać, zwłaszcza po uprzednim odwiedzeniu wszystkich możliwych pawilonów cesarskich w Pekinie.
Wsiedliśmy do busika i podjechaliśmy, jak się okazało, pod Wielki Mur. Przewodnik pokazał nam knajpę, w której będziemy mieć lunch i podprowadził nas pod kolejkę linową, która kosztowała dodatkowe 65 Y (ja się burzyłam trochę, ale Adam powiedział, że tego nie ma w cenach wycieczki, więc się nie awanturowałam), ale z powrotem zapowiadał się za to super zjazd długaśnym torem saneczkowym. Powiedział nam też, że za 1,5 h mamy być na dole, na co ja sie oburzyłam juz strasznie, bo miało być 2 h. Po moim wyrażeniu dość jasno, że nie ma mowy, po chwili były juz prawidłowe 2 h czasu. Wjechaliśmy więc kolejką na górę, pogoda mimo braku deszczu była niestety fatalna, bo powietrze było znowu całkiem nieprzejrzyste, jakaś dziwna mgła, czy smog unosiły się wszędzie. Ale po ujrzeniu fragmentu muru juz nam się zaczęło podobać. Weszliśmy na górę – mur zgodnie z jego założeniem był szeroki na 4 jeźdźców kawalerii, idących jeden przy drugim (choć myśmy nie kawaleria). Miłym zaskoczeniem było to, że nie było tu tłoczno specjalnie, ale też trochę pod tym kątem wybieraliśmy właśnie fragment Mutianyu, a nie najpopularniejszy Badaling. I pierwsze miejsce w Chinach, gdzie spotkaliśmy więcej białych niż żółtych. Mur wygląda wspaniale: wije się po wzgórzach, co jakiś czas są wieżyczki, jest tu odnowiony, ale nie jakoś sztucznie (jak słyszeliśmy o niektórych fragmentach, a widzieliśmy parę razy na przykładzie innych zabytków). Pogoda nadal nie pozwalała dostrzec go na jakimś dłuższym fragmencie wyraźnie i pewnie zdjęcia nie oddadzą jego wspaniałości w pełnej krasie, ale orzekliśmy zgodnie, że jest niesamowity i biorąc pod uwagę, że ciągnie się na długości prawie 6 tys. kilometrów (niektórzy twierdzą, że 10 tys. ze wszystkim odgałęzieniami, a z kolei Wikipedia, że tylko 2400, a reszta to tylko odgałęzienia i fortyfikacje), w pełni zasługuje na bycie cudem świata.
Spacerowaliśmy sobie około godziny w stronę kolejnego punktu z kolejką linową, raz w górę, raz w dół, z przewagą góry. Co jakiś czas mijaliśmy naszych towarzyszy z wycieczki i chyba pierwszy raz będziemy mieć kilka zdjęć w czwórkę. Po godzinie i dojściu do wyznaczonego celu zarządziliśmy odwrót, ciesząc się juz na zjazd torem saneczkowym. Żeby nie było zbyt pięknie, to oczywiście gdzieś przed nami jechała jakaś ekipa z chińskimi dziećmi i tak pomału zjeżdżali, że musieliśmy parę razy się zatrzymywać, mimo wrzeszczącego „don’t stop!” Chińczyka stojącego co jakiś czas na trasie. Ale kilka razy udało się osiągnąć jakąś przyzwoitą prędkość, raz prawie Grześkowi wjechałam w tyłek, bo za zakrętem stał, czekając aż gramoły pojadą w dół. Zdecydowanie był to najdłuższy tor saneczkowy, na jakim miałam okazję jechać. I mógłby być najszybszy, gdyby np. puszczali w dłuższych odstępach. Ale i tak było fajnie.
Jak zeszliśmy na lunch, to przewodnik, patrząc z wyrzutem na zegarek, powiedział, że spóźniliśmy się 10 minut. Na to rezolutnie Nina odpowiedziała, że on przy sklepie 14 minut, więc mamy jeszcze 4 w zapasie. Nie jesteśmy pewni, czy do końca zrozumiał, ale w każdym razie nic więcej nie powiedział. Lunch był naprawdę smaczny. Na tradycyjnym okrągłym stole z ruchomą szklaną częścią na środku, aby przesuwać potrawy, pojawiły się miski z ryżem, kilkoma potrawkami z warzyw i mięsa, tofu, bakłażanem z kartoflami, bambusem oraz jajecznicą z pomidorami. Za picie skasowali po dodatkowe 10 Y za colę – bardzo drogocenna! Wzięliśmy się ostro za wcinanie, kątem oka zauważając, że nasi pozostali towarzysze coś kiepsko i bez wprawy się za to zabierają (Szwedka najpierw pałeczki do dwóch rąk wzięła!). My juz po 3 tygodniach jemy pałeczkami nie zastanawiając się nawet nad tym i dyskutując przy tym w najlepsze. Mam dziwne wrażenie, że zjedliśmy większość ;) . Ha, i jeszcze nic nie było za ostre! Bardzo przyjemne jedzonko. W drodze powrotnej czekało nas juz tylko zwyczajowe „dymanie”, czyli zaciąganie turystów do sklepów, w których jest krótka prezentacja, a potem długi czas na zakupy. Tym razem dowiedzieliśmy się jak produkuje się jedwab. Oprowadzająca nas pani była wyraźnie niezadowolona, że wycieczka jej się rozciąga i przygląda a to nitkom, a to robaczkom jedwabnika, zamiast podążać w jedynie słusznym kierunku, czyli do sklepu. Jedwabne kołderki były całkiem przyjemne – ale po co nam, jedwabne ubranka całkiem ładne – ale jeszcze mnie nie pogięło, żeby wydać paręset złotych za byle bluzkę. Podobnie widać odebrała to reszta, bo znowu nikt nic nie kupił. Co za pech ;p. Potem była herbaciarnia, gdzie było w sumie najmilej z 3 odwiedzanych sklepów. Podano nam kartki z rodzajami herbaty, a potem była degustacja każdej z nich, włącznie z demonstracją jak się którą pije, bo to też się różni. Jedne herbatki się pije odpowiednio układając palce, inne siorbiąc dla podniesienia walorów smakowych, jeszcze inne siorbiąc i ciamkając. Dobrze, że nam bekać nie kazali! Spośród 5 najbardziej smakowała nam liczi i jaśminowa (którą już tu nieraz piłam). Herbaty też były drogie, a że mamy zapas zakupiony przy Studni Smoka (do której nie dotarliśmy), zrezygnowaliśmy z zakupu dodatkowej. Tak więc cała nasza wycieczka to dla „dymających” był stracony czas – nikt nic nie kupił. Przewodnik biedny też się już w drodze powrotnej zamknął, bo i tak go nikt nie rozumiał, a całą ekipą dyskutowaliśmy sobie dość żywiołowo na temat wszystkich nas łączący, czyli o podróżach. Australijczyk np. był w Birmie i ciekawe rzeczy opowiadał. W sumie to sceną najlepiej oddającą zrozumienie wzajemne miedzy nami a przewodnikiem było pytanie zadane przez niego pod koniec: „Do you want to see blybly?”. Zbiorowe „what?” z 7 gardeł. „Do you want to see blybly?”. „What?”. Po trzecim pytaniu, przy którym przewodnik mało się nie zapluł, a my dalej nie wiedzieliśmy, cóż to też niby mamy szansę zobaczyć, Adam, który mniej więcej zlokalizował naszą pozycję na mapie Pekinu stwierdził, że „może mu chodzi o Bird’s Nest?”. Czyli stadion oglądany przez nas wczoraj, a zwany ptasim gniazdem. Aha. I uff, bo Chińczyk się cały spocił z wysiłku poprawnego wymówienia nazwy. Myśmy nie chcieli, bo widzieliśmy, a reszta też nie, zniechęcona wizją wracania do hoteli na własną rękę.
Po powrocie do hotelu, w miarę wczesnym, bo po 18.00, zakupiliśmy najpierw jedno, a potem dwa kolejne lokalesowe wina czerwone „Great Wall” (każde inne) i graliśmy w piłkarzyki. Zlaliśmy Wrońskim tyłki ;) , po czym zmieszaliśmy składy, żeby było weselej. Plan dnia jutrzejszego pozwalał na małe szaleństwo, bo zasadniczo zostały nam tylko zakupy pamiątek i może czegoś dla siebie.
Pogłoski o paskudnej chińskiej wódce i winie zostały obalone, albo my po prostu lepiej trafiliśmy. Albo jesteśmy mniej wybredni. Albo jedno i drugie.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 22 z 25 · 8 października 2010

Chiny dzień XXII – Beijing

Silk Street, 六里屯 Chaoyang, Pekin, Chiny

Chiny dzień XXII – Beijing
Komentarz Iwony

„Kur.., Misiek, słyszysz ten telewizor znowu?”. Yyy? „No znowu ten palant jakiś słucha tego samego programu”. Aaa, no słyszę zasadniczo. Naprawdę głośno puszczał. tylko jak ja śpię, to chyba nawet wojna by mnie nie obudziła, jeśli by budzika nie nastawili. Ale jak już się obudziłam to słyszę. Wyraźnie. I spać trudno już. Włączyliśmy klimę, żeby jednolitym szumem zagłuszyć te wrzaski. Usnęłam, ale co jakiś czas się budziłam, bo hałasów na zewnątrz było coraz więcej, pukała pani sprzątaczka, ludzie tłukli się z walizkami na kółkach, itp. Ale nie przeszkodziło nam to podrzemać do niemal 11.00. Dość rzadko na tych wakacjach udawała nam się ta sztuka. Ponieważ śniadania w hotelu mieliśmy już wszyscy po dziurki w nosie, poszliśmy do pobliskiego klonu pierwszego chińskiego fast-fooda z Szanghaju – Yun ho. Nie jesteśmy do końca przekonani, że to naprawdę było to, bo pokierowali nas na górę, gdzie wyglądało bardziej restauracyjnie, a i menu było po angielsku, więc inna bajka. Nina zamówiła pierożki, Adam ryż, Grześ naleśniki z szalotką, a ja – zasugerowana podpowiedzią Grzesia – rybkę opiekaną. Jak po 15 minutach wszyscy dostali swoje dania, a ja nie, zapanowała zbiorowa wesołość (czyżby powtórka z Hangzhou?). Ale jak przynieśli rybę, to już śmichy-chichy ustały, bo rybka nie dość, że miała chyba z 700 g, to była podana w ładnym, ciemnym sosie, z grzybami, szczypiorkiem i imbirem na półmisku również w kształcie ryby. Wszyscy podziubali trochę pałeczkami, Grześ dzielnie towarzyszył mi prawie do końca, walcząc z ościami z niespotykanym u niego zacięciem. Ja tradycyjnie ogołociłam rybkę zostawiając tylko głowę, ogon i ości. Smaczne i obżarłam się strasznie.
Ruszyliśmy w kierunku Silk Street, czyli miejsca gdzie w Pekinie można kupić wszystko. Oczywiście nie ma ustalonych cen, ile wytargujesz, to twoje. Masakra, ale trzeba się odnaleźć, inaczej człowiek zostanie wydymany, jak co niektórzy „ludzie Zachodu”, którzy łykają najbardziej absurdalne ceny, jakie Chińczycy sobie wymyślą. Z naszej czwórki mistrzem targowania się jest Adam: nie za dużo mówi, z groźną miną wstukuje na kalkulatorze proponowane ceny (zaczynając od cen niemal tak absurdalnych w dół, jak ich są w górę), odchodzi ze stoiska, no pełna profeska! Proponowane ceny obniża w ten sposób do 10-20% początkowej wartości zaproponowanej przez sprzedawców. Kupiliśmy sobie wszyscy chińskie ciuszki (hm, jak się z powrotem upasę, to w moją chińską sukienkę nie wejdę ;p), są super, tylko wypaśne na tyle, że rzadko będzie okazja je ubrać. Podobno 100 % jedwab, ale jakoś nie wiem, czy w to powinnam wierzyć. Przebieralnia: sprzedawczyni, tudzież któryś z chłopaków zasłaniający nas szlafrokiem w kącie sklepu. Kupiliśmy masę prezentów, jakieś pamiątki dla siebie, ogólnie spędziliśmy tam, z przerwą na piwo w okolicznej knajpie i transportem w obie strony 8 h! Targowanie, wrzaski, zaciąganie do sklepu („look lady, pasmatrij …”), teatralne sceny, przymierzanie – zmęczyło mnie bardziej niż wejście na Hua Shan. Jakbym miała tak w Polsce kupować, to chyba do każdej wyprawy na zakupy przygotowywałabym się psychicznie tydzień. W sumie wszyscy byliśmy wymiąchani strasznie, no może poza Grzesiem, który kolejny raz został ulubieńcem Chinek z powodu swoich seksownych warkoczyków: „oh, how cute, can I touch it?”. Po całym dniu zakupów mieliśmy tylko na tyle sił, żeby zejść do jednej z pobliskich hotelowi knajp chińskich typu fast-food i zamówić jakieś dania z ryżem, kurczakiem i sałatkami. W Chinach fast-food wygląda zdecydowanie zdrowiej niż kuchnia amerykańska, a i podejrzewam, że kalorii ma o wiele mniej niż przeciętnych hamburger. Po powrocie do hotelu nastąpił trudny czas upychania prezentów w nasze bagaże, ale ponieważ Nina i Adam mieli pierwotnie plecaki mocno pustawe, to pochłonęli większość wielkogabarytowych prezentów. Jak się okazało, w rezultacie Adamowi udało się mieć najcięższy plecak z naszej czwórki. Podobnie jak na początku podróży, tak i teraz dopadła mnie biegunka, więc wciągnęłam nifuroksazyt, żeby w samolocie jakoś spokojnie przeżyć. W sumie to i tak niezły bilans, jak na azjatycką wyprawę i nasze eksperymenty kulinarne.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 23 z 25 · 9 października 2010

Chiny dzień XXIII – Beijing – Amsterdam – Warszawa

Beijing Capital International Airport (PEK), Shunyi, Pekin, Chiny

Chiny dzień XXIII – Beijing – Amsterdam – Warszawa
Komentarz Iwony

Łee, jak ja nie lubię wcześnie wstawać. A powinnam się przyzwyczajać, bo pojutrze do pracy (chlip!). Śniadanie szybciutko w hotelu, wymeldować się i do metra. A potem na airport express (25 Y). Na lotnisku wymieniliśmy resztę kasy, której nie daliśmy rady wydać, oczywiście po barbarzyńskim kursie. Ale wyjścia za bardzo nie ma, lepiej mieć 136 $, niż 1054 Y niewymienialne poza Chinami. Myśląc już, co tu zrobić z nudnym zazwyczaj czasem oczekiwania na samolot, wypatrzyliśmy piłkarzyki. Za darmo! Długo nie myśląc zaczęliśmy radośnie rozgrywki, gromadząc momentami dość sporą publiczność. Podejrzewamy, że Chińczycy nie bardzo znają ten rodzaj rozrywki, bo patrzyli z pewnym zdziwieniem, jeden nawet zaczął przesuwać nam punktację z boku, ale uciekł po naszych protestach, a starsza pani na koniec, jak juz odchodziliśmy, kręciła sobie z zafrapowaną miną jednym rzędem piłkarzyków. No i argument koronny: nikt na nich nie grał jak wchodziliśmy, a Chińczycy zazwyczaj tłumnie okupują każdą atrakcję, którą napotkają na swojej drodze. I tak miło i szybko zleciało nam 1,5 h. Teraz siedzimy w samolocie, jedzonko obiadowe już za nami, wino, likier, herbata i inne napoje też. Lecimy gdzieś nad Krasnojarskiem i jeszcze 6-7 h przed nami.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 24 z 25 · 17 września 2010

Lot do Chin

Lot do Chin

Wstęp – Lot do Chin

Rozdział pierwszy

w którym czytelnik poznaje osoby dramatu, drobne perypetie i przeboje związane z wylotem i ogólnie przelotem a także o tym, że w samolotach KLM’u człek się może najeść.

– Czy ta taksówka wreszcie przyjedzie? – piekliła się Nina. – Przecież się spóźnimy! To niebywałe, nie możemy się spóźnić, nic nie wiemy, mamy tylko te drukowane bilety, nie wiemy jak droga na lotnisko, nie wiemy jak…

– CICHO KOBIETO! – zagrzmiał Lipek. – Nie wyjechaliśmy jeszcze a Ty już siejesz panikę. Usiądź na tyłku i czekaj.

– Ale…

– Nie ma żadnego ALE. Siedź!

Iwona grzebała w plecaku sprawdzając po raz siedemnasty, czy wszystko wzięła. Adam beztrosko sprawdził, czy zapakował pieniądze i kartę kredytową – wszak jak czegoś się zapomni, to zawsze kupić można. Lipek zaś dumał, jak wspaniale będzie za trzy i pół tygodnia, gdy już wróci do domu.

Adam zszedł na dół. Przecież taksówka powinna już być, a Lipki guzdrały się niemiłosiernie, zakładając kolejne majtki, koszule, kurtki, plecaki. Pod domem, tak jak się spodziewał, stała już taksówka. Schowana tak, że wypatrzeć mogło ją tylko oko sprawne i umysł wnikliwy. Podjechać pod okno, aby Nina mogła ją wypatrzeć wydawało się zbyt skomplikowanym zadaniem. Całą czwórka zapakowała się więc do auta i pomknęła ulicami stolicy w stronę Okęcia. Kierowca kluczył, by ominąć korki, dzielił się z pasażerami swoimi opiniami na temat budowniczych stolicy, ich inteligencji i prawości pochodzenia. Podobne zdanie miał o aktualnych planistach i wykonawcach remontów, którzy potrafili tak słodko zorganizować ruch w mieście, że przejazd z jednego końca miasta na drugi był traumatycznym przeżyciem i śnił się jeszcze długo. Aczkolwiek tym razem szczęście sprzyjało zuchwałym i już w niecałą godzinę grupa znalazła się na lotnisku. Do odlotu zostało hoho i jeszcze więcej czasu, więc Lipek triumfował:

– Widzisz? I po co gnaliśmy na złamanie karku? Po co wstawaliśmy skoro świt? Musimy Ninuś przez Twe fanaberie teraz tkwić na lotnisku, jak jacyś bezdomni.

– No ale przecież, jakby coś się stało, to mielibyśmy zapas – słabo broniła się Nina. – Zresztą mam Cię gdzieś, trzeba było spać dalej i samemu jechać!

Dwie godziny przed odlotem zebraliśmy się w sobie i stanęliśmy w kolejce, by oddać bagaż. Kolejka wiła się jak wąż, długa była jak droga do bogactwa a prędkość miała autobusu 511 w porannym szczycie. Czyli w miarę w miarę się przesuwało. Nina z Adamem mieli plecaki po niecałe 10 kg każdy. Lipki, ze względu na to, iż zabrali ze sobą dodatkowe „buty, dresy, piżamę, majtki termoaktywne, garnitur, smoking i płaszcz wyjściowy” mieścili się w okolicach 14 kg. Bohaterowie, po pozbyciu się bagażu, udali się do odpowiedniej bramki. Tam odbyły się standardowe zabawy w wyciąganie wszystkiego z kieszeni, pozbywanie się paska i wszystkiego co da się zdjąć, ale bez obmacywanek się nie obyło. W przypadku Adama piszczał uparcie zamek w spodniach, do odpinania nogawek. Lipek klął pod nosem i zarzekał się, że ostatni raz bierze pasek do podróży samolotem. Nina wyciągała laptopa i machała przed oczami celników. Iwona – Iwona po prostu zdjęła kangurzą torbę i przemaszerowała przez bramkę. Ogólnie przejście na drugą stronę nie sprawiło większych problemów, więc dla zabicia czasu zwiedzali sklepy, z zainteresowaniem oglądając o ile drożej może być na lotnisku to, co można kupić w normalny sklepie… za pół ceny. Okęcie udawało nowoczesny terminal pasażerski, więc bardzo szybko została znaleziona miejsce z napisem „Amsterdam 13:30″. Samolot który stał przy rękawie, wyglądał podobnie do tego, który usiłował lądować w Smoleńsku. Aczkolwiek trza mu przyznać, że posiadał więcej części. W środku okazał się boleśnie niewielki. Miejsca do siedzenia było tyle, że nogi drętwiały już na sam widok przestrzeni przeznaczonej na nie. Był to co prawda Boeing 737-400 ale nazwa jest bardziej dumna od tego, co w środku.188 miejsc dla pasażerów, ale przy 30 metrach długości samolotu i czterech fotelach w rzędzie, dawało miejsca do przewozu średniej wielkości gnomów, a nie osobników rasy ludzkiej. Ale nie było co marudzić.

– Lot do Amsterdamu, to nie wieczność, dwie godziny da się przeżyć – filozoficznie stwierdziła Nina, najmniejsza z całej ekipy. Znaczy taka, co najbardziej gnoma wielkością przypomina.

W samolocie poza napojami, dawano kanapeczki. No smaczne to było pieruńsko. I sok. I orzeszki. Żeby jeszcze można było te nogi rozprostować… Lot minął szybko i raźnym krokiem ekipa powstała ze swoich miejsc. Krew natychmiast wykorzystała okazję i dopłynęła do miejsc, w które w wcześniej nie mogła. Od razu człowiek czuje, że żyje. Jak boli, znaczy, że się żyje. Amsterdam – to lotnisko nie budziło dobrych wspomnień – dwa lata wcześniej cała czwórka spędziła tam noc, lecąc do Indii. To tu uciekł im samolot, to tu zapewne zapodziały się ich bagaże. Dlatego też Amsterdam nie jest najszczęśliwszym lotniskiem, acz dzięki tym wspomnieniom, nie trzeba było mapy, by dotrzeć do bramki wejściowej do kolejnego samolotu. Trzy godziny minęły szybko i zostali zapakowani do kolosa – do Szanghaju leciał bowiem Boeing 747-400 Combi.

– Lipek, słuchaj. To, że on jest combi, to znaczy, że jest dłuższy, czy że może leci z przyczepką – usiłował być zabawny Adam.

– Nie nie, zobacz, on tu na garbie jeszcze ma miejsca, na pięterku – wyjaśniła Nina.

– Aaaaa, to takie buty.

Miejsca w teorii trafiły się świetne – ostatni rząd, w środku – można było bezkarnie się rozkładać. Jedyny problem, to odległość, a raczej jej brak między siedzeniami. Poza tym ostatni rząd nie może do końca rozłożyć siedzonek… taka niespodzianka. Jeśli w poprzednim samolocie miejsca było na średniej wielkości gnoma, to w tym starczało tylko na małego skrzata. I to skrzata, który już do śmietany nasikał, bo takie są mniejsze. Jakieś biedne kobieciny z boku zaczepiły Adama, by coś zrobił.

– Umgh hr hry uhm, plis plis – poprosiła babcia wskazując swój plecaczek znajdujący się na półce.

– Eeeee? – elokwentnie zapytał Adam.

– Book. Ju Book. Mi. Not mi. Szi. – babcia pokazała najpierw na swoją książkę, a następnie na swoją koleżankę.

Adam okazał się mężczyzną w każdym calu. Wiele tych cali nie było, ale nie w tym rzecz. Usiłował ściągnąć plecak, lecz machanie łapkami i krzyki „book book” i gesty wkładania dłoni do worka lub sprawdzania płodności krów były aż nadto jasne. Wygrzebał książkę z przepastnego plecaka, natknąwszy się na jabłko, szalik, pończochy, coś lepkiego i długiego oraz sweterek. Panie okazało się były z Norwegii (Lipek ukradkiem sprawdził im paszporty) i wyglądały na kółko wzajemnej adoracji książki, lub sabat bibliotekarek. Takie miłe staruszki. W samolocie podawano napoje różnorakie, wina piwa soki, herbaty oraz jadła w brud. Brud w sumie też był, ale na podłodze, po jedzeniu, acz uczciwość kronikarska zmusza do napisania, że brud podłogowy czyniony przez chińczyków do pięt nie sięgał syfowi robionemu przez hindusów. Dziesięć godzin mijało szybko i przyjemnie. Nastał czas lądowania i Adam obudził się, zerknął na zegarek i zdechł – minęła dopiero godzina lotu. Bibliotekarki dalej czytały sagę o ludziach lodu, napoje były roznoszone, filmy leciały na ekranach. Druga godzina lotu. Trzecia… Koszmar trwał. Zamknąć oczy, zasnąć, przespać to. Soki trawienne wydzielały się leniwie, rozkładając składniki pokarmowe na substancje proste, przyswajalne przez organizm. Jedyną rzeczą, której człowiek był świadom, to czas. Mijający, upływający. Minuta wlokła się za minutą. Każda minuta składała się z wielkich jak ogry sekund, które wyskakiwały przed oczy, przedstawiały się, wykonywały utwór wokalny lub tańczyły i chowały się. O marnej zresztą choreografii. Sekunda za sekundą. Co jakiś czas, jakiś wredny chochlik przestawiał wskazówki zegarka o pięć minut w tył. Nienawiść do świata pulsowała w skroniach. Po piątej godzinie rozpoczęły się wędrówki ludów, po samolocie. Każdy przechodzący stawiał sobie za punkt honoru trącać ludzi w fotelach, usiłujących spać. Ja nie mogę spać, to wy też nie będziecie! Cierpcie i umierajcie! Piekło było o krok. Po 7 godzinach minęli piekło i posuwali się w głąb. Babcie bibliotekarki miały wielkie zęby i przekrwione oczy. Jedna z nich stanęła przy fotelu Adama i gdy tylko ktoś przechodził, trzaskała go swoją chudą rzycią w twarz.

– Don’t touch me, kurwa please!!!! – po ośmiu godzinach Adam nie wytrzymał i wydarł się na babcię.

Sabat zawrzał, ale mord w jego oczach spowodował, że schowały swe pazury, skuliły się za miotłami i umilkły spłoszone. Lipek odkrył zapasy batoników i napojów, którymi starał się częstować przyjaciół. Ostatnie dwie godziny gehenny upłynęły w miłej i przyjacielskiej atmosferze wzajemnego zrozumienia.

Szanghaj przywitał naszych wędrowców słońcem.

I po burzy czasem nadchodzi piękny dzień…

Komentarz Iwony

Jak już Adam zdradził gdzieś w postach, przez cały pobyt pisałam wersję analogową wrażeń z pobytu w Chinach. Ponieważ dzielnie przepisuję ją teraz na kompie, zaczynam ją wklejać, choć nie ma jeszcze całej. Zachowany zostanie czas i forma jej pisania, mimo iż już od 2 tygodni jesteśmy w Polsce. W końcu to jest dziennik wyprawy, więc nie będę niczego zmieniać.
Relacja będzie moim punktem widzenia tych samych wydarzeń, będzie więc babską przeciwwagą dla tej pisanej przez Adama, a uzupełnianej przez Grzesia. Co oznacza to w naszym przypadku? Nie będzie pewnie aż tak dowcipnie, bo tu im nie dorównam. Będzie natomiast dużo danych typu nazwy miejsc, hoteli, numery autobusów, ceny, czyli wszystko to, co może się przydać kolejnym podróżnikom. I będą moje odczucia i opinie, które czasem (choć chyba nie drastycznie) mogą się różnić.

A jak to się zaczęło, że zaczęłam pisać?

16.09.2010 czwartek Amsterdam

Kupiłam notesik! W Amsterdamie na lotnisku, bo oczywiście w Siem-cach zapomniałam. Zapomnieliśmy też latarki, kart do skata i kłódki. I nie wiem czy czegoś jeszcze.
Samolot przyleciał tym razem bezpośrednio do Amsterdamu, choć jak jeszcze na Okęciu pilot powiedział, że wystartujemy pół godziny później, bo Amsterdam na razie odmawia przyjęcia nas, to trochę nam miny zrzedły. No i po przylocie, jak weszliśmy na ruchomy chodnik i usłyszeliśmy „mind your step”, to poczuliśmy się jak 2 lata temu, gdy mieliśmy tu przymusowy nocleg. Czekamy na samolot do Szanghaju.

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni

Dzień 25 z 25 · 29 września 2010

Chiny – Czy ktoś to czyta? – żale Lipka

Komentarz Lipka

Mamy dużą ilość regularnych wpisów, tak? Mamy świetnego autora i dobrego edytora, tak? Mamy coraz mniejsza ilość literówek, tak? W odwodzie mamy relacje Iwony, która będzie później, tak? Ja mam lepsza fryzurę od Luntka wg Chinczykow, tak?

To my się pytamy dlaczego Luntek ma więcej komciow?!

Dopóki nie będzie miliona wejść i 100K komentarzy strajkujemy!

Żydzi i komuna w treści, zgodnie z sugestia. Dziś stałem nad przepaścią 500m, jadłem chinsko-wloska pizze i wypiłem 2 duże lokalne piwa wiec jest mi wszystko jedno :] .

Niestety, zostaliśmy zmuszeni do zmiany planów. Nie mamy możliwości dostać się z Xi’an do Datongu, więc zmieniamy plan i jedziemy do Shaolin – mamy nadzieję, że z Shaolin do Pekinu będzie transport…

Na razie pogoda jest do d…

OMG Adam napisał nazwę chińskiego miasta „Datong” przez 'ą’…

Lipek

Ta relacja osobno, z komentarzami → ↑ Spis dni